Tygodnik Gwarek nie identyfikuje się z treściami publikowanymi na blogach.
24-11-2010 (21:10)
autor: gibon
Byłem, skreśliłem, wrzuciłem. Wynik: dwa pudła, dwa trafienia, w tym jeden już z mandatem i wkrótce pewnie jeszcze o nim usłyszymy, a drugi dalej walczy.
Mówią: "jeżeli nie zajmiesz się polityką, to politka zajmie się tobą". Bzdura. I tak się mną zajmuje, niezależnie od tego czy ja się nią zajmuję czy też nie. Głosowałem, bo z polityką jest jak z wypróżnianiem się: trudno o doznania estetyczne, ale jest do życia niezbędne.
24-11-2010 (20:10)
autor: Maciej.Wicher
Oj ,narozrabiałem, narozrabiałem. Pobudziłem do wspomnień, do opowieści o czasach w kamaszach. To dobrze, dlaczego mamy żyć tylko polityką. Zachęcony wspomnieniami pana Andrzeja Kanclerza sięgnąłem do starej szuflady, odszukałem tekst ,który powstał w czasach, kiedy jeszcze nie myślałem o napisaniu dramatu „Dwunasty, dwunasty . Oto krótki fragment moich wspomnień.
SOR - Szkoła Oficerów Rezerwy – Stracony Okrągły Rok – Syn Oderwany Rodzinie, to od ciebie czytelniku zależy ,które rozwinięcie skrótu przyjmiesz za właściwe. Wszystkie są prawdziwe i stosowane w tamtych czasach. Zanim przed nazwiskiem dodano mi literki mgr pobierałem nauki, te przydatne oraz te zbyteczne, wręcz śmieszne. W edukacji nie zabrakło elementów wojska, wszak ojczyzna dbała o właściwe wychowanie swej nadziei.O tym co na zajęciach, o wykładowcach można napisać tylko „… ale o tym ci, ale o tym sza…” Zatem pominę te dni, godziny, przechodząc do czasu ,kiedy z żółtodzioba usiłowano zrobić żołnierza, wojownika, oddanego słusznej sprawie. Po przekroczeniu bramy koszar, maszynki fryzjerów amatorów rozgrzewały się do czerwoności, parząc i zacinając karki powołanych do zaszczytu, do wypełnienia świętego obowiązku. Łaźnia i wreszcie to najważniejsze: mundur, zielony, sprany z widocznymi oznakami wielkich działań i bohaterskich czynów. Tylko o zgrozo ,na ramiona w miejsce generalskich epoletów nałożono naramienniki obszyte biało czerwonym sznurkiem, a w miejsce dystynkcji wpięto aluminiowe blaszki pchr. Jak to tłumaczyć? Podchorąży rezerwy lub przyrząd chemicznego rozpoznania. Zapewne tu pojawia się pytanie co to takiego? Jak sama nazwa wskazuje, coś co ma rozpoznawać skażenie powietrza, co w warunkach koszarowych w pomieszczeniu, gdzie przebywało i żyło nawet trzydziestu chłopa było normą. Kiedy nosy, najważniejszy czujnik ,nie pozwalały normalnie egzystować uruchamiano naraz trzydzieści pechaerów. Należało przewietrzyć pomieszczenie ,w którym to ,co do tego służy było zepsute i zabite gwoździami. Więc na komendę, bo tylko tak się działa, wbiegaliśmy do pomieszczenia , wciągaliśmy zepsute powietrze w płuca i wybiegaliśmy na podwórko ,gdzie na komendę opróżnialiśmy płuca z toksycznej zawartości. Wietrzenie regulaminowe trwało trzydzieści minut ,zatem biegu było sporo. Pierwsza noc ,ciekawość , obawa co i jak będzie, minęła spokojnie, nasi opiekunowie przyjaciele zbierali siły na dni następne. Nie będę opisywał codzienności ,szarości, skoncentruję się na tym , co ciekawe , warte wspomnień. Sobotni poranek, dzień zwany gospodarczym, umundurowani w tzw. oenzetki (granatowe drelichy, czarne bereciki) uzbrojeni WSW (wiadro, szmata, woda) przystępujemy do walki z wrogiem na południowozachodnim teatrze działań bojowych. Podchorąży Nowak wasze zadanie: Pójdziecie do sztabu do adiutanta komendanta i tam zameldujecie się do wykonania dalszych zadań. Rozkaz obywatelu plutonowy. Pochyliłem się regulaminowo ,wybiegłem z prędkością światła na wysokości lamperii. Po przybyciu do sztabu zameldowałem się adiutantowi: Obywatelu sierżancie szeregowy pchr. Nowak melduje swoje przybiegnięcie. Przybiegnięcie zameldujecie jak narobicie w gacie , teraz to meldujecie się do bohaterskich czynów. Tak jest obywatelu sierżancie, melduję się do bohaterskich czynów. Pomieszczenie 32 ma być zrobione na błysk. Tak jest obywatelu sierżancie. Wybiegłem, szybko pokonałem kilkanaście schodów. Mały ,pomalowany na szaro niby gabinet umeblowany w biurko, krzesło i starą metalową szafę. Na biurku leży komplet regulaminów. Fajnie ,nikt mi nie będzie przeszkadzał ,więc spokojnie zrobię swoje. Do działania! Po kilkudziesięciu minutach kiedy to dobiegała końca potyczka z oknem otwierają się drzwi ,wchodzi pułkownik. Obywatelu pułkowniku szeregowy pchr. Nowak ………. Przybyły nie zwraca na mnie uwagi ,regulaminowo zdejmuje czapkę ,staje trzy kroki przed biurkiem i głośno melduje: Obywatelu pułkowniku, podpułkownik Łysak melduje się do raportu służbowego za niewykonanie zadania i obowiązków służbowych. Przechodzi na drugą stronę biurka , siada za nim i pyta: Dlaczego nie wykonaliście? Wstaje, wraca przed biurko ,głośno melduje: Wczoraj zostałem ranny rozbrajając trzy haubice oraz dwanaście granatów. Ponownie siada za biurkiem, wstaje i głośno mówi: Za niewykonanie zadań karzę was naganą z wpisaniem do akt personalnych. Siada ,by po chwili powrócić przed biurko, gdzie wyprostowany jak struna odpowiada : Kara. Wyszedł. Udał się do kancelarii personalnej ,gdzie w aktach dokonał stosownego wpisu samo ukarania. Był to jedyny znany taki wpis w historii światowej wojskowości. Kiedy kilkanaście minut później po wykonaniu zadania wychodziłem z pomieszczenia zderzyłem się z pułkownikiem. Co wy tu robicie? Kto wam pozwolił? Obywatelu pułkowniku melduję, chciałem zaprosić szmatę do tańca, lecz to dzika baba. Ona tylko kurze, kurze i kurze, więc posprzątałem pułkownikowi gabinet. Żartowniś z podchorążego ,tańcować się chce. Tańcowanie mam we krwi ,a matka o przodkach opowiadała. Jakich przodkach, kim był wasz dziad? Dziad.. pułkownik Jan Onufry ,a jam jego kopia. Hm .. pułkownik ? Jana to znam nieraz walczyliśmy, ale Onufry… tego to nie znam. Gdzie służył ? U Jana Kazimierza obywatelu pułkowniku, o Czarnieckim nie wspomnę. Kazimierz? To tam koło Puław? No tak tam są jednostki.Odmeldowuje się obywatelu pułkowniku. Odmaszerować, odmaszerować. Wykonałem zwrot w tył. Wychodząc głośno wyrecytowałem swoją myśl , która powstała w zaistniałej sytuacji : Nie- kształcony ni też zdrowy, ale ważny, bo frontowy. Pobiegłem do pododdziału, gdzie szykowano się do obiadu.
24-11-2010 (18:59)
autor: Jan Drechsler
Można jeden dzień, można i drugi, ale trzeci dzień marudzenia zakrawa już na depresję. Dlatego, jako stary cwaniak (stary, czyli doświadczony, nie wiekowy!) musiałem za pomocą wypróbowanych sposobów zapobiec staczaniu się w kierunku przyziemia psychicznego.
Najlepszym sposobem na poprawienie sobie humoru jest zrobienie czegoś do końca, osiągnięcie małego sukcesiku.
Pierwotnie zamiarowałem skompletowanie miłosnych wierszydeł, które wysłane do Andrzeja powinny doczekać się melodii. Zrezygnowałem jednak, stwierdziłem, że lepszym poprawiaczem nastroju będzie wykonanie kolejnej szopki. Jak sobie postanowiłem, tak zrealizowałem i mam obecnie 24 sztuki. Mógłbym już wszystko wyekspediować, ale spokojnie. Na wszystko przyjdzie czas. Jeśli nic nie stanie na przeszkodzie, to w przyszłym tygodniu wszystko w kartony i kierunek Wisła.
Żeby całkiem czuć się jasno na duszy powinienem napisać komiks, ale chyba zrobię to dopiero jutro o świcie.
24-11-2010 (14:49)
autor: Andrzej Kanclerz
Z satysfakcją usłyszałem w wiadomościach, że w wyborach w większości zwyciężyły nie partie, lecz komitety wyborcze zakładane przez mieszkańców. Głosujemy na konkretnych ludzi, a nie na ugrupowania. Nigdy nie należałem do żadnej partii. Jeśli już to do kompanii wesołych druhów takich jak „Tarnina” lub kompanii wesołych żołnierzy. A propos żołnierzy. Gdy odbywałem służbę wojskową w szkółce młodszych specjalistów w Ełku dałem się poznać jako kreatywny młody człowiek. Któregoś dnia przybiega dyżurny i wrzeszczy:
- Kanclerz do dowódcy batalionu!
Czego stary ode mnie może chcieć? – zastanawiałem się, zbiegając po schodach na parter. Próbowałem zgłębić przyczynę tego wezwania, ale bezskutecznie. Z tym większym niepokojem zameldowałem się u majora Bańczyka.
- Obywatelu majorze, szeregowy Kanclerz melduje się na rozkaz!
- Spocznij. Siadajcie Kanclerz.
Spokojny, niemal przyjacielski ton jeszcze bardziej mnie zdezorientował. Byłem ciekaw, czego trepicho będzie ode mnie chciało? A że będzie chciało, to było pewne. Nauczyłem się już rozpoznawać odcienie barwy ich głosów w zależności od sprawy.
- Kanclerz, ja wam się przyglądam już od dłuższego czasu i zauważyłem, że jesteście gość w porządku. Chciałem wam zaproponować, żebyście się zapisali do partii. Wiecie, partia potrzebuje takich ludzi jak wy: prężnych, inteligentnych, z inicjatywą. Jeżeli coś się ma zmienić, to przede wszystkim zmienić muszą się ludzie. No, co wy na to?
Najpierw myślałem, że uszom własnym nie wierzę, potem że szlag mnie trafi, a na koniec zacząłem ściemniać.
- Obywatelu majorze, to dla mnie ogromny zaszczyt, że obywatel major tak o mnie myśli, ale ja się nad tym nigdy nie zastanawiałem, zresztą nie czuję się jeszcze dojrzały do podjęcia takiej decyzji.
- Rozumiem, rozumiem, chcielibyście naradzić się z żoną. Daję wam pięć dni dodatkowego urlopu, jedźcie do domu i zastanówcie się. Zresztą pamiętajcie, zawsze lepiej działać w odpowiednim towarzystwie. Na przykład, kiedy będę przydzielał żołnierzy do jednostek w całym kraju po zakończeniu kursu, będziecie mieli pierwszeństwo, bo będziemy towarzyszami w jednej partii.
Pojechałem do domu miotany sprzecznymi uczuciami. Z jednej strony nie miałem zamiaru zapisywać się do PZPR-u, a z drugiej obawiałem się zemsty Bańczyka. Mogłem wylądować na Helu, w Suwałkach lub trójkącie bermudzkim: Gubinie, Żaganiu lub Żarach i pojawiać się w domu raz na kwartał, a przecież miałem półroczną córeczkę. Ale stanowcze słowa żony – Nie waż się zapisywać do żadnej partii…- utwierdziły mnie w moim wyborze.
Po pięciu miłych dniach spędzonych w cywilnych pieleszach wróciłem do zaśnieżonego Ełku. Od razu wezwano mnie do majora Bańczyka.
- I co, Kanclerz? Odpoczęliście? Naradziliście się z żoną?
- Tak, obywatelu majorze.
- No, to mówcie.
- No więc…to znaczy…chciałem powiedzieć…
- Co wy mi tu pieprzycie? Gadajcie po męsku: tak czy nie?
- Nie.
- Tylko tyle chciałem wiedzieć. Odmaszerować do zajęć.
Był listopad 1987 roku, a 29 stycznia 1990 roku rozwiązano Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą.
23-11-2010 (22:44)
autor: Jan Drechsler
Wczorajsza wyprawa do Parku Wodnego wywołała u mnie kilka refleksji. Jeśli już nie kilka, to dwie z pewnością.
Gdy zjawiłem się na parkingu, pomyślałem, że będzie można popływać, bo samochodów było stosunkowo mało, więc tłuku nie powinno być. Faktycznie, jak na tę porę dnia, można rzec, że był luz. Pozornie, bo w basenie okazało się być gęsto. Popływałem w tłumie uważając, żeby komuś na plecy nie wjechać, a potem udałem się do sauny. Wtedy zauważyłem swoim krótkim wzrokiem, że trzy pasy są zarezerwowane. Jakoś trzeba dysponować miejscem, ale dlaczego nikogo tam nie było? Zrozumiałe, że jeśli jakaś grupa opłaciła sobie tor, to ma do tego prawo, ale dlaczego tacy jak ja prawa nie mają do normalności, jeśli też zapłacili i nie mają zamiaru jedynie zjeżdżać w rurach?
Druga refleksja dotyczy ratowników. Zastanawiam się, czy ich nie obowiązują zasady prewencji? Kiedy się w końcu doczekam, że znikną wianuszki moczących sobie nogi tam, gdzie inni chcą pływać. Przecież od tego są płytsze baseny. Nikt też nie panuje nad skaczącą w bezładzie dziatwą, która w dodatku po oddaniu skoku przepływa w poprzek bocznego pasa, łapiąc za nogi pływaków albo w szaleńczym kraulu niechcący wpychając im głowy pod wodę w momencie wdechu.
Tak sobie refleksyjnie marudzę kolejny dzień. Chyba szykuję się do zimy.
23-11-2010 (19:02)
autor: zoja
Tak sobie myślę, co mogę napisać, żeby nie zostało to źle odebrane i naprawdę nie wiem. To znaczy wiem, co chciałabym opisać, ale zwyczajnie nie mogę, a raczej nie powinnam. Powiem tak: jestem zdegustowana całym wyborczym cyrkiem i rozczarowana tarnogórzanami (nie wszystkimi, żeby nie było). Mam tylko nadzieję, że te wszystkie "śmieci" znikną szybko z płotów, ścian, drzew, latarni, słupów itd., żeby można było jak najszybciej zapomnieć o wyborach. Żałuję, że nie udało się Panu Czechowi zostać burmistrzem już w pierwszej turze, chciałabym wierzyć, że tak się stanie w drugiej, o ile ludzie nie zawiodą stwierdzając, że nie pójdą, bo i tak przejdzie. Szkoda, że kadencja nie trwa 10 lat, byłoby przynajmniej oszczędniej. Tyle wystarczy.