22-02-2012 (21:33)
Odebrałem laptop z naprawy. Cudownie się pracuje, jest jak nowy. Tak należało zrobić już dawno, ale nigdy nie ma człowiek czasu, goni gdzieś do przodu zapominając o zrobieniu porządku.
Dzięki temu, że nie miałem swojego laptopa, musiałem korzystać z innych komputerów w domu. Tego mi trzeba było, bo okazało się, że na twardych dyskach są dokumenty i foldery całe, które miałem za utracone na zawsze. Z tym też będę musiał się kiedyś uporać. Niestety, porządek nie jest moją specjalnością.
Chociaż... zawsze twierdzę, że taki stan rzeczy stanowi specyficzny, indywidualny mój ład.
Szkoda, że tylko ja tak uważam...!
21-02-2012 (17:30)
Jeśli wczoraj było urwanie głowy, to co było dzisiaj? Urwanie reszty ciała? Oddałem do naprawy mój laptop. Czas był ku temu najwyższy. Działy się z nim okropieństwa powodujące rozstrój nerwowy. Podobno jutro zdiagnozują przyczyny złego działania. Obym nie stanął przed koniecznością zakupu nowego sprzętu, bo nie lubię ostatnio wydawać pieniędzy. Zresztą, kto lubi? Nie narzekam, stwierdzam.
W „Gwarku” przeczytałem, że miasto organizuje spotkanie dotyczące promocji marki Tarnowskich Gór. W tarninowym gronie pokazaliśmy markę miasta na antenie Radia Katowice. Jestem ciekawy, kto słyszał audycję? Pewnie znowu się dowiem, że są bardziej wartościowe inicjatywy, niż nasza. Tylko niedocenione… ciekawe dlaczego? W tym miejscu też nie narzekam. Stwierdzam smutne fakty, smutne dla niedorobionych, którzy rzucają kłody po nogi. Szczęść im Boże!
20-02-2012 (22:12)
Problem załatwiłem faktycznie w kilka godzin, problemik też jakoś przeszedł bezboleśnie, ale wyłożyłem się na błahostce. Trudno, nie wszystko może mieć dobry finał. Błahostką czka mi się niemiłosiernie, bo zabieram się za nią jak pies do jeża.
Zmajstrowałem kolejne interludia do oratorium, pozostało jedno... Niestety, niby błahostka, a miesza mi się koncepcja z formą, może jutro skończę?
Teraz marzę o wypoczynku, kilka godzin snu zregeneruje moje skołatane nerwy. Jeśli nie, to rzeczona błahostka, na której się wyłożyłem, stanie się jutro problemem, którego nie załatwię nawet w tydzień.
19-02-2012 (20:48)
Wczorajsza wizyta w Czechowicach - Dziedzicach uspokoiła mnie w dużym stopniu. Teksty główne zostały zaakceptowane, Klaudiusz może pisać muzykę.
Akceptacja dokonana przez pana Erwina była mi potrzebna, bo przecież nie robię z siebie znawcy miasta, mogłem wiele spraw pominąć i oczywiście pominąłem. Przecież nie można z oratorium zrobić monumentalnego przeglądu dziejów. Mogłem także pokazać fakty w przeinaczonym świetle... a po prawdzie nie mogłem, bo jest to praca zlecona, konkretna.
Dzisiaj sprężyłem się i napisałem interludia. Nie wszystkie, ale większość. Pomogła mi wczorajsza konsultacja.
Jutro powitam nowy tydzień z jednym problemem, jednym problemikiem i jedną błahostką. Jeśli uporu mi starcz, załatwię całość w kilka godzin.
19-02-2012 (20:48)
Wczorajsza wizyta w Czechowicach - Dziedzicach uspokoiła mnie w dużym stopniu. Teksty główne zostały zaakceptowane, Klaudiusz może pisać muzykę.
Akceptacja dokonana przez pana Erwina była mi potrzebna, bo przecież nie robię z siebie znawcy miasta, mogłem wiele spraw pominąć i oczywiście pominąłem. Przecież nie można z oratorium zrobić monumentalnego przeglądu dziejów. Mogłem także pokazać fakty w przeinaczonym świetle... a po prawdzie nie mogłem, bo jest to praca zlecona, konkretna.
Dzisiaj sprężyłem się i napisałem interludia. Nie wszystkie, ale większość. Pomogła mi wczorajsza konsultacja.
Jutro powitam nowy tydzień z jednym problemem, jednym problemikiem i jedną błahostką. Jeśli uporu mi starcz, załatwię całość w kilka godzin.
18-02-2012 (19:20)
Rano słuchałem radia i oniemiałem z zachwytu. Pewien rządzący polityk mówił, że kondycja państwa jest świetna. Ktoś idiotę ze mnie robi, czy chce mnie wyprowadzić z równowagi...?
Patriota
Czy się urodziłem po to,
Aby wciąż być patriotą,
Oddać krew dla Polski matki
Przede wszystkim zaś podatki...
Durnia ciągle robią mnie tu,
Że mam w Polsce być ascetą,
I pokazać swym potomnym,
Jak szczęśliwym być bezdomnym...
Ktoś z mównicy mądrze klepie,
Mam być biedny, bo jest lepiej,
Mam być chudy, wynędzniały,
Byle racje stanu trwały...
Gdy mnie rząd kolejny wkręca,
Żebym stale się poświęcał,
Trawi mnie pytanie takie,
Ja, czy Polska jest żebrakiem?
Przemyślałem sobie całą złożoność sytuacji i doszedłem do wniosku, że przecież ja się nie we wszystkim orientuję. Tak mi wmawiał pewien polityk, to oni wiedzą najlepiej. Zwłaszcza kiedy się wydzierać z mównicy, pouczać i potrząsać piąstkami.
17-02-2012 (19:49)
Kiedy słyszę w publikatorach wypowiedzi dotyczące polityków górnej półki, że decydując się na niepopularne dla społeczeństwa decyzje narazili się na szwank i z tego powodu wiele stracili, to gęba mi się ze zdziwienia otwiera. Męczennicy dla narodu! Nikt się obywatelem nie przejmuje, a to my tracimy najwięcej, ponosimy wszelkie koszty związane z nieudolnością rządzących. Ich troska jest powierzchowna i mgłą demagogii zakrywa nieudolność.
Reprezentant narodu, przez ten naród wybrany zostało po to, żeby tuzinkowy zjadacz chleba miał święty spokój. Wypowiedź wicepremiera zakłóca ten spokój milionom rodaków. Jeśli on nie wierzy w godziwą emeryturę, to jak to się ma do opowieści rządowego kolegi z teką finansów, który niedawno mówił, że za kilka lat będzie wspaniale...
Nie jestem zwolennikiem późniejszych emerytur, a teraz twierdzę, że niektórzy powinni pójść zdecydowanie wcześniej. Myślę o takich politykach, którzy albo są szczerzy, albo...a prawdopodobnie jedno i drugie. Cierpiętnicy z bożej łaski.
16-02-2012 (20:42)
Istny cyrk ze śniegiem! Wczoraj odśnieżyłem przed garażem, a dzisiaj chcąc wyjechać po godzinie 5-tej byłem zmuszony pomachać łopatą, bo znowu nawiało białego szaleństwa. Potem w zakładzie, do którego jechałem też było nieciekawie z dojazdem i ze znalezieniem miejsca do zaparkowanie na podwórku.
Najlepiej odśnieżoną drogą lokalną była ta biegnąca z Laryszowa do Rybnej. Wiadomo, wysypisko śmieci zadbało!
Cyrku z premiami za Stadion Narodowy ciąg dalszy. Już nie wiem, czy się śmiać, czy tylko pokiwać głową z politowaniem. Jaki naród, taki stadion, jakie igrzyska, taki chleb. Gdzieś w tle pomrukiwania o Euro 2012, że niby to ma być święto narodowe. Przesada.
Z innej beczki, sytuacja ze sfer bliższych podłoża. Cytuję wypowiedź z rozmowy, w której też uczestniczyłem:
- To nie jest organizacja pracy, ale cyrk jakiś! Nie chcę być chamski, klął nie będę, ale zaraz dam w ryja.
15-02-2012 (21:49)
Nie mam pojęcia po co odśnieżyłem sobie przed garażem w popołudniową porę. Teraz nasypane jest znowu po osie kół auta... przesadzam, ale na grubość opony to z pewnością.
Śnieg wszędobylski zmienia oblicze zimy. Wielu miało dzisiaj problemy z poruszaniem się. Stłuczki widziałem dwie na Obwodnicy, a mogłem uczestniczyć w jednej, na skrzyżowaniu przy cmentarzu. Światła nie działały, jakieś auta zderzone, trudno było skręcić w lewo, gdyż z naprzeciwka ciężarówka chciała zrobić to samo i zasłaniała całą widoczność.
Zimę mamy całą gębą, a byli tacy, którzy narzekali w grudniu, że ciepło jest i śniegu niezbyt napadało. Nie opiniuje się zimy przed przyjściem wiosny.
14-02-2012 (21:30)
"Rozimprezowałem" się na całego dzisiaj! Najpierw w Tarnowskich Górach przemknąłem przez rynek... nie, no przecież zatrzymałem się na ponad godzinę. Nie piszę więcej, bo relacje pewnie się pokażą w gwarek.tv. Moja rola była marginalna, tyle tylko, że zafunkcjonowała kartka walentynkowa z moim tekstem. Dla mnie bardzo miło osobiście.
Miło było też w Sączowie na występie z okazji dzisiejszego święta. Szkoda, że nie mogłem być dłużej.
Wracając zajrzałem na moment do "KURNEJ CHATY". Przecież dzisiaj wtorek, nasz tarninowy dzień. Miło mi się zrobiło na sercu, że wszystko jest w porządku, bo mało się nie spalił lokal.
13-02-2012 (21:33)
Data, która zwykle kojarzy się z pechem... najszczęśliwszym dniem nie był.
Na koniec szkicuję sobie:
- Panie kochany, szykuje się nowe zamieszanie z emeryturami, a wie pan, czyje jest to wina?
- Wiem, rządu!
- Ależ skąd! To wina emerytów, stale narzekają, że mają za mało, to w końcu im podniosą. Szkoda tylko, że wiek emerytalny bardziej niż same emerytury.
- Ja wcale nie jestem za takim długim czasem pracy, powinno się raczej skracać.
- Ma pan rację, zwłaszcza władzy.
- A widział pan Stadion Narodowy w Warszawie?
- Widziałem, piękny! Mucha nie siada!
12-02-2012 (20:28)
Mróz uwziął się na nas, nie narzekam, ale stwierdzam. Mnie to specjalnie nie przeszkadza, tyle tylko, że węgiel się traci w zastraszającym tempie... i benzyna zresztą też.
Pobożnie udałem się dzisiaj do kościoła i akurat były chrzty. Jak zwykle, kiedy mi się śpieszy. Ciekawe, nawiasem mówiąc, czy taki chrzest sopelkami lodu jest też ważny? Nie wierzę, że woda w chrzcielnicy nie zamarzła!
11-02-2012 (20:58)
Ruszyło z miejsca, oratorium jest blisko finału... nie! Finał już mam napisany, ale trochę treści do środka muszę wpakować. Opinie też są... nie ważne jakie, są i koniec.
Prowadziłem spotkanie z Karolem Gwoździem. Młody poeta o szerokich zainteresowaniach. Pisze w języku śląskim. Nie ukrywałem, że lepiej mi się słucha niż czyta. Tego typu myślenie i praca powinny być alternatywą dla bylejakości i kiczu.
Zwykle sobotni wieczór jest momentem wytchnienia, oderwania myśli od realiów całego tygodnia. Niech tak będzie i teraz. Posłucham radia, coś może się uda napisać...
10-02-2012 (22:35)
Piszę, coś piszę, ale i tak jestem spóźniony o jeden song do oratorium...
Jeszcze kiedyś powstaniemy
Z wody, ognia i podziemi
Co się zwać człowiekiem warte,
Nigdy się nie staje martwe.
Narobiłem trochę patosu kilkoma pieśniami, a teraz należy wpleść lżejsze klimaty...
09-02-2012 (19:13)
Szwedzi powinni przechodzić na emeryturę dopiero w wieku 75 lat. Tak sądzi premier tego kraju. Jest szczery do bólu. W czasie, kiedy za kryzysy, pseudo kryzysy i kryzysy lansowane medialnie mają odpowiadać obywatele, którzy do tego nie doprowadzili, ja mam inny program odnowy oblicza tej ziemi, tej groteski, tej karykatury polityki europejskiej.
Może by tak za doprowadzenie do kryzysowych sytuacji zacząć karać deputowanych różnego autoramentu. Pociągać do odpowiedzialności optymistyczne buziaczki w kampaniach przedwyborczych, lizusów społecznych, którzy mizdrzą się opowiadając o własnych zaletach i mamią narody wydumanymi umiejętnościami i wiedzą.
Sami se róbcie do śmierci!
08-02-2012 (20:47)
Należę do zwolenników różnorodności towarów w sklepie, ale niektóre artykuły mają zbyt wiele odmian, jak na mój gust. Przykładem mogą tu być baterie. Ostatnio byłem zmuszony kupić je do dzwonka i żeby nie zaprzątać sobie głowy symbolem, wziąłem jedną zużytą do kieszeni.
Dzisiaj natomiast wypaliła się żarówka w kuchni i zrobiłem podobnie. W schowanku mamy już niezłą kolekcję niepotrzebnych, które kupowałem "na oko".
- Dzień dobry. Czy ma pani żarówki tego typu? - zapytałem.
- Oczywiście, a ile ona ma wat? - rzekła ekspedientka.
- Dokładnie nie wiem ile, ale tę najważniejszą wadę ma taką, że nie świeci.
Nie wiem, co sobie pomyślała, ale żarówkę mam i już rozjaśnia mroki kuchenne.
07-02-2012 (18:28)
Jestem wściekły! Jeśli tak ma wyglądać dalsze funkcjonowanie systemu płatności wymyślone centralnie, to chyba będę musiał zrezygnować z picia kawy. Ciśnienie samo mi skoczy. Dlaczego reforma zwykle oznacza pogorszenie warunków pracy, płacy i wzbudzanie kontrowersji? Podobno kasa nie spływa, bo budżet nie jest uchwalony. Ciekawe, czy z tego powodu parlamentarzyści nie dostają uposażeń?
Przed rokiem, kiedy wprowadzono obieg pieniądza przez centralę mówiono o lepszych perspektywach. Najgorsze, że upomnienie się o swoje spowodować może lawinę represji i efekt taki, że wściekły nie będę, ale bezrobotny. Gdzie ja żyję?
06-02-2012 (21:40)
Pisanie oratorium wciąga mnie w historię miasta Czechowice - Dziedzice, w jego ciekawe zakamarki i osobowości. Są wśród nich przedstawiciele kleru, których zasługi dla regionu są niepodważalne.
Ksiądz Józef Londzin działacz społeczny, poseł i senator, redaktor "Gwiazdki Cieszyńskiej", krzewiciel turystyki.
Ksiądz Antoni Janusz twórca polskiego kancjonału... teraz taka pozycja przeszłaby mimo uszu, oczu, ale na tamte czasy była cegiełką kultury Śląska.
Kolejny ksiądz Antoni Macoszek, autor pierwszego polskiego przewodnika po Beskidach. Zginął w czasie napadu na plebanię... a podobno dawniej takie rzeczy się nie działy.
Czytam coraz więcej o tym mieście, wciąga mnie temat, bo też i okolice są barwne.
05-02-2012 (20:52)
Zrobiłem przez sobotę i niedzielę minimum, czyli ponad ćwierć piosenek do oratorium czechowickiego. Nie jest to zły wynik, ale mogłoby być lepiej. dzień się nie kończy, ja też nie, parę godzin jeszcze przede mną.
Podczas panującego powszechnie mrozu dokonałem rewelacyjnego odkrycia. Było mi dane znaleźć minimum ciepła, jakie może wyemitować z siebie kaloryfer. Stało się to w kościele, w którym nie będę pisał, bo jest to nie istotne. Grzejnik był na tyle ciepły, że nie chłodził, a na tyle chłodny, że nie grzał.
Maksimum zadowolenia spotkało nas ze strony Kowalczyk, po krótkim rozstaniu się z liderowaniem w pucharze, znowu jest pierwsza. Już widać, że walczyć będzie jak lwica z depczącymi jej po nartach przeciwniczkami.
Stoch także dał z siebie wiele, chociaż zadowolony nie jest. Dzisiejsza wygrana w Predazzo może nie jest maksimum jego możliwości, ale mniemam, że na zdobycie przez niego Pucharu Świata czekać nie będziemy długo.
04-02-2012 (22:49)
Praca o różnych porach dnia doprowadziła do tego, że pomylił mi się dzień z nocą. Przespałem kawał wieczoru i teraz chyba będę straszył w domu do późna.
Za oknem zima straszy mrozem, ale wydaje mi się, że jest cieplej... przed momentem zerknąłem na termometr i chyba wczoraj było chłodniej, bo teraz jest tylko -14 i coś tam jeszcze. Dla lubiących wyższe temperatury polecam przejście z Celsjusza na Fahrenheita. Jest to chyba najszybszy sposób podniesienia odczytu ciepłoty.
Orientacyjną prognozę pogody, ale niezawodną i sprawdzoną przez lata obserwacji mam w garażu. Przez kilka dni szamotałem się, żeby zasunąć rygiel, a teraz wprowadzając auto zrobiłem to dziwnie sprawnie. Jeśli potrafię zamknąć drzwi bez problemu, to oznacza, że słabnie mróz. Chyba, że wysublimowała woda spod cienkiej warstwy betonu. Zobaczymy jutro.
03-02-2012 (17:33)
Jest wprawdzie piątek, ale mój tydzień pracy nie kończy się. Nie jest to czymś wyjątkowym, nie skarżę się, ale niejako przypominam sobie, że swawole weekendowe nie dla mnie jeszcze.
Nie kończy się mróz. Jest uciążliwością, ale także niczym nienormalnym. Mamy przecież zimę, wielu ludzi narzekało w grudniu, że raczej ona wiosnę przypomina. Obecnie zima pokazała swoją siną twarz, mróz trzyma. Dzisiaj w nocy jeździłem ździebko i z przerażeniem spoglądałem na ubytek paliwa.
Niby kończy się tragedia z dzieckiem w Sosnowcu, ale do wyjaśnienia wszystkiego trzeba trochę poczekać. Natomiast nie widać końca gwiazdorstwa detektywa - celebryty i nie mam pojęcia, co się stało ważniejsze, koszmar zdarzenia, czy jego lans. Mam nawet pomysł na nowy program dla ogłupiaczy wizyjnych: "Gwiazdy szukają zbrodniarza".
Nawiasem mówiąc, znalazły sobie publikatory temat zastępczy, łzawą sensację zasłaniającą marazm ostatnich scen w polityce.
02-02-2012 (21:17)
Coś usiłuję sklecić, ale materiał rwie się niczym sweter pożarty przez mole...
Nie panikuję, bo czasu mam sporo, a postępy trzeba robić systematycznie. Iść do przodu małymi kroczkami..
Niech kończy się, co ma mieć finał
I zacznie, co się ma zaczynać -
Komedia, wstrząsający dramat,
Melodia na fałszywych gamach.
Niechby zapadła wreszcie klamka
Żebym się śmiać mógł albo załkać
Nieważne co świat będzie warty
Za niskim progiem drzwi otwartych...
W Moskwie wygrała Kowalczyk. Sprint. Już jest dziewczyna na pierwszym miejscu. Ona to prze systematycznie do przodu!
01-02-2012 (22:02)
Dopisuję jeszcze jedno, wiadomość żałobną... zmarła Wisława Szymborska... pozostanie po niej długi wielokropek...
01-02-2012 (20:40)
Z przeróżnych powodów dzisiaj mieliśmy wizytację naszej wnuczki - Marty. Rodzice też mają swoje prawa i obowiązki, należy ich wspierać. Kochane jest to dziecko, z dnia na dzień przybiera na wadze, rośnie i staje się coraz... głośniejsza.
Posiadanie wnuczki jest zdecydowanie fajniejsze niż przebywanie z własnym drobiazgiem. Potomstwo było na co dzień, ją mamy od czasu do czasu i to jest cudowne.
31-01-2012 (22:31)
Miesiąc się kończy mroźny w aurze i burzliwy w pogodzie psychicznej. Na mniejsze wahania temperatury w kontaktach osobistych należy zwracać uwagę, ale nie robić z tego tragedii. Milszy nie będę, takim pozostanę, nie atakuję, ale bić się nie pozwolę.
Za to milsze na finiszu stycznia spotkały mnie gesty ze strony osób zupełnie obcych.
- Znalazł pan swoją kartę? - usłyszałem na stacji benzynowej.
- No nie, faktycznie gdzieś mi się zawieruszyła. Muszę ją znaleźć, bo mam nabite sporo punktów, ale skąd pan o tym wie, że ją zgubiłem?
- Bo mamy ją schowaną, Tankował pan kiedyś rano i zostawił.
Byłem nieźle zdziwiony, że mnie rozpoznają w tłumie przewalających się klientów. Z jednej strony dobrze, ale czasem lepiej nie być rozpoznawalnym. Może zapuszczę wąsy i brodę, a najlepiej ufarbuję włosy na blond, lecz zrobię to w lutym, bo w stycznie nie zdążę.
30-01-2012 (19:43)
Tydzień się rozpoczął, mam wrażenie, że pozytywnie. Mam tutaj na uwadze pracę zawodową. Dnia nie chwali się przed zachodem, tygodnia przed weekendem, a gdzie tam jeszcze do piątku.
Nie wiem, czy jest to wina mrozu, że wywiało mi wszelkie koncepcje z głowy. Tyle pomysłów nagrałem sobie na dyktafonie chcąc to wieczorem przepisać do komputera, a kiedy przyszło do realizacji wydawało mi się, że całość można zaraz przenieść do kosza. W tym przypadku sprawy mają się negatywnie, ale narzekać nie będę, bo przecież w poniedziałek tygodnia nie będę postrzegał negatywnie.
29-01-2012 (20:41)
Wicepremier ponoć powiedział, że jeśli dla kogoś benzyna jest za droga, to niech dojeżdża autobusami albo pociągami. Bardzo konkretna wypowiedź osoby tej rangi. Jasne, rząd się kiedyś wyżywił, a potem był jeszcze epizod w powodzią i ubezpieczeniami. Gratuluję dobrego humoru, bo jeśli chodzi o mnie, to jestem oburzony.
Arogancja władzy jest odbiciem poczucia bezkarności. Demokracja została wypaczona do granic wytrzymałości społeczeństwa. Pomieszanie obowiązku wykonywanych funkcji z pychą władców absolutnych. Oburzając się i domagając się swego staję się śmieciem, który może zostać zmięty i wyrzucony na wysypisko.
Piszę w mało wesołym tonie, ale wcale nie czuję się zdołowany. Oburzają mnie doniesienia prasowe na temat syna ministra rolnictwa i czegoś tam jeszcze... O co tutaj chodzi? Podaję link:
http://wyborcza.pl/1,75478,11039909,Jak_syn_ministra_Sawickiego_weterynarzem_zostal.html
28-01-2012 (20:48)
Od pomysłu do realizacji droga daleka. Najważniejsze jednak już mam, bo motyw wiodący wykrystalizował się i to w miarę szybko.
Dzisiejsze spotkanie dało mi wiele, nie ma jak krótka lekcja dziejów miasta wyłożona strawnie przez historyka - znawcę regionu, miasta i mieszkańców. Krótka wizyta w Czechowicach - Dziedzicach, a jednak na tyle długa, żebym podłapał temat kolejnego przedsięwzięcia, kolejnej już śpiewogry.
Tak, kolejnej, bo jeden temat mam zakończony od strony tekstu i muzyki, ale są jeszcze wcześniejsze, które rozpoczęte nie doczekały szczęśliwej, dalszej realizacji. Mam przecież koncepcję i rozpoczęte pisanie oratorium o św. Wojciechu dla Radzionkowa, rozpoczętą śpiewogrę o buncie górniczym w Tarnowskich Górach.
Kolejne wyzwanie może dostać skrzydeł jeszcze wcześniej niż "Czarne słońca". Mam przed sobą noc, czas na przetrawienie zagadnienia. Zobaczymy, co sklecę w ciągu tygodnia, bo tyle sobie daję na stworzenie szkicu całości.
27-01-2012 (20:20)
Lubię taki wieczór... Za oknem zima w pełnej krasie, przede mną monitor komputera zapracowany jak ja sam. W kaloryferach przelewa się ciepełko, ale nie takie nad wyraz, nie do wytrzymania...
Lubię zimno, zdrowy oddech natury, trzaski śniegu pod stopami, czerwień policzków, uśmiech złośliwego mrozu...
Nie lubię Dąbrowy Miejskiej w Bytomiu, nie lubię od pewnego czasu, bo źle mi się kojarzy... Znowu muszę tamtędy jeździć, ale w innym nastroju. Bardziej optymistycznym.
Nie lubię parkować pod szpitalem górniczym w Bytomiu... dzisiaj jednak brak sympatii miał bardzo optymistyczny odcień.
26-01-2012 (19:16)
Minister powiedział, że ACTA nic nie zmienia, fajnie... To po co w ogóle się to podpisuje? Nie jestem za szczeniackimi rozróbami, ale tak właściwie kto je sprowokował?
Konsultacje społeczne nie kończą się na wyborach, ze społeczeństwem trzeba rozmawiać. Należy umieć to robić, bo jest to sztuka wysokich lotów. Opowiadać dyrdymały i podrygiwać piąstkami w geście wyrywania cebuli nie jest umiejętnością, ale gestem socjotechnicznym, który nie zastąpi dialogu.
Wykrzykiwanie haseł samochwalczych o swojej sile i mądrości także nie jest metodą rozmowy ze społeczeństwem. Sposób jest jeden, należy...
Wiem jaki on jest, ale nie opublikuję tego, bo dbam o swoje prawa, sam dbam, nie jest mi potrzebna umowa międzynarodowa, ani zapewnienia władzy, że mnie będzie chronić. Odkładam to ad acta, czyli do spraw załatwionych... tylko kto się załatwił kompletnie?
25-01-2012 (19:54)
W budżecie państwa zaplanowano wpływy z... mandatów drogowych. Przeczytałem, że mają one dać 1 mld 200 mln złotych wpływu.
Jeśli władza centralna planuje wykroczenia swoich i unijnych obywateli, zaciera ręce licząc na zyski, to nie mam słów, żeby to komentować. Zawsze byłem za rozsądkiem na jezdniach, na parkingach. Uważam, że nie należy mieć litości dla potencjalnych sprawców nieszczęść, ale takiego szaleństwa nie spodziewałem się.
Nie mam pojęcia, czy mandaty są pozycją zaplanowaną przez tę ekipę rządzącą, czy jest to spadek po kimś innym. Dociekać nie mam zamiaru, ale stwierdzam, że jest to wstrętne. Ciekawy jestem, czy są, czy były kiedyś także zaplanowane dochody ze sprzedaży złomu z upadających przedsiębiorstw? Z makulatury pewnie są, już biurokracja postara się napędzić dochody.
Słowo "kryzys" stało się wirusem trawiącym rozsądek. Pecunia non olet, z pewnością, ale nie można powiedzieć także, żeby pieniądze pachniały.
24-01-2012 (16:52)
Coś, co się kleci, coś powstaje we wtorek...
Rzeczpospolita Poetycka
Wkoło się toczy polityka,
Nienawiść musi trwać koniecznie,
A mnie to wcale nie dotyka,
Żyję w ojczyźnie mej bezpiecznie...
ref.:
W Rzeczpospolitej Poetyckiej,
W kraju na pograniczu doznań.
Podatki z uczuć płacę wszystkie -
Można więc żyć i kochać można.
...i tak dalej biegnie kilka zwrotek. Dzisiaj przyszła wiadomość, dobra wiadomość. Zobaczymy, co z tego wyjdzie, ale najważniejsza jest z tego nauka, że trzeba zarzucać kilka wędek, a z pewnością ryba się złapie... może by tak sieć rzucić? I co? Glony z dna wyszarpać?
23-01-2012 (19:34)
Demokracja przemienia się w centrokrację, w eurokrację, w warszokrację... w centralizm demokratyczny - to mi coś przypomina, realia zeszłego systemu.
To, co się dzieje pokazuje przewrotność decydentów, kompletny chaos kompetencyjny nadmuchany arogancją. Społeczeństwo popychane jest wektorami różnych władz, których wypadkowa idzie w stronę wyzysku... Mam tego wszystkiego dosyć na wszelakich poziomach.
Odreagowuję, piszę... może byle co, może byle jak, ale coś robię. Chociażby po to, żeby pchać do przodu moją malutką kulę ziemską, która wiruje niczym elektron na orbicie pierwiastka życia o symbolu chemicznym Jd.
W jakim się jutro świecie zbudzę? Być może mądrość człowieka zrobi krok, maleńki kroczek w kierunku postępu... Niestety głupota też to uczyni.
22-01-2012 (19:29)
Anonimowi zaatakowali serwisy rządowe. Wprawdzie oficjalny komunikat głosi, że to nie jest prawda, ale jakoś mało wierzę rzecznikowi rządu. Całkiem niezależnie od akcji protestacyjnej napisało mi się tekst, którego pierwsza zwrotka wkomponowuje się w sytuację.
Wyrocznia
Możesz władzy dzierżyć lejce,
Rydwanem Słońca powozić,
Wawrzynem chełpić się wielce,
Pamiętaj, co zawsze ci grozi...
ref.:
Dzisiaj, jutro, pojutrze, za sekundę roku
Światło nikłe zabłyśnie wśród sumienia mroków
Ręka wyroczni skreśli słowa jak świat stare:
Na ścianie twej komnaty: mane, tekel, fares...
Wrócić muszę do wczorajszych wydarzeń, bo było kilka niespodzianek, ale tym razem nie anonimowych. Polacy zremisowali ze Szwedami, a przegrywali już 20:9. W Szwecji wściekłość ogromna, nie dziwię się. W Zakopanem też nie było najgorzej, Stoch skoczył w drugiej serii skoków (w tabeli wyników!) o 10 miejsc wyżej, a w pierwszej dwudziestce znalazło się aż 4 naszych.
Dzisiaj Justyna Kowalczyk zdeklasowała rywalki. Skąd ona ma tyle siły?!
Do tego dodać trzeba dodać zwycięstwo Agnieszki Radwańskiej w 1/8 AO i jest się z czego cieszyć, bardziej optymistycznie patrzeć na codzienność.
21-01-2012 (16:55)
Zmarła Irena Jarocka, jej duszę jak motyl unoszą na drugą stronę rzeki jacyś gondolierzy znad Wisły. Zostawia spory dorobek piosenkarski. Zapewne jest kamieniem milowym polskiej estrady. Nie udało jej się wygrać ze śmiercią, ale korzystnego wyniku z kostuchą żaden śmiertelnik nie zanotował.
Wygrała sprint w Estonii Justyna Kowalczyk. Szkoda tylko, że na dalszych pozycjach nie widać zawodniczki z polskimi barwami. Nikt raczej się nie spodziewa lepszych wyników koleżanek Justyny.
Trochę inaczej jest w skokach narciarskich. Wczoraj w Zakopanem wygrał Kamil Stoch, a dziewiąty był Aleksander Zniszczoł. Ten ostatni, jak wynika z wymowy, sprawi w przyszłości sporo problemów... zwłaszcza zagranicznym sprawozdawcom.
W tym momencie Polacy przegrywają ze Szwecją na Mistrzostwach Europy w piłce ręcznej. Szkoda, ale w tym przypadku włosów nie rwałbym z głowy. Stać ich na niespodziankę, na zwycięski wynik.
Teraz jest godzina zarejestrowana na blogu, w sporcie może się wszystko zdarzy, liczę na sukcesy naszych, a jakie będą wyniki? Jutro podsumuję, teraz mała kawa i wypad na wernisaż Anki do "Innego Śląska".
20-01-2012 (18:17)
W Zakopanem odbywa się konkurs Pucharu Świata w skokach narciarskich. Warunki atmosferyczne są zmienne dla tej dyscypliny. Dlatego jeden wygrywa, a drugi przegrywa niekoniecznie ze swojej winy.
Za moment zbieramy się na Tarninę. Jakie będą warunki? Nie wiem, to zależy wyłącznie od indywidualnej formy zawodniczki i zawodnika. Z pewnością wygrywać będą muzycy, bo taka ich jest rola. Obyśmy się tylko nie czuli przegrani.
19-01-2012 (21:38)
Człowiek na starość się zapomina! Może pomyliłem wieczór z porankiem, bo zrobiłem sobie kawę, a miałem ochotę na herbatę z cytryną. Starość, nie radość - wyświechtany slogan.
Ma to powiedzonko jednak duże znaczenie w życiu społecznym i politycznym. Sporo się mówi o ustawie emerytalnej, czy nawet takowej z dodatkiem spraw rentowych. Widać władza ustawodawcza wzięła sobie do serca, że podeszły wiek nie musi się kojarzyć z pogodną jesienią, a raczej chlapą, mgłą i zgniłymi liśćmi listopada. Wiek emerytalny idzie w górę, no mamy w końcu jakiś postęp...Nie! Przepraszam, cena benzyny też.
Prawdę mówiąc nie mam zielonego pojęcia, kiedy się powinno skończyć aktywność zawodową. Tego nie policzą żadni eksperci z branży ekonomicznej, specjaliści medycyny pracy, a tym bardziej posłowie, których nie uważam za specjalistów, bo i po co nimi mieliby być.
Faktycznie wiek emerytalny można by podnieść i do siedemdziesiątki, a nawet do momentu, kiedy człowieka przyklapnie medal za długowieczność. Oczywiście pod warunkiem stworzenia systemu rentowego, który pozwoliłby pożegnać pracę wcześniej, jeśli ktoś nie wydoli. W praktyce jednak obawiam się cwaniactwa i matactw, korupcji na przeróżnych komisjach.
W kapitalizmie potrzebni są ludzie do pracy, nie do marudzenia, że ich w krzyżu boli. W firmach prywatnych właściciel będzie się pewnie starał repa wywalić na bruk. No chyba, ze jest wybitnym fachowcem albo teściem właściciela. W urzędach za to zrobi się istny raj dla babć i dziadków znajomych i krewnych królika. I dobrze, bo jak śpiewał Michnikowski: "wesołe jest życie staruszka". To jest ta druga strona medalu za długowieczność.
18-01-2012 (20:47)
Coś tam się we łbie kleci... piszę coś, poprawiam, przenoszę teksty, dopasowuję, ale końca nie widać...
Ludzkie serce jest zimne jak sopel,
A do tego jak sopel jest twarde.
Człowiek oczy nacieszy, by potem
Okazywać swą niechęć i wzgardę.
Oto jest taka sobie pierwsza zwrotka, zapewne zakończenia nie zrobię dzisiaj. Przypuszczam, bo tydzień jest trochę zwariowany. Niby efekty są, a końca nie widać...
Może i dobrze, bo przecież najgorzej wtedy, gdy się już koniec widzi.
17-01-2012 (22:47)
Kilka dzisiejszych rozmów sprowadziło mnie na tory dobrego humoru. A było kiepsko, bo padł cały mój plan pracy zawodowej. Miałem jechać w jedno miejsce, a wylądowałem w innym, co nie wpłynęło na mnie pozytywnie. Dlatego słysząc krótką relację z mojej wystawy, a przede wszystkim to, że ludzie chcą szopki oglądać, spowodowało pozytywne nastawienie do życia.
Przeciwności losu są toksyczne dla ludzi, dla organizmów słabych. Dla mocnych są jak wiatr w żagle tej łupiny orzeszka zwanego istnieniem. Nie wolno się poddawać w żadnej płaszczyźnie działania. Wielkie przeciwności losu najlepiej koryguję małymi sukcesami, bo one są mojej produkcji, porażki natomiast gotują się w umysłach otoczenia, które tracąc energię na podkładanie nogi cofa się.
16-01-2012 (20:34)
No i mamy zimę! Jest się z czego cieszyć, jeśli się ją lubi. Napadało śniegu sporo, ale drogi są przejezdne, bo wynudzeni kierowcy z firm czyszczących nawierzchnie dróg uporali się w miarę szybko z problemem. Przynajmniej tak było na trasie moich przejazdów.
Spaliła mi się żarówka w samochodzie, ot problem! Można sobie szydzić, a jednak problemem to jest. Już nieraz narzekałem na konstrukcyjne rozwiązania w autach. Konkretnie na skomplikowanie podstawowych napraw. Na pierwszy rzut oka człowiekowi wydaje się, że załatwi usterkę w biegu, pod sklepem, ale kiedy wsadzi się łapy pod maskę następuje szok. Mam się z czego cieszyć, bo jakoś udało mi się dokonać wymiany żarówki. Jak mało mi trzeba do osiągnięcia zadowolenia.
15-01-2012 (20:47)
Kapitan Edward Smith zmarł, zginął 15 kwietnia 1912 roku jako człowiek morza i honoru. Wartości, których jest symbolem nie zakładał sobie na grzbiet od czasu do czasu niczym mundur galowy. Kiedy "Titanic" szedł na dno stał na mostku kapitańskim i podobno przez tubę powiedział do załogi na szlupach
ratunkowych:
- Spełniliście swój obowiązek, zwalniam was, ratujcie się w imię Boże.
Francesco Schettino, człowiek którego trudno mianować kapitanem statku, ale jednak funkcję takową miał, uciekł z pokładu rozbitego "Costa Concordia". Działo się to w piątek 13 stycznia 2012 roku. Stuletnia różnica czasowa, a mały krok w barbarzyństwo. Zawsze może powiedzieć, że uratował jedno życie, swoje.
Łatwo jest siedzieć przed komputerem w ciepłym mieszkaniu i sądzić zaocznie bliźniego. Nie chcę tego robić, ale trudno mi zrozumieć sytuację.
14-01-2012 (23:34)
Łyk dobrze schłodzonego piwa o tej późnej porze jest kroplą słodyczy po dniu przepracowanym, po biesiadzie w miłym towarzystwie...
Kończy się sobota, próbuję coś pisać...
...
Gwoździ się nie wbija czołem
Trzeba ubrać co jest gołe
Ubranego nie rozbierać
Chyba, że go coś uwiera
Trzeba kończyć co zaczęte
Uszanować sprawy święte
Nie przejmować się byle czym
Bo się duszę długo leczy
....
Może to i głupie będzie, ale skończę prawdopodobnie dzisiaj jeszcze... chyba nie, bo zaraz północ. Jutro skończę.
13-01-2012 (20:36)
A mówi się, że 13-tego w piątek spodziewać się należy pecha! Może w detalu jest to prawda, ale dla pewnych grup społecznych zaświtało szczęście. Lekarzy nie będą już wywozili na Syberię za źle wypisaną receptę. Aptekarzy nie będą batożyć na rynku za pomyłkę w jej sklasyfikowaniu. Niestety za miesiąc mogą się czuć mniej bezpiecznie. Abolicja ich nie obejmie i będą piętnowani przez srogie ramię sprawiedliwości społecznej.
Czy mam pecha, bo mieszkam w państwie policyjnym? Dlaczego pytam? Bo zwykła ustawa, która miała ludziom coś dać, odebrała nadzieję. Takich różnie wartościowych przepisów naprodukowano sterty. Nie wierzę, że sprawiła to półroczna prezydencja, a opowieści, że w innych krajach są podobne mechanizmy, można odłożyć na półeczkę z książeczkami do kolorowania.
Trwam przy swojej zasadzie, że prawo krzywdzące człowieka jest bezprawiem. Sam ocieram się o pomysły wyssane z palca, teorie chcące człowieka upupić, sprowadzić do parteru, na najniższe poziomy...
O kurcze! Może to i dobrze. Wszak na ziemi leży korytko! Wezmę to pod uwagę w najbliższych planach życiowych. Taka jest szczęśliwa myśl w dzień pechowy z założenia.
12-01-2012 (20:28)
Jeśli miałbym wprowadzić statystykę w moją (pożal się Boże) twórczość wynikałoby jasno, że piszę codziennie jeden tekst. Nie liczę bloga, bo to jest blog, pamiętnik, coś co muszę robić codziennie. Mam wyrzuty sumienia, że jest to zbyt mało.
Mogę przypuszczać, co robi Jaruzelski codziennie. Mam na myśli fizjologię, bo nie przypuszczam, że robi rachunek sumienia i siusia na swoje czyny. Nie mam mu za złe tego, co uczynił, bo nie trawią mnie chęci zemsty, rewanżyzmu za popełnione decyzje, które uważam za pozbawione sensu. Jeśli Jaruzelski czuje się zbulwersowany wyrokiem, to zaraz budzi się pytanie, czy liczył się on kiedykolwiek, że rozgrzeszy go ktoś za pogwałcenie konstytucji PRL? Nie było w jej pokrętnych artykułach śladu o stanie wojennym. Uważam, że należy dać Jaruzelskiemu spokój, bo rozmawia się z nim jak z obrazem... obrazem nędzy i rozpaczy.
Codziennie zastanawiam się ile jeszcze dni przede mną...
- Mam wielką prośbę do ciebie - powiedziałem.
- No mów, bo nie wiem, czy to zrobię - rzekła koleżanka po fachu.
- Jeśli zobaczysz moją klepsydrę, zadzwoń do mnie, bo nie chcę się spóźnić na pogrzeb. Nie wypada!
- Idiota - usłyszałem odpowiedź.
11-01-2012 (21:40)
Zacząłem coś gryzmolić, a wyszło mi to:
Komiks
Ktoś narysował mnie w płaszczyznach,
Poświęcił na to kilka kartek.
Czernią na bieli i w szarzyznach...
Nie wiem, co takie dzieło warte?
Z ust mi wyfruwa dym komiksu,
Co napisane jest sam nie wiem,
Fragmenty szyfru, zbitek grypsów,
Wszystko się kłębi przy powiewie...
Towarzyszące mi osoby
Pragną wyrazić coś mimiką,
Skąd ten rysownik je wydobył?
Z fantazji lub po prostu znikąd.
Skazany tak na dożywocie,
Na czyjejś ręki ruchu łaskę,
W akcji, gdzie trudno sensu dociec,
Życie wydaje się zbyt płaskie.
10-01-2012 (18:54)
O poranku spadł pierwszy, porządny śnieg w tym roku, a może nawet tej zimy. Kiedy spojrzałem przez okno było biało, cudownie, baśniowo. Zszedłem do garażu i już miałem pewność, że nic z tego nie wyniknie, nie będzie leżał przykrywając burą rzeczywistość. Śnieg nie topniał od razu, ale w niektórych miejscach tworzyła się błotna ciapraka, mrozu specjalnie nie było, obawiam się, że Celsjusz miał dodatnią opinię na temat pogody. Pomyślałem, że nawet lepiej, bo gdyby mróz dopadł tę wilgoć na jezdni, byłaby niezła bajka z gołoledzią.
Teraz wieczorem śladu po opadzie puchowej bieli nie ma. Ot, gdzieniegdzie w rowie rysuje się siwy makijaż wątłej zimy...
Pierwszy raz w tym roku dostałem kopniaka do pracy. Chciało mi się, zobaczyłem przed nosem konkretne zadania i nie owionął mnie duch niepewności - robić, czy nie. Prognoza dobra, nie chciałbym jednak, żeby stało się z nią jak z dzisiejszym śniegiem.
09-01-2012 (20:11)
Wszystkie dzisiejsze wiadomości przyćmiła jedna - próba samobójcza prokuratora wojskowego.
Nie mam zamiaru wgryzać się w temat. Niejeden człowiek zęby sobie połamał próbując skosztować sensacji gryząc Temidę w jej Achillesowe pięty. Nikomu też nie udało się bez bolesnego szwanku w uzębieniu rozsupłać węzła opaski, jaka zasłania oczy tytanidy. Okazywał się on gordyjskim, opornym na najbardziej ostre kły. Podobnie nie do ruszenia są łańcuchy, na których wiszą szalki wagi boskiej Themis.
Szarpie natomiast myśli moje wątek tragedii, który jak przypuszczam zdominuje dalsze postępowanie. Pułkownik próbował zabić się z prywatnego pistoletu, nielegalnie wniesionego na teren prokuratury. No to chłopisko beknie za to, niech no tylko wróci do zdrowia!... bo na stanowisko pewnie już nie... Nie wolno popełniać samobójstwa, a nielegalnie tym bardziej.
08-01-2012 (20:49)
Stało się tak, jak się spodziewałem ja, cała Polska i chyba większość kibiców narciarstwa na świecie. Kowalczyk dała sobie radę z innymi zawodniczkami, pokonała morderczy podbieg i zgarnęła wszystko. Wygrała z sobą, ze zmęczeniem i czasem na medal.
Niedawno pisałem, że tyle jest wolnego czasu znowu, że długi weekend przed nami. Teraz jestem gotów stwierdzić, że został w tyle. Jutro zaczyna się rok na poważnie. Chyba nie zmarnowałem dni beztroski, pozornej beztroski, bo w środku tkwi ciągle jak kołek w piersiach wampira perspektywa narad, spotkań służbowych i naginania teraźniejszości do nowych realiów. Nie rozumiem dlaczego stale coś zmieniają nazywając reformami pociągnięcia bliskie mobbingowi. Kto ich uczył kapitalizmu? Putin? Czas na uszanowanie Konstytucji, konkretnie artykułu 4-tego?
Czas dla niektórych zatrzymał się na realizmie socjalistycznym. Niech mi nikt nie mówi, że kapitalizm to bałagan i prowizorka!
07-01-2012 (22:26)
Justyna Kowalczyk dała dzisiaj popis. Odstawiła wszystkie zawodniczki i znowu znalazła się na czele Tour de ski. Mój komentarz musi się ograniczyć do zachwytu i radości, bo narty nigdy mnie nie fascynowały od strony czynnej, praktycznej i nie znam się na tym kompletnie.
Niby na czym się mam nie znać? Zakłada się narty i sunie do przodu ile tylko sił w nogach i płucach tlenu. Ja, ja! Fajnie się pisze, teoretyzuje kiedy ktoś inny wylewa hektolitry potu na zawodach, a przedtem na treningach.
Za swoje i przez to nasze, polskie sukcesy Justyna Kowalczyk została wybrana Sportowcem Roku 2011 w plebiscycie "Przeglądu Sportowego" i Telewizji Polskiej. Dwa zwycięstwa w jeden dzień!
Jutro też ma szansę na podwójny triumf. Niesamowita Justyna.
06-01-2012 (16:58)
Powinienem zebrać siły i zacząć coś pisać. Co? Byle co, ale w efekcie coś. Niedawno obiecałem komuś konkretną piosenkę, z konkretnym motywem, ale bez konkretnego tematu. Zrobiłem pierwszy krok i zamurowało mnie w momencie pointy. Nie dlatego, że nie wiem jak skwitować, lecz pomysłów mam zbyt wiele. Każdy kiepski...Pierwsza zwrotka jest taka:
Jesteś dla mnie jak plaster
Kiedy z nagła się chlasnę
Robiąc gulasz zbyt prędko
Nożem niewprawną ręką.
Reszta w podobnym stylu... wiem, wiem! Arcydziełem nie jest, ale pracuję, rozkręcam się po świąteczno - noworocznym rozleniwieniu.
05-01-2012 (19:22)
Przeddzień święta Objawienia Pańskiego, Trzech Króli, a jak komuś monarchia nie pasuje - święto Trzech Mędrców. Praktycznie patrząc, mamy przed sobą długi weekend, natomiast chrześcijanie obrządków wschodnich jutro będą mieć wigilię Bożego Narodzenia. W ten sposób przedłuża się atmosfera nastroju, który był naszym udziałem w grudniu.
Dzisiejsza rozmowa w sądzie:
- Sąd jest miejscem, gdzie prawo jest przestrzegane. Tak przynajmniej myślę.
- Oczywiście, nie myli się pan.
- Czyli stwierdzić mogę trochę staroświecko, że sławicie prawo?
- Jak najbardziej.
- W takim razie, jako prawosławnym życzę wesołych świąt.
- Nawzajem, też panu życzymy!
- Ale ja nie jestem prawosławny.
- Nie??? Dla takich prawa niesławiących mamy na tyłach areszt śledczy! Chce pan do poniedziałku, przez święta tam przesiedzieć?
04-01-2012 (19:56)
Wczoraj wieczorem jechałem do Tarnowskich Gór i wcale mnie nie zirytowało auto, które przez dłuższy czas "siedziało" mi na tylnym zderzaku. Już przywykłem do kierowania pojazdem, który jest dodatkowo oświetlony zza tylnej szyby.
Zaraz za szpitalem zauważyłem, że jako drugie za mną auto jedzie pogotowie na sygnale. Zjechałem na pobocze, żeby przepuścić pojazd uprzywilejowany. Okazało się, że przepuściłem aż trzy! Pierwszy skorzystał kretyn, który od Zbrosławic świecił mi do wnętrza, następna była karetka, a potem jeszcze jedno uprzywilejowane z bezmózgowcem, który przyczepił się ogona pogotowia. Aż do kościoła bałwan na przedzie nie ustąpił karetce... Pewnie jechała do kogoś z jego rodziny i on wskazywał drogę. Ciekawe, jaką miałby opinię o całym epizodzie, gdyby faktycznie tak było?
W tym momencie nasuwają mi się myśli na temat uprzywilejowania w ogólności. Dochodzę do wniosku, że podobne sytuacje można per analogiam dopasować do innych zdarzeń. Ktoś komuś ustępuje, a wciska się człowiek nieproszony, mało tego! Pcha się do przodu czerpiąc z wolnej przestrzeni. Co należy wtedy zrobić? Machnąć ręką i jechać do swojego celu. Nie udawać uprzywilejowanego, bo to na dłuższą metę nic nie daje. Światełka na głowie nie dorobi się człowiek i tak... częstością łamania zasad.
03-01-2012 (22:27)
Raz osoby z lepszej gliny
Wróżąc w smaku pasmo nieszczęść,
Zapytały co z tarniny
Jest najgorsze, a co lepsze?
Kwas wiadomo jest w owocach,
Który po zmrożeniu znika...
Lepiej zrobić cudny pokaz,
Jak ten owoc zgrabnie łykać!
Pokaz zawsze lepszy bywa,
Niż najgorszy nawet produkt,
Więc z owoców sok wypływał
Z boku, z tyłu oraz z przodu.
Jakże oni chcieli dobrać
Dla tarniny gamę zmrożeń
Smak był kiepski, istna kobra...
Bo w tarninie ważny... korzeń.
02-01-2012 (19:18)
W pełni popieram protesty lekarzy.
W pełni popieram protesty lekarzy.
W pełni popieram protesty lekarzy.
W pełni popieram protesty lekarzy.
W pełni popieram protesty lekarzy.
W pełni popieram protesty lekarzy.
W pełni popieram protesty lekarzy.
W pełni popieram protesty lekarzy.
W pełni popieram protesty lekarzy.
W pełni popieram protesty lekarzy.
01-01-2012 (19:56)
Jeśli miałbym wróżyć sobie na cały rok 2012 według tego, co robiłem dzisiaj, to perspektywy byłyby mizerne. Oddawanie się nicości męczy i rozleniwia, burzy harmonogram do którego przywykłem, zakłóca rytm biologicznego zegara. Cieszyć się należy tylko, że tym zegarem nie jest klepsydra... z zawilgoconym piaskiem...!
Podziwiam ludzi, którzy przez całe życie idą sobie, pełzają, ślizgają się, a także każą innym nosić się na plecach. Do jutra rana mam dwie możliwości:
albo wskoczę w tory codziennej normalności, albo dni do Trzech Króli poświęcę na przejście na prawosławie i w ten sposób przedłużę sobie czas świąteczny do maksimum.
Nieróbstwo urozmaicam sobie przez cały dzionek słuchaniem trójkowego Topu Wszech Czasów. Dzięki temu przenoszę się w odległe nieraz lata, przeboje przypominają mi dawne dni, rozwiewają mgiełkę niepamięci. Czekam na zakończenie audycji, bo ciekawy jestem kto został zwycięzcą.
Trzecie miejsce zajmuje:
WISH YOU WERE HERE - Pink Floyd
Drugie:
BROTHERS IN ARMS - Dire Straits
Pierwsze:
STAIRWAY TO HEAVEN - Led Zeppelin
Wszystkie dzisiaj wysłuchane utwory są przyprawami do nudnego życia. Trzeba coś robić, może nie tak genialnego, bo brakuje możliwości, może nie tak medialnego z podobnych powodów, ale jakiś ślad po sobie zostawić...
Nie tylko spis pretensji i kupkę nawozu... to moje postanowienie noworoczne.
31-12-2011 (18:46)
Wieczór sylwestrowy krystalizuje się. Jedni szykują go, inni szykują się do niego. Dziwne, że tych drugich jakoś mało napotkałem w tym roku. Najczęściej znajomi siedzą w domach, oglądają telewizję, jedzą i piją, żeby w punkcie kulminacyjnym strzelić szampanem i złożyć sobie życzenia...
Właśnie, życzenia! Kiedy składano mi dzisiaj życzenia wybuchałem śmiechem, nikt nie wiedział dlaczego, najdziwniejsze, że ja też nie do końca. Tak, do końca, bo tylko jego mi tylko brakuje do realizacji pomysłu związanego z życzeniami. Nie przejmuję się tym wcale! Przecież z Nowym Rokiem przyjdą nowe spojrzenia na wszystko...
Żebym tylko miał siłę jutro na otwarcie oczu, bo bez tego można tylko spoglądać do wnętrza...
Wszystkim, którzy czytają, zaglądają sporadycznie do tego bloga życzę... właśnie tego!
30-12-2011 (20:45)
Kończy się rok, jeszcze kilkadziesiąt godzin... Nie robię bilansów, rozliczeń z planami, założeniami i marzeniami, bo w ogólności jestem zadowolony z tego co zrobiłem, co mam. Perspektywy na przyszły rok też się kształtują ciekawie, można liczyć na wiele, a jeśli będzie mniej, też się będę cieszył.
Ja wprawdzie nie podsumowuję działania, ale spotkały mnie trzy skrajne opinie.
- Jestem zadowolony z roku, bo ty mi dałeś siłę działania, perspektywę innego spojrzenia na twórczość - tak powiedział jeden z kolegów, przyjaciół.
- Nie gadaj takich rzeczy, bo staję się cyniczny wobec siebie - odparłem.
- Głupi jesteś, pozytywnych stwierdzeń, pochwał nie wolno się wstydzić.
Jestem głupi, wiem to i zawsze podkreślam, ale nie aż tak, żeby dać się dołować przez smyków, którym wydaje się, że można po mnie jeździć. Moja twórczość może jest byle czym, ale to mogę ja stwierdzać, a nie byle kto! A niestety spotkałem się z grzecznym chamstwem, które na długo zapamiętam. Sprawa nie dotyczyła meritum, ale organizacji działania. Wynika, że mam się zachwycać wszystkim, co robią ci, którzy mnie mają głęboko w nosie!
Nie liczę na obietnice, wierzę w efekty ciężkiej pracy. Myślę, że dzisiejsza opinia na temat śpiewogry i naszego działania, tworzenia będzie miała odbicie pozytywne u potencjalnego sponsora. Odbicie finansowe na realizację.
29-12-2011 (21:58)
Ciekawy jestem, czy maść na odciski znalazła się na liście leków refundowanych? Powinna być, bo przecież każdy chory na poważną dolegliwość narobi sobie w trakcie dotarcia do specjalisty, w czasie stania w kolejce wiele szkody w obrębie stóp. Lecznictwo w Polsce zrobiło kolejną odsłonę. Jest fantastycznie, minister zdrowia, czy czegoś tam z okolic choroby ciała ludzkiego pokazuje twarde stanowisko. Słusznie! Chorzy mają się leczyć i przynosić zyski, bo choroba to podstawa biznesu. Minister przeciwstawia się presji koncernów farmakologicznych i z tym się zgadzam. Nie będzie Polfa pluć nam w twarz! Ani żaden inny koncern, który w lekach siedzi. Trzeba kontrolować dopłaty, wlepiać kary, wytaczać procesy. Ruch w interesie musi być.
Dzisiaj rozmawiałem z kolegą szefem dobrej firmy. Stwierdził, że zauważył dziwny zastój finansów. Nie dziwne dla mnie, bo ja to zauważyłem dawno już i stwierdziłem stan chorobowy gospodarki. W tym momencie widzę spore możliwości dla władzy. Ogłaszając stan chorobowy finansów powinno się pójść z nimi do lekarza, leczyć je z NFZ i ciągnąć zyski z refundacji leków. Obieg zamknie się i będzie funkcjonował przez lata.
System refundacji leków proponowany przez władzę centralną przypomina mi rekompensaty dawane niegdyś przez rządy socjalistyczne w ostatnich ich podrygach... Nie dodaję więcej, bo nie jestem prorokiem, nie mam takich aspiracji.
28-12-2011 (23:32)
Przed momentem wróciłem z pracy, taka jest niestety dola w moim zawodzie, że pracuje się wtedy, kiedy trzeba, a nie od godziny do godziny. Nie narzekam, bo źle nie mam, ale czasami zazdroszczę etatowcom biurkowym. Czasami, czyli rzadko, bo ślęczenie nad papierzyskami doprowadza mnie do rozstroju nerwowego.
Do podobnego stanu zawiodą mnie stałe jojczenia władz o kryzysie. Dzisiaj znowu na fali dekoniunktury mowa była o przepychankach z lekami refundowanymi, a podwyżki dla mundurowych są kompletną farsą. Nie dlatego, że im się nie należy, nie dlatego, że jednych traktuje się lepiej, a innych gorzej. Usłyszałem w radiu, że władze mają się przyjrzeć raz jeszcze, czy nie dałoby się czegoś znaleźć w budżecie. No nie! Przecież te państwowe pieniądze są tak skrupulatnie liczone, nic się podobno zmarnować nie może, wszystko dopasowane do perfekcji, a tu masz! Okazuje się, że gdzieś jeszcze mogą się dutki znaleźć i to nie małe, bo jeśli podwyższą komuś, to nie o 2 złote.
Kolejny rozstrój nerwowy może człowieka złapać, kiedy czyta o narodowej rozpaczy na pogrzebie świętej... może nie świętej, ale wiecznej i żywej pamięci kolejnego bożka Korei Północnej. Tak wiele znaczył dla światowej polityki, że jestem pewien, że wizja kryzysu, jaką nam przedstawiają władze jest spowodowana niepowetowaną stratą w osobie nieboszczyka Kima, który kima w pokoju wiecznym.
Byleś wielki Kimie, choć ponoć kurdupel!
Potrafiłeś ludziom dać porządnie w...
Proponuję takie epitafium na jego grobie, taki właśnie mam rozstrój.
27-12-2011 (23:13)
Chwalenie spokojnego życia nie wychodzi mi na dobre. Czas po świętach obfitował w niespodzianki, które było do przewidzenia, ale miałem nadzieję, że nie spowoduje takiego brutalnego rozerwania moich planów.
Nie mogę powiedzieć, żeby w tych warunkach ostrej orki na ugorze nie było momentów pełnych optymizmu.
Audycja w radiu wypadła bardzo dobrze, tak przynajmniej stwierdził Piotrek, który w czasie próby wysłał mi esemesa. Ja też uważam, że z mojego paplania nieźle wyszedł zgrabny wywiad.
Andrzej w czasie świąt czytał sporo, ja mniej, ale też treściwie. Sięgnąłem po apokryfy Nowego Testamentu. Niektóre zawierają takie bzdury, że nie dziwię się odrzucenia przez teologów. Apogeum stanowi, według mnie, ukrzyżowanie Judasza przez pomyłkę. Jak tu żyć spokojnie, kiedy widzę, że już przed wiekami potrafili manipulować emocjami plebsu.
26-12-2011 (18:52)
Jeśli ktoś mi życzył spokoju przed Świętami, to trafił w dziesiątkę. Nic się nie przypaliło, ausguss się nie zatkał - z tym zlewem, to tak na marginesie pewnej mojej rozmowy wigilijnej z kimś z RP, co wcale nie oznacza Rzeczpospolitą Polską, ale rzecz pospolitą jaką jest radio.
Spokojnie, bez przekraczania prędkości można ze Zbrosławic przejechać do Żor w 30 minut. Niesamowite, że dożyłem tej chwili! Mogę do siostry wyskoczyć na kawę, co nie wiąże się z wyprawą po złote runo, wyprawą krzyżową, czy pielgrzymką pokutną. Przetestowaliśmy to dzisiaj z koleżanką małżonką. Niesamowite, dożyłem etapu cywilizacyjnego w Polsce, który był osiągalny w innych krajach już wtedy, gdy byłem w wieku naszej wnuczki...
A ona, cóż - spokojne dziecko...
25-12-2011 (21:05)
Krótki spacer po mieście...
Na placu synagogi... na placu targowym przecież, co ja piszę! Nie ważne... a może właśnie bardzo ważne? Na pierwszy rzut oka - przy kubłach połamane choinki, jakieś ich resztki, niedobitki... nie udało się sprzedać, nikt ich nie ustroił, nikt się nimi nie zajął...
Idę dalej w kierunku ulicy Opolskiej, skręcam w prawo i wpadam na grupkę ludzi... ten najważniejszy leży w poprzek chodnika, policjanci coś tłumaczą, ktoś dzwoni...
- Chodź, bo trzeba pomóc go podnieść! Przecież sama go nie dźwignę!
Z dystansu całe zajście obserwują brzdące. Są jakieś brudnawe, mało zadbane, niezbyt pasują do świątecznego nastroju. Może się mylę? Pastuszkowie też byli ubodzy... ale oni przyszli do Jezusa, nie do leżącego na chodniku pijaka, niechcianego jak choinki na śmietniku...
Wesołych Świąt! Im wszystkim też się przecież Jezus narodził, może przede wszystkim dla nich. Tylko żeby ktoś im to powiedział!
Krótki spacer, a taki długi...
24-12-2011 (21:36)
Zbliża się noc wigilijna, tajemnicza, naładowana energią życzeń przesyłanych różnymi sposobami, a przede wszystkim tymi składanymi przy akompaniamencie delikatnych trzasków opłatka...
Czego życzyć mam najbliższym w rodzinie, w kręgach przyjaciół i znajomych? Czy pójść w oryginalność, która przemienić się może w lukrowaną litanię? Czy podejść żartobliwie, co dla kogoś z mniejszym poczuciem humoru odebrane zostanie jako cynizm, obraza, prostactwo?
- Zastanawiam się czego panu życzyć z okazji nadchodzących Świąt - powiedziałem dzisiaj do znajomego.
- Najlepiej tego, czego się pan po mnie spodziewa - usłyszałem odpowiedź.
- To w takim razie życzę trochę świętego spokoju z mojej strony - powiedziałem i rozstaliśmy się.
23-12-2011 (20:54)
Co może dziadek kupić wnuczce pod choinkę? Wszystko może, byle nie rozbestwić. Takiej małej, trzytygodniowej najlepiej kupić grzechotkę, tak sobie pomyślałem i myśl zrealizowałem. Stało się to w Bytomiu, kiedy czekałem na panią redaktor z Radia Katowice, z którą miałem nagrywać w Muzeum Górnośląskim audycję o moich szopkach.
Wszedłem do sklepu z artykułami dla dzieci...
- Czym mogę panu służyć? - rzekła jedna ekspedientka.
W pomieszczeniu pachniało pomarańczą, druga pani patroszyła ten owoc.
- Chciałem kupić grzechotkę - odpowiedziałem.
- Mamy taką albo taką - pokazała ta pierwsza - albo taką...
- Nie, takiej nie chcę - odłożyłem tę trzecią i zastanowiłem się chwilę, którą wybrać.
- A dla kogo pan to kupuje? - zapytała pierwsza... ekspedientka, nie grzechotka przecież.
- Co się głupio pytasz? Przecież, że dla dziecka pan to chce kupić, chyba nie dla babci! - wtrąciła się ekspedientka z pomarańczą.
- O! Mogłabyś się zdziwić! - rzekła pierwsza pani i w tym momencie nastąpiła między nami wymiana zdziwionych spojrzeń, a potem parsknięcie śmiechem. - Ludzie do różnych celów kupują grzechotki.
- Do jakich, niech pani powie? - zapytałem mając obłęd w oczach.
- Nie powiem panu, bo padłby pan na ziemię!
Nie dowiedziałem się, chociaż razem z tą drugą ekspedientką zastosowaliśmy ogień krzyżowych pytań. Myślę sobie, że pewnie kupują grzechotkę, kiedy w karnawale przebierają się za grzechotnika.
22-12-2011 (22:10)
Dostałem w kość! Przedświątecznie, pracowicie zawodowo i nie tylko. Gdybym tego tekstu nie publikował, napisałbym, że dostałem w d... albo i lepiej. Jeśli całe życie twierdzę, że lubię stan przemęczenia, to dzisiaj zmieniam zdanie, na moment jedynie, na kilka godzin nocnego snu, a potem powinienem znowu wrócić do jedynie słusznej ideologii pracoholika.
Przedświątecznie dostaliśmy prezent, nie my jako rodzina, ale wszyscy mieszkańcy okolicy. Oddano kolejny odcinek autostrady, co jest o tyle fajne, że w kilkanaście minut przetransportuję się do Żor, do mojej siostry. Już wjazd w Maciejowie zrobił kolosalne skrócenie czasu przejazdu, a teraz od Wieszowy będzie jeszcze szybciej.
Nie, nie! Muszę odsapnąć, męczy mnie nawet komputer. Idę odpocząć przedświątecznie. Zasłużyłem sobie.
21-12-2011 (21:39)
Pada śnieg, jaka niespodzianka! Nie wprowadziłem auta w odpowiednim czasie do garażu i żuchwa mi opadła, kiedy zobaczyłem samochodowego bałwanka pod domem. Zimno się też zrobiło, bo wilgoć w powietrzu. Przeglądałem prognozy i różnie to może być w Święta, ale wydaje mi się, że jednak spędzimy je w białej scenerii.
Chłód, więcej niż chłód! Mrożące krew w żyłach wiadomości dochodzą z Afganistanu. Zginęło pięciu żołnierzy, młodych ludzi w pełni sił, marzeń i nadziei. Podobno uczestniczymy w misji pokojowej... czy to oznacza, że żołnierze mają odpoczywać w pokoju? Na taki stan rzeczy trudno patrzeć zimnym okiem...
20-12-2011 (21:30)
Dzisiaj kolejny raz poczułem przedświąteczną atmosferę, bo kupiłem karpie, już zabite karpie. Nie należy zaraz wysnuwać wniosków, że karpie cuchnęły! Były i w dalszym ciągu są świeże. Wiem jak się obchodzić w żywymi rybami, potrafię je doprowadzić ze stanu życia aż na talerz. Od dwóch lat kupuję tusze karpia, bo mniej mam roboty, tak lenistwo zwyciężyło z tradycją.
Zamigotało mi świętami, bo obejrzałem jasełka w wykonaniu młodzieży ze Szkoły Podstawowej nr 15. Zostałem zaproszony, bo jestem autorem tekstu. Uczniowie zagrali fajnie, bez większej tremy, zupełnie na luzie.
Pointa dramaciku jest taka:
Narrator
Oj, diabli, diablęta, złego wszelki zaczyn!
Miłości drobina piekło przeinaczy.
Musicie zrozumieć naukę prawdziwą,
Mała dobroć zwalcza wielką niegodziwość.
Nadaje się na myśl przewodnią w nadchodzących świętach.
19-12-2011 (21:07)
Świt już nie będzie nigdy taki piękny, bo Kim Dzong Il nie żyje! Zabrała go podstępna śmierć, która wymyślona została przed wiekami przez imperializm i niszczy piękno na Ziemi...
Teatralna histeria narodu koreańskiego, jakoś dziwnie mnie nie wzrusza. Nie mam zamiaru naśmiewać się ze śmierci człowieka, ale ten przypadek nabiera wizerunku politycznej, czarnej komedii. Oczywiście robię sobie niestosowne żarty, bo mam ten komfort, że mnie nic nie łączy z północnokoreańskim piekłem. Gdybym tam mieszkał, pewnie bym też rozpaczał, że kolejny strażnik dżucze odchodzi do historii, bo od ilości wylanych łez zależałaby egzystencja mojej rodziny.
Kim zmarł w pociągu, jak na ironię w pojeździe, który przywódca uważał za bardziej bezpieczny od samolotu. Jeśli umarł na atak serca, jak mówią niektórzy, to podobno dlatego, że koreański rozkład jazdy został przez szpiegów skopiowany z PKP. Oficjalna wersja mówi, że śmierć nastąpiła na skutek zatroskania i przepracowania dla dobra narodu. Podejrzewam zatem, że na skutek ogromnego niedostatku musiał biedaczyna podróżować drezyną poruszaną siłą jego mięśni.
Żarty - żartami, a fakty są takie, że codziennie umiera tylu porządnych ludzi, a nikt się tym nie przejmuje. Kiedy natomiast wyzionie ducha taki gagatek, to armie poważnych krajów stają w gotowości, bo następny Kim ma być kimś.
18-12-2011 (18:59)
Śmiało mógłby powiedzieć przed wszystkimi sądami ziemskiego świata i tym po drugiej stronie rzeczywistości, że to co miał zrobić, to zrobił. Odwrotnie też zachowywał się jak człowiek, czyli nie zrobił tego, czego zrobić nie miał. Obraz opozycji antykomunistycznej w Polsce jest uboższy o taką postać, jaką był Vaclav Havel. Do świętych z pewnością nie należał, ale dokonania bliskie są świętości wartości ludzkich.
Vaclav Havel zmarł, tej okazji w swoim istnieniu żaden człowiek nie uniknie. Ważne jest, żeby nie umarła jego wizja wolności i człowieczeństwa.
17-12-2011 (18:38)
Za tydzień Boże Narodzenie dlatego pomyślałem, że czas najwyższy zadbać o tradycyjne akcesoria im towarzyszące, tworzące nastrój. Dzisiaj miałem zamiar kupić choinkę i Bóg mi świadkiem, że skłonny byłem zaopatrzyć się w egzemplarz ukorzeniony, czyli taki w donicy. Rodzina uzgodniła, że ma to być najlepiej mały świerk. Zawitałem w pierwszym punkcie sprzedaży.
- Czy ta piętnastka oznacza cenę? - zapytałem sprzedawcę wskazując na przyczepioną metkę.
- Nie, to jest wysokość, a choinka kosztuje... - pan zdradził cenę, która przerastała mój próg tolerancji na niepotrzebne koszty. Byłem skłonny zdecydować się na drzewko ścięte, ale cena takowych nie odbiegała zbytnio od doniczkowych. Pojechałem dalej, gdzie sytuacja była podobna. W trzecim miejscu sprzedawca stwierdził, że oczywiście ma małe, cięte świerki, po czym pokazał choinkę, jakiej jeszcze nie mieliśmy.
- Panie, ja chciałem małą! - złapałem się za głowę.
- No, może zbyt mała nie jest, ale z dołu musi pan obciąć co najmniej pół metra, a z góry też ten przerośnięty czubek - stwierdził człowiek i wymienił cenę, którą mógłbym zaakceptować, gdybym był... przerośniętym czubkiem.
- Kochany! Ja mam tylko taki wygląd idioty - poinformowałem jak zwykle, kiedy chcą mnie zrobić na szaro. - Życzę panu wesołych świąt, nich się pan nie odwzajemnia, bo ze strony pana już poczułem wesołość.
W końcu kupiłem drzewko w kolejnym miejscu, może nie takie małe, jak chciałem, ale za normalną cenę. Pogadałem ze sprzedawcą chwilę, a on sam od siebie, bez targowania, zaproponował mi, żebym zapłacił dychę mniej.
Zaczęły się świąteczne łowy, lubię to. Naprawdę to lubię, bo mają swój niepowtarzalny urok.
16-12-2011 (20:52)
Szopki stoją na wystawie, kolejny etap zakończony. Mógłbym zapomnieć o sznurku na kilka miesięcy. Jednak coś mnie trzyma w niepokoju, coś chciałbym robić w grudniowe wieczory.
Z pisaniem obowiązkowym dałem sobie spokój, wypadałoby zrobić korektę tego, co leży mi na sercu. Tekst czeka i nie tylko on czeka. Zapewne jutro się zabiorę do pracy, ale dzisiejszy wieczór poświęcam na ...
Robienie kolejnych szopek. Chyba zgłupiałem, może wpadłem w wiry obłędu? Jakieś fatum wisi nade mną, robienie czegokolwiek z sznurka sizalowego koi ból w lewym ramieniu. Nie wiem, czy to cud, czy normalna rehabilitacja.
15-12-2011 (20:38)
- Która jest pana ulubiona szopka - padło pytanie, na które odpowiedziałem bez wahania.
- Ta najmniejsza - pokazałem tę, którą zrobiłem w szczególnych okolicznościach...
Teraz, po imprezie jestem już w domu, zjem kolację, prześpię się godzinkę i pojadę do pracy. Dzisiaj nocka, trochę nieplanowana. Jak szczególne okoliczności.
14-12-2011 (21:28)
Podobno wszystko jest należycie przygotowane do jutrzejszej imprezy. Szopek jest wiele, już niczego nie zmienię, nie dorobię, nie dowiozę. Nagłośnienie jest, chyba zespołowi to wystarczy. Ktoś z pewnością przyjdzie.
Nie ma śniegu i świątecznego klimatu. Jest ciepło i dziwnie bardziej wiosennie niż zimowo. Nie mam zamiaru wywoływać wilka z lasu. Chłód i białe opady wcale mi nie przeszkadzają, ale zbytnio nie tęsknię za śliskimi drogami, solą na szosie i śnieżną breją na chodnikach.
13-12-2011 (18:55)
Trudno nie wspomnieć dzisiaj o 30-tej rocznicy ogłoszenia stanu wojennego. Wcale nie chcę tego robić z przyczyn martyrologicznych, z powodów skrajnie reakcyjnych. Uważam, że była to kompletna głupota i nieudacznictwo jak szereg innych socjalistycznych erzaców. Szkoda tylko ludzi, którzy niepotrzebnie ginęli, których bez konkretnych zarzutów internowano. Pyskówki i warcholstwo nie było przyczyną społecznego zamieszania w czasie jesieni 1981 roku. To był skutek braku gospodarczego funkcjonowania. Żaden, nawet najbardziej pyskaty przywódca Solidarności nie oderwałby ludzi od pracy do strajku, gdyby nie bezradność przywódcza aparatu partyjnego. Dawniej i teraz robi się ludziom zamęt mózgu, że niby Jaruzelski nie mógł tolerować protestów. A co ludzie mieli robić? Zgodzić się na dmuchanie pseudo rozwoju komiczną propagandą sukcesu, czy odwrotnie, dać się straszyć fałszywie patriotycznie katastroficznymi wizjami? Przecież to kompletnie nie miało sensu.
12-12-2011 (22:07)
Faktycznie, jest ze mnie głupiec! Wczoraj miałem chwile załamania wiary w siebie, jakbym nie wiedział, że wszystko złe mija szybko (no tak, bo jeśli nie mija, to się trzeba do tego natychmiast przyzwyczaić i za dobre uważać). Już dzisiaj dogoniłem czas, robotę, a przede wszystkim lepszy humor, można nawet powiedzieć, że całkiem dobry. Stwierdzam, że jestem zadowolony, kryzys minął.
Przeczytałem fragmenty wywiadu Balcerowicza. Słowa jego potwierdziły moje założenia dotyczące kryzysu. Uważam, że zbyt wiele się przy kryzysie manipuluje, panikuje. Nerwowe ruchy i wypowiedzi skupieniu się na analizie i regulować, co dodatkowo go podkręcają.
Trzydzieści lat temu mało kto przypuszczał, że o poranku kryzys społeczny osiągnie apogeum...
11-12-2011 (21:24)
Nienawidzę takich weekendów jak ten kończący się. Natłok różnych prac zmusił mnie do zaplanowania wielu celów, których osiągnąć nie byłem w stanie. Wszystko zrobione połowicznie albo rozgrzebane i niedokończone. W efekcie kac moralny i brak konkretnego postępu, czyli powód do kompletnego niezadowolenia. Nikt mnie niby nie pogania, ale czuję swój własny wzrok na dłoniach jak ostrogi tnące pretensjami.
Po co narzucam sobie tyle obowiązków, wiedząc, że sobota i niedziela są do wypoczynku! Ale ze mnie głupiec!
10-12-2011 (19:53)
To, co dzisiaj zobaczyłem na kiermaszu przedświątecznym w Zbrosławicach, przeszło moje najśmielsze oczekiwanie. Pełna sala ludzi, stoiska z różnymi, ciekawymi pomysłami.
Kiedyś także brałem czynny udział w tych imprezach... cóż teraz mam inne zajęcia, ale sentyment pozostał.
Piszę Szopkę Noworoczną. Zacząłem od przeglądania poprzednich, żeby nie być bardziej nudny niż poprzednio. Przy okazji znalazłem na dysku stare, fajne opowiadania. Dla mnie fajne, bo przecież skażony jestem wirusem subiektywizmu i sentymentu do dawnych lat.
Wpadłem na chwilkę do szpitala zobaczyć moją wnuczkę. Odżyły sentymenty. Znowu poczułem się młodo, jak młody dziadek.
09-12-2011 (18:40)
Niedawno żartowałem sobie mówiąc, że Żydzi jedzą na Boże Narodzenie koszerną szynkę. Dzisiaj o poranku zauważyłem w sklepie produkt, który wprowadził mnie w osłupienie. Wieprzowy karczek po... żydowsku. Niesamowite! Chcąc wymyślić coś oryginalnego poszedł ktoś w absurd.
Zazwyczaj na basen jeżdżę w czwartki, ale wczoraj jakoś mi się nie układało, dlatego dzisiaj udałem się do Parku Wodnego. Dobrze, że po wyjęciu torby z auta zerknąłem do jej wnętrza. Zapomniałem ręcznika! Konieczność zmusiła mnie do kupienia fajnych ręczników w markecie, bo były pakowane po dwie sztuki.
08-12-2011 (21:56)
Walą się finanse niektórych krajów europejskich, co z pewnością jest problemem nie tylko dla nich, ale dla całej Unii. Zadziwia mnie wielka troska polityków personalnie odpowiedzialnych za całe zamieszanie. Z posępną miną próbują wydostać się na suchy ląd z oceanu zadłużenia i bałaganu budżetowego, do którego doprowadzili.
Nie jestem rewanżystą, ale niechby tych reformatorów przegonić ze stołków i dać komuś innemu stery w krzepkie ręce. Zabawa cała przypomina mi gospodarcze zabiegi polskiej, politycznej nieboszczki z generałem na czele. Więcej propagandy niż konkretnych zabiegów zakończonych wyprowadzeniem sztandaru, ze stanem wojennym w formie zakalca w gorzkim chlebie.
Martwi mnie, że taki moloch społeczny jakim jest Unia, nie posiada opracowanych wariantów działania w kryzysie, strategii. Wszystko robi się w alarmującym tempie, bandażuje rany w dochodach i zakłada łupki na połamane nogi społecznych wydatków.
Na tym etapie niedorozwoju ekonomiczno - politycznego przestaję się martwić, a zaczynam wrzeć z gniewu. Całość niepowodzeń, usmarkaną kolekcję nieudaczności chce się zepchnąć na ludność, na społeczeństwa. To już jest szczyt arogancji, co większość zaślepionych jeszcze nazywa szczytem europejskim.
07-12-2011 (20:32)
Przed momentem skierowałem swe kroki pod garaż, żeby wprowadzić auto i oczom nie wierzyłem! Na dworze leżał śnieg! To nie powinno być dziwne, bo przecież mamy grudzień, ale w realiach tegorocznych nic nie może być normalne, więc cieszmy się z tych pierwocin zimowych atrybutów.
Wywiozłem do Bytomia resztę zrobionych szopek. Był to dobry krok, bo trochę się przewietrzyło w pokoju na górze, ale wcale nie oznacza, że zakończyłem pracę. Mam jeszcze kilka rozgrzebanych szopek.
Dzisiaj zdecydowałem się na krok, którego wykonać nie potrafiłem przez lata całe. Zobaczę jaki przyniesie efekt, oby nie okazało się, że zrobiłem wygłup!
A gdyby nawet? Osobniki o moim statusie społecznym i stanowisku w rodzinie mają do tego prawo.
06-12-2011 (18:23)
Św. Mikołaj przynosi ludziom prezenty. Nam też przyniósł, co w efekcie spowodowało, że postarzałem się o całe pokolenie. Chyba zgłupieję. To przed momentem, a rano...
Szedłem przez miasto i ujrzałem przed sklepem taki napis:
Polecamy:
Kabanosy z jelenia
wieprzowe
jaja
I bądź tu człowieku mądry! Kabanosy z jelenia wieprzowe? Czy wieprzowe jaja? Nie wiem, zgłupieć można.
W poczcie internetowej zaś dostałem newslettera:
"Recepta Merkel i Sarkozy'ego. Violetta Villas nie żyje."
W tym momencie też zgłupiałem. Jaka recepta prezydenta Francji i kanclerza Niemiec spowodowała śmierć naszej artystki?
05-12-2011 (21:45)
Z radości oszalałem, mam połączenie ze światem! Jestem w internecie, aż nie wiem o czym pisać?!
Może o tym, że cały dzień jestem na nogach... oczywiście, że sobie siadłem w międzyczasie, ale nie po to, żeby leniuchować. Urobiłem się po pachy, po szyję, a nawet po dziurki w nosie. I co?
Nic! Wydaje mi się, że nie zapracowałem sobie na wypoczynek. Właściwie, to po czym miałbym odpoczywać? Po tych wszystkich błahostkach? Ani się porządnie nie zdenerwowałem na nikogo, nikt nie został należycie zrugany. Do nikogo pretensji mieć mieć nie mogę... to co mi po takim dniu?
Poczekam do jutra, może Mikołaj przyniesie coś bardziej konkretnego i wtedy będę miał o czym pisać.
04-12-2011 (18:33)
Najważniejsza sprawa dnia to problemy z internetem w Zbrosławicach.
Barbórka jest z pewnością radosnym dniem w życiu naszej rodziny... całe szczęście, bo sprawa mogła wyglądać inaczej.
03-12-2011 (15:37)
W sklepie z gazetami spotkałem znajomego. Wymieniliśmy grzeczności, a on zapytał sprzedawcę o jedno, a potem drugie czasopismo traktujące o koniach.
- Nie ma- padła odpowiedź.
- To proszę "Giełdę samochodową"- powiedział w końcu.
- Mógł się pan zaraz zdecydować na auto, zamiast człowieka męczyć - stwierdziłem...
02-12-2011 (21:00)
Mój niewielki udział w pracy zbiorowej, czyli kalendarzu tarnogórskim na 2012 rok, zawiódł mnie w Muzeum przed publiczność. Na imprezie zjawiło się sporo ludzi, praktycznie cała widownia była zapełniona. Sam kalendarz mnie nie zawiódł, tak go sobie wyobrażałem.
Nie zawiodła nasza reprezentacja w siatkówce. Wygrali z Włochami, chociaż dwa pierwsze sety pokpili. Bardzo chciałbym, żeby dochrapali się awansu na olimpiadę, a gdyby zdobyli puchar, to już byłaby euforia.
W pewnej sprawie nie zawiodło mnie złe przeczucie, szkoda... miałem nadzieję, że się uda.
Jutro będę zawodził z przepracowania, bo idę do roboty... co ja piszę! Jadę przecież, gdybym szedł, to nie wiem gdzie by mnie nogi zawiodły.
01-12-2011 (23:01)
Bardzo cicho i pogodnie przyszedł grudzień, miesiąc urozmaicony pod względem atrakcji. Dziwne, że w tym roku, na jesień, nie pokazał się śnieg w swojej ekstremalnej postaci. Zwykle o tej porze służby oczyszczania miast miały co robić. Teraźniejsze prognozy pogodowe splatają się w jeden warkocz niewinności.
Witaj grudniu, chociaż w kalendarzu jesteś ostatnim miesiącem, do ostatnich nie należysz. Poprzedni miesiąc był zdecydowanie krótszy i jakiś dziwnie, szybko umykający w cichą dal.
30-11-2011 (20:18)
Sekretarz generalny PZPN przeszedł do historii. Jest spora możliwość, że przejdzie jeszcze dalej i w większym towarzystwie, ale nie chcę zbytnio wypowiadać się na ten temat. Nie wierzę w poważne zmiany w kręgach ludzi "równiejszych". Fakty i przecieki dotyczące obracania dużymi, społecznymi pieniędzmi w ramach związków różnego autoramentu budzą niewesołe refleksje.
Piłka okazuje się być mniej okrągła, a bardziej kanciasta. Bramek też jakby przybyło, a może lepiej określić, że dziur w płocie, przez które wyciekają fundusze. Dobrze, że murawa została zielona. A społeczeństwo też, bo tak właściwie nikt specjalnie nie wie, co się faktycznie stało. Optymista, populista powie zapewne, że trzeba patrzeć w przyszłość. Racja, najlepiej tak robić, bo przyszłość jest pewna, wiadomo, co się działaczom w PZPN-ie stanie. Nic się nie stanie. Sekretarza już nie ma, a każdy pewnie i tak kręci-na swoje.
29-11-2011 (16:59)
W wyższych sferach parlamentarno - rządowych znowu wojenka ugrupowań na różnych frontach. Mnie najbardziej interesuje sprawa kary śmierci...
Jako chrześcijanin XXI wieku mam prawo, a nawet obowiązek dociekać prawd płynących z wartości mojej religii. Dla mnie śmierć nie może nigdy stanowić kary, w moim przekonaniu jest ona nagrodą za życie. Podejrzewam nawet, że niewierzący zgodzą się ze mną, że nie ma większej nagrody za życie niż długa pamięć ludzka za czyny, za dzieło i dobroć. Karanie śmiercią jest zaprzeczeniem chrystusowego zwycięstwa, barbarzyństwem współczesności, sprowadzeniem się do poziomu karanego bandyty. Może ktoś się w ewangelii nie doczytał, że podstawową doktryną chrześcijaństwa jest przykazanie miłości, które w części dotyczącej człowieka mówi:
"Będziesz miłował bliźniego swego, jak siebie samego". Niektórzy widać interpretują to tak:
"Będziesz nienawidził bliźniego, jak on ciebie".
Rozumiem gorycz poszkodowanych, pełnią swych sił jestem z nimi, ale karanie śmiercią nie jest metodą naprawiania świata.
Od innej strony ten temat drążąc, jeśli ktoś jest przeciwnikiem aborcji, a popiera karę śmierci jest hipokrytą, który powinien przejść reedukację religijną. Nie ważne jakie zajmuje stanowisko w życiu społecznym.
28-11-2011 (20:13)
Poranna poczta internetowa miło mnie zaskoczyła. Otrzymałem projekt zaproszenia na imprezę w Muzeum Górnośląskim, gdzie 15 grudnia roku bieżącego wraz z wykładami na tematy świąteczne i koncertem pastorałek nastąpi otwarcie wystawy: "Szopki spod igły Jana Drechslera". Zaczyna się robić gęsto od imprez.
Także dzisiaj listonosz przyniósł dla mnie zaproszenie na spotkanie pod renesansowym stropem. W dniu 2 grudnia, oczywiście 2011 w Muzeum odbędzie się impreza promująca historyczno-satyryczny kalendarz tarnogórski na 2012 rok. Tak się składa, że też trochę się do tego przyłożyłem.
Jeśli chodzi o zaproszenia, to miałem także do czynienia z przypadkiem, kiedy dało się zaprosić, ale wyprosić nie bardzo. Przykre... szczegółów nie wyjawię, bo tajemnica zawodowa mnie obowiązuje.
27-11-2011 (18:50)
Zaczął się adwent, czas trochę inaczej traktowany niż za moich dziecięcych lat, ale z pewnością jest to moment do zastanowienia się, przemyślenia różnych kontrowersji...
Wędruję wspomnieniami w lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku. Najważniejszą wtenczas sprawą było zrobienie lampionu na roraty. Człowiek się namęczył, a kiedy już sobie nie dawał rady, to wkraczało starsze rodzeństwo, czy rodzice i powstawało w efekcie cudo, którym chciało się zaimponować rówieśnikom. Nie na długo. Najczęściej lampion spłonął, bo skonstruowany był bez jakichkolwiek zasad bezpieczeństwa, a wykonany został z łatwopalnego materiału i cud boski, że żadne z dzieci się nie poparzyło. Może z prostego powodu, że nie mieliśmy wtedy odzienia z tkanin łatwopalnych. Jeśli lampion się nie spalił, to z pewnością rozwalał się po uderzeniu śniegową kulką, albo ulegał zgnieceniu w zaspie śnieżnej, czy na ślizgawce. Komedia z lampionem zawsze była i kupa zgorszenia też. Dlatego moje postanowienie adwentowe jest takie: nie będę robił lampionu w tym roku.
26-11-2011 (22:04)
Sobota usłana atrakcjami. Może nie dla mnie, ale dla gości. Penetracja atrakcji, pewnej ich części tylko naszego powiatu wprowadziła atmosferę pozytywnego zdziwienia, że takie mamy bogactwo walorów.
Na koniec wycieczki musiałem pokazać pałac w Zbrosławicach. Nie mogę być do tego stopnia subiektywny, żeby prezentować tylko pozytywne strony naszego regionu.
Przed nami noc, pora na wypoczynek, na sen. Chciałbym w śnie odwiedzić jeszcze raz miejsca, które dzisiaj przetoczyły się przed oczyma.
25-11-2011 (16:54)
Zaczyna się zwariowany weekend! W sensie pozytywnym, dlatego może raczej napisać, że zakręcony. W domu goście, w Chacie Tarnina, w sobotę wypad w okolice tarnogórskie.
Dla podkreślenia szaleństwa muszę dodać, wspomnieć raczej, o przesyłce, która w niwecz obróciła czarnowidztwo niektórych strasznie mądrych i wszystko wiedzących.
Co to było? Raczej nie wyjawię, bo zrobię z tego użytek... zakręcony użytek.
Kończę, bo zamiast się rozpisywać, raczej duchowo przygotuję się do programu.
24-11-2011 (21:51)
Po kilku tygodniach przerwy pojechałem dzisiaj do Parku Wodnego. Od razu lepiej się czuję fizycznie i duchowo. Nie ma pojęcia co będzie jutro, kiedy wstanę. Może zakwasy dają znać o sobie. Chociażby nawet tak było, nic nie zmieni postanowienia o ponownym, regularnym odwiedzaniu przybytku, bo oprócz utrzymania lepszej formy, można się także tam dowiedzieć ciekawych rzeczy. Dzisiaj ktoś w saunie stwierdził, że mamy piękny listopad. Komu do głowy może przyjść taka refleksja w hipermarkecie, czy na zatłoczonej ulicy?
23-11-2011 (18:58)
Zapytał mnie pewien znajomy -
Osoba złośliwa i wściekła:
- Do nieba jak iść, to masz pomysł,
A poradź jak trafić do piekła!?
Ja widząc, że zwady jest głodny,
Odparłem mu - trafić tam łatwo,
Bo dzięki do ciebie podobnym,
Już piekło jest tutaj nierzadko.
22-11-2011 (22:48)
Program zapięty na ostatni guzik, powinno być nieźle w piątek. Trudno chwalić dzień przed zachodem, a Tarninę przed północą. Nastroje raczej dopisują, muzyka dopracowana, teksty niezłe. Przede wszystkim jednak wracamy do dawnego układu, do sceny po przeciwnej stronie wejścia. Osobiście lepiej się tam czuję, mam więcej swobody i nikt mi nie będzie przeszkadzał za plecami, za kotarą, która tylko optycznie oddzielała mnie od reszty bractwa. Podejrzewam, że nawet więcej ludzi się zmieści w tym ustawieniu. Zobaczymy, chciałbym mieć program za sobą, bo już pchają się kolejne pomysły.
21-11-2011 (21:39)
Pęknięte lustro podobno nie wróży dobrze. Niektórzy twierdzą, że to siedem lat nieszczęścia. Kiedy dzisiaj zobaczyłem popękana taflę w pewnym miejscu wpadło mi do głowy, że jest to pomysł na temat przewodni do nowego rozdziału. Spękania jak wielka pajęczyna do której wpadają obrazy...
Obraz w zwierciadle jest pozorny. Czy obraz w rozbitym lustrze jest pozornie rozdrobniony? E...!
Dzień właściwie uznać należy za udany. Jest z pewnością odbiciem mojego dobrego samopoczucia, pozytywnej wizji najbliższej przyszłości, która oby się nie rozbiła na drobne elementy jak rzeczone lustro.
20-11-2011 (20:50)
Co ja miałem z tą szopką! Istną szopkę! Zacząłem ją kilka lat temu, przerabiałem na różne sposoby, mało tego. Wycinałem fragmenty i wszywałem do innych. Nie przypuszczałem, że coś z niej jeszcze będzie. Dzisiaj wiem, że na wystawie się znajdzie, bo są już główni lokatorzy i aniołowie, a przed momentem zamontowałem gwiazdę. Muszę dorobić trochę ludzików, bo to nie jest mała szopka, można w niej umieścić sporo pospólstwa i ludzi innego stanu.
19-11-2011 (16:35)
Pchają się na usta różne słowa, tyle się dzieje dziwnie. Niektórzy pchają się na siłę pod prąd, inni znowu ten prąd odwracają, chociaż licha w nich moc siedzi.
Życie jest chłodem tajemnic.
Ważne, by w jego pomyłkach
Pęcherza se nie przeziębić,
A także nie złapać wilka!
To są prawdy oczywiste, obyśmy zdrowi byli i nic nie wiało po nogach! Reszta jest do przejścia.
Kupowałem pewne specyfiki w aptece i pani zapytała, czy coś chcę jeszcze?
- No, właśnie nie wiem, co bym chciał jeszcze zjeść - rzuciłem słowa.
I pani parsknęła śmiechem. Słowa były niepotrzebne.
18-11-2011 (21:15)
Po wszystkich powitaniach i grzecznościach expose powinno w demokratycznym państwie zaczynać się tak:
Potwierdzam, że wszystkie obietnice przedstawione w programie wyborczym mojego ugrupowanie zostaną spełnione. Liczyć się należy z pewnymi modyfikacjami wynikającymi z dynamiki życia społecznego, koniunktury gospodarczej wewnętrznej i międzynarodowej, z powiązań z sojusznikami w Unii Europejskiej i poza nią...
Jeśli te słowa dzisiaj nie padły, to uważam demokrację w Polsce za niebyłą. Jeśli natomiast przemowa zawierała inne propozycje pracy rządu, dalekie od programu, to słów mi brakuje, żeby całe zdarzenie nazwać.
Nie zgadzam się natomiast z krytyką obsady ministerstw, bo są to etaty polityczne, nie fachowe. Minister powinien być łącznikiem między polityczną wizją rządu, a fachowością pracowników resoru.
...i tyle, bo idę robić coś pożytecznego, nie mam czasu na teoretyzowania o sprawach, które i tak ode mnie nie zależą.
17-11-2011 (20:46)
Powonienie jest zmysłem, który być może nie jest u człowieka tak dobrze wykształconym jak u niektórych zwierząt, ale należy dodać, że przecież jego zadanie jest u nas w wielu momentach inne. Bardziej służy przyjemności niż instynktowi.
Cudowny jest zapach świeżego pieczywa nad ranem, a pomieszany z aromatem dobrej kawy napawać powinien optymizmem i chęciami twórczymi na cały dzień.
Po jednym wdechu nęcących oparów wędlin już ślinka cieknie jak wygłodniałemu psu.
Można tak ciągnąć rozważania, wynajdywać rozkoszne zapachy do nieskończoności. Mnie dzisiaj zadowolił, uradował aromat drukarni. Zwłaszcza, że wąchałem swoją nową książkę...
16-11-2011 (22:23)
Wracając do wczorajszego tematu pieniędzy na kulturę, muszę stwierdzić, że w jej środowiskach budżet miasta Tarnowskie Góry stał się chłopcem do bicia. Nikt nie rozpatruje, analizuje i prognozuje, co mają w portfelu gminnym inne miejscowości. Ja też nie mam pojęcia, co się dzieje, może jest rewelacyjnie w Miasteczku, Kaletach, czy Tworogu? Nie wiem nawet, czy w Zbrosławicach jest dosyć pieniędzy na działalność, a jeśli są, to czy przypadkiem nie dysponowane na działania, które mi się nie podobają, nie podpadają pod mój subiektywny gust.
Jeśli ktoś uważa się za animatora kultury, niechaj ją ożywia. Niech robi wszystko, żeby się pokazać. Niech kieruje się naturalną siłą konkurencji, ale na Boga niech nie jojczy i prezentuje się jako jednostka uciśniona, której tylko pieniędzy samorządowych brakuje, żeby ukazać swój geniusz.
Nie bronię w tym momencie biurokracji, mogę wykazać, gdzie jest jej dominacja nad kulturą, ale wiem także na czym polega „kulturkracja”, czyli dominacja zblazowanych chęci nad możliwościami twórczymi.
15-11-2011 (17:30)
Cieszą mnie zawsze akcje oddolne, takie pochodzące od społeczeństwa, bo przecież nie taki z dna. Domaganie się środków na rozwój kulturalny, na działanie niezależne, autonomiczne, bez wpływu merytorycznego ze strony urzędów jest jak najbardziej uzasadnione. Rządy i samorządy posiadają niedoskonałe narzędzia i środki do realizacji szeroko pojętego mecenatu. Inna sprawa, że decydenci wcale się nie kwapią, żeby to zmienić. Jeśli ktoś sprosta wymogom, jeśli jest na tyle łebski, żeby pieniądze znaleźć, to je znajdzie. Szkopuł w tym, że mało kto potrafi dobrze się obracać między konkursami, projektami, stypendiami. Większość twórców nastawiona jest na działanie, które dla nich wydaje się konkretne, ale na ten konkret składają się różne czynniki, w tym finansowe.
Wiem, wiem, są to truizmy! Piszę je, bo jak widać z tarnogórskich działań, nie wszyscy to rozumieją. Ja także niewiele rozumiem chociażby z formy kształtowania budżetu. Niestety kończę, bo chociaż jestem na nogach od 3:30, zrobiłem już niejedno zawodowo, a także twórczo i bez gratyfikacji, to jeszcze jadę, żeby w dalszym ciągu tak samo się udzielać. Nikomu siebie za wzór nie daję, bo jestem świrem, może brak mi profesjonalizmu, talentu i polotu. Równocześnie nie mam także pretensji do nikogo i o nic.
Wszystkim niezadowolonym przypomnieć pragnę, że wokół nas jest nie tylko samorząd tarnogórski, ale też inne gminy i powiat. Kultura widocznie ma się dobrze w powiecie, bo żaden radny, czy członek zarządu nie zauważył wykluczenia ludzi sztuki i nie zafundował nieziemsko drogiego sprzętu. Były za to w ubiegłym roku szumne badanie, które miały pokazać kierunki rozwoju kultury w powiecie, ale jakoś wnioski się rozwiały. Pieniądze na ten szczytny cel także. Amen, bo nie mam czasu teraz, a po przyjeździe z Tarniny muszę zacząć pisać rozdział. Muszę, bo chcę, chcę, bo mi z tym dobrze... kurcze ani korekty nie zrobiłem... pędzę. Jutro napiszę resztę.
14-11-2011 (20:36)
Pierwsze spotkanie szkoleniowe za mną. Nie mam pojęcia, czy zachęciłem do pracy ze sznurkiem, czy raczej odstraszyłem od tego typu prac. Niby łatwo się wszystko wykonuje, bo co to za trudność przyszywać elementy do siebie. Prawda jest jednak bolesna, bo nie dosyć, że można sobie palec dotkliwie przekłuć, to na pewno zeszlifować cały naskórek. Cóż zrobić, jeśli się chce mieć efekty, to należy pocierpieć.
Zrobienie gwiazdy jest proste, ale do czasu, kiedy się szyje boki, komplikacje następują potem. Trzeba wiedzieć jak połączyć całość w odpowiedni kształt, poprzekładać ramiona. Całe szczęście poszło nieźle. Kolejne spotkanie za tydzień, czyli w poniedziałek.
13-11-2011 (21:09)
Bilans kilku dni wolnych jest dla mnie dodatni w sprawach dotyczących wystawy. Praca poszła bardzo do przodu, chociaż szopek mogłoby być więcej, ale...
W pisaniu... niestety minus i to spory, bo... myśli szły w innym kierunku. Niestety taki los, już to Szekspir zauważył, że ktoś czuwa, aby spać mógł ktoś. Przełamać można niechęć, lenistwo, nieróbstwo, a nawet zmęczenie, ale nie chaosu w głowie. Rozproszone myśli są trudne do pozbierania w strumień fantazji, w wiązkę natchnienia.
Zawodowo... nieźle. Zobaczymy, co jutro mnie czeka. Jak zwykle podchodzę do tego z realnym optymizmem.
12-11-2011 (21:14)
Stale słychać komentarze dotyczące wczorajszych zmagań policji z dwiema manifestacjami. Obwinianie się polityków nie ma kompletnie sensu, jest tylko rozmywaniem sytuacji, a nawet przypuszczam, że pożywką do dalszej swawoli i samowoli rozrabiaków. Coś upadło w Polsce jak kamień rzucony w szereg mundurowych, jak petarda, która nie rozświetla mroków, ale obnaża prymitywizm i chamskie zacietrzewienie. To coś ma swoje imię, swoją drogę i cel. Jest to wychowanie młodzieży i konsekwentna współpraca z dorosłym społeczeństwem. Jeśli sejm przyjmie rygorystyczną ustawę, która zwalcza podobne do wczorajszych wybryki, a nie pójdzie głębiej, nie przemodeluje systemu szkolnictwa, to możemy mieć nie do opanowania problemy za kilka lat.
Nie należy wszystkiego zrzucać na władze, z tą centralną przede wszystkim. Jednak jak można się odnosić do kierownictwa państwa, które stale przepowiada kryzys, ciężkie czasy, straszy ludzi, którym i tak jest nielekko. Nie po to zostali wybrani, żeby biadolić i narzekać. Po latach propagandy sukcesu nastają czasy czarnowidztwa, przepowiedni klęsk. W takiej atmosferze trudno jest egzystować.
Z innej strony patrząc, czy ścierające się partie nie są doskonałym wzorem dla ogłupiałej dziczy młodzieżowej? Wczoraj padały wzniosłe słowa o osobistych i politycznych wrogach, którzy po I-szej wojnie potrafili czegoś wspólnie dokonać. Kto teraz może stać się wzorem do naśladowania? Rozbawiona gromada, zadowolona z wyboru i pozbawiona odpowiedzialności na cztery lata?
Najważniejszą rolę w wychowaniu spełnia rodzina, tutaj wykluwa się charakter, psychika, smak życia. Tutaj młody człowiek zaczyna się uczyć wszystkiego. Jeść, chodzić, kochać. Tutaj powinien mieć warunki rozwoju. Czy tak jest? Nie mam pojęcia. To, że moi potomkowie nie uczestniczą w bijatykach podobnych do warszawskiej nie może stanowić umycia rąk. Podejrzewam, że w wielu domach codziennie dochodzi do warszawskich manifestacji, do chamskiego ścierania się poglądów...? Raczej ścierania własnego widzimisię.
Mimo powyższej, dosyć czarnej wizji, mam raczej optymistyczne myśli. Dlaczego? Bo pozostało mi sporo wiary w człowieka.
11-11-2011 (20:43)
Przy Święcie Niepodległości można zastanawiać się nad różnymi zagadnieniami dotyczącymi Ojczyzny, Narodu, patriotyzmu.
Trochę szumu zrobiło się wokół braku godła na koszulkach reprezentantów w piłce nożnej. Zamiast orzełka PZPN umieścił na ubraniach swoje logo. Nie rozszarpuję z tego powodu odzienia, ale przykro się zrobiło. Tłumaczenie, że to jest nowoczesne, idące z duchem czasu jakoś mnie nie przekonuje. Nie twierdzę, że orzeł ma magiczne właściwości, że zagrzewa do walki i z patałachów robi herosów. Jednak jest symbolem przynależności do kadry konkretnego państwa, naszego państwa.
Odcinając się od pewnej ekstrawagancji Tomaszewskiego, stwierdzić muszę, że ma rację mówiąc, iż złą jest metodą tworzenie drużyny poprzez obdarowywanie obywatelstwem drugorzędnych piłkarzy z obcych krajów. Grają przeciętnie u siebie, nikt ich nie zauważa, a to, że mają polskie korzenie, orłów z nich jeszcze nie robi. Może z tego powodu dumny ptak odleciał, a przykleił się rozstrzelony zbiór kresek. Jak z tym będą grać piłkarze? Zobaczymy już dzisiaj. Z meczu nie ma co robić patriotycznej manifestacji, tak jak z takowej nie powinno się robić widowiska o znamionach zbiorowego MMA, co było pokazane dzisiaj w Warszawie. To nie jest patriotyzm, to jest chamstwo, a jeśli przedstawienie niezadowolenia, to w krańcowo złym guście.
Właśnie, nie rozumiem, dlaczego robimy wszystko w złym guście, nawet miłość do Ojczyzny.
10-11-2011 (19:29)
Przekonałem się, zresztą wiele, cała masa osób, co oznacza zakorkowanie Tarnowskich Gór. Chcąc dojechać od strony Strzybnicy trzeba było odstać swoje. Ciekawe, czy pasażerowie mogliby zrobić w tym czasie zakupy w Tesco i spokojnie wejść do auta przy rondzie. Pewnie nie, bo mniemam, że w sklepach też było napchane ludzi co niemiara. Jutro święto, większość sklepów pozamykana, dzisiaj zaczyna się długi weekend. W ten sposób sumują się różne czynniki wpływające na komunikację miejską.
Po krótkim, ale solidnie przepracowanym tygodniu trzeba się zrelaksować. Nie tak szybko, nie tak szybko! W sobotę idę do roboty, ale to może i lepiej, bo tego wolnego już mam za dużo, poza tym co to za wolne, kiedy cały czas coś robię. Można stwierdzić, że jestem zakorkowany pracą. Nie biadolę, bo taki jest mój wybór, taki styl życia.
Przed moim laptopem wisi korkowa tablica. Teraz spojrzałem i widzę, że wisi kartka, którą miałem przepisać i zanieść w pewne miejsce. Zapomniałem! Zakorkowałem sobie pamięć!
09-11-2011 (20:57)
Dzisiejsze wydarzenia przypominały raz grę w zielone, to znowu w pomidora.
Nieprzewidziane perypetie są przykre, ale w moim przypadku powodują wzmożenie sił witalnych. Jeśli człowiek wytworzy sobie zespół odpornościowy, to po przeciwnościach, które w aspekcie medycznym należy traktować jako chorobę, wraca do normalności - zdrowia, jako bardziej doświadczony.
Tak się dzieje, gdy mamy do czynienia z chorobą zakaźną. Inaczej jest z całym wachlarzem innych przypadłości, ale mniemam, że sobie z nimi poradzę.
Dzisiaj wprawdzie mówiłem sobie stale, że psy szczekają, karawana idzie dalej, ale ja dodatkowo poczułem się tak, jakby mi wielbłąd narobił na łeb...
Kto wie, o co mi chodzi, ten wie, kto nie ma zielonego pojęcia, to niech zielony pozostanie! Zieleń uspokaja. Jeśli natomiast ktoś niepytany mówi: pomidor, to nawet najzieleńsza zieleń nie uspokoi otoczenia, bo nie wiadomo o co mu chodzi.
08-11-2011 (18:15)
Sejm zaczął działać, niektórzy zaliczyli w izbie pierwsze porażki. Słusznie, bo jeśli ustawowo nie może być miejsca w życiu politycznym dla neonazistów, to niech przynajmniej rozsądkiem posłanek i posłów nie będzie miejsca w kierownictwie dla kryptokomunistów.
Rano zdziwiła mnie w radiu wypowiedź byłego premiera i marszałka sejmu. Obecnie senator dziwił się, że premier wybiera sobie ludzi do współpracy w rządzie według swojego widzimisię. A jak ma wybierać? Według widzimisię opozycji?
Wolałbym w przyszłości dowiadywać się więcej o pracach dla społeczeństwa, niż o personalnych komentarzach. Wykonywanie władzy wszelkiego stopnia jest działaniem za zgodą narodu, a jego wola jest najwyższą władzą w RP. To tak gwoli przypomnienia dla tych, którzy są z konstytucją na bakier. Jeśli naród wyraził wolę na taki parlament, to zrobił tak wobec przyszłego premiera, niech więc on tę wolę wykonuje... byle dla naszego dobra.
07-11-2011 (21:09)
Jutro spotkanie tarninowe... należałoby coś napisać...
My ludzie zagubieni
Jak na błękicie gwiazdy
Bóg w wszechświat nas wystrzelił
W niedoskonały nazbyt
Chorzy na długowieczność
Skazani za niewinność
Mijamy to co przeszło
Z przyszłością niegościnną
Coś skleciłem na szybko, są to tylko dwie zwrotki, ale smętne i nie nadają się do niczego. Może jutro się zmobilizuję?
06-11-2011 (22:28)
Taaaak, spało mi się dobrze. Szkoda, że tak krótko, a może nie szkoda, bo skończyłem jedną szopkę, niewielką i zacząłem następną, jeszcze mniejszą. Trochę roboty z wystawą popchnąłem do przodu, nawet bardzo, bo w koncepcji całości ekspozycji brakowało mi czegoś miniaturowego. O poranku pracuje się świetnie, zwłaszcza do rytmu chrapania współmieszkańców.
Z treści powyższej wynikać mogłoby, że na Węgry pojechaliśmy robić szopki. Pewnie, że trochę szopek było, ale generalnie grupa zaprezentowała się pozytywnie. Zwłaszcza na koncercie, kiedy muzycy pokazali swój profesjonalizm i finezję, wokalistki klasę i możliwości, Anka swoje grafiki, a Andrzej poezję w tłumaczeniu na węgierski. Jasne, że nie on sam wiersze tłumaczył, jeszcze nie doszedł w tym języku do perfekcji. Podobnie jak cała reszta jest na etapie, kiedy rozumie, że ktoś do niego mówi, ale nie co mówi.
Niedziela to czas dochodzenia do siebie, dojeżdżania do siebie i rozjeżdżania się z odchodzeniem do domów. Wyprawę uznałbym za całkowicie udaną, gdyby mnie tak nie bolało w barku. Absurdalnie jest to wina przepięknej pogody, człowiek nie ma pojęcia co na siebie włozyć. Podświadomie uzależniając się od kalendarza, ubieram się cieplej, potem zdejmuję zbędne odzienie i w efekcie przewiania, cierpię i wszystko mnie drażni.
Mógłbym napisać więcej konkretów, ale dam szansę Andrzejowi. Niechaj on się zwierzy.
05-11-2011 (19:49)
Jakbym wykrakał z wybieraniem się i spotykaniem! Wyjazd się opóźnił, bo dla kogoś konkretna godzina, termin zbiórki jest tylko wartością przybliżoną. I tak dobrze, ten ktoś nie pomylił pory dnia, bo gdyby wrył w świadomości, że wyjazd jest o 3:45 popołudniu, to chyba bym się pociął. Całość stałoby się problemem, gdyby ludzie czekający podchodzili rzetelnie do wymierzania sprawiedliwości. Po kilkunastu minutach oczekiwania, na horyzoncie parkingu zamajaczyła postać ze zwichrzonym włosem i akordeonem, też zwichrzonym. Po słownym wybatożeniu mogliśmy jechać.
Pogoda była wymarzona do jazdy, ekipa zgrana, nikt na postojach nie zaginął i gdyby nie jedno "gdyby", mógłbym być zadowolony. Niestety mój brak przygotowania, zbagatelizowanie sobie przypadłości sprawiło, że pod koniec trasy mało nie zwariowałem z bólu w lewym barku!
Całe szczęście, że są odpowiedzialne osoby w "Tarninie". Chwała im i dzięki.
Békéscsaba wchłonęła nas popołudniu, zakwaterowaliśmy się w całkiem przyzwoitym hostelu. Do kolacji mieliśmy czas dla siebie. Wieczór przebiegał w atmosferze prób wszelakich. W pewnym momencie stwierdziłem, że czuję się swojsko jak na spotkaniu w Kole Gospodyń. Część grała i śpiewała, ktoś rysował, a jeszcze ktoś inny szył szopkę, kto? Wiadomo.
Spało mi się świetnie po wypiciu w winiarni kilku kieliszków wina.
04-11-2011 (01:03)
Przygotowałem się do wyjazdu... wielkie mi przygotowanie! Teraz świat się tak skurczył, że wystarczy tylko spakować kilka niezbędnych przedmiotów i już można startować. Cisza nocna napawa spokojem, optymizmem. Jednak żeby wyjechać musimy się jeszcze wszyscy spotkać, a z tym różnie bywa. Miejmy nadzieję, że wszystko pomyślnie się poukłada.
03-11-2011 (19:12)
Tak dzisiaj dostałem w kość, że pisać mi się nie chce. Przed momentem właśnie skończyłem pisanie, ale rozliczeń, rachunków, które doprowadzają mnie do szału. Współczuję księgowym i zarazem podziwiam, bo gdybym codziennie musiał liczyć z góry na dół, z prawa do lewa, a potem po skosie, to wylądowałbym wiadomo gdzie.
Mój dzień pracy jeszcze się nie zakończył, mam parę spraw do załatwienia, a potem, w nocy wyjazd na Węgry. Też należałoby się spakować! Kiedy ja to zrobię? Wariacki dzień!
02-11-2011 (04:25)
Znane jest powiedzonko, że ktoś podchodzi z sercem do sprawy...
Zakładając, że serce statystycznego, zdrowego człowieka robi 70 uderzeń na minutę, zagadnienie nabiera zupełnie innego waloru, bo...
W pracy serca wyodrębnić możemy trzy fazy: skurcz, rozkurcz i pauzę, ta ostatnia trwa 0,5 sekundy. Pauza jest momentem relaksu, odpoczynku naszej pompki krwiobiegu. Z prostego rachunku daje nam zupełnie inny obraz pracowitości serca, ono przez ponad połowę minuty odpoczywa, czyli ponad połowę godziny, czyli ponad połowę dnia, czyli co?
Z całym szacunkiem dla tego organu, z wielką wdzięcznością dla jego fizjologicznej funkcji stwierdzić należy, że większość naszego życia serce leniuchuje!...
A może serce faktycznie, nie tylko poetycko jest także siedliskiem uczuć, to wtedy można się domyślać, co robi przez ponad połowę dnia.
01-11-2011 (04:32)
Z soboty na niedzielę nastąpiła zmiana czasu, czyli dodaliśmy sobie sześćdziesiąt minut, które na wiosnę zostały schowane w pamięci na czarną godzinę jesiennej pory. Dla niektórych był to zastrzyk dodatkowego lenistwa, wylegiwania się w łóżkach, przenoszenia się świadomości pod senne płaszczyzny percepcji. Kiedy słyszałem czyjeś wypowiedzi, że się nareszcie wyśpi, że w końcu należycie wypocznie, zaraz rodziły się refleksje. W jakim ja żyję świecie? W cywilizacji śmierci? Snu? Dlaczego tak bardzo lubimy oddalać się od realizmu, uciekamy w złudnie zbawcze ramiona Hypnosa?
Nie potrafię tego wytłumaczyć, chociaż zjawisko rozumiem i jestem w stanie wielu ludziom przyznać rację, że mają powody tak traktować swoje życie. Brak zadowolenia z efektów działalności, przemęczenie jej beznadziejnością i mozołem narzucanych przez przełożonych?... Przez siebie samego także, kiedy ma się zwichnięte poczucie wartości, wychowanie i trwanie w kulcie posiadania, wiecznego niedosytu? Przeświadczenie, że coś po przespaniu się zmieni, polepszy się jak zdrowie pacjenta w śpiączce farmakologicznej? Nie mam pojęcia, ale często odczuwam wrażenie, że traktujemy sen jak krótkotrwałe samobójstwo, ucieczkę od problemów.
Nieraz znajomi pytają mnie, dlaczego mam problemy z bezsennością? Ja nie mam problemów, nie jest to patologia, ale przyzwyczajenie. Mnie nie męczy wczesne wstawanie, ale długotrwały sen. Powyżej nadmieniłem, że rozumiem ludzi lubiących długo spać, ale nie jestem w stanie wytłumaczyć, dlaczego oni mnie i podobnych uważają za dziwolągi?
Zmiana czasu na zimowy spowodowała, że budzę się przed trzecią. Obecnie wypijam drugą kawę, a za godzinę pojadę na cmentarz. Zniczem rozjaśnię mrok nad grobami najbliższych. Poczuję się jak Stwórca budzący poranek, oby tylko zmarli nie zrozumieli błędnie, że to koniec świata i należy wstawać... Koniec świata to będzie na cmentarzu przed nim do południa i aż do wieczora. Już to widzę!
31-10-2011 (20:13)
Z moimi Dziadami jest tak, jak z szopką do Krakowa. Chciałbym zrobić, nawet zaczynam, ale nigdy nie kończę...
(grupa ludzi przy cmentarnej bramie, w rękach trzymają świece, nad ogromnym zniczem miota się Guślarz)
Guślarz
Przybądź na mgły spienionej grzbiecie,
Wśród pisków trawy przymarzniętej,
Jak śmierć, co w końcu przyjdzie przecież
Na równi kosząc złe i święte.
Oddechem wiatru z pustych sadów,
Skargą drzew okradzionych z plonu,
Nawiedzisz sennie ludzki padół,
Zajrzysz nam w oczy wprost do domów.
Nieba chmurnego skórą gęsią
Pokryj dokładnie łan cmentarzy...
Pozwólmy wyjść wieczystym więźniom
Niech się dziadowska noc już zdarzy
Chór
W imię Jezusa, co zmartwychwstał,
Przez Wszystkich Świętych wspominanie,
Niech prawda przyjdzie ku nam czysta,
Co się ma stać, to niech się stanie.
Guślarz
Prawda mówicie? Z nią jest gorzej,
Nierzadko złudne są nadzieje...
Kobieta
Jęknęła furtka, wielki Boże!
Już się zaczęło, już się dzieje!!!
30-10-2011 (18:45)
"Kto mieczem wojuje, ten..." wiadomo, co się z nim dzieje, wiadomo jaki los go spotka. Kto wojuje igłą, ten nie ginie od niej, ale szlag go trafić może w momencie, kiedy sobie ją dotkliwie w palec wbije, a po jakimś czasie pod paznokieć. Pewnie żeby zaakcentować ból twórczy podczas aktu kreowania dzieła.
Boże mój złoty, co ja piszę!? Ani to nie było żadne dzieło, tylko figurka do szopki, ani o akcie w takim przypadku mówić nie wypada! To, że wbiłem sobie igłę w palec jest efektem nieuwagi, pośpiechu i plotkarstwa, bowiem gadałem jak najęty w rodzinnym gronie. O tworzeniu, owszem, należy wspomnieć. Tworzy mi się coś w okolicy paznokcie na kciuku prawym, wiem nawet co. Zanokcica. Jednym słowem mam szopkę z artystyczną zanokcicą.
29-10-2011 (09:35)
Wyjeżdżałem rano do sklepu i rzuciły mi się w oczy gazetki reklamowe pewnej znanej firmy wciśnięte w oczka siatki ogrodzenia. Trudno ich nie zauważyć, bo drukowane są na papierze intensywnie czerwonym. Propaganda przez nachalność, krzykliwość zawsze skutkowała w procesie ogłupienia ludzi, narodu i narodów globalnie, w celu uzyskania partykularnych korzyści. Omamianie musi zadziałać w odpowiednim momencie, doprowadzić do oczekiwanego skutku, a potem narzędzie, czyli reklama może sobie smętnie wisieć jak owa gazetka zmoknięta w moim płocie.
Radio w autku nafaszerowało mnie ważkimi wiadomościami. Cieszę się, że do sklepu mam niezbyt daleko, bo wszystkiego wysłuchiwać nie musiałem. Dowiedziałem się, że wiodąca partia lewicy (wiodąca, bo ostatnio wiedzie za sobą smutek, żal i płacz) będzie się krajowo radzić plenarnie. Sprowadzony do parteru prezio chce oddać scentrowany ster komuś, najlepiej bardziej doświadczonemu i powleczonemu grubą skórą ochronną dinozaurowi. Szef szczątkowego klubu poselskiego sugeruje prawybory. Słusznie towarzyszu, słusznie i naukowo socjalistycznie. Wszystko co "pra-" dobrze mi się kojarzy. Moja prababka była bardzo fajna, ja osobiście mało ją znałem, ale starsze rodzeństwo mile ją wspomina. Cóż, wiek robi swoje, a choroba mu w tym pomaga. Biedaczka prababka złamała sobie nogę w biodrze i za niedługo zmarła.
Ja chcę, żeby każdy miał się dobrze, nawet niedawno przecież rządząca lewica, która za kilka lat prawdopodobnie przekształci się w pralewicę. Cóż jednak po moich dobrych życzeniach, skoro oni sami sobie zbyt dobrze nie życzą. Pra?
PS Do sklepu jeżdżę, chociaż mam blisko, bo władze powiatu nie zorientowały się jeszcze, że na jednej z bardziej ruchliwych swoich dróg brak jest chodnika. Będę o tym częściej wspomniał, chociaż wątpię, żeby ktoś z władz to czytał. Podobno są zajęci.
28-10-2011 (19:13)
Przed momentem skończyłem gotować...
Lubię to robić, a czasami muszę, żeby ukoić zszargane nerwy. Przyrządzanie dań wyładowuje ze mnie złą energię. Nie znaczy to wcale, że pakuję w nie samą złość i niewyżycie emocjonalne, wręcz odwrotnie. Skupiam się na jakości i smaku, a w tym czasie z czuba wyparowują mi złe myśli. To, co zrobię, najbliższym najczęściej smakuje, a mi smakuje zawsze. Dzisiaj zrobiłem flaczki drobiowe, są świetne i jutro z rana zjem sobie porcyjkę.
Wracając do złej energii, jest ona spowodowana konkretną sytuację, a jakby spojrzeć racjonalnie, to bardziej brakiem konkretów. Rodzinka, znajomi, zwłaszcza ci po fachu wiedzą w czym rzecz. Cały czas żałuję, że nie jestem Grekiem. On pieniądze dostaje, chociaż jemu się nie należą, ja mam niestety krańcowo odmienny realizm bytowy.
Jednak optymistycznie spoglądam w przyszłość, bo władza centralna ustawodawcza zajmuje się już teraz polskimi, czyli także moimi, istotnymi, palącymi sprawami. Walka o zajmowane pokoje, elementy wystroju sali plenarnej, zasadność wyboru pewnych posłów. Cieszę się bardzo, bo wiem, że jeśli się to pozytywnie załatwi, wszelkie troski, zmartwienia i bolączki narodu miną jak epoka lodowcowa, a przynajmniej jak moja złość po wykonaniu flaczków. Dlatego też efekty pracy decydentów różnego stopnia śmiało mogę porównać do flaczków drobiowych, bardzo nawet drobiowych, ale zdecydowanie mniej smacznych i mniej strawnych niż te, które ja zrobiłem.
27-10-2011 (19:10)
Finanse Grecji uratowane, wielki sukces strefy euro. Premier Hellady podziękował podobno... swoim rodakom, że wykazali tyle zrozumienia.
Ja chyba żyję w porządku ekonomicznym, który należy faktycznie dokładnie studiować, bo człowiek z demokratycznego przyziemia nie jest w stanie zrozumieć tych zawiłych rachunków.
Nie wiem, dlaczego stale uczą w szkołach bzdur pozbawionych sensu. Mnie tego nauczali, pokolenia przede mną, a teraz kolejną młodzież się tumani. Proste dodawanie, odejmowanie i cała reszta działań matematycznych jest absurdem dalekim od rzeczywistości. Według nowoczesnej matematyki, która jest przecież mamusią ekonomii, po znaku równości można pisać byle co, najczęściej wartość korzystna dla siebie. Faliste przybliżenie jest symbolem rzeki obfitości, mającej na celu przybliżenie do siebie dóbr. Znak nierówności natomiast jest postawiony na sztorc i w ten sposób robią się czapeczki krasnoludków, które za kogoś pracują, dają mu skarby, lub tylko spokojne życie, co mnie osobiście starczyłoby w zupełności.
Po tym wszystkim, co stało się w europejskiej ekonomii, zrozumiałem co oznacza powiedzenie, że ktoś udaje Greka. Osobiście czuję się coraz gorzej w roli obywatela Europy, za to coraz bardziej czuję się wyruchany. Tak, inaczej nie napiszę, bo to jest najłagodniejsze słowo określające mój status finansowy.
26-10-2011 (20:39)
Zaczynam się przygotowywać do nocnej pracy. Psychicznie tylko, bo fizycznie nie muszę tego robić, jestem cały czas gotowy do działania. Całe wydarzenie miało się zaczynać o 22.00, ale coś się poprzestawiało, coś się spóźnia i w efekcie początek nastąpi o północy. Nie ukrywam, że trochę burzy to moje plany na jutro, ale nie ma co narzekać. Może nocna atmosfera pomoże mi rozwikłać szereg zagadek i wątpliwości jakie targają moją psychikę.
Człowiek już tak jest skonstruowany, że zamiast się cieszyć z tego co mu się udało wykonać, zamartwia się matnią pułapek mogących zaszkodzić w przyszłości. Prawdę mówiąc, zwykle staram się w nocy unikać analizy działania. Mrok przynosi ciemne myśli, dlatego nie wiem, czy nie powinienem zostawić wszystkiego do rana. Poza tym kto mi zagwarantuje, że praca pójdzie bez problemów i będzie okazja do spojrzenia w gwiazdy ?
O, proszę! Już mnie nachodzą czarne wizje. W nocy się śpi, a nie myśli! No, ale jeśli się pracuje, to trochę myśleć trzeba.
25-10-2011 (18:08)
Jeśli ktoś od kilku lat robi sznurkowe szopki, to trudno, żeby domownicy wykazywali zainteresowanie postępami, formą, ilością jaka będzie wystawiana. Najwyżej uwagi tyczą częstego nieporządku, pozostawionych w całym mieszkaniu elementów budowli, figurek ludzkich i zwierząt.
Jedynym domownikiem, którego bardzo, ale to bardzo interesują sznurki jest kotka. Mam wprawdzie wątpliwości, czy jej ciekawość ma zbieżne do moich podłoże. Przed momentem skradła mi daszek, ale w porę spostrzegłem zabór na nietykalny obiekt. Dobrze, że zamykam drzwi do pokoju na poddaszu, gdzie stoją te ukończone, bo po kociej wizycie utarłoby się nowe powiedzenie. Już nie o słoniu w składzie z porcelaną, ale o kocie na wystawie szopek.
24-10-2011 (20:16)
W pracy tydzień rozpoczął się optymistycznie, narzekać nie mogę. Roboty było dosyć, oby tak dalej.
Rodzinnie także kilka spraw się wyjaśniło, można spokojnie spędzić wieczór.
Myślałem, że więcej zrobię z szopkami, ale po ciężkim dniu pracy nie chce się kompletnie niczego. Nawet pisanie staje się uciążliwe. Może coś poczytam...?
Pod bokiem leży "Fabryka oficerów". Wracam do niej co jakiś czas, należy do takich pozycji, które czytam i chcę, żeby zakończyły się inaczej...
Dzisiejszy poniedziałek też chciałbym inaczej zakończyć, jakimś miłym akcentem, drobnym sukcesem...
Wprowadzę auto do garażu, ta czynność zwykle kończy się pomyślnie.
23-10-2011 (21:06)
- Jasiu, przyjedź na siedemnastą, bo mamy występ. Nie pożałujesz - usłyszałem w słuchawce.
Nie pożałowałem. Wystąpiła młodzież biorąca udział w Małej Akademii Gitary. Z tych młodych ludzi będzie kiedyś pociecha, będzie, bo już jest.
Jeśli Michał kroczy ekspansywnie z Małą Akademia Gitary, to wydaje mi się, że czas najwyższy ruszyć z Niewielką Wyższą Szkołą Sznurka. Planowałem zrobić to już wcześniej, a właściwie kontynuować, co robiliśmy w dawnej bibliotece. Plany - planami, a realia nie zawsze są do przewidzenia. Nie było czasu. Teraz też nie bardzo, ale są inne okoliczności i starujemy od 14.11. To powinien być poniedziałek... i jest, bo sprawdziłem. Myślę, że od 16:00. Zobaczymy jak pójdzie, kilka osób jest chętnych, a to już sukces, że się komuś chce.
22-10-2011 (17:03)
Zauważyłem, że od kilku dni kierowcy zachowują się co najmniej dziwnie na mojej ulicy. Zapanował spokój, auta jadą długim sznurkiem i z rzadka któryś wyprzedza jak szalony, co było normą i dowodem wyższości nad jadącymi prawidłowo, lub prawie prawidłowo.
Powodem takiego ugrzecznienia są znaki informujące o kontroli radarowej. Całe szczęście, że ktoś sobie przypomniał, że jest to droga powiatowa, a Zbrosławice należą do powiatu tarnogórskiego, co nie było takie oczywiste dla wszystkich władz. Jak się jeszcze doczekam luster na skrzyżowaniu pod wiaduktem byłej trasy kolejowej, to się chyba ze szczęścia popłaczę. Nie pamiętam nawet ile lat temu nazad, tłumaczyłem na spotkaniu ze starostą, że jadąc od strony Ptakowic, trudno jest w porę zauważyć pojazd jadący od strony Gliwic. Skończyło się na obietnicy Zarządu Dróg. Jeden arcymądry powiedział mi niedawno, że miałem napisać. Jestem przekonany, że właśnie tylko wysłanie pisma byłoby czymś odmiennym w aktualnej rzeczywistości.
O chodniku nawet nie będę wspominał, bo powiat zrobił je już chyba wszystkim, prócz nas.
21-10-2011 (21:52)
- Napijesz się kawy?
- Nie wiem, czy zdążę, bo jestem umówiony na 9:00.
- No, teraz jest wpół do dziewiątej, to zdążysz. A z kim jesteś umówiony?
- Z Jackiem.
- O, z Jackiem! To z pewnością on się spóźni...
Kawa zapachniała wyśmienicie. Rozmowa potoczyła się w kierunkach lekkich, ale profesjonalnych. Odezwał się mój telefon, bo przyszedł esemes o treści: "Będę 9:15 Jacek". Przeczytałem to mojemu towarzystwu i wszyscy parsknęli śmiechem...
...Jacek też parsknął, kiedy mu o tym opowiedziałem.
20-10-2011 (20:07)
Muammar al-Kaddafi nie żyje. Można powiedzieć, że polowanie na dyktatora udało się. Moje przypuszczenia są takie, że do normalności w Libii nie dojdzie tak szybko. Kompletnie się na tym nie znam, ale historia nas nauczyła, że w świecie arabskim konflikty ciągnąć się mogą latami. Myślę, że opozycja wygrywając walkę z władzą, teraz zacznie walkę o władzę.
Nie mam czasu, żeby bliżej przyjrzeć się całemu wydarzeniu. Jeśli faktycznie ciało dyktatora wleczone było po ulicach Syrty, to gratuluję poziomu cywilizacji. Do polityków, władców tego typu co Kaddafi czuję wrodzoną odrazę, ale daleki jestem od radości z powodu czyjejś śmierci, a takie traktowanie zwłok uważam za hańbiące.
19-10-2011 (20:40)
Po przepracowanej nocce nie potrafiłem przez cały dzień zabrać się do pracy ze sznurkiem. Trochę to denerwuje, ale straty nie ma. Przez ostatnie kilka dni podciągnąłem z robotą i na dobrą sprawę mógłbym mieć wystawę w przyszłym tygodniu. Nie byłbym szybszy od niektórych hipermarketów. Już we wrześniu widziałem w jednym z nich mikołaje z czekolady.
Problem jest w tym, że nie wiem, czy nie czeka mnie jeszcze jedna wystawa, trochę mniejsza, ale też bardzo ważna. Muszę być przygotowany na różne warianty sezonu świątecznego.
Dlatego do roboty!... o tej porze? Musiałbym zaliczyć kolejną nocną zmianę. Chyba się nie zmuszę.
18-10-2011 (05:24)
Przesada rodzi przesadę, głupota - głupotę. To jest prawo przyrody, ale czasem w przy porodach trzeba nieść pomoc, gdy siły natury nie są zbyt dostateczne, aby nastąpiło rozwiązanie, czyli zamierzony efekt. Trochę się znam teoretycznie na porodach, również niemało ich odebrałem, dlatego chętnie pomogę w obecnej sytuacji.
Proponuję niektórym posłom chcącym się zabrać za porządki ideologiczne, politycznie kosmetyczne i wizerunkowo poprawnościowe w sejmie, żeby poszli za ciosem sierpowym logicznego myślenia. Powinno się natychmiast wprowadzić likwidację niektórych odznaczeń państwowych. Przykładowo: Order Virtuti Militari, Order Orła Białego, Order Odrodzenia Polski, Krzyż Zasługi i jeszcze inne, które albo powinny być doprowadzone w formie do poprawności, albo nadawane tylko klerowi, albo przyznawane reszcie wiernym, ale tylko przez episkopat. Amen.
18-10-2011 (05:20)
Przesada rodzi przesadę, głupota - głupotę. To jest prawo przyrody, ale czasem w przy porodach trzeba nieść pomoc, gdy siły natury nie są zbyt dostateczne, aby nastąpiło rozwiązanie, czyli zamierzony efekt. Trochę się znam teoretycznie na porodach, również niemało ich odebrałem, dlatego chętnie pomogę w obecnej sytuacji.
Proponuję niektórym posłom chcącym się zabrać za porządki ideologiczne, politycznie kosmetyczne i wizerunkowo poprawnościowe w sejmie, żeby poszli za ciosem sierpowym logicznego myślenia. Powinno się natychmiast wprowadzić likwidację niektórych odznaczeń państwowych. Przykładowo: Order Virtuti Militari, Order Orła Białego, Order Odrodzenia Polski, Krzyż Zasługi i jeszcze inne, które albo powinny być doprowadzone w formie do poprawności, albo nadawane tylko klerowi, albo przyznawane reszcie wiernym, ale tylko przez episkopat. Amen.
17-10-2011 (05:50)
Czasu nie marnuję. Od 4:00 szyję budynek szopki, myślę, że do jutra będzie gotowy. Nie jest to rzecz malutka, chyba zaliczyć szopkę należy do średnich z tendencją do dużych.
W kubku pozostało niewiele drugiej kawy, należałoby chwilę odpocząć przy komputerze. Sprawdziłem pocztę i jak zwykle sporo zachęt do wzięcia kredytu. Gdybym z każdego banku wziął parędziesiąt tysięcy złotych, uzbierałoby się kilkaset tysięcy. Nawet nie przypuszczałem, że tyle banków jest w Polsce.
Poza kokieterią ze strony firm finansowych, dostałem także propozycję od Lufthansy. Są tańsze bilety do wielu ciekawych zakątków świata...
A jakbym tak faktycznie z każdego banku..., a potem kupił sobie bilet do Bangkoku i...
Idź precz szatanie! Lepiej będzie, gdy wrócę do robienia szopki.
16-10-2011 (20:35)
Jestem szczęśliwym człowiekiem... Co sobie wymarzę, to mam. Tajemnica sukcesu jest prosta, należy znać możliwości realne, przyziemne, a te fruwające na chmurkach fantazji, też najlepiej mieć pod dostatkiem.
Ludzka tragedia zaczyna się w momencie braku komunikacji międzyludzkiej, a kończy się samotnością faktyczną, a także psychiczną, wyobcowaniem pogłębiającym depresję.
Mnie to nie dotyczy, bo jak wspomniałem jestem szczęśliwym człekiem, który kieruje się prawem naturalnym, ale tym naturalnie normalnym.
15-10-2011 (22:05)
Skończyłem... aż się wierzyć nie chce, ale tak się stało. Zacząłem robić tę szopkę kilka lat temu, z pewnością trzy, ale bez pewności to chyba cztery. Miałem już ją pociąć na kawałki, żeby wykorzystać fragmenty do konstrukcji innych szopek, ale zawsze ręka zadrżała, nożyczki szczękały smutkiem i jakoś nie mogłem się zdecydować. W końcu zdecydowałem się doprowadzić ją do optymistycznego stanu i nie żałuję. Teraz tylko wstawić należy wstawić figurki, co z pewnością jest też pracochłonne, lecz zrobienie budowli to prawdziwa mordęga.
Co jeszcze zrobiłem? Skrzydła do aniołków. Jutro będę próbować skończyć jakieś szopki. Potraktuję to rekreacyjnie, bez pośpiechu. Jeśli skończyłem coś, co zacząłem parę lat temu, to spokojny jestem o realizację tegorocznej wystawy.
14-10-2011 (19:48)
Mija Dzień Edukacji Narodowej, a ja zamiast już o poranku złożyć życzenia wszystkim znajomym z tej branży, robię to teraz. Lepiej późno, niż... o północy.
Przechodząc do rzeczy - życzę, ale czego? Czego bym nie życzył dobrego, to i tak się nie spełni nauczycielskiej braci. Pociechą w trudach codzienności mogą być rzesze wykształconej młodzieży, chociaż nie wszyscy uczniowie doceniają trud wychowawców.
Dla pocieszenia mogę zdradzić odrobinę swej tajemnicy. Też się nie mam tak dobrze, jak na to wskazywałby mój dobry humor.
13-10-2011 (21:46)
- A wy co tu robicie?
- To, co wy. Stoimy sobie!
- Pchnie mi tu nowością.
- Bo jesteśmy prosto z pudła. Jak tu jest? Da się żyć?
- Tak sobie, jednego dnia jest spokój, drugiego nieźle się trzeba nachodzić. Czasem nas napastują!
- No tak, jak wszędzie. Życie butów nie jest łatwe.
12-10-2011 (19:57)
Uwielbiam takie chwile! Coś się dzieje z internetem, czyli konkretnie raz jest łączność, a raz jej brak...
Ogólnie powinienem być zadowolony z dnia, ale pod pewnymi względami nie jestem. Mały zastój w szopkach spowodowany złym poukładaniem kolejnych prac i spotkań. Z pracą chyba też, jak z internetem, miałem chwilowe braki łączności z rzeczywistością. Teraz jest już za późno na odrabianie tyłów, poza tym jest ciemno i źle się szyje przy sztucznym świetle.
Przez kilka dni niektórzy znajomi nie mogli złapać łączności telefonicznej ze mną. Niestety do pewnych miejsc fale nie docierają. Zastanawiam się, czy skoro ja tam docieram, powinienem wnioskować, że jestem bardziej przenikliwy od fal radiowych?
11-10-2011 (18:09)
Piszę krótko, bo czasu dzisiaj nie mam, a chcę coś ulokować w pamięci. Wczoraj o świcie pisałem coś sobie, coś szyłem i słuchałem radia. Jak na poranek po wyborach przystało, sporo się mówiło o wynikach, prognozowano, kto wszedł do parlamentu, a komu ze znanych polityków demokracja dała pstryczka. Nie wiem, czy złośliwie, czy przez przypadek, po wypowiedzi o przegranych puścili piosenkę Grechuty... Kiedy usłyszałem:
Będziesz zbierać kwiaty
Będziesz się uśmiechać
Będziesz liczyć gwiazdy
Będziesz na mnie czekać...
...to myślałem, że spadnę z krzesła. Popłakałem się ze śmiechu!
10-10-2011 (19:12)
Ktoś mnie dzisiaj zapytał:
- Jak pan, doktorze, głosował?
- Normalnie, jak wszyscy - odpowiedziałem. - Wszedłem do lokalu wyborczego, przedstawiłem się, dostałem arkusze i poszedłem skreślać.
- Pan to sobie zawsze robi jaja! Pytam za kim pan głosował?
- To nie jest tajemnica. Głosowałem zaraz za moją żoną, ona przede mną dostała listy.
- Dobrze, dobrze! Na kogo pan głosował?
- Teraz zabrzmiało poprawnie, ale odpowiedzieć nie mogę. Poprawność zwykle bywa tajemnicza.
Poszedł sobie. Nie postukał się po głowie, bo mu nie wypadało.
09-10-2011 (14:46)
Przepowiednie się spełniły, przyszedł chłód, a wraz z nim wilgoć, czyli ta mniej miła postać jesieni. Pewnie, że powrócić mogą jeszcze dni słoneczne, pogodne niebo rozgwieżdżonych nocy, ale im dalej w kalendarz, tym więcej zimna, mniej światła, a więcej ubrań na grzbiecie i kataru.
Nie utyskuję, stwierdzam jedynie, co się dzieje za oknem. Pogoda mi odpowiada, a w ogóle jesień zachęca do pracy. Kierowany prymitywnym instynktem szykuję zapasy na zimę. Zbieram wszystkie przemyślenia, zakręcam szczelnie w słoikach, kiszę, suszę i zamrażam. W odpowiednim momencie będą się nadawały do konsumpcji.
- Jasiu, co z jasełkami? Napiszesz do końca października? – pada pytanie.
- Napiszę – odpowiadam, ale koncepcji całości jeszcze nie czuję.
Wystarczyło trochę zimna, a wiem jak to ująć, jak ugryźć temat oklepany, opisany na wszelkie sposoby. Daleka jest droga do celu, lecz tę drogę już znam, to pierwszy krok, reszta się jakoś zrobi... sama się zrobi...?
08-10-2011 (07:10)
Cisza. Już nikt mnie w radiu nie przekonuje, że wybawi mnie od wszelakich trosk, nikt nie ostrzega przed jego znajomym, który podobno chce mnie okraść i doprowadzić do nędzy, choroby i światowej tułaczki.
Robiłem o poranku zakupy, ot takie normalne dla rodziny podstawowe artykuły do konsumpcji. Na parking zajechał samochód, którego aż rozsadzało od łomotu, bo przecież tych dźwięków nie nazwę muzyką. Dziwne, że nigdy nie słyszałem, żeby ktoś częstował bliźnich koncertami z auta repertuarem muzyki klasycznej. Nie przesadzajmy z tą klasyką! Nie słyszałem nigdy dobrych dźwięków z gatunków wszelakiej muzyki popularnej.
Kiedy bębenki moich uszu odczuły jazgot na parkingu, doszedłem kolejny raz do wniosku, że... cisza krzyczy, ale dlaczego taką bylejakością?
07-10-2011 (05:27)
Za oknem zbrosławicka srebrna jesień... krople deszczu wiszące na drutach błyszczą w świetle bocznego światła, którym lampy przydrożne skąpo częstują moje podwórko.
Popijam drugą już dzisiaj kawę, słucham muzyki z internetu. Naszła mnie ochota na trochę starsze przeboje takich twórców jak: Dietrich Buxtehude, Mikołaj Gomółka, Wacław z Szamotuł, Mikołaj Zieleński, Grzegorz Gorczycki. Oni nie płoszą nastroju wczesnego poranka.
Nie tylko popijam kawę, nie tylko słucham muzyki wgapiony w podwórko. Właśnie za kilka chwil skończę dach do jednej z wieżyczek w szopce. Muszę się pośpieszyć, bo do jakiejś pracy też trzeba będzie jechać. Lubię te poranki, one dają mi prawdziwą wolność ducha, jasność umysłu i możliwość czerpania radości z życia...
Tyle pisania! Do roboty, bo daszek czeka.
06-10-2011 (20:11)
czekam... jak podróżny
do wieczności na dworcu kolejowym
gdzie przeciąg pozrywał większość rozkładów
gdzie pachnie przypalonym bigosem
gdzie podróżni przy kasie wysupłują z kieszeni pieniążki
gdzie podchmielony pijaczyna gasi peta na twarzy popielniczki
gdzie sepleniąca spikerka zapowiada Bóg wie co
gdzie tory mają takiego zeza że można się wykoleić
gdzie wąsaty wskazówkami zegar śpi i czka co kwadrans
czekam... bo co mi pozostało... tylko czekać do wieczności
05-10-2011 (20:48)
Niedokończenie czegoś nie oznacza wcale kapitulacji, nie, nie! Może i lepiej jak się sprawę jeszcze raz przemyśli?
Z innej beczki, mniej zagadkowo...Chciałem napisać kryminał na konkurs do biblioteki w Piekarach, ale niestety regulamin jest według moich poglądów raczej nie do zaakceptowania. Zwykle na takie konkursy wysyła się prace opatrzone godłem, a dane są dołączone w zamkniętej kopercie. Konieczność podpisania opowiadanie, ujawnienia się szanownemu jury jest mało przekonywująca co do obiektywizmu oceny. Co tam! I tak bym się nie liczył w piekarskiej ocenie mistrzostwa pióra. Widocznie w tym mieście nie lubią tajemniczości.
04-10-2011 (17:47)
Mamy wtorek... mamy, jasne, że nie jest to wtorek jakieś mamy, osoby! Dzisiaj jest po prostu wtorek! Oznacza to, że za kilka chwil wyruszę do Tarnowskich Gór na spotkanie tradycyjne, tarninowe. Przygotowałem kilka tekstów, niestety, tekstów piosenek, a tego ci u nas pod dostatkiem. Jeden jest taki, że... że należy go zaśpiewać dobrze aktorsko:
Oświadczyny
Po co przyniosłeś te chabazie?
Zwiędnięte, to rzecz zrozumiała
Dmuchasz w nie, a jesteś na gazie...
Jeszcze chcesz, żebym cię kochała...?
... to jest fragment, a potem kilka zwrotek, a kiedy doczyta się do końca, wyjaśnia się dlaczego tłumaczę, że "mamy wtorek".
03-10-2011 (18:35)
Jeśli wczoraj haczyłem o tematy wyborcze pośrednio związane z niedzielą, to dzisiaj dotknę czegoś, co z poniedziałkiem się nie wiąże. Sprawa bowiem dotyczy sklepu mięsnego, a te w większości w takim dniu jak dzisiejszy, są nieczynne.
W Zbrosławicach na szybie w jednym z tego rodzaju przybytków (mniam, mniam!) zauważyłem już w ubiegłym tygodniu trzy plakaty znanych mi osób kandydujących do parlamentu. Nic właściwie dziwnego, bo na innych sklepach też wiszą. Niby nic, a jednak...
Sklep ten nie posiada szyldu nad oknem, ale napis: "Mięso, wędliny", który przyklejony jest do szyby. Dlatego panowie pretendenci są niejako pośród tych dwuznacznych w tym przypadku słów.
Gdyby plakaty były dwa, wiedziałbym, że jeden jest mięsem, a drugi wędliną wyborczą, ale jest ich trzech, więc jest kłopot... Chociaż właściwie nie! Wędliny są różne: mięsne i podrobowe. Nie wiem, czy powinienem wysnuć wniosek, że jeden jest mięsny, konkretny, a drugi podrobowy?
Gdybym któregoś podciągnął pod podroby mógłby się obrazić, że przedstawiam go jako kaszankę.
02-10-2011 (19:50)
Z racji niedzieli warto przyjrzeć się kampanii wyborczej od strony kościelnej. Temat jest cieplutki, bo są ugrupowania, które chcąc uzdrawiać sytuację finansową kraju, z uporem opowiadają o opodatkowaniu Kościoła. No cóż, jakby tu zacząć...?
Powiem wprost, że jeśli ktoś planuje takie ruchy gospodarcze, to jest grubo spóźniony programując swoją wizję rządzenia. Kościół już od dawna jest opodatkowany i z pełną świadomością stwierdzam, że z jego podatków żyje cała władza i jej pochodne.
Dlaczego? A dlatego, że Kościół tworzą wierni, ochrzczeni pod ideologiczną organizacją duchowieństwa... i gospodarczą też, bo prowadzenie życia parafii jest pewną formą działalności gospodarczej. W tym momencie można zastanawiać się, czy opodatkować przepływ pieniądza przez ręce kleru i w jaki to sposób zrobić.
Konkluzja moich rozważań niedzielnych jest prosta. Jeśli ktoś nie orientuje się co głosi, czego się domaga, niech się najpierw doszkoli. Druga konkluzja jest taka, że czepiam się słowa, pewnej potocznej nomenklatury. Tak, czepiam się, bo mam do czynienia z politykami, a jak mnie nauczyła historia, potrafią jednym słowem doprowadzić do wypaczenia wielu idei. Zgadzając się na opodatkowanie kleru pod hasłem "opodatkowania Kościoła" możemy pod rządami rewolucjonistów ustawowych zbudzić z ręką w nocniku. Co się za tym kryć może? Wiele, przykładowo bilety do kościoła i wcale sobie żartów nie robię, bo ktoś już taki pomysł rzucił. Trzecia konkluzja jest taka, że stawianie powyższych pomysłów w priorytetach wyborczych pokazuje konkretny cel. Jest nim wyłapanie głosów ludzi zniechęconych, dalsze losy skończą się na słynnym, "jednym okienku", czyli na czymś, co konkretnie nie zmieniło oblicza gospodarczego ziemi, tej ziemi.
01-10-2011 (17:45)
Październiku witaj! Zaczęło się już poważnie robić jesiennie, chociaż na razie złoto, delikatnie czerwono, a zarazem słonecznie.
Trzeba już myśleć o kolejnym programie, a jeszcze lepiej, żeby coś robić. Pomimo, że pracowałem dzisiaj zawodowo, to jeszcze udało mi się napisać tekst, który z pewnością piosenką się nie stanie, bo takowych mamy w kabarecie aż nadto. A szkoda... oto fragment:
Być gwiazdą
Gwiazdą sławną być przez chwilę
W telewizji lub na scenie,
Móc okazać się debilem
Z artystycznym przytępieniem!
ref.:
Byle tylko dojść do gwiazd,
O kant chmury się nie potknąć,
Dotknąć nieba chociaż raz,
Skrytą chęć nasycić głodną.
Czasem zrobić z siebie głupa
Pośród ludzi równie głupich,
By do celu iść po trupach,
Choćby się na trupa upić!
ref.:
Byle tylko dojść do gwiazd,
O kant chmury się nie potknąć,
Dotknąć nieba chociaż raz,
Skrytą chęć nasycić głodną.
Dalej następują dwie jeszcze zwrotki, ale to już innym razem, na pewno w "Kurnej..." we wtorek. Tekst traktuję jako piosenkę powitalną dla nowego miesiąca.
30-09-2011 (20:27)
Kulawy Cygan żebrzący dzisiaj na Krakowskiej przypomniał mi pewną postać narodowości romskiej sprzed dobrych kilku lat, parającą się tą samą profesją. Chodzi mi o ślepego, którego sadzali w podsieniach na długie godziny i biedak krzyczał:
- Ludzie, dajcie mi pare groszi! Matka Boska was ozłoci!...
Biedaczyna, obiecywał coś, czego nie mógł zagwarantować, przypuszczał, że ludzie dają się nabrać na gwarancję spłynięcia łaski z nieba. Nie rozumiem, właściwie skoro miał takie gwarancje, dlaczego sam Maryjki nie prosił, przecież ona mogła go ozłocić bez konieczności wyciągania pieniędzy od innych ludzi.
Dlaczego o tym piszę? Sam nie wiem... Może chcąc podsumować tygodniowe przemyślenia? Co się bardziej opłaci? Żebrać o parę groszy, czy o parę głosów? Czy ktoś od tych obdarowanych w demokracji dostał w zamian cokolwiek, bo o ozłoceniu nie wspomnę. Nie wiem, pewnie tak, ale najbardziej można zawsze liczyć na Maryjkę. Ona jeśli nie pomoże, to przynajmniej da święty spokój.
29-09-2011 (21:19)
Stan niedosytu... niby sfinalizowałem plany dzisiejsze, ale brakuje mi czegoś. Akcentu jakiegoś, najlepiej pozytywnego, bo o złych sprawach nie chcę słyszeć!...
Stan obojętności, takie psychiczne pH7, które nie daje załamania, ale też specjalnej okazji do radości nie daje...
Stan rozsypania, niby myśl krąży wokół, niby jest wszędzie, cel osiąga, ale tylko niby...
Stan niepewności, bo jeśli nawet wiem, że robię dobrze, to nie mam pewności, czy ma to odpowiednią wartość, czy jest dobre faktycznie.
Stan oczekiwania, jak w klejce do dentysty... Boże, a co ja mogę powiedzieć o dentyście, skoro nie byłem od... nie musiałem, bo mam zęby w porządku. Myślę, że nie powinienem się przejmować stanami psychiki. Może jak zęby, mam je w porządku i dla tego nie dają o sobie znać.
28-09-2011 (20:11)
Kampania nabiera rumieńców, a powinna raczej dostawać takich ze wstydu. Nie czepiam się tutaj lokalnych pretendentów, raczej ci na szczeblu centralnym dają popisy. Dobrze, że nie mam czasu oglądać telewizji, bo przypuszczam, co się tam dzieje. Fragmentarycznie słucham wywiadów i wypowiedzi w radiu podczas jazdy. Ma to formę najczęściej pytlowania skarżypyty przy tablicy w podstawówce.
Pada pytanie:
- Małgosiu, ile jest 2+2?
- Odpowiedź jest banalnie prosta. lepiej gdyby pani zapytała Jasia, bo on się chyba nie przygotował. Wczoraj był z rodzicami wieczorem w sklepie.
- A skąd to wiesz, Małgosiu?
- Też byłam, ale się przedtem nauczyłam.
- To Jasiu mógł także.
- On? Przecież wie pani, że to łobuz, bo mi język pokazał, nawet teraz się głupawo śmieje, pewnie z pani i innych nauczycieli.
- Dowiem się w końcu ile jest 2+2?
- Jeśli mi pani pozwoli dojść do słowa, to powiem, ale pani mi stale przerywa, zamiast tego łobuza Jasia zapytać! No powiedz głupku, ile jest 2+2?
- 4- pada odpowiedź.
- O! Proszę! Musiał mu ktoś podpowiedzieć!
- A ty wiesz, ile jest?
- Wiem, 4! Ale mi nikt nie podpowiadał!
Jak się połapać, kto ma rację, Małgosia, a może jednak Jasiu? Trudna jest ta lekcja z demokracji, tym bardziej, że szkołę ja dostaję i reszta społeczeństwa... a ta szkoła wcale nie jest za darmo, sporo nas kosztowała do tej pory.
27-09-2011 (17:05)
Losy człowieka wędrującego zagoniły mnie w miejsca dawno nie odwiedzane, na drugą stronę Brynicy. Kiedy wracałem z Wymysłowa do Kozłowej Góry drogą nad zalewem, doznałem szoku. Z daleka zobaczyłem małą grupkę osób idącą brzegiem w kierunku parku. Przetarłem oczy, ale nie! Zjawisko nie zniknęło! W pełni słońca, ale w delikatnej mgiełce wędrowała młoda para pod parasolem, ktoś jeszcze i oczywiście fotograf. Niby nic w tym nie było dziwnego na dobrą sprawę, ale gdybym był malarzem, już bym to uwieczniał.
Później w Tarnowskich Górach robiłem zakupy, jakieś drobne sprawunki w centrum. Prawdę mówiąc zatrzymałem się na chwilę, żeby w pasmanterii zapytać, czy już są nici dla mnie. Dziwna mnie naszła ochota na krupnioki, nic w tym dziwnego nie jest, często ma smak na gwarkowskie rarytasy. Szoku doznałem, kiedy panienki, które rozdawały na ulicy ulotki zachęcające do zaciągnięcia kredytu, rzuciły okiem na mój zakup w przeźroczystym woreczku i minęły mnie ze wzgardą na twarzach. A co to jest? Człowiek z krupniokiem na kredyt nie zasługuje?
Też doznałem szoku.
Zakończyłem definitywnie coś, co może mieć różny oddźwięk. Niektórzy znajomi doznają szoku... oby pozytywnego.
26-09-2011 (18:01)
Wczoraj szedłem przez Tarnowskie Góry i zobaczyłem człowieka siedzącego na przystanku autobusowym. Wpadł mi do głowy taki prosty tekścik, którego refren i pierwszą zwrotkę umieszczam poniżej:
Przystanek
ref.:
Zaczarowany przystanek
Dla ruszających w nieznane,
Jedni czekają w pokorze,
Innych rozsadzić złość może.
Pani w prochowcu stale narzeka,
Że musi czekać tutaj i czekać!
To wielki skandal, po prostu kpiny!
Deszcz się nie zjawił już od godziny,
A jest w rozkładzie o szóstej osiem...
Ktoś pasażerów widać ma w nosie!
... i dalej jeszcze dwie zwrotki. Takie byle co, a zawsze coś...
25-09-2011 (21:24)
Coś się kończy...
Koniec nie zawsze powinien być kojarzony minorowo, zwłaszcza jeśli wieńczy dzieło. Nie było lekko, zwłaszcza, że sprawę chciałem załatwić dosyć szybko. Jeśli dalsze losy będą kroczyć w kierunku realizacji scenicznej, moje zadowolenie nie będzie miało granic, jeśli nie, to trudno. Całe życie człowiek się uczy, mogę ten wysiłek uznać za kolejną lekcję.
Coś się zaczyna...
Początek zwykle rozumiany jest w jasnych odcieniach. Niech takim pozostaje, byle mieć także odrobinę jaśniejszego umysłu do tego. Nie wyjawiam, co kończę, to nie będę się na blogu spowiadał, co zaczynam. Ważne, że się kręci jak Ziemia, ważne, że po kilku godzinach nocy przychodzi świtanie...
...oby to nie było "świtanie" konia, bo początek byłby równoznaczny z końcem.
24-09-2011 (18:46)
Nie mam pojęcia, czy wolno obecnie pisać o diabłach? Pytanie takie stawiam sobie, kierując się względami poprawności wobec układów społecznych, nie religijnych. Konkretnie chodzi mi o aspekt zanieczyszczenia środowiska, czart bowiem, jak wiadomo cuchnie siarką, często sobie bąka puści, którego składu do tej pory nikt nie zbadał. Może normy unijne nie dopuszczają takich wyziewów do atmosfery? Nie wiem, musiałbym gdzieś poszperać, a jeśli nie, to sam powinienem się za to zabrać. Bąki czarcie pasują do pracowni alchemicznej. Uważam, że są w stanie zamienić żelazo w złoto. Podejrzewam, że nawet oddech diabła ma moc czarodziejską, woda zagotowana jego westchnieniem potrafi wypalić dziurę w skale...
...ale głupoty piszę!!!
Pewien kandydat na posła chciał się dogadać z diabłem.
- Zapiszę ci swoją duszę, byle byś sprawił, że zostanę posłem!
- Cyrograf podpisać możesz, ale spóźniłeś się, byli szybsi, a ja konstytucji nie zmienię, żeby pomieścić wszystkich chętnych w sejmie.
23-09-2011 (19:00)
Jeśli ktoś mnie prosi, ktoś z bliskich współpracowników, żebym napisał mroczny kryminał, to albo uważa, że jestem w stanie zrobić wszystko, albo takie nic jak dzieło z pogranicza Frankensteina i doktora Jakylla do kupy z doktorem Hydem. To mogłoby nawet być ciekawe, tym bardziej, że jegomość z tarnogórskiej mroczni mieszkać miałby na ul. Osmańczyka, w domu o dziwnym adresie, adresie nieistniejącym. Mogły by tam prowadzić drzwi, które ukazywałyby się w środku nocy... e! To jest trywialne, powinny być widoczne o jakiejś dziwnej godzinie. Dramat rozpoczął by się wtedy, kiedy listonosz miałby zanieść list i oczywiście nie potrafiłby dotrzeć z przesyłką...
Coś zaczyna kiełkować, może nie będzie z tego mroczny kryminał, ale na rozdział do nowego tasiemca może się nadać. Tytuł już jest: "Tajemniczy adres". No ciekawe, co jeszcze mój chory umysł mi podyktuje.
22-09-2011 (20:27)
Jeśli cały dzień mam spokój i nikt mi głowy nie zawraca telefonami, to wystarczy, że tylko zamknę szafkę w Parku Wodnym, a już ma jej drzwiczki rozwalić dzwonkiem z mojego niezbędnika komunikacji dźwiękowej...
...o kurcze, ale mi się fikuśnie napisało!
Dzisiaj było podobnie, po pobieżnym wysuszeniu owłosienia na czaszce, po odkorkowaniu sobie zatkanych wodą uszu sprawdziłem co się na ekraniku wyświetliło. Nieodebrane 2 połączenia. Oddzwoniłem...
- Mogę panie Janku, śpiewać pana piosenki?
- Pewnie... - odpowiadam, a potem następuje wymiana zdań, prośba o tekst, bo się jej zawieruszył. Oczywiście, że już wysłałem, niech śpiewa...
- Powiem na scenie czyje teksty i muzyka...
- Ja się zgadzam, a koledzy kompozytorzy z pewnością też.
Takie zachowanie może się podobać, nawet musi.
Park Wodny jest po remoncie... Nie podoba mi się! Jakieś palmy, sztuczne rośliny i kamienie, nie wiem, czy to chwilowa dekoracja, czy tak ma zostać? Muszę się kogoś zapytać, czy przypadkiem nie odbędzie się tam znowu napad piratów. Póki co szarpnęło mną negatywnie. Stare przysłowie mówi, że nie dyskutuje się o gustach. Po łacinie brzmi to fajnie. Kiedy zobaczyłem wystrój aquaparku coś powiedziałem innego używając antycznego języka, ale fajny ten wyraz nie jest.
21-09-2011 (22:51)
Kończy się środa, wypadałoby coś napisać do bloga, ale...
Chciałem napisać coś o polityce, bo przecież kampania wyborcza w pełni. Chciałem, ale prawdę mówiąc, nie mam pojęcia, czy kandydaci mają pojęcie o potrzebach kraju, nie bardzo znają założenia programowe ich ugrupowania, o statucie nie powiem nawet.
Chciałem napisać o jesieni, ale diabli wiedz, czy ona jest, czy jej nie ma? Raz jest zimniej, raz cieplej. Gdzieś w internecie pisali, że idzie znowu fala pięknej pogody. Niby Ameryki nie odkryli, koniec września i początek października kojarzy mi się z cudowną pogodą.
Chciałem napisać coś o mniej aktualnym, ale jeszcze żywym temacie, chociaż zdychającym, czyli o "Gwarkach", a konkretnie o ich otwieraniu. Doszedłem jednak do wniosku, że nie warto, bo temat z minuty na minutę staje się nudniejszy.
Chciałem napisać coś o poezji, że mam nowy tekst, ale czy to ma jakieś znaczenia dla istnienia wszechświata?
Nie napisałem, co chciałem, ale to co musiałem i jestem bardziej zadowolony.
20-09-2011 (18:29)
Jesień sobie kroczy przez świat. Tak wygląda, bo za oknem siąpi i jest dla niektórych mało przyjemnie.
Nigdy nie ukrywałem, że mokra pogoda mi odpowiada, fizycznie oczywiście. Na psychikę wpływa melancholijnie i trochę depresyjnie. Dlatego zacząłem coś smucić o jesieni:
Przymrużyłaś oczy namiętnie
Pod ścierniskiem rzęs pogubionych
Pewnie zaraz spojrzeniem przetniesz
Porudziały uśmiech zamglony
...eee! Tego nie skończę chyba, a jeśli już, to nie tak prędko. Drugi temat zakończyłem, ale to poniżej jest tylko pierwszą zwrotką:
Jesień przychodzi jak komornik
Z wyrokiem Najwyższego Sądu,
Gdzie anioł z diabłem zawsze sporni,
Ja tylko daty mam do wglądu...
19-09-2011 (20:30)
W domu cisza i spokój. Na większość wieczoru zostałem sam... nie tak całkiem sam, bo przecież towarzyszy mi miaucząca bestia. Nie nazwę tego kotem, bo zachowuje się całkiem jak człowiek. Aktualnie leży sobie tuż obok mnie na radiu i zagląda na ekran.
Przed chwilą, kiedy otwierałam lodówkę, żeby nalać sobie soku, kocica mało nie wskoczyła do środka, żeby sprawdzić co jest do zjedzenia z produktów pochodzenia zwierzęcego. Dziwne, jak wyczuwa dogodne sytuacje. Kiedy przez godzinę robiłem coś ze sznurkami, tylko obserwowała mnie z daleka zachowując należyty dystans. Wystarczyło jednak, że wstałem i podszedłem na moment do komputera, zaraz zrobiła mi z porządek po swojemu...
Głowę bym dał, że skądś te reakcje znam...
18-09-2011 (20:55)
Wczorajsza impreza myślę, że się udała. Sensacji większych nie odczuwałem, może odrobinę się przejadłem. Najważniejsze, że się dzisiaj z kolegą Rzeckiego nie widziałem. Dzięki temu mogłem podgonić nowy program, co też uczyniłem. Napisałem i dokończyłem kilka tekstów, jakie są? Nie mam pojęcia, muszę się z oceną przespać. Potem tylko wymyślić zgrabną pointę, doszlifować całość bazgrołów, coś wyrzucić, coś dodać i niech się dzieje wola nieba.
W następny weekend powinienem już myśleć o jasełkach. Z tym może być problem, bo temat jest ograny, opisany z każdej strony. Trudno będzie znaleźć oryginalny motyw... A jak nie napiszę, to też nic się nie stanie. Ostatecznie, czy ja wszystko muszę robić? Poza tym ubiegłoroczne nie doczekały się premiery, może więc z okazji świąt w roku obecnym je zobaczę?
Nie wiem. Kończę dzisiejszość, jakiś film obejrzę przy niedzieli, a leci to co w tv?
17-09-2011 (16:20)
Jest sobota, nie będę opowiadał, że się strasznie namęczyłem. Nawet prace bardziej związane zainteresowaniami traktuję lekko i bez stawiania sobie konkretnych celów. Mam dzień wolny i mogę sobie robić co chcę...
Przeglądam portale internetowe, wszędzie leje się zupa pomyjowa. Wszyscy bardziej nastawieni na prezentację kto jest gorszy, niż na wskazywanie pozytywnych stron. Normalność nienormalna, zło niekonieczne, fałszowanie rzeczywistości, która może być i jest dla wielu miła i pełna optymizmu.
Przecieram oczy ze zdziwienia, bo nie zauważam nigdzie w internecie uwagi na temat dzisiejszej daty. Czyżby zapomnieli dziennikarze? A politycy jadący do celu wyborczego? Z pewnością jest to moja znowu wina, bo gdzieś wspomniano doniosłość rocznicy, tylko ja nie spostrzegłem.
Sprawa wkroczenia wojsk sowieckich do Polski jest problemem zbyt ważnym, żeby o nim milczeć. A może się mylę i ktoś bardzo ważny już dawno powiedział Rosjanom:
"...udzielamy wybaczenia i prosimy o nie..."
Taki odważny jeszcze się nie narodził, dlatego może ja to cichutko powiem?Niech idzie w świat i zacznie pączkować normalnością. Niech to będzie malutki apel niewinnego do tych, którzy nie zawinili.
Jest sobota, mogę sobie robić co chcę... to chciałem zrobić, to powiedzieć.
16-09-2011 (21:29)
Okazja goni okazję, na niektórych powinienem być, a innych chciałbym. Efekt jest taki, że wybieram najważniejszą, czyli rocznicę... Wierzyć się nie chce, że czas tak szybko minął... Kto zapomina o zmarłych, godzien jest niepamięci. Msza o 18:00...
Myślałem, że wysłucham prelekcji w muzeum, płuczki w Tarnowskich Górach niezmiernie mnie interesują, czytałem trochę o tym, ale myślałem, że więcej się dowiem. Niestety czas rozpoczęcia ten sam, godzina 18:00.
W Miasteczku Śląskim Festiwal Muzyczny im. ks. Theodora Christopha, też o szóstej. Zwykle starałem się załapać na jakiś koncert, ale w tym roku chyba nie dojadę. Może się mylę, ale poprzednio impreza zaczynała się w październiku, nie jestem pewien.
Jutro w Księżym Lesie dożynki, mam chęć zobaczyć, bo mnie zapraszali, ale nie wiem, czy się zjawię. Wieczorem impreza koleżeńska, zawodowa. Tam nie powinienem się dorżnąć, nie wypada.
15-09-2011 (20:47)
Wcale się nie musiałem zestarzeć... no nie! Jestem zbyt drastyczny w określaniu swojego wieku! Poprawniej napiszę, że wcale nie musiało mi stuknąć tyle lat, żeby nabawić się skłonności reumatycznych. Ta dolegliwość ścigała mnie od zawsze, przez nią nie nadawałem się do wyczynowego sportu, musiałem unikać przeciągów, chodzenia bez koszulki na plaży.
Ratowałem się zwykle rozmaitymi sposobami medycznymi, medyczno ludowymi, domowymi. Ojciec mój też miał z reumatyzmem problem i stosował kasztany, a my dzieci, oczywiście za młodu śmialiśmy się z tego. Ja osobiście zmieniłem zdanie kilka lat temu, bo w sumie, co może szkodzić noszenie w kieszeni kasztanów? Zwłaszcza, że są skuteczne.
Od kilku dni, od kilkunastu może nawet łupie mnie w stawach i nawet chciałem w parku pozbierać kasztany, ale nie miałem śmiałości bić się o nie z dziećmi. Dzisiaj jednak mało nie dostałem po głowie spadającym owocowym jeżem przed moim garażem. Podniosłem go i jeszcze kilka leżących w trawie...
Poskutkowało, czuję się jak nowo narodzony...
14-09-2011 (20:03)
Uwielbiam, uwieeeeelbiam oficjalne otwarcia, ale to dzisiejsze było miłe i swojskie w dobrym tego słowa znaczeniu. A chodzi o nową bibliotekę w Zbrosławicach, która w oficjalnym brzmieniu ma nazwę: Centrum Usług Publicznych. Niech się nazywa jak chce, a raczej, jak kazali, żeby dać pieniądze na to. Różne są opinie o kształcie architektonicznym, o funkcjonalności, ale mój pogląd jest jeden. Pozytywny.
- To kiedy można przyjść coś wypożyczyć? - pytam.
- Myślę, że w poniedziałek - pada odpowiedź, chociaż powinienem usłyszeć, że najpierw mam zwrócić ten spory stos, który zabrałem w poprzedniej siedzibie.
- Dla pierwszego klienta powinna być przygotowana kromka chleba z tustym i ogórek...
- Chyba nie starczy tego do poniedziałku...
Faktycznie, takie miały wzięcie główne rarytasy. Biblioteka powinna być jak chleb ze smalcem i kiszony ogórek. Dobre na każdą okazję.
13-09-2011 (16:42)
Znalazłem stare, studenckie wierszydła! Myślałem, że zaginęły po tylu przeprowadzkach, remontach, remanentach i nieprzemyślanych darciach śladów przeszłości.
Niestety są, czytam je, bo starałem się przynajmniej trochę być zrozumiały, przynajmniej dla siebie, na prywatne potrzeby, nawet nie rodzinne, bo przecież aż tak złym ojcem nie byłem, żeby własne utwory czytać dzieciom.
Dzisiaj jest wtorek, więc spotkanie, pokażę je tarninowcom, niech się pośmieją, a do tego jest 13-tego, niech wiedzą, co to jest prawdziwy pech, pech literacki,
12-09-2011 (20:46)
Mało brakowało, w pojechałbym na basen...
W porę zorientowałem się, że zaczął się remont, bo już byłem przygotowany do wyjazdu.
Teraz, po "Gwarkach" muszę zrobić sobie porządek w pisarskim badziewiu. Jest tego tyle rozczochranego po dyskach, że rady sobie nie daję ze znalezieniem potrzebnych szkiców. Trudna jest to sprawa, bo wydaje się, że wszystko jest potrzebne, mi jest potrzebne, bo komuś z zewnątrz jest psu na budę. Wyremontowanie wymaga cięć, ale także doprowadzenia do stanu używalności. Niektóre myśli, koncepcje nabierają innego wyrazu, spatynowane wyglądają ciekawiej, inne teksty są takie, jakie były, do...
Za kilka tygodni nastąpi remont parlamentarnego stada. W czasie dni świątecznych włóczyli się ulotkowi apostołowie...
- Nie, dziękuję za ulotkę, mam obywatelstwo ukraiński. I tak głosować nie mogę - tłumaczyłem swoją niechęć do odebrania świstka z obiecankami. Panienka uwierzyła... Mnie także się często zdaje, że nie jestem z tej ziemi, a jeśli już, to chętnie widziałbym ją wyremontowaną.
12-09-2011 (20:44)
Mało brakowało, w pojechałbym na basen...
W porę zorientowałem się, że zaczął się remont, bo już byłem przygotowany do wyjazdu.
Teraz, po "Gwarkach" muszę zrobić sobie porządek w pisarskim badziewiu. Jest tego tyle rozczochranego po dyskach, że rady sobie nie daję ze znalezieniem potrzebnych szkiców. Trudna jest to sprawa, bo wydaje się, że wszystko jest potrzebne, mi jest potrzebne, bo komuś z zewnątrz jest psu na budę. Wyremontowanie wymaga cięć, ale także doprowadzenia do stanu używalności. Niektóre myśli, koncepcje nabierają innego wyrazu, spatynowane wyglądają ciekawiej, inne teksty są takie, jakie były, do...
Za kilka tygodni nastąpi remont parlamentarnego stada. W czasie dni świątecznych włóczyli się ulotkowi apostołowie...
- Nie, dziękuję za ulotkę, mam obywatelstwo ukraiński. I tak głosować nie mogę - tłumaczyłem swoją niechęć do odebrania świstka z obiecankami. Panienka uwierzyła... Mnie także się często zdaje, że nie jestem z tej ziemi, a jeśli już, to chętnie widziałbym ją wyremontowaną.
12-09-2011 (20:43)
Mało brakowało, w pojechałbym na basen...
W porę zorientowałem się, że zaczął się remont, bo już byłem przygotowany do wyjazdu.
Teraz, po "Gwarkach" muszę zrobić sobie porządek w pisarskim badziewiu. Jest tego tyle rozczochranego po dyskach, że rady sobie nie daję ze znalezieniem potrzebnych szkiców. Trudna jest to sprawa, bo wydaje się, że wszystko jest potrzebne, mi jest potrzebne, bo komuś z zewnątrz jest psu na budę. Wyremontowanie wymaga cięć, ale także doprowadzenia do stanu używalności. Niektóre myśli, koncepcje nabierają innego wyrazu, spatynowane wyglądają ciekawiej, inne teksty są takie, jakie były, do...
Za kilka tygodni nastąpi remont parlamentarnego stada. W czasie dni świątecznych włóczyli się ulotkowi apostołowie...
- Nie, dziękuję za ulotkę, mam obywatelstwo ukraiński. I tak głosować nie mogę - tłumaczyłem swoją niechęć do odebrania świstka z obiecankami. Panienka uwierzyła... Mnie także się często zdaje, że nie jestem z tej ziemi, a jeśli już, to chętnie widziałbym ją wyremontowaną.
11-09-2011 (22:41)
Przed pochodem gwarkowskim rozmawialiśmy z Jackiem na różne tematy. Spraw nie przedstawialiśmy w różowych barwach, raczej w ostro rzeczywistych. Stwierdziłem, że my obaj nie musieliśmy dostać po pyskach, żeby przekonać się, kto jest mocniejszy, my czy Kliczko. Oświadczam nawet, że pojedynczo mało mielibyśmy szans na zwycięstwo. Adamek niestety musiał przemęczyć kilka rund, chwała mu za wolę walki. Teraz zastanawiają się znawcy, czy powinien walczyć w wadze ciężkiej? Tego nikt nie podpowie, żaden kibic, żaden domorosły komentator, żaden sufler wychylający głowę z budki na scenie...
Obejrzałem występ "Budki Suflera" na tarnogórskim rynku. Pełnia profesjonalizmu, im nie trzeba niczego podpowiadać. Oni wiedzą, gdzie jest źródło sukcesu... Mało tego, wiedzą jak z niego czerpać.
10-09-2011 (23:27)
Nie mam ochoty do pisania...
Raz, że jest już późno i po intensywnym dniu chce mi się spać...
Dwa, że bardziej niż pisanie pociąga mnie chęć zerkania na walkę Adamka z Kliczką...
Trzy, że po powrocie z występu zespołu "Raz, Dwa, Trzy" mam coś do przemyślenia...
Potem mogłyby nastąpić jeszcze inne wymówki, preteksty, ale nie znajduję powodów, żeby się tłumaczyć publicznie i przed samym sobą.
Liczenie czegoś, liczenie na coś i wieczne wyrzuty sumienia, to są choroby cywilizacji, które mogą ją zabić. Muszę rozważyć sposób na pozbycie się tych dolegliwości, bo one krępują normalne ruchy człowieka.
Nie mam pojęcia, co się dzieje teraz na ringu we Wrocławiu? Mam nadzieję, że nie wyliczanka?
09-09-2011 (18:17)
Zaczynają się "Gwarki". Dzisiaj się zaczynają. Za niecałe dwie godziny zaczyna się spektakl "Tarniny"... Co ja do jasnej... jeszcze robię w domu przed komputerem o tej porze!?
Muszę napisać coś do bloga, bo po powrocie tylko spać i spać...
Dzisiaj nie będzie wszystkich stałych bywalców. Krztonia jest w Portugalii, Paweł w Londynie, miał przysłać tekst, ale nie wiem czy tak się stało. Leszku też jakiś zapracowany, już kilka tygodni temu dał znać, że nie będzie mógł zagrać. Nie będzie także Zbyszka, bo w tym samym czasie gra na Rynku z TG-Bandem.
Nie piszę tego w tonacji grobowej, ale zawsze jest szkoda tej ich atmosfery i specyfiki prezentacji.
Brak tylu osób wcale nie oznacza pustek na scenie, ale z całą pewnością więcej trzeba się napracować. Dzisiaj jeszcze kończyłem ostatni tekst...
Zobaczymy jak całość wypadnie...
08-09-2011 (20:08)
Koniec lata i początek jesieni, taka pora przenikania się dwóch pór roku jest momentem kojarzącym się ze zbiorem plonów wszelakich. Dawniej zaczynało się w tym czasie czynić zapasy na zimę, zapełniać spichlerze, spiżarnie, piwnice. W kuchni pachniało powidłami, koprem, octem też, bo przecież robione były korniszony i inne, nie tylko ogórki w roztworze tego zepsutego spirytusu.
Piszę w czasie przeszłym, ale są rodziny, które trzymają się tradycji i robią wszystko po staremu. Chwała im za to, bo przecież kuchnia i przechowalnictwo są ważną częścią kultury narodu i ludzkości. Należy to doceniać i promować. Nie mam nic przeciwko przetwórstwu przemysłowemu, jest z pewnością normalnym procesem w społecznym podziale pracy cywilizowanego, rozwiniętego świata. Jest jednak w rodzinnej produkcji wiele romantyzmu, nutki ciepła i miłości dla najbliższych.
Do tej pory nie znałem przypadku, że zbierał ktoś, a jeszcze przedtem hodował jakieś owoce dla krasnoludków. Dzisiaj otrzymałem w telefonie komórkowym zdjęcie pomidorów, które powinny trafić do jakiejś księgi rekordów. Nie zamieszczam tego w blogu, bo pozwolenia nie mam, a osoba jest z kręgów bardzo znanych i szanowanych, co też należy do atmosfery dawnej, miłej spiżarni.
Andrzej napisał o Tarninie, zrzuciłem jego wpis na drugie miejsce, dlatego jeszcze raz publikuję plakat.
07-09-2011 (20:49)
Nie ma co przeklinać losu! Różnica między Niemcami a naszą drużyną jest taka, że oni tylko czasami są w złej formie, a my tylko czasami w dobrej. Wystarczy porównać dorobek obu reprezentacji, żeby zejść na poziom ziemski. Nasze zwycięstwa w ogólności, nie tylko w sporcie są głęboko zakorzenione w wierze w cuda. Siła woli, konieczności walki w obliczu zagrażającej totalnej klęski nie zawsze pomagają, kiedy w płucach bezdech.
Wczorajszy mecz w całości jaki był, nie wiem. Trudno mi skomentować. Ja widziałem trzy ostatnie bramki, mogę powiedzieć. Zremisować z taką drużyną nie jest wstydem i to w przyzwoitym stosunku bramkowym 2:2. Nie należy się przejmować, to tylko mecz towarzyski. Dokopią nam w odpowiednim momencie...
...ależ jestem złośliwy! Kurcze! A tak się już cieszyłem ze zwycięstwa!
07-09-2011 (20:45)
Nie ma co przeklinać losu! Różnica między Niemcami a naszą drużyną jest taka, że oni tylko czasami są w złej formie, a my tylko czasami w dobrej. Wystarczy porównać dorobek obu reprezentacji, żeby zejść na poziom ziemski. Nasze zwycięstwa w ogólności, nie tylko w sporcie są głęboko zakorzenione w wierze w cuda. Siła woli, konieczności walki w obliczu zagrażającej totalnej klęski nie zawsze pomagają, kiedy w płucach bezdech.
Wczorajszy mecz w całości jaki był, nie wiem. Trudno mi skomentować. Ja widziałem trzy ostatnie bramki, mogę powiedzieć, że niezły. Zremisować z taką drużyną nie jest wstydem i to w przyzwoitym stosunku bramkowym 2:2. Nie należy się przejmować, to tylko mecz towarzyski. Dokopią nam w odpowiednim momencie...
...ależ jestem złośliwy! Kurcze! A tak się już cieszyłem ze zwycięstwa!
06-09-2011 (16:11)
Gramy! Dzisiaj wiele osób żyje meczem z Niemcami. Pytanie rzucają mi z tym związane:
- Kto wygra?
- Na dobrą sprawę, zawsze nasi - tu śmiech, a potem ktoś dodaje:
- Polacy strzelą cztery bramki: dwie Podolski i dwie Klose.
A ja nie wiem, jak będzie to wyglądało, nawet nie wiem, czy obejrzę cały mecz, czy tylko końcówkę. Wiadomo - wtorek!
Mecz odbywać się będzie na PGE Arena w Gdańsku. Były jakieś kłopoty z dopuszczeniem obiektu, ale wszytko gra... wszystko?
Grać będą piłkarze, to pewne, choć wynik pewny do końca nie jest. Kasa też gra, bo wykonawca dostał za obiekt zapłatę. Nie gra jedynie to, że za takie pieniądze, na tego typu stadionie o prestiżowej roli dla polskiego sportu i europejskiego także, nie dopilnowano ważnych spraw.
Można by tak wymieniać, co gra, a co nie, czyli kto z nami pogrywa. Obawiam się, że wynik meczu pozytywów z negatywnymi aspektami byłby korzystny dla tych drugich.
Na razie czekam, na mecz czekam, a więcej na wynik.
05-09-2011 (18:08)
Zastanawiam się, czy nie wybrać się dzisiaj do aquaparku... Chce mi się trochę popływać, zrelaksować, przemyśleć niektóre sprawy.
Jest taka pogoda, że odrobina mokrego postawi mnie na nogi, a przede wszystkim mózgownicę przepłucze. Wizyta w saunie spowoduje wypocenie zbędnej wody, poprawi krążenie.
Zastanawiam się tak od kilku godzin. Faktycznie, to nawet od kilku dni. Nie potrafię się zmusić do podjęcia zdecydowanego kroku. Czuję się po tych wakacyjnych miesiącach rozleniwiony jak stara szkapa.
Pretekstów do pozostania w domu jest sporo, niby coś należy zrobić, coś sprawdzić, przeczytać, ale w efekcie niczego ważnego nie robię, zmuszam się do wynajdywania przeszkód.
Jeśli dłużej będę się zastanawiać, to przyjdzie wieczór i Park Wodny zamkną... Chyba się pozbieram...
Po zastanowieniu umieszczam pod tekstem plakat tarninowy autorstwa Anki Krztoń. Jakby ktoś do bloga zajrzał, zastanowił się, to może by tak pofatygował się na kolejny spektakl?
04-09-2011 (20:23)
Zakończyły się Lekkoatletyczne Mistrzostwa Świata, dla Polski medalowa tragedia. Gdyby nie złoto w męskiej tyczce, można by rzec, że blamaż kompletny.
Po dłuższym namyśle nie dawałbym jednak takiej druzgocącej opinii. Były jakieś miejsca czwarte rokujące nadzieją, bo z niezłym wynikiem. Liczy się niestety podium, a poza nim jest frustracja i brak podstaw do radości.
Wychodzą na jaw braki w wychowaniu fizycznym młodzieży. Mistrza wyławia się na płaszczyźnie selekcji, a nie chciejstwa, czy deklaracji zawodnika, że ma zamiar tę konkretną dyscyplinę uprawiać. Może zastanowić się należy nad budową obiektów sportowych dostosowanych do treningów lekkoatletycznych. Wiem, że może być problem z dyskiem, oszczepem i młotem, ale do kuli miejsce gdzieś się znajdzie zawsze... no tak, ale tutaj nie są ważne tylko warunki do trenowania, ale przede wszystkim predyspozycje osobnicze. Ze skoczniami chyba nie powinno być problemów, o miejscu do biegania już nie wspomnę.
Do tego należy stworzyć warunki, żeby sprawnością fizyczną mogli się młodzi ludzie "poasić" przed innymi, czyli zafundować jakiś puchar, zorganizować zawody i tyle. Na te zwody zapraszać trenerów, którzy wyłowią dziatwę do dalszej specjalizacji, a po kilku latach sukcesy się pojawią.
Ktoś powie, że się wymądrzam, a na sprawie się nie znam. Z pewnością w szczegółach się nie znam, ale wiem, co się działo w latach siedemdziesiątych w polskich ciężarach i wiem dlaczego zeszło wszystko na psy. Mechanizmy konstruktywne są wszędzie te same, destrukcja ma to samo źródło wszędzie.
03-09-2011 (20:04)
Podobno wprowadzono oznakowania ostrzegawcze na drodze z Tarnowskich Gór do Zbrosławic. Czas najwyższy, ale to jest tylko gest administracyjny, który z pewnością coś wnosi do bezpieczeństwa na tej trasie, lecz głupoty kierowców nie zmieni.
Nie wiem, być może to ja się mylę i przepisów nie znam. Mnie uczono, że jeśli chcę wyprzedzić pojazd, muszę upewnić się, czy z naprzeciwka coś nie jedzie, włączyć lewy kierunkowskaz, a potem robić manewr. Teraz jest widać inny sposób uczenia kierowców. W większości do wyprzedzania startują bez kierunkowskazów, wcale ich nie interesuje, czy coś nie jedzie z przeciwnej strony, a jeśli jedzie, to co ich to obchodzi, niech ten z pierwszeństwem się martwi.
Najgorzej jest podczas manewrów z udziałem rowerzystów, z którymi nikt się nie liczy. Są traktowani jak zło konieczne, auta ocierają się im prawie o kierownicę.
Wiem, że marudzę, ale tak marudzić trzeba, żeby mniej było wypadków...
W tym momencie przypomniało mi się, że we wtorek 23.08.2011 roku, ktoś w sposób mało kulturalnie wpakował mi się przed auto, przed skrzyżowaniem na ul. Wyszyńskiego z Obwodnicą. Może zapomniałbym o tym, ale po pierwsze jechałem na próbę Tarniny, więc wiem, że był to wtorek, po drugie auto było charakterystycznie oznakowane i opisane adresem i nazwą pewnego, znanego zakładu z Tarnowskich Gór, było niewielkie i czerwone, więcej szczegółów nie zdradzę.
Piszę o bezpieczeństwie, bo podobno w pobliżu mojego domu znowu był wypadek drogowy z udziałem rowerzysty.
02-09-2011 (22:49)
Co ja to takiego ciekawego usłyszałem w radiu?...A już wiem, wynurzenia pewnego polityka! Podobno debaty przedwyborcze pozwalają zaprezentować ideologię danych partii, pokazać czym się różnią.
Chyba w końcu jakąś debatę prześledzę, bo do tej pory mój maleńki rozumek różnic nie widział. Poza poziomami pieniactwa, oczywiście. Jedyną ideologią rzucającą mi się w oczy jest przemożna chęć granicząca z obłędnymi żądzami i parciem na ul. Wiejską.
Bardzo cieszyłbym się, gdyby w końcu ktoś w debacie, w wywiadzie, na konferencji prasowej powiedział, że Polska nie potrzebuje reform, ale normalności.
Niestety, żeby tak stwierdzić też trzeba być normalnym.
Na koniec przesyłam pozdrowienia do USA dla Mariana, człowieka Tarnowskich Gór. Fajnie, że ktoś za oceanem czyta moje i nie tylko moje wynurzenia.
01-09-2011 (20:42)
Nie wszystko człowiekowi w życiu wychodzi, tak w ujęciu całościowym, jak i w aspekcie codzienności. To, że mi się dzisiaj nie udało z czymś nie stanowi tragedii, ale robi skazę na pełni satysfakcji.
- Jak człowiekowi z robotą nie idzie, to trzeba poczekać - tak mówił pewien nierób w PGR-e, którego musiałem tolerować na przestrzeni pracy zawodowej.
Sporo w tych słowach jest racji, ale efekty myślenia mogą być rozbieżne. On potrafił całą dniówkę przemedytować wsparty na widłach, ja w momencie załamania inwencji zabrałem się za coś innego, co mi wyszło. Mam mniejszą satysfakcję, ale ją mam.
Trudno dzisiaj w internetowym dzienniku nie wspomnieć o rocznicy wybuchu światowej wojny. A jeśli już dotykamy spraw związanych z bojem, to dodać trzeba początek roku szkolnego...
Rano usłyszałem w radiu wypowiedź pewnej dyrektorki szkoły. Miała jedno życzenie, rok spokoju...
Wszystkim pracownikom resortu oświaty życzę... no właśnie, czego?
Kiedyś napisałem piosenkę o tarnogórskich bramach, będzie ją śpiewał Jacek na "Gwarkach", a ja życzę nauczycielkom i nauczycielom, żeby nie doszło w ich przypadku do zdarzenia z ostatniej zwrotki.
31-08-2011 (20:57)
Nawet nie chcę komentować tego, co działo się dzisiaj w Gdańsku. Jeśli 31 lat temu byłem pełen nadziei, to teraz...
Też jestem pełen nadziei, że się to wszystko skończy. Destrukcja bez prognozy na pozytywną przyszłość.
Nie wszystko, co wtedy się zaczęło daje obecnie cierpkie i kamienne owoce. Jako świeżo upieczone małżeństwo podczas podpisywania porozumień byliśmy na obozie studenckim w Trzebieszowicach. Funkcjonujemy do tej pory.
A co się stało z bohaterami tej daty w skali makro? Pozostawiam to bez komentarza. Tłumaczenie przewodniczącego uważam za... gdzieś usłyszałem, że nie o to mu chodziło... a o co właściwie, bo nigdy nie można był zrozumieć, o co mu chodzi. Może sam nie wie?
30-08-2011 (17:18)
Czy ktoś zauważył, że kończy się sierpień?... Trochę się na nim zawiodłem, konkretnie zawiodłem się na krótki odpoczyne.
Dla niektórych kończy się coś więcej, bo wakacje i urlop. Nie będę jednak wredny i złośliwy, postaram się pocieszyć tym, że za dziesięć miesięcy znowu będą mieli okazję do wypoczynku. No cóż, kto ciężko pracuje, ten odpoczywać musi, bo mu serce wysiądzie i cała reszta organizmu.
Na lekkoatletycznych Mistrzostwach Świata w Korei niektórzy nasi zawodnicy zakończyli występ na miernym poziomie. Nie jestem pewien, ale chyba słowo "zawodnik" pochodzi czasem od "zawodzić", czyli nie spełniać oczekiwań. Nie ma co narzekać, jeden złoty mamy, mistrzostwa się nie skończyły, może coś się wykluje.
Ja zakończyłem pisanie tekstów na dzisiejszą próbę... nie chcę komentować, oby nie powiedzieli mi dzisiaj, że jestem niezły zawodnik, od "zawodzić", czyli wyć ze zgrozy!
29-08-2011 (20:44)
Dni się robią coraz krótsze. Już o tej porze jest całkiem ciemno, a jeszcze niedawno można było igłę na ulicy znaleźć. W otoczeniu głębokiego zmierzchu mogę zamieścić fragment tekstu zmajstrowanego dzisiaj rano:
Miłość do latarń
Szarzyzna zmierzchu miasto ogarnia,
Kołdra obłoków dachy przykrywa...
Wtedy się rodzi życie w latarniach,
By deszczem światła po bruku spływać...
One mnie wiodą w wędrówce pieszej,
Gdy nocą serce ze strachu tłucze,
Podczas powrotów w domu pielesze,
Dlatego darzę lampy uczuciem.
... dalej jest o pewnych przygodach, nawet można się domyślać jakich. To mnie osobiście nie dotyczy, bo w takim stanie do domu nie wracam... Chociaż dzisiaj mogło tak być, ale z przepracowania, nie hulanki i swawoli.
28-08-2011 (20:03)
Kolejny raz sprawdziła mi się zasada, że w przypadku kompletnego zaćmienia umysłu należy szukać natchnienia w parku repeckim. Najlepiej w porze budzenia się ptaków. Wtedy myśl robi się lotna, rześka i poddaje się tylko prawom natury.
Udaliśmy się dzisiaj na występ Tarnogórskiego Big Bandu. Miło spędzony czas w otoczeniu zieleni i dobrej muzyki w świetnym wykonaniu. Prawa natury ulepszone przez człowieka i zaprezentowane na tle parku także dały mi wiele. Myśli poszły swoim torem we wszechświat, ale sprowadziłem je na ziemię. Muszę mieć trochę korzyści z pracy mózgu. Standardy jazzowe, muzyka filmowa, słuchanie i oddychanie całą powierzchnią ciała. Dobra sztuka kultury... to tak w nawiązaniu do pewnej rozmowy.
Otrzymałem maila ściśle związanego z blogami. No cóż, głupoty świeckiej i klerykalnej jest sporo. Nie będę ujawniał treści, bo autor mógł - nie mógł zrobić to sam. Mównica i ambona były, są i będą miejscem wielu wypowiedzi o rozmaitym poziomie intelektualnym i emocjonalnym. Prawem natury jest wybór tego, co mądre. Głupota jako nienaturalny produkt uboczny nie podlega rozważaniom, a tylko utylizacji.
27-08-2011 (18:56)
Tak, zbaraniałem... Nie dlatego, że usłyszałem szokującą wypowiedź. Nic podobnego!
Nie zobaczyłem także cudu albo piękna rzeczy, czy osoby. Moje zbaranienie nie jest spowodowane temperaturą, która topi cień, a to, co jest poza nim spala do całej gamy kolorów opalenizny.
Nie zbaraniałem w sensie zgłupienia, ześwirowania, stoczenia się do nizin kostki, pięt, palców kończyny dolnej.
Zbaraniałem, bo cały dzień robiłem owieczki do szopek. Muszę stwierdzić, że jest to najnudniejsza czynność. Muszę mieć odpowiedni dzień, żeby naprodukować te figurki, taki dzień prawdziwego zbaranienia.
26-08-2011 (20:53)
Podobno był to najcieplejszy dzień w tym roku. Nie widzę w tym niczego dziwnego, przecież mamy lato. Wczoraj też nieźle dawało z nieba, a ja miałem rozmowę telefoniczną na czasie jak najbardziej.
- Dzień dobry. Miałem panu przywieźć węgiel, ale nie dojadę.
- Trudno.
- Niech się pan nie gniewa, ale jakiś zastój był na kopalni i nie zdążę dzisiaj.
- Jakoś sobie poradzę, aura się unormowała, nie będziemy tyle palić. Niezdrowo jest w mieszkaniu, kiedy kaloryfery są zbyt ciepłe. Niech pan przyjedzie jutro.
- Jutro też nie przyjadę, ale w przyszłym tygodniu, pasuje panu?
- Pasuje! Jestem przekonany, że mrozy jeszcze się nie pojawią.
- Chyba nie, żegnam pana ciepło.
- Oj, bardzo ciepło...
26-08-2011 (20:46)
Podobno był to najcieplejszy dzień w tym roku. Nie widzę w tym niczego dziwnego, przecież mamy lato. Wczoraj też nieźle dawało z nieba, a ja miałem rozmowę telefoniczną na czasie jak najbardziej.
- Dzień dobry. Miałem panu przywieźć węgiel, ale nie dojadę.
- Trudno.
- Niech się pan nie gniewa, ale jakiś zastój był na kopalni i nie zdążę dzisiaj.
- Jakoś sobie poradzę, aura się unormowała, nie będziemy tyle palić. Niezdrowo jest w mieszkaniu, kiedy kaloryfery są zbyt ciepłe. Niech pan przyjedzie jutro.
- Jutro też nie przyjadę, ale w przyszłym tygodniu, pasuje panu?
- Pasuje! Jestem przekonany, że mrozy jeszcze się nie pojawią.
- Chyba nie, żegnam pana ciepło.
- Oj, bardzo ciepło...
26-08-2011 (20:46)
Podobno był to najcieplejszy dzień w tym roku. Nie widzę w tym niczego dziwnego, przecież mamy lato. Wczoraj też nieźle dawało z nieba, a ja miałem rozmowę telefoniczną na czasie jak najbardziej.
- Dzień dobry. Miałem panu przywieźć węgiel, ale nie dojadę.
- Trudno.
- Niech się pan nie gniewa, ale jakiś zastój był na kopalni i nie zdążę dzisiaj.
- Jakoś sobie poradzę, aura się unormowała, nie będziemy tyle palić. Niezdrowo jest w mieszkaniu, kiedy kaloryfery są zbyt ciepłe. Niech pan przyjedzie jutro.
- Jutro też nie przyjadę, ale w przyszłym tygodniu, pasuje panu?
- Pasuje! Jestem przekonany, że mrozy jeszcze się nie pojawią.
- Chyba nie, żegnam pana ciepło.
- Oj, bardzo ciepło...
25-08-2011 (21:25)
Dzisiaj o poranku wzięło mnie na pisanie o codzienności. Załączam fragment, bo...
Kawa poranna
Poranna pierwsza moja kawo,
Do której mam codzienne prawo,
By w ciało powróciły siły.
Bulgotem wrzątku ziewająca,
W cieple pierwszego blasku słońca,
Jeszcze z urokiem snów przemiłych...
...i tyle, bo jak się okazuje są ludzie, którzy uważają, że skoro piszę sporo, to mogą podszywać się pod moje teksty... A szczęść im Boże!
Powyższy fragment tekstu ma być bluesem i wiem, że tak się stanie...
24-08-2011 (20:23)
Dni są prawdziwie letnie... cóż ja piszę? Nie letnie, ale gorące i to pod różnymi względami. Przede wszystkim aura jak w piekarniku. Ja nie narzekam, lecz nie powiem, żeby taki stan był przyjemny. Zwłaszcza, kiedy trzeba pracować, czy nawet tylko poruszać się w skwarze.
Gorąco w polityce. Oczywiście nie z powodu gorących uczuć partii do siebie, czy z miłości do społeczeństwa. Kampania przenosi się do sądów, jakieś przepychanki o debaty, funta kłaków to jest warte. Programy mętne, bo jeśli nawet coś napisane czarno na białym, to w podtekście wyczuwać można brak pieniędzy... źle! Brak koncepcji finansowania.
W USA zatrzęsła się ziemia. Obym nie był złym prorokiem, ale coś mi się zdaje, że znowu tąpnie... nie, nie! Nie chcę wykrakać! Nikomu źle nie życzę.
W piłkarskiej Polsce miało się trząść z radości z wejścia Wisły do Ligi Mistrzów. Niestety, w tej materii mimo cypryjskiej aury - powiało chłodem, a nawet wylał się zimny kubeł na głowy piłkarzy, kibiców i takich jak ja, sympatyków polskich drużyn.
23-08-2011 (17:24)
Reklama jest sprawą drogą, czasami sporną, kiedy jest zakamuflowana w środkach masowego przekazu. Piszę taki krótki wstęp, bo nie wiem, czy moim wpisem nie narażę się na sankcje ze strony właścicieli i pracowników tejże gazety... zaryzykuję.
Otóż jadąc jedną z ulic naszego szacownego miasta wbił mi się w oczy cudowny szyld, nawet chciałem zrobić zdjęcie, ale warunki świetlne były wtenczas kiepskie.
"SZYCIE NA MIARĘ SKÓRY"
Cudowne, dla mnie piękne, jeśli się oczywiście nie kiwnąłem. Może jest tam gdzieś kropka? Te "Skóry" są niby osobno, ale całość ciekawie się komponuje i daje wiele do myślenia.
22-08-2011 (19:56)
Plac Wolności, stoję przy bankomacie, rozmawiam przez telefon. Nie będę ujawniał szczegółów, bo chociaż dotyczyła poezji, to miała charakter bardziej prywatny... a zresztą nie to było ważne.
Ważny był obrazek, scenka rodzajowa, mało poetycka. Pijaczka zawieszona na łańcuchu dyndała sobie, a jacyś przygodni, dobrzy ludzie próbowali jej pomóc.
Zalotny wietrzyk najpierw przywiał zapaszek napoju alkoholowego, był to bardzo przetrawiony odorek, czegoś pośledniego gatunku. Przypuszczałem, że mógł to być denaturat, ale chyba aż tak bardzo się nie stoczyła. Potem przywiało policję...
Wypłaciłem pieniądze, szczęście, że coś tam jeszcze było na koncie.. tak się zakończyła poezja na Placu Wolności. Finanse kompletnie nie są poezją, nie są nawet prozą, ale raczej dramatem.
21-08-2011 (21:01)
Krzątałem się o poranku po kuchni... jakaś kawa jedna, druga. Coś na ząb, wiadomości w internecie, takie sobie durne sensacyjki, nie wiem sam dlaczego to czytam. W tle radio, te audycje nie są adresowane do mojego pokolenia, ale tak z przyzwyczajenia słucham "Zagadkowej niedzieli". W pewnym momencie szok! Chyba się przesłyszałem?... Pani redaktor naprowadzała dziecko na poprawną odpowiedź...
- Jest taka ryba... - i tu powiedziała o jaka rybę chodziło.
- Jezus, Maria! - jęknąłem nie z tego powodu, że to niedziela, Dzień Pański, ale dlatego, że usłyszałem coś, czego się nie spodziewałem. Potem złapałem za słuchawkę, żeby zadzwonić do Trójki. Nie udało się raz, drugi też nie. Wysłałem maila, a dosłownie za moment sama pani redaktor powiedziała, że strzeliła byka...
Oczywiście, że delfin nie jest rybą! Pani redaktor przyznała się do błędu przed całą trójkową Polską. Brawa dla odważnej pani!
20-08-2011 (20:48)
Wczoraj podczas kiszenia ogórków poetyckich miałem pomocnika. Bardzo zainteresowany całym procesem produkcyjnym był kot. Jeśli coś wyjdzie źle, to będzie jego wina. Dzisiaj także wykazuje zainteresowanie słojami, które cierpliwie czekają na wyniesienie do piwnicy. Denerwuje mnie ta bezczynność brzuchatych pojemników szklanych! Dlaczego same nie pójdą na swoje miejsce?! W konsekwencji ich bierności sam będę musiał się pofatygować, bo już niektórzy krzywo na mnie patrzą. Nie wiem dlaczego właściwie? Przecież sam tych ogórków nie robiłem! Może kot zrobiłby coś pożytecznego?
19-08-2011 (20:40)
jestem nielotem...
zapomniałem, co robi się skrzydłami...
dziób mam na potem
lecz śpiewem na całe wieki zamilkł
nikim nie jestem
niby wolnością zachłyśniętym głupcem
sprawcą cudzych przestępstw
nie fruwam nie śpiewam czy zdechnę wkrótce...
Wcale nie mam złego humoru, wcale nie mam depresji, wcale nie dręczy mnie problem. Tak sobie klepię po klawiaturze. Coś mi wpadło w zmysły i napisałem... Wczorajszy fragment ma zakończenie, miał już wczoraj, zaraz. Dzisiaj skończyłem kilka tekstów, a przede wszystkim ukisiłem ogórki. Kiszony ogórek jest prawdziwą poezją.
18-08-2011 (21:09)
Zwracam uwagę na to, co się dzieje na ulicy. Dzisiaj wbił mi się do łba taki obrazek, który uzewnętrznia pozycję kobiet w Polsce. Na tarnogórskiej ulicy, w określonej porze dnia pokazały się mamuśki w wózkami dziecięcymi. Widok nie jest mi dziwny, obcy też nie. Napisałem zaraz coś, czego fragment publikuję, nie dlatego, że odkryłem ciężką dolę i ważną rolę pań w istnieniu naszego świata i światka.
Matka Polka
Europejska Matka Polka, wzór narodu,
Ma być zdrowa, bowiem taką władze wolą
Jej nie wolno na żołądku miewać wrzodów,
Karygodne, że ją straszy ginekolog!
Stale świeża, uczesana i pachnąca,
W obowiązkach wie co każe każda pora
I o świcie do przedszkola taszczy brzdąca,
Stać ją na to, bo ma tańszy dezodorant.
...mam spory sentyment do płci żeńskiej, zwykle lepiej mi się współpracuje z kobietami. Może mi na zbyt wiele pozwalają...?
17-08-2011 (21:57)
Wystarczył jeden odebrany telefon i jestem w pospolitej rzeczywistości, w codzienności dalekiej od wakacyjnej. Nic fatalnego, ale jakby obsesja... Można się było tego spodziewać? Nie! Należało być tego pewnym.
Cały dzień coś robię, nie marnuję czasu, jestem przeświadczony, że kilka dni relaksu, dystansu od domu i obowiązków zrobiło dobrze nadwątlonej psyche.
Co mógłbym jeszcze na jutro zaplanować? Nic już, bo mam cały czas zapełniony. Wracam do normy, ale czy do normalności? Nie jestem pewien.
16-08-2011 (20:10)
Znowu jestem nieskończony... w pisaniu oczywiście, bo w innych sprawach, zwłaszcza w cechach psychicznych skończony jestem.
Blues wytrzyma wszystko, tekstu bezsens nawet
Nada treści słowom przez brzmienie ciekawe
Jak kolczyk z diamentem zawiśnie na uszach
Blues wytrzyma wszystko, każdy wybryk ciała
Jest westchnieniem boskim, aniołem bez mała,
Łykiem orzeźwienia, kiedy w gardle susza...
Nie jest to najlepsze, może dam temu spokój i chwycę inny temat. Przecież tak do końca skończony się nie czuję...
15-08-2011 (17:27)
Schody w starym kościele na Galgenbergu odgrywały swoją wielką rolę w życiu parafii. Na nich robiło się dobrze zdjęcia grupowe. Całe roczniki są uwiecznione na fotografiach pierwszokomunijnych. Stoją grzeczne dzieci ze świeczkami, przejęte, ździebko wystraszone, bo to przecież pierwsza, w pełni świadoma (taka przynajmniej ma być) religijna uroczystość w życiu. Z czasów mojej podstawówki mam także zdjęcia grupowe ministrantów. Niektórzy posiadają takowe ze ślubu, chrztu, bierzmowania a inni jeszcze z..., ale tych oni sami już nie obejrzą, a rodzina się nie nacieszy, bo okazja niezbyt wesoła.
Dzisiejsza okazja była pogodna, osoby związane z Galgenbergiem, a które były na mszy i potem chciały się dać sfotografować... Trochę trwała ceremonia ustawiania bezładnej grupy...
- Pani musi się przesunąć w prawo, pan zejść niżej... - padały rozkazy, prośby raczej.
Ja sam także zszedłem niżej z własnej woli...
- A zdawało mi się, że już niżej zejść nie potrafię, że następny ruch to będzie staczanie się - chciałem powiedzieć, ale ugryzłem się w język.
14-08-2011 (21:25)
Niedawno zarzekałem się, że nic mnie nie łączy z pracoholizmem, a dzisiaj w obecnej, wieczorowej porze już mnie ciągnie do pracy. Nic z tego, jutro jest święto kościelne, państwowe, historyczne...
Niby jest więcej czasu na wypoczynek, czyli w moim wykonaniu relaks czynny, zaplanowany i taki bardziej kapryśny. Niestety wychodzą mi tylko kaprysy, ale już jutro skoro świt muszę przemóc niechęć i zakończyć... Zakończyć? Co ja piszę! Zacząć przelewać na ekran i pamięć komputera coś, co jest prościutkie w wykonaniu. Dręczy mnie jakaś fobia. Ilekroć podchodzę do tematu, zaraz jakiś diabeł kusi mnie do przeskoczenia na inny krąg myślenia...
Jeśli mi odbije, tak, tak! Odbije, bo nie mogę napisać, że jeśli mnie poniesie fantazja... Jeśli mi odbije, to jutro zrobię sobie wycieczkę do walącego się Bytomia. Jaka moralność pozwala na robienie sobie newsa z nieszczęścia ludzkiego? Tak się akurat składa, że ostatnio często bywałem w tym mieście. Problem należy załatwić, a niestety zamiast tego ciągle robi się widowisko i propagandę. Społeczeństwo jest tylko tłem dla rozgrywek politycznych. Gdyby było inaczej, przede wszystkim walących się domów nie byłoby, nie byłoby obwiniania się za problemy mające swój początek przed wiekiem, a już przed transformacją to na pewno.
Chłopcy, weźcie się w końcu do roboty, nie mówię, że już jutro. Jutro ponarzekajcie sobie, że źle jest w wojsku, może w innej wersji, że było źle, ale dymisje i emerytury generałów załatwiły wiele, naprawdę wiele palących problemów. Potem pójdźcie do jakiegoś kościoła pomodlić się z biskupami za Ojczyznę, za abstrakcyjne wartości. I te realne też, ale przede wszystkim zróbcie coś, zróbcie w końcu, bo ja mam kilka dni wolnych i już mnie ciągnie, żeby widzieć efekt. Wy natomiast mieliście całe lata wolne i jakoś postępu nie widać. Oprócz walącego się Bytomia oczywiście!
14-08-2011 (21:25)
Niedawno zarzekałem się, że nic mnie nie łączy z pracoholizmem, a dzisiaj w obecnej, wieczorowej porze już mnie ciągnie do pracy. Nic z tego, jutro jest święto kościelne, państwowe, historyczne...
Niby jest więcej czasu na wypoczynek, czyli w moim wykonaniu relaks czynny, zaplanowany i taki bardziej kapryśny. Niestety wychodzą mi tylko kaprysy, ale już jutro skoro świt muszę przemóc niechęć i zakończyć... Zakończyć? Co ja piszę! Zacząć przelewać na ekran i pamięć komputera coś, co jest prościutkie w wykonaniu. Dręczy mnie jakaś fobia. Ilekroć podchodzę do tematu, zaraz jakiś diabeł kusi mnie do przeskoczenia na inny krąg myślenia...
Jeśli mi odbije, tak, tak! Odbije, bo nie mogę napisać, że jeśli mnie poniesie fantazja... Jeśli mi odbije, to jutro zrobię sobie wycieczkę do walącego się Bytomia. Jaka moralność pozwala na robienie sobie newsa z nieszczęścia ludzkiego? Tak się akurat składa, że ostatnio często bywałem w tym mieście. Problem należy załatwić, a niestety zamiast tego ciągle robi się widowisko i propagandę. Społeczeństwo jest tylko tłem dla rozgrywek politycznych. Gdyby było inaczej, przede wszystkim walących się domów nie byłoby, nie byłoby obwiniania się za problemy mające swój początek przed wiekiem, a już przed transformacją to na pewno.
Chłopcy, weźcie się w końcu do roboty, nie mówię, że już jutro. Jutro ponarzekajcie sobie, że źle jest w wojsku, może w innej wersji, że było źle, ale dymisje i emerytury generałów załatwiły wiele, naprawdę wiele palących problemów. Potem pójdźcie do jakiegoś kościoła pomodlić się z biskupami za Ojczyznę, za abstrakcyjne wartości. I te realne też, ale przede wszystkim zróbcie coś, zróbcie w końcu, bo ja mam kilka dni wolnych i już mnie ciągnie, żeby widzieć efekt. Wy natomiast mieliście całe lata wolne i jakoś postępu nie widać. Oprócz walącego się Bytomia oczywiście!
13-08-2011 (20:50)
Zaczynam i nie kończę...
W maleńkiej chatce na skraju wioski,
Przy wielkim, ciepłym piecu przytulnym,
Pracują siostry z nakazów boskich
W aurze radości i śpiewów wspólnych.
Pierwsza z nich zręcznie na kołowrotkach
Nienawiść przędzie razem z kochaniem
W długą lub krótką przędzę żywota,
Z której tkania później powstanie...
...jutro rano pozbieram myśli. Pozostała mi tylko ostatnia zwrotka, tak mało, a jednak za dużo do zakończenia. Sobota przepleciona wieloma nastrojami... jak coś nieskończonego z różnych powodów - smutnych i mnie.j
12-08-2011 (21:20)
Dzień pracoholika... nie wydaje mi się, żebym miał szczególne powody do świętowania. Mógłbym zrobić coś więcej w życiu, ale lenistwo człowieka paraliżuje, krępuje ruchy i więzi pomyślunek. Wyrzutów sumienia jednak nie mam, że pracuję zbyt mało, obłęd mi oczu nie przyćmiewa. Poczucia nie mam, że jestem niezastąpiony. Rzekłbym, że nawet chętnie pozbyłbym się jakiegoś zajęcia, ale... co bym wtedy robił? Coś innego pewnie!
Dzień pracoholika wcale nie byłby dla mnie taki bezsensowny, gdyby był tylko dniem... Faktem jest, że nie potrafię zdrowo się nudzić, bezczynność zabija mnie psychicznie, sypie mi w oczy piaskiem czasu.
11-08-2011 (22:15)
Wczoraj wyruszyliśmy do Santoka z naszej bazy wypadowej. Niby co można zobaczyć w takiej małej miejscowości gminnej? A wiele! Wspominał już o Santoku Gall Anonim, że jest kluczem i strażnicą państwa polskiego. Kiedyś, we wczesnych latach piastowskich stał pokaźny gród w miejscu gdzie Noteć wpada do Warty. Prace archeologiczne prowadzili Niemcy w latach trzydziestych ubiegłego wieku. Po wojnie wykopaliska były nadal prowadzone aż do dni obecnych.
Najważniejsze jednak dla mnie było, że znalazłem tam dużą ilość rosnącej tarniny na zboczu wzgórza. Ta gadzina rozplenia się w różnych niespodziewanych miejscach.
10-08-2011 (20:12)
Wczorajszy powrót do kwatery głównej miał wahające się oblicza. Radość i fascynacja graniczyła ze zdenerwowaniem i farsą. W Trzęsaczu pracownik na parkingu chciał żebym zapłacił dwa razy za luksus pozostawienia auta na błotnistym placyku. Jego rekcja wynikała z kompletnego ogłupienia.
W Trzebiatowie ktoś kompletnie zbzikował. Jakaś siła nadrzędna uratowała mnie od zapłacenia mandatu za parkowanie. Nie wiem, czy chodziło tutaj o wyciągnięcie ode kilku złotych, czy faktyczne czuwanie nad ładem ulicznym. Dla świętego spokoju jeździłem wkoło ratusza, kiedy reszta robiła zdjęcia.
Kamień Pomorski… odczucia rozbieżne. Miasto cudowne, ale sporo wody upłynie zanim całość będzie zrekonstruowana…
Wypoczywam, ale wiem, że wyjazd powinien trwać dłużej.
10-08-2011 (20:07)
Wczorajszy powrót miał wahające się oblicza. Radość i fascynacja graniczyła ze zdenerwowaniem i farsą. W Trzęsaczu pracownik na parkingu chciał żebym zapłacił dwa razy za luksus pozostawienia auta na błotnistym placyku. Jego rekcja wynikała z kompletnego ogłupienia.
W Trzebiatowie ktoś kompletnie zbzikował. Jakaś siła nadrzędna uratowała mnie od zapłacenia mandatu za parkowanie. Nie wiem, czy chodziło tutaj o wyciągnięcie ode kilku złotych, czy faktyczne czuwanie nad ładem ulicznym. Dla świętego spokoju jeździłem wkoło ratusza, kiedy reszta robiła zdjęcia.
Kamień Pomorski… odczucia rozbieżne. Miasto cudowne, ale sporo wody upłynie zanim całość będzie zrekonstruowane…
Wypoczywam, ale wiem, że wyjazd powinien trwać dłużej.
09-08-2011 (06:47)
Przygoda z Bornholmem zaczęła się wczesnym rankiem. Na pokład weszliśmy po godzinie 6:00 żegnani koncertem śpiewaczym w wykonaniu mew. Ku zadowoleniu wszystkich prognozy pogodowe nie sprawdziły się. Miało wiać i padać, ale Neptun okazał się być łaskawy i bez sensacji dopłynęliśmy do duńskiego brzegu. Bez dłuższej przerwy weszliśmy z całą gromadą do autokaru i zaczęło się zwiedzanie tego cudnego zakątka Ziemi.
Gdybym zaczął opisywać ciekawostki wyspy, musiałbym powielić treści wypisane w przewodnikach, w internecie i materiałach reklamowych. Jest to coś, mniejszego od powiatu tarnogórskiego, a mieszkańców ma mniej o ¼ niż samo nasze miasto gwarków. Atrakcji na dobrą sprawę ma jeszcze mniej, ale ma dobrą organizację turystyki, dobre zaplecze do zarabiania na niej. Spokój i miła obsługa wszędzie, liczni rowerzyści, bo trasy są w realnym świecie, nie intencyjnym. Niedawno opisywany, rewelacyjny pomysł przemiany tras kolejowych w rowerowe także nie jest odkryciem Ameryki, ale rzeczywistością.
Nie jestem zbytnio fanem zorganizowanych wycieczek autokarowych krepujących moją ciekawość i niezależność w poznawaniu świata, ale wczoraj byłem zadowolony. I to nie jedynie z powodu, że za 108 koron mogłem się najeść do woli różnych smakołyków rybnych. Każdemu mogę polecić wakacyjne spędzenie czasu na Bornholmie, a zwłaszcza rowerzystom.
W drodze powrotnej Neptun czymś się zdenerwował. Już w porcie dał o sobie znać, bo w pewnym momencie lunęło ścianą deszczu. Następnie pojaśniało, ale chyba tylko po to, żebyśmy mogli spokojnie wyruszyć w rejs powrotny. Po godzinie rejsu uśmiechnięty barman zaczął rozdawać woreczki. Oczywiście wywołało to lawinę śmiechów i dowcipów, a znudzone dzieci bawiły się nimi. Do czasu!..
Choroba morska nie jest dolegliwością na pokaz, dlatego w czasie sztormu wolałem oglądać filmy.
08-08-2011 (04:19)
Zarezerwowana i zaliczkowana kwatera w Kołobrzegu okazała się być wynajęta. Mało poważna pani tłumaczyła się mętnie i telefonicznie załatwiała nam nowe miejsce u znajomego. Myślałem, że mnie szlag trafi. Miasto zlane deszczem od stóp do głów, nadzieja na spokojne spędzenie czasu, a tu taki numer. Dobrze, że są jeszcze ludzie poważni w Kołobrzegu, bo chyba nocowalibyśmy faktycznie koło brzegu. Jeśli ktoś ze znajomych będzie chciał pomieszkać chwilę w tym fajnym mieście, to zawsze może liczyć u mnie na konsultacje z rzetelności usług hotelarskich. Chętnie podam adres, pod którym nie powinni nawet przechodzić.
Reszta wczorajszego dnia przebiegła zgodnie z naszymi fanaberiami. Pogoda unormowała się i wieczór był prawdziwie wczasowy. O godzinie 06:00 wejdziemy na pokład i popłyniemy na Bornholm. Chyba, że… nie, nie! Niczego nie chcę wykrakać!
07-08-2011 (03:53)
Sobota spędzona przede wszystkim nad wodą i w wodzie. Jezioro Barlineckie przywitało nas odpowiednią pogodą nad głowami, to znaczy wiało tak, żeby płynąć majestatycznie i turystycznie. Kąpać się także mogliśmy, chociaż jak na mój gust trochę za krótko, ale czas był nieubłagany, a musiałem zjawić się na umówioną godzinę u mechanika samochodowego. Całość „naprawy” trwała dosłownie 15 minut, była to bzdura, którą kiedyś wcale bym się nie przejmował. W starych autach nie było różnych czujników i światełek ostrzegawczych. Z drugiej strony patrząc na obecne wyposażenie pojazdów stwierdzić należy, że „wyrzut sumienia” świecący na desce rozdzielczej zapobiega jeżdżeniu do zajechania.
Dzisiaj czeka nas pierwszy etap wyprawy na Bornholm, czyli Kołobrzeg. Prognozy pogody są bardzo różne, zobaczymy co nam przyniosą niebiosa. Nie nastawiam się na wielkie słońce, ale nie będę przejmować się deszczem. Niczym się nie przejmuję, w dalszym ciągu tworzę spokój, odpoczywam.
Jak widać na zdjęciu - skrzydła anioła ukazały się nad moją głową.
06-08-2011 (02:31)
Nie mam zamiaru komentować śmierci Andrzeja Leppera. Podobnie wypowiedzi niektórych „znawców” psychologicznych podstaw śmierci samobójczych pozostaną bez echa z mojej strony. Nie zajmuję się destrukcją, populizmem i depresją. Mam przed sobą kolejny dzień stworzenia, liczy się jedynie pozytywny postęp.
Małe ma znaczenie pogoda o poranku. Jeśli nie powinno się chwalić dnia przed zachodem, to z całą pewnością nie wolno ganić go przed południem. Wyprawa do Gorzowa potwierdziła doniesienia o plaży nad Wartą. Palmy też stoją, może mają uatrakcyjnić nadbrzeże, przyciągnąć klientów do pobliskich lokali gastronomicznych. Nie powiem, że całość jest bez sensu, ale w moim odczuciu więcej uroku można znaleźć w lokalnej naturze, niż w powielanych powszechnie elementach egzotyki.
Teraz jest noc, nie śpię, ale nie z powodów patologicznej bezsenności. Wypoczynek pokręcił kompletnie mój zegar biologiczny. Ważne, że nie czuję się z tym źle. W dzisiejszych planach rysują się wyraźnie żagle… jak skrzydła anioła.
05-08-2011 (07:57)
Wczoraj była pogoda idealna na wycieczkę, zwiedzanie, robienie zdjęć. Temperatura odpowiednia dla drobiu... Byliśmy chwilkę w Kórniku, ale z takimi parametrami także w kurniku byłoby nieźle.
Oczywiście nie obyło się bez przygód, pomylenie trasy zdarzyć się zawsze może, a w warunkach budującej się Polski drogowej, nie jest czymś wstydliwym. Chcieliśmy sobie polepszyć przed Poznaniem, kosztowało nas to 13 złotych, a efekt marny, autostrada zaraz się skończyła i trzeba było dalej się wlec. W cenę haraczu wkalkulowana jest konkluzja, żeby wracać tradycyjną drogą przez Wrocław.
Dzisiejsza pogoda jest także idealna do zwiedzania... internetu. Za oknem wilgoć, chmury, czyli kontynuacja lata. Nam to nie przeszkadza w realizacji planów stworzenia nowego świata w głowie.
04-08-2011 (05:50)
Bardzo cieszyłem się z tegorocznego spotkania „Dzieci Galgenbergu”, zaproszenia przychodziły ze strony różnych osób. Niestety wydarzenia lipcowe, które dotknęły bliższe i dalsze moje otoczenie nie nastrajają mnie do zabaw...
Humoru nie straciłem, co najwyżej stał się on bardziej refleksyjny i kąciki ust trochę niżej unoszą się podczas śmiechu. Wiem, że to się zmieni, ale musi trochę czasu upłynąć... Niestety...
03-08-2011 (21:26)
Na co ja mógłbym dzisiaj mieć smak?...
Przy takiej pogodzie to może na dobre, zimne piwo?
Nie, nie, jakoś nie bardzo.
Na zjedzenie czegoś dobrego? Nie wiem, wszystko jest dobre, więc może coś lepszego? Nie najlepiej jest nic nie jeść o tej porze...
Wiem, już! Mam smak na wolność, taką wakacyjną...
02-08-2011 (22:31)
W "Gwarku" czytam o rewelacyjnym pomyśle zrobienia ścieżki rowerowej na dawnym szlaku kolejowym... Góra urodziła mysz. O tym mówiło już dawniej wielu ludzi, między innymi ja. Wtedy jeszcze linia kolejowa nie była w takim opłakanym stanie jak dzisiaj. Wizje były dalej posunięte, bo proponowaliśmy nawet szereg imprez z wykorzystaniem pozostałości po trakcji jako miejsca na reklamy. Prócz rowerów w grę wchodziła ścieżka konna, a także trasa do zawodów w powożeniu, a przede wszystkim sezonowa droga dojazdowa do pól uprawnych. Odciążyłaby ona lokalne drogi i zwiększyła bezpieczeństwo w komunikacji.
Pomijając, że pomysł jest kolejnym odkryciem Ameryki, a także nie chcąc być złośliwym krytykantem Filipa z konopi, który z czymś takim wyskoczył, stwierdzam, że pomysł jest dobry. Nawet podpowiem, jak całość sfinansować! Niech się zrzucą ci, którzy zrobili dobry interes na złomie i kamieniach zebranych z torów.
01-08-2011 (19:44)
Kiedy słyszę w publikatorach wypowiedzi wielkich znawców historii, ludzi potrafiących teraz oceniać w walorach społecznych, militarnych, a przede wszystkim ekonomicznych Powstanie Warszawskie, to...
Przepraszam...
Szanuję historię i wszystkie jej barwy,
Lecz na grobach wrogów nigdy nie zatańczę,
Miękki w nienawiści, na miłość zbyt twardy...
Przepraszam cię Polsko... nie byłem powstańcem.
Biegły, gdzie należy mej modlitwy głosy,
Lecz trawiłem często owoc ciut przegniły...
Pracując dla siebie, dla ciebie też dosyć...
Przepraszam cię Polsko, że mam sporo siły.
Jak naiwne dziecko witałem cię rano,
Żeby na kolację zjeść faktów zakalec...
Zawsze byłaś moją ziemią obiecaną,
Przepraszam cię Polsko, że żyję tu stale.
Chociaż nas prowadzi w świata wielką przestrzeń
Nie sterników wiedza, ale stada gwarne,
Jednak się raduję, nie zginęłaś jeszcze...
Przepraszam cię Polsko, ja też nie umarłem.
... serdecznie wszystkich przepraszam, ale skończcie ubliżać poległym.
31-07-2011 (18:10)
Wczoraj, czyli w sobotę odbyło się w Rio de Janeiro losowanie grup do eliminacji futbolowych Mistrzostw Świata w 2014 roku. Jesteśmy w grupie H razem z: Anglią, Czarnogórą, Ukrainą, Mołdawią i San Marino. Nie jestem przekonany, czy z każdą z tych reprezentacji potrafimy wygrać. Pewność moja w drugą stronę jest mocniejsza, to znaczy, że przegrać możemy z każdymi. Opinie znawców, co do naszych szans są podzielone. Niektórzy są zadowoleni, inni twierdzą, że grupa jest za mocna dla naszej drużyny narodowej.
Znawcą nie jestem, kibicem takim sobie i nie kryję, że bardziej sobie, niż takim. Wcale nie marzę o potędze polskiej piłki nożnej, ale cieszyłbym się, gdybyśmy doszli w klasyfikacji FIFA do miejsca w drugiej dziesiątce światowej, co było jeszcze dziesięć lat temu... tak około. Coś się stało w tym sporcie, że w federacjach wszystkich kontynentów nie mamy szans na czołową lokatę...
No nie, przepraszam! Moglibyśmy błyszczeć na Antarktydzie, ale pod warunkiem, że mielibyśmy za przeciwników drużynę bałwanów...
30-07-2011 (21:51)
Fajna sobota, rzec można - cudowna...
Ślub Ali i Morgana to wydarzenie w ich życiu, w życiu całej ich rodzinie, a także w tarninowej rodzince... Niech żyją szczęśliwie i w uśmiechach takich, jakie dzisiaj towarzyszyły im w trakcie cudownej ceremonii.
Urodziny naszego najstarszego... każdy pierworodny jest cudowny, chociaż ma niełatwe życie torowania szlaków dla reszty potomstwa...
Cudowny powrót do domu... dla wtajemniczonych ten wielokropek zapełnia się konkretnym imieniem, a łzy rozpaczy zamieniają się w radość. Jeśli jest, to będzie, jeśli jest, to będzie cudownie...
...i mnie odblokowało przy okazji. Zrobiłem dwa teksty.
29-07-2011 (20:45)
Apogeum dociekań smoleńskiej tragedii, przedstawienie raportu ministra spraw wewnętrznych i administracji...
Pragnę w dalszym ciągu trzymać się mojego kursu:
"Pomilczmy trochę na jakiś temat..."
W sprawach lotniczych jestem ekspertem nie gorszym niż podrzędny poseł koalicji, opozycji i sodalicji. Mógłbym opowiadać wiele i co z tego?
Pryskają mity o niebywałych zdolnościach polskiego lotnika, uzewnętrzniają się fakty nonszalancji polityków, pracowników różnych szczebli władzy centralnej. Przy okazji rodzą się pytania, na które odpowiedzi mamy w życiu codziennym.
Lekarstwo jest proste. Zaangażowanie władzy w życie i pozytywne zmiany, a mniej blichtru i propagandy. Więcej zrozumienia dla człowieka w codzienności, a mniej cieknącego po brodzie soczku z kiełbaski na populistycznym festynie i bajdurzenia o dokonaniach. Pointa jednej mojej piosenki niech się stanie przestrogą dla uważających się za bezkarnych:
"...Niech się nikt nie przyzwyczaja, życie to nie tylko jaja."
29-07-2011 (20:44)
Apogeum dociekań smoleńskiej tragedii, przedstawienie raportu ministra spraw wewnętrznych i administracji...
Pragnę w dalszym ciągu trzymać się mojego kursu:
"Pomilczmy trochę na jakiś temat..."
W sprawach lotniczych jestem ekspertem nie gorszym niż podrzędny poseł koalicji, opozycji i sodalicji. Mógłbym opowiadać wiele i co z tego?
Pryskają mity o niebywałych zdolnościach polskiego lotnika, uzewnętrzniają się fakty nonszalancji polityków, pracowników różnych szczebli władzy centralnej. Przy okazji rodzą się pytania, na które odpowiedzi mamy w życiu codziennym.
Lekarstwo jest proste. Zaangażowanie władzy w życie i pozytywne zmiany, a mniej blichtru i propagandy. Więcej zrozumienia dla człowieka w codzienności, a mniej cieknącego po brodzie soczku z kiełbaski na populistycznym festynie i bajdurzenia o dokonaniach. Pointa jednej mojej piosenki niech się stanie przestrogą dla uważających się za bezkarnych:
"...Niech się nikt nie przyzwyczaja, życie to nie tylko jaja."
28-07-2011 (17:09)
Pokazało się słońce, przynajmniej do tej pory było na niebie. Niestety swoim pisaniem doprowadziłem do zachmurzenia...
Śledząc niedawne wydarzenia, wypowiedzi polityków odczuwam niesmak, szkoda mi słów, szkoda mi czasu, szkoda mi społeczeństwa...
Podsłuchany fragment rozmowy:
- Wędka okazała się pęknięta, haczyk zardzewiały, a przynęta zatęchła, nie uważa pani?
- Racja i do tego zapaskudzony zbiornik bez jednej rybki - padła odpowiedź.
- Tylko ten spławik propagandy puszczał fałszywie oko.
- Trzeba się od tego trzymać z daleka...
- Niestety, im dalej człowiek chce odejść, tym ich ręce stają się dłuższe...
27-07-2011 (22:44)
Jeśli ktoś jest na nogach od godziny 03.30, to ma chyba prawo do odpoczynku? A może taki ktoś nie ma prawa do niczego, jedynie do zrobienia krótkiego wpisu o męczącym dniu?...
Gdybym miał spisać dokładnie wszystkie moje dzisiejsze przeżycia, powstałaby spora opowiastka, ale nie mam pojęcia, czy byłaby ciekawa dla kogoś postronnego.
Cieszę się, że dnia nie zmarnowałem, że niektóre fakty przechodzą do historii, że rysują się perspektywy.
Jedyna sprawa, która mnie męczy, to opowiadanie o utopcu, które miałem mieć już dawno napisane. Powinienem chyba zrobić jutro to samo, co dzisiaj, czyli wstać przed 04.00 i odpracować zaległość. Z drugiej strony patrząc, czy warto zaharowywać się do upadłego i męczyć potem cały dzień? Chyba warto...
26-07-2011 (20:20)
W dzisiejszym "Gwarku" przeczytałem list osoby, która w ciągu dwóch tygodni wpakowała się w dzikie zwierzę na trasie Tarnowskie Góry - Zbrosławice. Droga faktycznie jest niebezpieczna nie jedynie ze względu na przechodzące tamtędy sarny i dziki. Jest zdradliwa, pełna pułapek na niby łagodnych łukach, a wpadając w dolinki zmienia zupełnie charakter nawierzchni.
Do tego jeszcze o poranku przeczytałem ogłoszenie, że komuś zaginął żółw! Nie mam pojęcia jak wybrnąć z sytuacji, kiedy przez jezdnię przejdzie to szybkie zwierzę. Przecież o skorupę można rozbić kompletnie karoserię! Kierowcy strzeżcie się!
25-07-2011 (21:38)
Powinienem się zabrać ostro do pisania, co wcale nie oznacza, że mam się przy tym pociąć. Zaległości nie są aż tak wielkie, ale zapał do pracy mizerny. Może jutro coś z tego będzie? Może, postanawiam sobie, że wstanę o poranku i machnę dwie stroniczki. Byłby to niebywały sukces.
Jutro jest 26.07. czyli imieniny Anny. Według znanego przysłowia od tej pory powinno być zimno rano i wieczorem. Nie wyobrażam sobie jak może być jeszcze zimniej. To zaczyna przeszkadzać także mi, człowiekowi odpornemu na ekstremalne temperatury. Z drugiej strony jestem także zwolennikiem pewnego ładu w naturze, w lecie powinno być cieplej, zdecydowanie cieplej!
W przeszłym tygodniu mamy zamiar wyruszyć w trasę. Zasłużyłem na skromny wypoczynek! Powiem więcej, tego wypoczynku powinno być więcej niż skromnie, zasłużyłem na solidny relaks.
Jeśli już dotykam powinności, to jest jedna związana z powyższym wyjazdem. Powinienem zrobić porządek w aucie!
24-07-2011 (20:43)
Utoya... Człowiek...? No tak, człowiek dokonał mordu na tej wyspie, a przedtem też zamordował podłożywszy bombę w Oslo...
Niedawno napisałem do kogoś, kto życzył mi dystansu do życia, że dystans ten jest czasem bardzo krótki...
Dzisiaj jestem w zbyt dobrym nastawieniu, żeby pisać o tragediach, oceniać głupie wypowiedzi, nieprzemyślane...
Życie jest darem, nie jałmużną... Darowanemu koniowi w zęby się nie patrzy... Darowanemu życiu patrzy się w oczy... Patrzy się odważnie i może czasem widać tam śmierć, ale ona nie jest karą, ale też początkiem innego życia...
Jeśli ktoś jest wstrząśnięty tragedią norweską niech się modli, niech współczuje, niech przemyśli swoje postępowanie, ale niech nie przeklina, bo przekleństwa są jak pociski karabinowe... może jeszcze gorzej, gdyż zawsze trafiają do celu...
23-07-2011 (17:39)
Do OSP jest trochę pod górkę, potem oczywiście z górki, każdy kto jedzie od strony Tarnowskich Gór do Gliwic zna to doskonale. Mieszkańcy Zbrosławic znają to także...
Jechałem tą drogą dzisiaj, minąłem straż i... na wysokości biblioteki stał na drodze rowerzysta i naprawiał sobie pojazd. Jezu, czy on ma wszystkich w domu? Podjechałem bliżej i przez otwarte okno poprosiłem:
- Mógłby pan zejść z tym rowerem na chodnik? Przecież zaraz ktoś pana rozjedzie!
Popatrzył na mnie trochę spode łba, ale w oczach widziałem zrozumienie... Różne zawalidrogi utrudniają ruch i zdaje im się, że mają pierwszeństwo. Są to osoby klachające na środku wiejskiej drogi, czasem robiące to samo na chodniku z rowerem wystającym na jezdnię, kobiety wypychające wózki z dzieckiem na pasy dla pieszych bez uprzedniego skontrolowania sytuacji i wiele, wiele innych sytuacji z ludźmi o ograniczonej przezorności. Do tego doliczając idiotów jadących w autach daje obraz głupiego zagrożenia w komunikacji.
22-07-2011 (20:20)
Dla poprawienia sobie humoru, żeby się odstresować po mało przyjemnych przeżyciach tego tygodnia, zrobiłem leczo. Cały wielki garnek. Już go nie ma, zjadłem leczo z kilograma papryki i reszty w odpowiednich proporcjach. Dokonałem tego w sposób skrócony, czyli wszystko wywaliłem do ubikacji pomijając przewód pokarmowy...
Nie mam pojęcia co się stało, że bez jakichkolwiek efektów dźwiękowych pękła pokrywka, szkło wpadło do środka i koniec! Zadowolony nie jestem, bo miałem wielką na leczo ochotę, a pozostał mi tylko zapach. Dobre i to, a może lepiej, bo czego się nie zjadło, to w sadło nie poszło. Może z lecza zbytnio sadła nie wyhoduje się, ale gdybym pochłonął w całości moją produkcję, to kilkadziesiąt gramów byłoby.
Szkło tłucze się na szczęście... poprawiłem sobie humor.
21-07-2011 (19:45)
Ze zdziwieniem czytam o możliwości wystąpienia wód ze swoich naturalnych brzegów. Tak mi się dzieje nie ze względu na aurę, jaka panuje, ani z powodu deszczowych prognoz. Reakcje moja jest spowodowana tym, że nie tak dawno słyszałem, czytałem, a może widziałem gdzieś w mediach zapewnienia, stanów powodziowych nie będzie. Dzisiejsza zmiana decyzji IMGW nasuwa pytanie, czy nie wiedzieli o tym, że w weekend będzie padać, czy uprawiają jakąś dziwną politykę. Skoro ja wiedziałem z internetu, że pogoda może się załamać, to skąd szacowny instytut wysnuł wniosek o braku zagrożenia?
Jeśli faktycznie IMGW uprawia jakąś politykę informacyjną, to nie dziwię się, że pogoda załamuje się i jest zła. Tego nie robi natura, ale polityka właśnie.
20-07-2011 (20:23)
Jestem piekielnie zmęczony i coś sobie roję. Ciężki dzień nie tylko dla mnie. Dlatego chyba plotę trzy po trzy:
usłyszałem głos który był bezdźwięczny
zobaczyłem niewidoczny bezkształt
jeśli chcesz żeby to był sen nie wolno ci spać
jeśli chcesz żeby to była rzeczywistość musisz zasnąć
to co dla jednego jest trudnością nie do pokonania
dla innego jest pokonaniem przez trudności
jeśli chcesz żeby było to życie musisz widzieć koniec
jeśli chcesz żeby to był koniec musisz widzieć życie
19-07-2011 (17:14)
Kilku znajomym opowiedziałem mój sen...
"...Jechałem jakimś zatłoczonym miastem. Na skrzyżowaniu zaświeciło się zielone światło, więc spokojnie chciałem ruszyć do przodu, a wtedy z bocznej ulicy wjechało mi do przedniego błotnika auto z początku epoki motoryzacji, kabriolet bardziej przypominający bryczkę niż samochód.
- Panie! Co pan robi!? - krzyknąłem, a kierowca zaczął się tłumaczyć:
- Przepraszam, ale to jest pojazd stary, zabytkowy i chyba hamulce mają prawo się zepsuć. Zaraz spiszemy protokół i wszystko pan dostanie z mojego ubezpieczenia.
Potem jednak okazało się, że auto nie jest nawet zarejestrowane, bo... nikt nie chciał właścicielowi podpisać przeglądu..."
W tym momencie zbudziłem się. Dobrze, że był to tylko sen, że nikt mi auta nie uszkodził. Szkoda, że zabytkowy wehikuł nie jest realny i nie jest moją własnością.
19-07-2011 (17:13)
Kilku znajomym opowiedziałem mój sen...
"...Jechałem jakimś zatłoczonym miastem. Na skrzyżowaniu zaświeciło się zielone światło, więc spokojnie chciałem ruszyć do przodu, a wtedy z bocznej ulicy wjechało mi do przedniego błotnika auto z początku epoki motoryzacji, kabriolet bardziej przypominający bryczkę niż samochód.
- Panie! Co pan robi!? - krzyknąłem, a kierowca zaczął się tłumaczyć:
- Przepraszam, ale to jest pojazd stary, zabytkowy i chyba hamulce mają prawo się zepsuć. Zaraz spiszemy protokół i wszystko pan dostanie z mojego ubezpieczenia.
Potem jednak okazało się, że auto nie jest nawet zarejestrowane, bo... nikt nie chciał właścicielowi podpisać przeglądu..."
W tym momencie zbudziłem się. Dobrze, że był to tylko sen, że nikt mi auta nie uszkodził. Szkoda, że zabytkowy wehikuł nie jest realny i nie jest moją własnością.
18-07-2011 (21:15)
Jeśli... tgjjhuhg!
- Paszoł won kocie bezczelny!
Chciałem napisać tak:
Jeśli kot będzie mi chodził po klawiaturze komputera, to niczego nie napiszę, a w tym właśnie momencie przeszedł kolejny raz i napisał coś po swojemu.
Nie chciałem tego zwierzaka w domu, bo wiem jak to wygląda w rzeczywistości. Niby każdy chce, a potem bydlątko przyzwyczaja się do mnie, a ja do niego i kolejny obowiązek, troska z mojej strony, a z jego strony pełna zaborczość. Do wszystkiego się wtrąca, włazi na kolana, kiedy chcę w skupieniu pisać, atakuje monitor i pisze głupie uwagi po kociemu. Nawet diabeł upodobał sobie moje krzesło w kuchni! A ja gdzie będę siedział, na progu? Na słomiance? Koniec mojego spokoju, a przynajmniej do czasu, kiedy nie podrośnie.
17-07-2011 (21:13)
Rankiem po dwóch wypitych kawach doszedłem do wniosku, że powinienem zaczerpnąć świeżego powietrza. To dobrze robi każdemu, nawet nieboszczykowi. Mając kilka spraw do przemyślenia doszedłem do wniosku, że nie ma lepszego miejsca na poranny, niedzielny spacer niż park w Reptach...
Po godzinie piątej jest tam niesamowicie spokojnie i cicho. Tylko jakiś ptaszek sprawdził kto tam się szwenda. Spojrzałem mu odważnie w dziób i zaraz się uspokoił. Potem porozmawiałem chwilę z kilkoma ślimakami, nawet zrobiłem im zdjęcia telefonem komórkowym. Ślimaki są w porządku, mało mówią i są pozytywnie nastawione do środowiska. Nie uciekają szybko, kiedy zobaczą człowieka.
Amfiteatr w parku jest cudowny. Jak wszystkie ruiny zresztą. Stwierdziłem, że jednak widać zadbanie, bo wykoszono trawę przed sceną. Zachwyca betonowa ściana w formie ryby. Tak wygląda gigantyczny pstrąg, który może nie czarny, ale szary jest. Ławki połamane, ale widać, że to nie jest sprawka wandali, ale ząb czasu. Widok smutny, ale z drugiej strony patrząc na osiągnięcia GCR-u trudno nie przymknąć oko na tę łyżkę dziegciu. W końcu ośrodek jest dla rehabilitantów, a nie dla odtwórców twórczości pod chmurką...
Spacer krótki, ale przemyślałem wiele spraw, które w statycznych warunkach rozgryzałbym przez kilka dni...
16-07-2011 (19:46)
W domu zapachniało koprem i samotnością...
Koprem, bo jego aromat przegryza wszystkie inne podczas kiszenia ogórków. Zrobiłem dzisiaj osiem sporych słoików... no, właściwie siedem dużych i jeden mniejszy. Będzie na jesień i zimę (wątpię, bo znając swoje ogórkowe łakomstwo pochłonę wszystko do września). Oczywiście, że nie jest to finał kiszenia, ale skromny początek. Ogórki stanowią podstawę mojej diety roślinnej. Uwielbiam je pod każdą postacią (kulinarną ma się rozumieć, bo zgniłych nie jem).
Samotnością zapachniało, bo wszyscy domownicy rozjechali się i mam wolną chatę. Nie jest to propozycja (chociaż dlaczego nie?), ale stwierdzenie. Mogę teraz robić to, co chcę (tak jakbym z wszystkimi domownikami tak się nie zachowywał).
15-07-2011 (21:43)
A dzisiaj jakoś mi poszło, chyba z powodu porannego deszczu! Zakończyłem ten wczorajszy bzdet, ale nie tak prosto, nie, nie! Zmieniłem wiele, co dało całkiem inny efekt, niż zamierzony, ale przy okazji znalazła się pointa. Banalna, ale jest.
Rano wypadł mi z rękawa taki tekst... a jest to tylko fragment jak zwykle:
Patrzę w wszechświat zadeszczony,
Liczę padające krople.
Przemoczony, zmiętolony,
Już na duszy także zmokłem.
Chyba się rozpuszczę zaraz
W krajobrazie całkiem płynnym.
Ukryć się przed deszczem staram
Choć nogawki mam jak rynny.
Płyną ulicami miasta
Rzeki ludźmi zarybione.
Woda w koła autom wrasta,
To już wodny świata koniec.
Taki deszczowy motyw oprzytomnił mnie i dał kopa do dalszego dzisiaj życia. Dlatego dzisiaj nie byłem wściekły.
14-07-2011 (20:23)
Kompletnie mi dzisiaj nie idzie! Jakiś pech, czy co? Przecież wczoraj był dzień feralny!
Zacząłem pisać coś, co dla mnie jest koszmarem...:
Przed laty kompozytor pewien
Tu śmiesznie zabrzmi to akurat
Do swoich dzieł podchodził rzewnie
Kochał się w swoich partyturach
Melodie tworzył jak z rękawa
Cieszył się niebywałą marką
A stąd się wzięła jego sława,
Że pięciolinie splatał w warkocz
.... co dalej? W ogóle tego nie zakończę!
Rozbabrałem kilka jeszcze innych tematów i nic! Mam dosyć takiej roboty!Jestem wściekły z tego powodu i jeszcze kilku innych! Z pewnością ważniejszych!
Może jutro będzie lepiej? Oby!
13-07-2011 (21:44)
Dzień pisania. Chyba to robiłem. Teksty zmówione, a potem teksty wyproszone, bo jak komuś się obieca, to trzeba się wywiązać. Tym bardziej, że okazja jest miła, sympatyczna i dla tych osób bardzo ważna.
Świat się klei, poci się wszystko w upale. Ludzie narzekają, jak zwykle zresztą. Ja sobie daję znakomicie radę. Mogę stwierdzić, że jest mi dobrze. W głowie lęgną się utopce, wymyśliłem kolejną koncepcję ich stworzenia. O tym napiszę przy innej jednak okazji. Nie ze wszystkiego muszę się spowiadać co robię...
Właśnie...! Z czego się spowiadał utopiec i jak ksiądz go potraktował!? O tym także przy innej okazji.
Pora już późna, ale o spaniu nie ma mowy. Teraz jest tak przyjemnie na dworze, że aż się chce posiedzieć wpatrzony w księżycowe pysio! Patrzeć w niebo, to jest najlepsze, co można robić.
12-07-2011 (16:38)
Znowu słychać, że są problemy z frankiem. Nie jakimś Franciszkiem, ale ze szwajcarską walutą. Ktoś nawet powiedział, że jest niestabilny. Dziwię się, bo na chłopski rozum, jeśli kosztuje raz więcej, a raz mniej złotych, czy euro, to tamte waluty są niestabilne. Nikt jakoś nie mówi, że frank kosztuje 1,3 franka, więc zacznijmy mówić prawdę.
Żarty na bok, bo ktoś mający kredyt w tej walucie musi się czuć niezbyt wesoło.
Kolejne zawirowanie w świecie walut wywołały doniesienie o kolejnym kraju pogrążonym w destabilizacji finansowej. Tym razem Włochy dołączają do grona bankrutujących. Ktoś może zapytać, czy Polska jest faktycznie tak gospodarczo silna, tak mądrze prowadzona, że nic nam nie grozi? Oby tak było. Jestem jednak sceptyczny i bardziej wierzę w cwaniactwo innych krajów, robienie się biednym, żeby zarobić. Całe zamieszanie bardziej obrazuje mi klimat "Ziemi obiecanej" ze spektakularnymi bankructwami, pożarami. W końcu tak naprawdę Unia Europejska była dla nas taką ziemią. Przypuszczałem, że autorami fabuły są Adenauer, Schuman i kilku innych, a tu okazało się, że jednak Reymont.
11-07-2011 (19:58)
"Całe wieczory marnotrawił na wpatrywaniu się w niebo. Mógł tak trwać aż do całkowitego zaciemnienia ziemi nocą. A nawet i dłużej, jeśli pogoda była księżycowo jaśniejąca.
- Jesteś najbardziej leniwym utopcem w rzece! - denerwowała się żona. - Zobacz jak wygląda nasze obejście! Woda nic sobie z ciebie nie robi, podpływa pod drugi brzeg, w domu sucho i jasno. Powinieneś zająć się odnowieniem ścian w izbie, bo już wszystkie glony opadają.
On sobie z tego nic nie robił, mogła prosić i grozić. Dla niego od pewnego czasu najważniejsze stało się oglądanie walczących obłoków na niebie. Widział w nich raz rycerzy, raz układały się w formę muskularnych zapaśników, a kiedy indziej znowu potworów, smoków, demonów.
- Wariat - mówili sąsiedzi stukając się w czoło. - Powinien pójść się leczyć do którejś z czarownic, bo zmarnuje sobie resztę życia, a rodzinę wpędzi w biedę..."
Bierze mnie tęsknota do utopców, coś trzeba by napisać, dokończyć dawne pomysły... trzeba by.
11-07-2011 (19:57)
"Całe wieczory marnotrawił na wpatrywaniu się w niebo. Mógł tak trwać aż do całkowitego zaciemnienia ziemi nocą. A nawet i dłużej, jeśli pogoda była księżycowo jaśniejąca.
- Jesteś najbardziej leniwym utopcem w rzece! - denerwowała się żona. - Zobacz jak wygląda nasze obejście! Woda nic sobie z ciebie nie robi, podpływa pod drugi brzeg, w domu sucho i jasno. Powinieneś zająć się odnowieniem ścian w izbie, bo już wszystkie glony opadają.
On sobie z tego nic nie robił, mogła prosić i grozić. Dla niego od pewnego czasu najważniejsze stało się oglądanie walczących obłoków na niebie. Widział w nich raz rycerzy, raz układały się w formę muskularnych zapaśników, a kiedy indziej znowu potworów, smoków, demonów.
- Wariat - mówili sąsiedzi stukając się w czoło. - Powinien pójść się leczyć do którejś z czarownic, bo zmarnuje sobie resztę życia, a rodzinę wpędzi w biedę..."
Bierze mnie tęsknota do utopców, coś trzeba by napisać, dokończyć dawne pomysły... trzeba by.
10-07-2011 (21:18)
"Miejsce było obskurne, nikomu nie chciało się chociaż trochę zadbać o porządek. Co z tego, że przychodziło do lokalu towarzystwo raczej męskie? Co z tego, że klientem był gatunek ludzki, któremu nie przeszkadzały lepiące się stoliki, smród fermentującego piwska pomieszany z dymem ohydnych papierosów? Jakaś estetyka chyba obowiązuje! Nie tutaj. Spocone ciała robotników drogowych rozwalone na chybocących się krzesłach, mało ruchliwe, pełne powagi jak pomniki czynu twórczego dla pokoleń, wcale nie wymagały polepszenia warunków konsumpcji. Nie można się było spodziewać, że cycata barmanka dokona delikatnej przemiany środowiska, bo żeby o coś zadbać, samemu trzeba być zadbanym. Ona natomiast nadawała się jak ulał do knajpy. Przyklejona do szynkwasu, z czepkiem zsuwającym się na jedno oko, nalewała piwo do zaledwie popłukanych kufli.
- I co się tak przyglądasz? - spytała. - Tu się piwo leje, a nie zagląda mi za dekolt.
- Trudno nie zaglądać, skoro zajmują większość knajpy - odparłem, a ona zrobiła kuflem ruch, jakby chciała mnie oblać piwem.
- Nie pozwalaj sobie za wiele - zarechotała i pogroziła palcem oklejonym plastrem z gazą. - Pijesz coś, czy tylko oglądasz?
- Nie piję, szukam tu jednego człowieka, o tego - pokazałem dziewczynie zdjęcie. - Przychodzi tu?
- Może przychodzi, może nie. Ja się chłopom nie przyglądam. Tak jest bezpieczniej.
- O, taka porządna!
- Nie dla mnie bezpieczniej, ale dla nich - zaraz sprostowała.
- I z powodu bezpieczeństwa knajpa nazywa się "Raj"?
- Nie! Nazywa się, bo tutaj jest jak w raju.
- Jakoś ładniej wyobrażam sobie raj.
- Jest tutaj jak w raju - tłumaczyła dalej dziewczyna. - Też można wylecieć za byle głupstwo, nawet mniejsze niż ukradzenie jabłka..."
Tak sobie szkicuję opowiadanko z lekkim dreszczykiem. Jest niedziela, spokojny dzień odpoczynku. Nawet nieśmiało planowaliśmy czas wypoczynku sierpniowego. Oby to nie był spokój przed burzą. Codzienność też jest rajem, też za pozorną bzdurę można dostać po pysku.
09-07-2011 (22:25)
Czy to jest sobota? Z pewnością jest to sobota, ostatni dzień tygodnia! Pracowałem uczciwie i chociaż po pracy chciałem mieć spokój...
Miałem ten spokój w wersji pierwotnej, przyziemnej, bo bez prądu, ale patrząc inaczej spotkałem wiele spokoju i normalności...
Odebrałem telefon od Jacka:
- Co tam u ciebie słychać? - zapytał.
- Nic nie słychać, bo wysiadł prąd - odparłem.
Czy może przeszkadzać brak prądu w Zbrosławicach, kiedy coś takiego staje się normalnością?
Myślę intensywnie o dniu jutrzejszym, a przede wszystkim dumam o dzisiejszym śnie, jaki mnie prześladuje. Robiłem wywiad z... Nie, tego nie wyjawię.
08-07-2011 (21:40)
Męczą mnie różne pomysły, ale niweczy je ta sama melodia. Nie potrafię ich skończyć. Nie ma się czemu dziwić, bo skoro nawet zacząć nie bardzo jestem w stanie, to finału spodziewać się nie powinienem. Powód takiego obrotu sprawy jest prosty. Wena jest marnotrawiona z powodu pestek słonecznika. Siedzę przed ekranem, słucham listy przebojów i mógłbym coś napisać, ale ręce mam zajęte ogłupiającym łuskaniem. Wypociłem kilka takich zwrotek, ale na pointę już mnie nie stać:
Poezji szukam prawdziwej
Na salonach po śmietnikach
Na trzeźwo oraz pod wpływem
A nic z tego nie wynika
Kiedyś w naszym miejskim parku
Spotkałem w krzakach Apolla
Miał weny sporo na karku
Był słaby i milczeć wolał.
Siedział z innym jeszcze bogiem
Na chwiejnej też nieco ławce
Ciągnęli wino niedrogie
Natchnieni jak dwa latawce
Jutro z rana gonię do pracy. Nie potrzebuję do niej natchnienia i wiem, że się skończy. Praca jest lepsza od poezji.
07-07-2011 (19:46)
Przed momentem jechałem ulicą Wolności w Zbrosławicach i szczęka mi opadała z wrażenia. Przy urzędzie nie ma już barakowozów firmy budowlanej, parking widać, że skończony, a przede wszystkim nowy budynek biblioteki stoi w całej okazałości. Nie wiem kiedy prace zakończono, bo prawie prawie tydzień nie pokazywałem się w centrum. Oficjalne otwarcie ma być we wrześniu, ale już teraz można pogratulować nowoczesnego obiektu. Wszyscy na niego zasłużyli. Panie bibliotekarki przede wszystkim, bo to, co przeżyły horror w ciasnych pomieszczeniach przez ostatnie kilka lat. Użytkownicy, bo gorszego dostępu do dotychczasowych klitek trudno sobie wyobrazić. A i władza lokalna zasłużyła sobie na spektakularny, ale pożyteczny sukces. Osobiście też się cieszę, bo z Biblioteką Gminną zawsze mi się dobrze współpracowało.
06-07-2011 (20:17)
Stare, obiegowe pytanie:
- Co słychać?
I zwyczajowa odpowiedź:
- A nic, stara bieda!
Nie rozumiem dlaczego ludzie stali się tak pesymistycznie nastawieni. Ogólny marazm i narzekanie. Jestem tego zdania, że należy się ładować pozytywnie i emanować szczęściem. Kłopoty mogą zawsze przyjść same, nie należy ich wywoływać.
Pogoda lipcowa chwiejna w dalszym ciągu. Całkiem inaczej do spraw, które mnie otaczają. Jeśli ktoś zapyta:
- Co słychać?
- Nowe bogactwo doznań! - mogę odpowiedzieć, ale te doznania są różnego gatunku... niestety.
05-07-2011 (19:09)
To, co przeczytałem w dzisiejszym "Gwarku" z jednej strony mnie ucieszyło, ale z drugiej poczułem niesmak...
Nie lubię się podpinać pod cudze pomysły, dobre i dające szerokie możliwości rozwoju wszelakiego, a w tym konkretnym przypadku ewolucji demokracji w dobrym wydaniu. Dawno już głoszę pogląd o konieczności usankcjonowaniu inicjatywy uchwałodawczej. Mówię o tym głośno od kilkunastu lat, piszę w pismach, pisemkach i blogach, zwracałem się do posłów. Pojęcia nie mam, czy ktoś dostrzegł moje bajdurzenia, a może lokalni politycy też wpadli na to niezależnie. W końcu nie o to chodzi, ważne, że mówi się o tym oficjalnie. Wszyscy musimy zrozumieć, że jest to nie jakaś fajna zabawa, ale demokratyczna konieczność, a przede wszystkim usankcjonowanie konstytucjonalnego zapisu mówiącego, że najwyższą władzą jest wola Narodu (art.4).
Na tym mój entuzjazm się kończy, nie będę dalej komentować działaczy, ich pewnych zachowań, a raczej niepewnych, bo szkoda mi czasu. Nie będę komentować, jeśli ktoś moje wypociny czyta, a nie wie w czym rzecz odsyłam do "Gwarka". Nie będę komentować, bo nie chodzi mi o ludzi, którzy spartaczyli sprawę, lecz o formę ich podejścia do poważnej inicjatywy.
Autorom tego niewypału życzę dużo szczęścia, chociaż po działaniu widzę, że mają go więcej niż tego, co jest potrzebne do sprawowania władzy.
04-07-2011 (21:23)
Początek to, ferment zaledwie...
"Jechał wolno w strugach deszczu, wyprzedzające go samochody błyskały kierunkowskazami - pa, pa na pożegnanie. On rozglądał się uważnie, żeby nie przegapić któregoś z wyznaczonych punktów na odręcznie narysowanym palnie. Wszystko inaczej by wyglądało, gdyby nie ten diabelski deszcz. Niczego nie było widać, woda zalewała szyby, samochody przemykające obok też pryskały fontannami prosto na maskę. W takich warunkach mógł pobłądzić. Mógłby kogoś spytać o drogę, ale przechodnie albo przemykali pośpiesznie pod murami kamienic, albo przebiegali przez ulicę, cudem unikając potrącenia przez pojazdy. Poza tym każde otwarcie okna łączyło się z nachlapaniem wody do wnętrza, a później zaparowaniem szyb, co w konsekwencji bardziej utrudnić mogło poszukiwania.
- To musi być gdzieś tutaj - szeptał do siebie. - Ulica się zgadza, numer nie ten, ale chyba jestem już blisko..."
Czego ten ktoś szukał i czy znalazł? Może kogoś szukał? Sprawa okaże się tajemnicza i zagmatwana. Krótka opowieść w ulewie, tak krótka jak upadek jednej kropli z chmury na ziemię.
03-07-2011 (15:55)
Pogoda jest cudowna! Leje się z nieba raz mocniej, raz lżej, ale przerwy jakoś nie zauważyłem w tym wilgotnym płaczu.
Raczej jest śpiąco, jakoś tak bez życia. Coś gryzmolę, bo coś trzeba robić, a skoro jest niedziela, to taki modlitewny temat mnie naszedł.
Modlitwa
Jak mam się modlić, Boże nie wiem,
Prosić, przepraszać, czy dziękować?
Chwalić Cię słowem, wielbić śpiewem,
Gdy mi na pierś opadła głowa?
Jak mam się modlić, kiedy język
Do przekleństw się nadaje bardziej?
Buntu go skrępowały więzy...
Był ze mnie taki mały twardziel.
Jak mam się modlić, gdy kolana
Upadkiem poranione całe?
Wierz mi, nie będę Tobie kłamał -
Przed samym sobą uciekałem...
Jak mam się modlić, kiedy dłonie
Nie chcą złożone trwać w pokorze.
Jedna do drugiej gniewem płonie
I krzywdę zrobią sobie może.
Jak mam się modlić, Boże, Panie,
Udziel mi proszę swojej wiedzy?!
Albo pod krzyżem przy mnie staniesz
I pogadamy jak koledzy?
02-07-2011 (21:57)
"...Usiadł przy kamieniu i przyłożył ucho do nagrzanej powierzchni wystającej z ziemi.
- Cisza, nie rozumiem dlaczego? - wyszeptał utopiec i rozłożył ręce w geście bezradności. - Nie wiem, co mam jeszcze więcej zrobić? Może zbyt mało polewałem wodą, a może zbyt często. Chyba zaraz się popłaczę.
Gdyby tak zrobił zleciałyby się wszystkie nadwodne istoty. Płacz utopca zawsze wróży wielkie niebezpieczeństwo, a powódź przede wszystkim. Już taki jest, jak coś robić, to na całego, z powagą i konsekwencjami widocznymi w całej okolicy. Dlatego, kiedy kaczka siedząca tuż obok w krzakach usłyszała co się święci, wychyliła głowę i rzekła:
- Przestań mówić takie rzeczy! Chcesz narozrabiać tylko z tego powodu, że kamień, głaz nieczuły nie wydaje żadnego dźwięku?
- Wy, kaczki jesteście jednak okropnie głupie! Kamień to nie jest taka byle jaka skała, to serce ziemi! Jeśli ono nie bije, to znaczy, że za chwilę wszystko się rozleci, umrze, przestanie istnieć! Muszę kamień ożywić, rozruszać, to jest moje zadanie, cel życiowy - obruszył się utopiec.
Kaczka ze zdziwienia przetarła oczy końcówkami skrzydeł i rozdziawiła dziób.
- Kto ci takich bzdur naopowiadał!?
- Wczorajsza chmura, ta z której piorun uderzył w samotny dąb. Powiedziała mi, że tylko ja jestem w stanie ocalić świat!
Kaczka była zdumiona, nigdy takich bredni jeszcze nie słyszała jak długo żyje..."
01-07-2011 (16:51)
Coś się zmieniło dzisiaj, czuję to! Oczywiście zmieniła się pogoda, jest zimno, no bez przesady przynajmniej w moim odczuciu, powiedzmy, że jest chłodno.
Zmienił się dzisiaj miesiąc, jest lipiec i tego się właściwie nie czuje z powodu chłodu i deszczowego płaczu w różnym wymiarze.
Przede wszystkim jednak zmieniła się prezydencja w Unii Europejskiej. Przewodnictwo objęła Polska i Bóg mi świadkiem, że nie wiem, czy czuję to, czy nie, czy odczuję kiedyś, a jeśli tak, to chciałbym pozytywnie, ale tego pewien nie jestem.
Nie dlatego, żebym był eurosceptykiem, nie dlatego, że nasze władze sobie z tym nie poradzą, bo tak nie sądzę. Uważam, że Unia Europejska jest tworem dziwnym, coraz dziwniejszym i bardziej skomplikowanym. Staje się przyjazna dla polityków, dla różnej władzy wszelakiego szczebla, tej formalnej i nieformalnej. Jako obywatele demokratyczni powinniśmy być głównymi beneficjentami, a w większości przypadków stawia się nas na pozycji żebraka, cywilizowanego dzikusa, który musi walczyć wiecznie o swoje. W zagmatwanym gąszczu przepisów i procedur wbito mi do głowy, że na każdym kroku mogę stać się przestępcą, człowiekiem marginesu.
Dlatego chciałbym poczuć wyraźne zmiany na lepsze, chciałbym poczuć to w trakcie polskiej prezydencji i życzę tego wszystkim, ale głównie pospolitym obywatelom Europy.
30-06-2011 (22:03)
Coś się kończy, coś się zaczyna... Ja zacząłem tak:
Nad boską rzeką ludzkiej niepamięci
Stoją dwa młyny schylone nad wodą,
Żeby prąd rwący koła ich zakręcił,
Bez sił natury przecież żyć nie mogą.
Do tego są jeszcze inne zwrotki, ale jakoś skończyć wyraźnym akcentem nie potrafię. Nic mi się nie podoba, kolejne zwrotki są złe, bez nastroju, a pointa rozleciała się kompletnie. Co teraz mam robić? Najlepiej poczekać, może w przyszłym miesiącu pójdzie lepiej, przecież to już za dwie godziny!
29-06-2011 (21:24)
Dzień dziwnych wydarzeń, na dobrą sprawę wystarczyłoby na kilka opowiadań... Niestety opisać o co chodzie nie mogę, bo muszę skończyć rozdział, właściwie poprawić go i jutro rano wysłać.
Robota idzie mi tak, jak pogoda, czyli raz ślamazarnie upalnie, to znowu burzowo, gwałtownie, a następnie z dodatkowymi efektami w formie braku prądu.
Rozdziały pisze się jak odcinek do telenoweli. Można fantazję rozpuścić maksymalnie, ale w określonych rozpiętościach tekstu. Czasem trudno wpakować to, co chciałby się napisać, czasami nawet dobrze, że tak jest, bo zostaje coś na potem.
Wczoraj na tarninowym spotkaniu było nas trzech. I dobrze, bo tak twórczo już dawno nie pracowaliśmy. Przyniosłem kilkanaście nowych tekstów, wszystko poszło do dalszej obróbki. Co się za tym kryje? No, zobaczymy po kilku tygodniach. Wierzę, że wszystko będzie po naszej myśli. Nawet więcej, niż wierzę, chyba jestem przekonany.
Tak mija sobie ostatnia środa czerwca. Spoglądam do kalendarza - Piotra i Pawła, jedno ze znaczniejszych świąt.
29-06-2011 (21:23)
Dzień dziwnych wydarzeń, na dobrą sprawę wystarczyłoby na kilka opowiadań... Niestety opisać o co chodzie nie mogę, bo muszę skończyć rozdział, właściwie poprawić go i jutro rano wysłać.
Robota idzie mi tak, jak pogoda, czyli raz ślamazarnie upalnie, to znowu burzowo, gwałtownie, a następnie z dodatkowymi efektami w formie braku prądu.
Rozdziały pisze się jak odcinek do telenoweli. Można fantazję rozpuścić maksymalnie, ale w określonych rozpiętościach tekstu. Czasem trudno wpakować to, co chciałby się napisać, czasami nawet dobrze, że tak jest, bo zostaje coś na potem.
Wczoraj na tarninowym spotkaniu było nas trzech. I dobrze, bo tak twórczo już dawno nie pracowaliśmy. Przyniosłem kilkanaście nowych tekstów, wszystko poszło do dalszej obróbki. Co się za tym kryje? No, zobaczymy po kilku tygodniach. Wierzę, że wszystko będzie po naszej myśli. Nawet więcej, niż wierzę, chyba jestem przekonany.
Tak mija sobie ostatnia środa czerwca. Spoglądam do kalendarza - Piotra i Pawła, jedno ze znaczniejszych świąt.
28-06-2011 (16:23)
Wczoraj zmarł Maciej Zembaty, jeden z tych, którzy tworzyli pewien rozdział w polskiej kulturze...
Gdy nieśmiertelni umierają
To nie wiadomo czy zapłakać
Fruną ku żywym rajskim gajom
Do wiecznie płonącego krzaka
Choć nieśmiertelni nie odchodzą
Lecz pozostaje po nich pustka
Czy ból balladą załagodzą
Wciąż żywe ale martwe usta
... i tyle.
27-06-2011 (21:04)
Fragment czegoś, czego jeszcze w całości nie ma:
"...Słońce zawieszone nisko nad sadem penetrowało promieniami smakowitą zawartość koron drzew. Łapało każde jabłko, przyglądało się krągłym kształtom, muskało delikatnie jakby chciało dodać owocom koloru i smaku. Subtelnie dogrzewane jabłka mościły się między liśćmi i przepychały chcąc przynajmniej przez moment doznać rozkoszy ciepła zachodzącego słońca, a może nawet ukraść część życiodajnej energii, żeby dojrzeć w dorodności i spodobać się ogrodnikowi..."
Słońce wprawdzie dzisiaj zachodziło pięknie, ale gdzie tam jeszcze do jabłek! Jakieś marzenia mnie wiodą w kierunku świeżego owocu. Zjadłbym jabłko prosto z drzewa, niezbyt słodkie, nawet raczej kwaśne, soczyste... Mogę mieć jakieś marzenia czasami?
26-06-2011 (15:54)
Zadziwiające jest, że im człowiek starszy, tym czas szybciej biegnie. Nie jestem odkrywcą tego przykrego fenomenu. Zamiast dostawać zadyszki i zwalniać, czas gna w przyszłość na złamanie karku. Może to z prostego powodu, że ma się z górki, że szczyt się osiągnęło, a teraz tylko wystarczy poddać się sile ciążenia, żeby człapać ku ziemi?
Z tym poddawaniem się, to ostrożnie, bo cała przygoda może zakończyć się połamaniem nóg, a co nie daj Boże stoczeniem się! Żarty na bok, ale faktycznie nie wiem jak to się stało, że kilka dni wolniejszych minęło niczym błyskawica.
Może czuję się wypoczęty, akumulatory trochę naładowane, ale zostały puste strony, które miały zapełnić się maczkiem literek poukładanych w wyrazy bardziej, lub mniej sensowne. No trudno, wszystkiego nie można mieć, wyżej... czegoś tam, wiadomo czego się nie podskoczy.
Zostały jakieś pomysły, których cień za chwilę też się rozwieje, bo nawet nie chce mi się tego zapisywać. Jeśli przyjdzie potrzeba wymyśli się samo inne zjawisko.
Bo tak właściwie co to za oryginalne pomysły jak rozlatujące się naczynia metalowe i piszczałki organów, wielki kamień zamieniający się w mrowisko, czy wariat, który zajmuje się produkcją przeróżnych mechanizmów z... nie, to akurat jest pomysł niegłupi. Nawet mnie zainteresował, a to jest najważniejsze.
26-06-2011 (15:53)
Zadziwiające jest, że im człowiek starszy, tym czas szybciej biegnie. Nie jestem odkrywcą tego przykrego fenomenu. Zamiast dostawać zadyszki i zwalniać, czas gna w przyszłość na złamanie karku. Może to z prostego powodu, że ma się z górki, że szczyt się osiągnęło, a teraz tylko wystarczy poddać się sile ciążenia, żeby człapać ku ziemi?
Z tym poddawaniem się, to ostrożnie, bo cała przygoda może zakończyć się połamaniem nóg, a co nie daj Boże stoczeniem się! Żarty na bok, ale faktycznie nie wiem jak to się stało, że kilka dni wolniejszych minęło niczym błyskawica.
Może czuję się wypoczęty, akumulatory trochę naładowane, ale zostały puste strony, które miały zapełnić się maczkiem literek poukładanych w wyrazy bardziej, lub mniej sensowne. No trudno, wszystkiego nie można mieć, wyżej... czegoś tam, wiadomo czego się nie podskoczy.
Zostały jakieś pomysły, których cień za chwilę też się rozwieje, bo nawet nie chce mi się tego zapisywać. Jeśli przyjdzie potrzeba wymyśli się samo inne zjawisko.
Bo tak właściwie co to za oryginalne pomysły jak rozlatujące się naczynia metalowe i piszczałki organów, wielki kamień zamieniający się w mrowisko, czy wariat, który zajmuje się produkcją przeróżnych mechanizmów z... nie, to akurat jest pomysł niegłupi. Nawet mnie zainteresował, a to jest najważniejsze.
25-06-2011 (14:03)
Wczoraj wieczorem, kątem oka, kątem ucha, dopadły mnie wiadomości na jednym z licznych programów teleogłupiacza. Konkretnie krótki reportaż pokazujący przestrzeganie najważniejszych zasad poruszania się po jezdniach. Odkrycie Ameryki! Mało kto jeździ prawidłową prędkością, ciągła linia jest traktowana jedynie jako biała oś jezdni, wyprzedzanie najczęściej smakuje najlepiej w miejscach zakazanych. Ktoś trzymający się kodeksu jest uważany z niedzielnego kierowcę. To się dzieje niestety nagminnie, sam to przeżywam stres, kiedy chcę skręcić w lewo na moją posesję. Kierunkowskaz muszę włączyć zdecydowanie za wcześnie, a i tak często czuję oddech na plecach i widzę wściekłość w oczach twarzy odbitej we wstecznym lusterku.
Łamanie prawa drogowego nie jest niczym nowym i rzadkim. Gorzej, kiedy powiązane jest z chamstwem, a to niestety jest zbyt częste jak na mój gust. Prawo silniejszego jest przecież bezprawne.
24-06-2011 (18:21)
Miło jest otrzymać życzenia z jakiejś okazji, jeszcze przyjemniej, kiedy nie ma specjalnej okoliczności. W związku z tym, że dzisiaj imieniny obchodzi cała gromada Janów, zostałem przez niektórych kolejny już raz obsypany dobrym słowem.
Nie mam dzisiaj imienin, moim patronem nie jest Jan Chrzciciel, ale szacowny Jan-Maria Vianney, patron proboszczów, słynny spowiednik z Ars. Daleko mi do księżowskiej profesji, spowiednikiem też jestem kiepskim, a rozgrzeszać kogoś rzadko mi się udaje. Może samego siebie łatwiej mi wychodzi, ale jak wiadomo ta umiejętność do zalet nie należy.
23-06-2011 (16:47)
Boże Ciało... już chciałem napisać Narodzenie, ale się w porę opamiętałem. Zagalopowanie nie wynikło z pogody, bo chociaż chwiejna, do zimnych nie można jej zakwalifikować. Chociaż trudno o tym dyskutować, zwłaszcza ze mną, bo chłód mi nie szkodzi, a ciepło nie doskwiera, a jeśli, to rzadko.
Zimowy motyw skojarzył mi się, bo trochę robiłem przy szopkach, trochę pisałem, trochę czytałem, trochę leniuchowałem. A jak! Co sobie będę żałował? Inni byczą się już, wystawiają żagle, jeżdżą po Europie, a ja typowy Europejczyk i pędziwiatr mogę sobie pozwolić na odrobinę biernego wypoczynku.
Napisałem tekścik o braku prądu, jak znam życie wpisze się raczej do mojej statystyki, niż do repertuaru. Trudno, jest byle jaki, ale taki też mam nastrój, a to skreśliłem dla treningu.
Poza tym prześladuje mnie dziś Mike Oldfield. Słuchowo prześladuje, fajnie jest poleniuchować przy jego muzyce, przy święcie.
22-06-2011 (19:07)
Trochę cierpliwości, ruszenia mózgownicą, do tego szczypta dobrej woli i sprawy, które wydawały się nie do przejścia jakoś zostają w tyle. Jeśli nawet nie całkiem, to zachodzą jasno nad widnokręgiem optymizmu.
Dla niektórych znajomych zaczął się dzisiaj czas urlopu, wyjazdów. Jak niedawno narzekałem sobie, mnie ten problem nie dotyczy... Niestety! Dla jeszcze innych nastał czas dłuuuugiego weekendu, bo jutro jest święto Bożego Ciała, no a potem piątek w bardzo częstych przypadkach odrobiony przez zakłady pracy.
Przede wszystkim jednak zaczęły się wakacje dla dzieci i młodzieży szkolnej. Z różnych stron dochodzą wiadomości, jak to jest ciężko w rodzinnych finansach, jak trudno wysłać dzieci na obozy, kolonie, czy rodzinnie spędzić czas na łonie natury. Dzisiaj jednak oniemiałem, bo w radiu usłyszałem relację z jakiejś szkoły, gdzie dzieci opowiadały zadziwiające plany wakacyjne. Jedno opowiadało, że najpierw jedzie na obóz konny, potem z rodzicami do Hiszpanii, a następnie na obóz żeglarski. Kolejne dzieci też paplały historie w tym samym guście. Nie wiem, czy to fantazja, czy szkoła dla dzieci biznesu, czy jakieś nagranie archiwalne?
21-06-2011 (16:59)
Nie mam pojęcia, czy przekazanie niedawno przez ministra Zdrojewskiego większej porcji dofinansowania już było sygnałem, że Europejską Stolicą Kultury 2016 zostanie Wrocław. Prognozować można było, snuć domysły ekonomiczne i polityczne. Nieważne, Katowice mają już po ptokach, chociaż w sondażach przeprowadzonych wśród ludności przewodziły, mogą sobie to przywództwo... wiadomo co z nim zrobić. Piszę o kulturze, dlatego staram się kulturalnym być i nie kończyć.
Ciekawi mnie tylko, czy uczestnicząc w wyścigu konkursowym pociągną dalej działania, czy chociaż tocząc się bezwładnie doprowadzą jakieś działania do końca. Źle byłoby, gdyby z Miasta Ogrodów stały się Katowice Miastem Ogórków, wyciszenia, zblazowania i kulturalnej depresji. Myślę, że tak się nie stanie, bo chyba rozsądek podpowiadał władzom, że mogą przegrać.
A jakby tak pociągnąć pomysł i zorganizować konkurs na Śląską Stolicę Kultury? Nieźle brzmiałoby - Tarnowskie Góry, Ślaska Stolica Kultury!
20-06-2011 (06:44)
Kolejny już raz prasa popisała się błyskotliwością! O świcie przeczytałem w internecie, że antybiotyki są winne wyhodowania superbakterii. Niczego głupszego nie można było ogłosić. Antybiotyki są z pewnością powodem zachwiana równowagi biologicznej w mikroświecie, która skutkuje negatywnie na makroorganizmy, ale winę ponosi wyłącznie człowiek. Ciekawe czy sędzie w procesie zbrodniarza przychyliłby się do wniosku obrony sugerującej, że oskarżony nie jest winien, ale jego nóż, pistolet, łom, lub inne narzędzie.
Człowiek cywilizowany nauczył się wiele, ale przede wszystkim najlepiej przyswoił sobie umiejętność bezkarności. Niestety mimo wzrostu poziomu techniki i postępu wiedzy pozostał tak samo głupi, dlatego myślę, że proces uniewinniania się będzie się pogłębiał. Spektakularne akcje tak zwanych ekologów dotyczą najczęściej słoni, wielorybów, dzikiego ptactwa. Nie twierdzę, że robią źle, chwała im za to, ale nikt jeszcze przed przychodnią lekarską, szpitalem nie zorganizował protestu przeciwko niszczeniu dobrotliwych mikroorganizmów.
Może już jest czas najwyższy, żeby tym problemem się zająć?
19-06-2011 (20:59)
Niedawno zorientowałem się, ze nadchodzi lato, czas urlopowy. Wypadałoby zaplanować jakiś wypoczynek, wypad przynajmniej na tydzień. Rozmowy znajomych o konkretnych datach wyjazdów traktuję jak opowieści ze świata fikcji.
Moje niepoukładanie spraw relaksowych trochę wypływają ze stałego podporządkowania się obowiązkom, które najczęściej sam sobie narzucam. Granicząca z pracoholizmem mania bycia potrzebnym, niezbędnym i zajętym. Najgorsze, że nie widzę większych możliwości wyjścia z impasu. Łatwiej jest mi zaharować się na śmierć niż umrzeć z nudów. Kolejnym fatalnym aspektem takiego stanu jest moje kompletne zadowolenie. Wydaje mi się, że to jest norma i koniec.
Dlatego cieszę się, że jutro zaczynam tydzień pracy. A co mam się dobijać niezadowoleniem z życia?
18-06-2011 (16:56)
Piractwo drogowe nie podlega żadnemu wytłumaczeniu. Jest naganne i niech mnie nikt nie próbuje przekonywać mnie, że łamanie przepisów drogowych, a nawet tylko przekraczanie zwykłych norm kulturalnego zachowania mają jakieś uzasadnienie. Kiedyś przed laty pewna osoba stwierdziła, że gdyby nie jechała w konkretnej sytuacji szybko, to inne auto wjechałoby jej w bok. No tak, mogło się zdarzyć, ale incydenty nie mogą normować zasad. Sam przeżyłem przypadek, gdy nieostrożny kierowca wyjechał z ul. Ligonia na Górniczą i gdybym nie dodał gazu, pewnie miałbym gościa w tylnym kole.
Zastanawiam się tylko, czy jedynie szybka, niebezpieczna jazda kwalifikuje się do określenia jako piractwo. Niedawno jechałem w sznureczku aut, w szczycie ruchu na jednej z głównych dróg naszego powiatu. Wlekliśmy się, bo przed nami dreptała ładowarka zajmując prawie całą szerokość jezdni. Kierowca nie przejmował się kompletnie niczym, nawet tym, żeby zrobić trochę miejsca pojazdom jadącym z naprzeciwka.
Inny przypadek dotyczy służb oczyszczania miasta. Dawno z tym się nie spotkałem, może więc ktoś już pomyślał, a może mam tylko szczęście. Śmieciarka zbierała zawartości kubłów między siódmą, a ósmą rano. Najciekawiej było na zakręcie przy najgłupszym chyba w mieście skrzyżowaniu obok wylęgarni.
Piractwo drogowe jest moim zdaniem efektem dwóch ludzkich zachowań: cwaniactwa i bezmyślności. One jak geny siedzą w nas i mała jest możliwość ewolucji w dobrym kierunku.
17-06-2011 (20:57)
Imprez w okolicy sporo. Wybraliśmy się na "Świętojańską noc" do muzeum w Tarnowskich Górach, a także na sam rynek, gdzie na estradzie prezentowały się zespoły muzyczne. Nas interesował "Donegal", posłuchaliśmy trochę, trochę poplotkowaliśmy ze znajomymi, stwierdzić mogę, że czas miło przeleciał.
Teraz słucham listy przebojów na Trójce, piję piwko i myślę, co by tu zrobić jeszcze. Piątek się nie zakończył, szkoda żeby zmarnować odrobinę czasu...
A zmarnowałem dzisiaj tego czasu sporo. Zatkałem się w pisaniu, bo wymyśliłem coś, z czym nie potrafię sobie dać rady. Miałem fajny pomysł na piosenkę, ale wszystko się poplątało. Jak nigdy! Zwykle coś wychodzi, sens jakiś, rytm i rym do tego. Niestety dzisiaj skapitulowałem. Wiem, że nie jest to kryzys, ale przerost ambicji, dlatego myślę spuścić z tonu, odejść od poetyckich sztuczek i jutro zakończę całość.
Zabrałem się także do czytania starej powiastki. Oj, jak ja nie lubię czytać swoich staroci, ale jakiś sens wyłowiłem z tego materiału. Chyba skończę całość do lipca. Oby do lipca tego roku!
16-06-2011 (18:32)
Siedzeniem przed pustą stroną na ekranie komputera niczego się nie zdziała. Beznamiętne łuskanie słonecznika też raczej nie pomoże w wystukaniu chociażby jednego mądrego zdania w nowym przedsięwzięciu, do którego przymierzam się i przymierzam.
Jaki rodzaj fantastyki dobrać do współczesności, żeby realia udziwnić, a nie pójść w kompletną tandetę? Do tego stać się odrobinę chociaż nowatorski i oryginalny na tyle, żeby zainteresować czytelnika.
Kilka lat temu zacząłem taką powiastke i nawet nieźle mi szło. Spoczywa sobie w pamięci komputera, brakuje jeszcze może jednego, dwóch rozdziałów. Mam nawet zakończenie... Powinienem przed pisaniem nowego zakończyć ten stary albo przerobić go i sprawa załatwiona! No, nie wiem... nie wiem jak się tu zabrać do roboty?
15-06-2011 (21:26)
Dzisiaj udowodniono mi, że jeśli chce się wystąpić w TKL, to można nawet zmienić plany małżeńskie. Lubię ludzi z fantazją, zdeterminowanych, konkretnych. Nie przypuszczałem, że do tego dojdzie. Teraz wiem, że jest sens w pisaniu, tworzeniu, że jest radość pokonująca przeszkody! Szczęka mi opadła, jestem pełen podziwu.
Dzisiaj uczestniczyłem w rozdaniu nagród w konkursach: literackim i plastycznym w Radzionkowie. Impreza wieńczyła cały program, na który biblioteka dostała dofinansowanie. Nie będę wazeliniarzem, kiedy stwierdzę, że mam dużo podziwu do placówek, które niby prowincjonalne, a koncepcjami przewyższają standardy. Przy okazji padło tam zapewnienie członka władzy wykonawczej, że tego typu działania będą kontynuować. Oby tak się stało, bo Radzionków ma spory potencjał.
Dzisiaj kolejny dzień wyjaśniania różnych spraw i całe szczęście idzie ku lepszemu.
14-06-2011 (16:55)
Niektóre sprawy rozwiązują się, niektóre wyjaśniają. Dzień pracowity, jak zwykle, myślę, że coś zostało pchnięte do przodu.
Z tym rozwiązywaniem problemów czasem jest tak, że powstają efekty bardzo rozbieżne w kolorycie. Jeśli rozluźnia się węzeł na szyi ściśniętej strachem, tremą, atakiem niepewności, to jest dobrze. Jeśli rozwiąże się węzeł na worku z pomysłami, z niespodziankami, z prezentami, to jest wyśmienicie. Jeśli natomiast rozwiązane sznurowadło pałęta się przy bucie podczas marszu, łatwo można paść na twarz, na kolana, a w najlepszym wypadku potknąć się i wpaść na kogoś.
Dlatego staram się podchodzić ostrożnie do rozwiązywania, bo mam niemiłe doświadczenia z huraoptymizmem.
...a może dodam fotografię z soboty?
13-06-2011 (18:36)
Trzynasty dzień w miesiącu powinien być pechowy i już! Dobrze, że dzisiaj mamy poniedziałek, a nie piątek, bo znowu byłaby ogólnoludzka panika i szukanie dziury w całym.
Dla mnie tydzień rozpoczął się normalnie, czyli jak zwykle w sposób zwariowany i stresowy. To już stało się standardem i nie powinienem o tym nawet wspominać, ale odchylać od normy ogłupienia w sfery pozytywne.
Co ja to niedawno powiedziałem...? Czasami udaje mi się wymyślić jakąś sentencję... W trudnych sytuacjach nie powinno się szukać wyjścia, ale wejścia w lepsze. Nie jest to całkiem pozbawione sensu i niech pozostanie myślą przewodnią na rozpoczęty tydzień.
Może dodam jeszcze zdjęcie?
12-06-2011 (12:49)
Było, minęło. Czas zająć się sobą, swoimi sprawami i... kolejnym programem.
Niedzielę poświęcę na dochodzenie do sił życiowych, bo prawdę mówiąc zmęczony jestem nieziemsko. Dlatego zamiast opisywać wczorajsze wyczyny, pozwalam sobie zamieścić fotografię autorstwa mojej szanownej małżonki.
11-06-2011 (18:49)
Za moment wyruszamy na spektakl. Pięć lat... nie jestem przekonany, czy jest to jakiś jubileusz, czy jest okazja do świętowania?
Myślę, że należy przejść to bez większych emocji, pewnie, że z radością, bo przecież chwile były różne, czasem nerwy nie wytrzymywały. Mam wrażenie, że niektóre osoby potraktowały zagadnienie zbyt poważnie, innym zdawało się, że należy traktować po łebkach.
Zobaczymy, co dzisiaj się stanie.
Należy w tym miejscu wspomnieć o dzisiejszej "Industriadzie". Odwiedziłem z moim miłym towarzystwem Kopalnię Zabytkową. Nawet zjechałem na dół po raz któryś z kolei. Zawsze jest to miłe przeżycie, zwłaszcza, gdy mniej patrzy się na kopalnię, a więcej na uczestników wyprawy.
10-06-2011 (16:42)
Jeśli po pięciu latach chciałbym robić statystykę jakąś swoją osobistą, to nawet nie wiedziałbym jak się do tego zabrać. Jeśli liczyć scenki, zwane w tarninowym slangu szopkami, czy jednym utworem jest scenka, czy cała szopka jest jednym utworem? Nie chciałbym mnożyć w nieskończoność swoją pracę i sztucznie coś naciągać. Bez problemu policzyłem teksty piosenek. Tych skończonych i zapisanych w pamięci komputera jest 323. Niektóre są dla mnie bliskie, niektóre podobają się tylko innym, niektóre są do niczego, do bani, do dalszej obróbki.
Takich rozpoczętych nawet nie liczę, bo nie ma sensu. Jedne mają dwie zwrotki, ale brakuje im sensownego zakończenia, a czasem odwrotnie, mają pointę, lecz treści się nie doczekały. Jestem nawet pewien, że nie doczekają się, bo inne pomysły się pchają do głowy.
Są jeszcze takie, były raczej takie, które poszły sobie ze zniszczonym dyskiem w siną dal niepamięci. Niczego nie żałuję, tak widocznie musiało być...
09-06-2011 (20:54)
Polska reprezentacja futbolowa gra za moment z Francją. Myślę, że obejrzę trochę meczu, odrobinkę jedynie, bo jakoś nie czuję emocji. Będę się powtarzał twierdząc, że należy kolejne spotkanie traktować treningowo.
Dzień jakiś mało ciekawy, pracowity, ale bezbarwny. Może mecz wprowadzi trochę kolorów, a przede wszystkim jakiegoś waloru optymizmu.
W przypadku, kiedy znudzi mnie, może zasnę sobie słodko i wtedy też będzie jakiś pożytek ze spektaklu sportowego.
Docierają do uszu problemy z autostradą, z przetargiem i z chińskimi ekspertami. Fakt jest taki, że znowu ktoś popełnił błąd. Zawiodły procedury, ich niesprecyzowanie i stale zalecana niska cena. Ja nie wiem, czy w końcu ktoś zrobi coś w Polsce solidnie, bez krętactwa i politycznego podtekstu.
Może trener Smuda?
08-06-2011 (20:33)
Kiedy człowiekowi jest źle i zaczyna myśleć w czarnych barwach, to oznacza, że jest fatalnie z jego psychiką. Natomiast jeśli w stanie kompletnej rozpaczy robi wszystko, żeby podtrzymać pogodną psyche, to jest początek zbliżającego się sukcesu.
Hemingway miał rację, człowieka nie można pokonać
Wracając do dzisiejszości, rano w Zbrosławicach, pod mostem był wypadek. Wyglądało to mało ciekawie. Nie wiem jak do niego doszło, ale zaraz przypomniała mi się prośba wobec starostwa, żeby umieścić lustra w tym bardzo niebezpiecznym miejscu. Zła jest tam widoczność dla samochodów jadących od strony Ptakowic, jeśli od strony Zbrosławic jedzie jakiś głupol, a takim jest co drugi kierowca, może dochodzić do tragedii. Nie wiem, czy tym razem auta jechały z powyższych kierunków, prawda jest oczywista, że komuś się nie chce pomyśleć, a kiedy ktoś inny za niego robi, to staje się dziwolągiem i człowiekiem szurniętym, domagającym się cudów.
Usiłuję wierzyć, że i w tej materii człowieka się nie pokona...
07-06-2011 (15:43)
Praca ma sens, kiedy przynosi konkretne efekty i w tym momencie powtórzę swoje życiowe stwierdzenie, że nie koniecznie musi się to przekładać na finanse. Jako w miarę normalny, trochę leniwy, czasami bardziej, ale nie całkiem, wyrobnik toleruję zmuszanie mnie do wysiłku ponad standardowe obowiązki. Pod jednym tylko warunkiem – zmuszać się mogę sam. Oczywiście, ktoś może mi zasugerować konieczność zwiększenia obrotów, zrobić nawet zdecydowanie coś więcej niż sugestia, ale dawanie mi ostrogi jest sprawą wielce ryzykowną.
Widać, niektórzy z pewnych kręgów nie rozumieją tego i poprzez okrężne kontakty próbują mnie poganiać. Nie tędy droga! Sami się pogońcie, bo efektów dla społeczności nie widać!
Te refleksje powstały na marginesie normalności, w jakiej staram się współpracować z wieloma ludźmi. Niestety im większa niekompetencja i nieróbstwo, tym większe tendencje do zakładania chomąta innemu człowiekowi. Nie ze mną te numery...
To tyle, bo szkoda mi poświęcać czas na niepoważnych ludzi. Finalizuję pewien etap w życiu i cieszę się, że ma to za sobą. Już więcej o tym mysleć nie będę!
06-06-2011 (20:05)
Gdzieś wyczytałem dzisiaj, że Rosja nie odda Japonii Wysp Kurylski z powodu Renu. Zdziwiłem się okropnie, a nawet zaniepokoiłem, bo jeśli dwa kraje zaczną się bić o rzekę, która nigdy do nich nie należała, to rozpocznie się kolejna wojna światowa! Może nie militarna, ale ekonomiczna, a już z pewnością medialna. Nic z tego! Nie chodzi bowiem o Ren, ani o ren, co w łacinie znaczy- nerka, ale o ren, który jest pierwiastkiem chemicznym o liczbie atomowej 75.
Ren jest dosyć ciekawym metalem. Pod względem rozpowszechnienia na świecie przypada mu 79 miejsce, jest najrzadszym metalem, a także przy okazji najrzadszym pierwiastkiem stałym. W składzie skorupy ziemskiej jest tego pierwiastka zaledwie 0,0000001%. I ktoś mógłby się zastanawiać, o co ta kłótnia? Ren jest cenny, jego cechy fizyczne są niezastąpione w strategicznych gałęziach gospodarki. Żeby było śmieszniej produkowany jest w Polsce...
Już teraz wiem dlaczego nie walczymy o Kuryle!
05-06-2011 (20:33)
Po zimowym narzekaniu zaczęło się marudzenie wiosenne. Teraz nastały cierpienia spowodowane zbliżającym się latem. Jednego dnia stale słyszę:
- O Boże, ale upał!
Na drugi dzień:
- Co to za pogoda! Chwilę było ciepło, a teraz leje!
Za jakiś czas znowu inna śpiewka:
- Trochę było słońca, ale już się chmurzy. Coś ta pogoda pokręcona, niezdecydowana.
I tak bez końca, z różnych stron słychać utyskiwania. Stajemy się społeczeństwem zblazowanych maruderów.
Nie dziwię się trenerowi Smudzie, że się w końcu zdenerwował na stałe krytyki za coś i za nic, za wpadki i wzloty, za zmiany i za ich brak. Jestem tego zdania, żeby nie rozpieszczać sportowców, a zwłaszcza piłkarzy samego szczytu, bo nie są po to, żeby ich głaskać, ale żeby grali jak ludzie.
Dzisiaj zagrali... z Argentyną i wygrali 2:1... i jestem zadowolony!
04-06-2011 (05:56)
Humor mi raczej dopisuje, nie mam pojęcia skąd takie myśli. Coś musi siedzieć w podświadomości, że wypisuję o poranku takie bzdury:
Towar
Jesteś stworzony w celach handlowych,
Zapakowany w ładne pudełko,
Męczy cię tylko nieład cenowy
Rozchybotany przy giełdy zgiełku...
Można cię kupić i z zyskiem sprzedać,
Bardziej naiwny na tobie straci,
Po tej transakcji dorwie go bieda...
Nie wszystkim życie ma się opłacić!
Gdy z drugiej ręki na rynek trafiasz,
Ciut odświeżony dla niepoznaki,
Lub ze zmienioną metką, co sprawia
Że cię przeklina nabywca jakiś!
Czas niekorzystnie wpływa na towar,
Będąc zużytym jesteś balastem,
Więc cię na koniec wypchną bez słowa
Na wysypisko śmieci za miastem...
03-06-2011 (21:58)
Zacny Theodor Escherich albo przewraca się w grobie, albo śmieje się w kułak na tamtym świecie. Jego pupilka sieje zmieszanie w Europie. Dobrze, że ktoś się opamiętał i zaryzykował apelem, żeby przestać się leczyć nieumiarkowanie antybiotykami. Z drugiej strony jak się obronić przed zmutowaną bakterią? Sulfonamidami? Pewnie, ale te chemioterapeutyki błędnie stosowane też mogą nawyrabiać. Prawdopodobnie przypomnimy sobie o starych dobrych metodach leczenia i prymitywnej, ale skutecznej profilaktyce. Czas najwyższy pogodzić się z konkurentami Escherichia coli w jedzeniu, po których ze względów produkcyjnych, z chęci przedłużenia przydatności do spożycia pozostał tylko walor smakowy. Przypomnimy sobie o zacnym węglu i innych prostych specyfikach.
Podejrzewam jednak, że całość zamieszania zakończy się pomyślnie, więcej powiem! Widzę już większą roztropność w szafowaniu nieprzemyślanej strategi.
Siły decydujące przyuczyły się nieco po inwazji A/H1N1. Nie powinno być źle, byle tylko mniej nas straszyli, bo stres może otwierać bramy jelitowe dla mikroorganizmów.
02-06-2011 (22:15)
Kompletnie nie mam ochoty na pisanie. Nawet kilkanaście tych zdań do bloga wywołują reakcję alergiczną. Stałem się dzisiaj nadwrażliwy na klawiaturę komputera, każde uderzenie w klawisze jest trudnością wymagającą wysiłku.
W takich przypadkach najłatwiej strzelić wszystkim w diabły, zatopić się w błogostan lenistwa przed telewizorem.
Z pozoru jest to logiczne, ale prawda jest zupełnie inna. Pisze się pod wpływem kilku czynników fizycznych i psychicznych, które powinny zazębiać się, współgrać i motywować. Najlepiej podejść do sprawy jak do treningu sportowego. Określić sobie plan minimum, który wykonany nie daje pożądanego efektu, ale satysfakcję z przełamania niechęci i bezsilności. A to jest czasami ważniejsze od stworzenia życiowego utworu...
O, już mi się poprawiło samopoczucie. Zaczynam się cieszyć, że o świcie zaparzę sobie kawę, dokończę rozbabrane sprawy papierkowe, których termin oddania mija jutro. Tak niewiele trzeba, żeby złapać optymistyczny oddech, wystarczy wystukać parę zdań.
01-06-2011 (19:36)
Pogodą zmienną przywitał nas czerwiec. Trochę słońca i przeplatanka deszczu, ulewy i burzy. Jeśli ktoś siedzi pod dachem, może jedynie narzekać na aurę, ale kiedy w takim środowisku trzeba się poruszać i pracować sytuacja się komplikuje. Nie wystarczy parasol, przydaje się także dobry refleks, bo człowiek idąc zamyślony ulicą wnet myśli może pogubić po obfitym ochlapaniu wodą z kałuży.
Parasol trzeba jednak mieć bezwzględnie, z tą jedną uwagą, że raczej przy sobie. Ja natomiast już wczoraj wieczorem mokłem posiadając aż trzy parasole w bagażniku samochodu, który stał kilkaset metrów ode mnie. Pomyślałem wtedy, że powinienem ów prastary patent chroniący przed deszczem mieć pod ręką. Dlatego kiedy o poranku wyjeżdżałem do pracy, a ciężkie krople spadały na dach garażu, wyjąłem w końcu jeden długi parasol z bagażnika. Nawet nie przypuszczałem, że zaraz mi się przyda. Wyjechałem przed dom, a wtedy rozpętała się ulewa. Początkowo chciałem wyjść z auta i zamknąć drzwi, ale wtedy olśniło mnie jak Jasia Fasolę! Podjechałem blisko i przez otwarte okno zamknąłem garaż za pomocą parasola.
31-05-2011 (16:03)
Ostatni dzień maja, nie wiem, czy warto podsumowywać cokolwiek, bo żyło mi się różnie. Stwierdzenie powyższe oznaczać może wiele, ale dla mnie jedno, że pod względem finansowym kiepsko, co wprawiało mnie w stany ekstremalne. Nie posiadanie pieniędzy, jest sprawą mało przyjemną, ale zrozumiałą. Brak pracy, jest dopustem bożym, zbiegiem niekorzystnych okoliczności, a także efektem nieporadności życiowej. U mnie te zjawiska nie występowały. Miałem i mam wszystko za wyjątkiem zielonych cyferek na koncie.
Dzisiaj się odmieniło i całe szczęście! Jest ostatni dzień maja i liczę na to, że ostatni dzień stresów związanych finansami. Nie wolno mi dopuścić do sytuacji ekstremalnych, bo... nie i koniec!
30-05-2011 (19:59)
- Potrzebowałbym tekst taki raczej miłosny, może mniej erotyk.
- Dobrze, zrobię, ale nie zaraz, postaram się na wieczór.
- Nie śpiesz, przecież nie każę ci robić ekspresowo!
- Najpóźniej na jutro będzie - mówię na koniec rozmowy.
Na wszelki wypadek będę musiał zrobić dwa, bo jeden nigdy nie daje satysfakcji, trzeba mieć coś do porównania, jakieś tło, zakąskę... Pierwszy już czeka na korektę, oto jedna zwrotka:
Myślmy o sobie wiatru gwizdaniem,
Kiedy gałęzi smukłych muśnięciem
Drzewa wkraczając w baśniowy taniec
Gęste czupryny pieszczą zawzięcie
Takie sobie, ale z innymi zwrotkami ma jakiś sens... czy o sens tutaj chodzi?
29-05-2011 (20:52)
W tarnogórskich realiach dzieje się niemało. Można znaleźć coś ciekawego do duchowej konsumpcji.
W piątek byłem w muzeum na "Wieczorze pod renesansowym stropem". Tym razem głównym bohaterem był brat Krystiana Krzemińskiego wraz z ekipą naukowców i pracowników stacji polarnej na Spitsbergenie. Masa ciekawych zwierzeń, anegdot, a przede wszystkim wyjaśnień życia w takich ekstremalnych warunkach. Czegoś mi tu zabrakło, mianowicie na widowni nie było zbyt wielu przedstawicieli szkół, nauczycieli czegoś tam, co kiedyś było geografią, nie mówię już o uczniach, bo jedno i drugie ciało związane z edukacją jakoś powinno być pozytywnie skorelowane na takich imprezach. Właściwie tak się korelowało, bo nauczycieli praktycznie nie było. O! Reprezentacja Zbrosławic nie zawiodła, widziałem znajome panie nauczycielki.
W sobotę wieczór autorski Krzysztofa Tomanka, promocja jego tomu poezji. W tym przypadku nie zabrakło nikogo, niczego. Całkiem subiektywnie powiem, że było zbyt mało Tomanka, ale to nie była wina jego subtelności, ani dominacji prowadzącego red. Szczawińskiego. Nie była to niczyja wina, ale takie uwarunkowania.
O poezji Krzysztofa pisać nie będę, bo...
"Poezja to nie są kartofle zjadane w formie frytek. To cukierek dla lubiących słodycze, a plasterek wędliny dla smakoszy innego rodzaju." Chyba coś takiego powiedziałem do palących przed galerią.
Poza tym na poezji się nie znam...
28-05-2011 (14:41)
- Cześć! - głos w słuchawce znajomy, ja odwzajemniam pozdrowienie i słucham, w czym problem.
- Mówi ci coś nazwisko Pejsak?
- No, trudno żeby nie mówiło, a o co chodzi?
- Mają go zrobić honorowym obywatelem, a nikt nie wie kto to jest.
- Profesor w moim fachu – tłumaczę, dodaję kilka szczegółów.
To nie była pierwsza osoba, która zagadnęła mnie o tego tarnogórzanina. Byli nawet sceptycznie nastawieni, którzy twierdzili, że posiadanie tytułu wcale nie nobilituje do kandydowania na zasłużony tytuł zaklepany dla nielicznych.
Już wczoraj rozmowa była inna. Osoba z grona sceptycznych zmieniła zdanie po prędkim i powierzchownym jedynie zapoznaniu się z konkretnymi osiągnięciami profesora.
Zamieszaniu z honorem nikt winien nie jest. Zawód lekarza weterynarii kojarzy się najczęściej z gabinecikiem, gdzie lekarz próbuje uzdrowić chomika, gdzie składa złamane nogi psów potrąconych przez auto, gdzie szczepi i leczy małe zwierzęta. W zmysłach tuzinkowego obywatela widnieje jeszcze postać zajmująca się kulawym koniem i to wszystko. A to nie jest wszystko, to jest maleńki fragment zadań, obowiązków i jak niektórzy twierdzą górnolotnie – powołania lekarzy.
Kto się tym przejmuje, bo i po co, że jedząc smacznego, zdrowego kotleta pochłania się sporą cząstkę wiedzy weterynaryjnej, nie mówiąc już o tym, że niejednokrotnie można by żadnego mięska nie jeść. Jeśli powiem, że w obrębie sztuki weterynaryjnej leży także cena produktu, nikt mi nie uwierzy.
A wcale nie jest obojętne dla ekonomii, ile sztuk prosiąt urodzi maciora. W skali jednego zagrodnika są to setki złotych, a po przeliczeniu na cały kraj - miliony. Zagadnienie zdrowotności osobników na każdym etapie tuczu także ma namacalny, finansowy wymiar. Szybkość osiągnięcia wagi handlowej bez szkody dla zdrowia tucznika, walka o doskonałe wykorzystanie paszy z równoczesnym zachowaniem walorów smakowych pozyskanego surowca mięsnego.
Pewnie, że w tym momencie wielki jakiś znawca mógłby mi przerwać i głosić poglądy o niejako zdrowym odżywianiu, jakichś niezapomnianych smakach. Uwagi takie mają tę samą wartość, co moje dywagacje na temat walorów oleju silnikowego, napędu do rakiet i strategii obronnej Rosji. Jemy podobno niezdrowo, a średnia wieku rośnie.
Zarządzanie zdrowotnością zwierząt hodowlanych jest nauką obszerną. Profesor zajmuje się głownie trzodą chlewną, epizootiolpgią, co na potoczne tłumacząc – chorobami zakaźnymi. W tym miejscu ciśnie się uwaga, żeby odróżniać epizootiologię o epidemiologii, bo zwykle jest to równane nawet przez lekarzy weterynarii, a kiedyś słyszałem o epidemii stonki ziemniaczanej.
Na koniec chciałbym przytoczyć definicję nowoczesnego lekarza. Taki ktoś nie leczy strzykawką, a głową. Profesor Pejsak, jeśli używa strzykawki, to dlatego, że tak nakazuje głowa i to go odróżnia od wykonujących mechanicznie swój zawód.
27-05-2011 (16:11)
Krótko, bo nie mam czasu:
Pewien pan powiedział: - „Muszę
Bardzo szybko zrzucić brzuszek!”
Gdy po bardzo krótkim czasie,
Po miesiącu lub dwóch zda się,
Napotkałem tegoż pana.
Brzuch już zrzucił... nad kolana!
26-05-2011 (22:01)
Dzień Matki... wspomnień nie będzie, bo jestem w publicznej prezentacji uczuć raczej oszczędny. Jestem za to krytykowany, wiem. Są to moje sprawy duchowo prywatne, zbyt osobiste... opadłe cztery czerwone, małe płatki na płytę grobu...
Przedtem rada kultury... nie wiem, czy jest sens funkcjonowania czegoś takiego. To nie są słowa krytyki, to zastanowienie nad mecenatem samorządów w ogólności.
Przedtem jeszcze problemy w sprawach zawodowych. Nie wszystko rozbija się o pieniądze, rozpierzcha w próżni ich braku. Jakieś zawirowania w zarządzaniu na wyższych szczeblach? Sprawy poza krytyką, bo i tak nikt sobie z tego nie robi nic. Dziel i rządź? Na to trzeba być cesarzem!
Kontakty międzyludzkie zaczynają nabierać karykaturalnego wyglądu. Zdaje się, że w organizowaniu życia społecznego chodzi niektórym o spowodowanie chaosu. To nie jest krytyka, to są też fakty.
25-05-2011 (20:18)
Bywam w różnych miejscach, może nie aż tak często jak inni, ale zdarza się, że tu, czy tam wyskoczę. Wczoraj byłem w Żorach, a docelowo w Skoczowie. Potem bezpośrednio jechałem na tarninowe spotkanie do Tarnowskich Gór. Codziennie wizytuję jakiś obszar, nie powiem, żebym spotykał tylko ludzi przyjacielsko nastawionych, mijał się z nimi i wymieniał zdania. Nigdzie jednak nie towarzyszy mi tak rozbudowana osobista ochrona jak prezydentowi USA. Dlatego zastanawiam się, co on takiego przeskrobał, że się bliźnich boi?
A pisząc poważnie, może trochę poważniej, muszę stwierdzić, że coraz częściej rozmówcy a czasie spotkań dopytują się, dlaczego nie kontynuuję tematów baśniowych. Przyznać muszę, że sam nie wiem dlaczego? Nie mam zapotrzebowania, zabrakło mi fantazji? Zdziadziałem może?
24-05-2011 (22:52)
"Przez ile lat....?" Jeśli chodzi o Boba Dylana, to przez siedemdziesiąt. Dzisiaj jego urodziny...
Jeśli chodzi o mnie, to urodzin nie mam, ale czuję się zmęczony jakbym siedemdziesiąt kilometrów przeszedł.
Jeśli chodzi o dzień, to myślę, że udany...
Jeśli chodzi o jutro, to niestety jest zbyt blisko...
Jeśli chodzi ktoś, to gratuluję, bo ja będąc od czwartej na nogach, mam już dosyć wszystkiego.
23-05-2011 (20:49)
Nie taki diabeł straszny... nie taki poniedziałek fatalny, a przypuszczałem, że będzie niewesoło. Jest oczywiście jedna okoliczność fatalna, ale jako obywatel świadomy mam wiele zrozumienia...
Tylko dlaczego ktoś nie potrafi zrozumieć, że budżet państwa będzie wtedy dobry, kiedy obywatele będą mieli pieniądze. Mentalność feudalna przeważa jednak nad kapitalistyczną, trzeba zabrać, żeby mieć. Nie należę do aż takich tępaków, którzy psioczą na nietrafione inwestycje, na trwonienie publicznych pieniędzy. Wiem, że spoglądanie na zjawiska społeczne i finansowe zależy od umiejscowienia, od rangi, od stanowiska, a nawet od humoru i samopoczucia. Jednostka jest zawieszona w wielkim, przestrzennym układzie współrzędnych o sporej ilości osi, to jestem w stanie wyobrazić sobie i zrozumieć.
Trudne jest dla mnie zrozumienie, dlaczego znajduję się w centrum tego układu i dla wielu decydentów mam stale tę samą wartość 0 ?
22-05-2011 (06:33)
Wczoraj miał nastąpić koniec świata, całe szczęście do katastrofy nie doszło. Ciekawe co skłania różnego rodzaju proroków do straszenia naiwnych? Być może, a nawet zaryzykuję stwierdzenie, że z całą pewnością motywem jest chęć zdominowania sobie części, ułamka społeczeństwa. Fiasko proroctwa z pewnością tłumaczone jest później łaską boską i zlitowaniem się po modłach i oczywiście wniesieniu konkretnej ofiary, najlepiej w formie przelewu.
Oczekując w miłym towarzystwie na kolejne etapy zagłady prowadziliśmy twórcze rozmowy:
- Co teraz zrobią ci, którzy nabrali pożyczek, żeby przed końcem świata trochę sobie poużywać?
- Jak to co? Będą pożyczki spłacać i dla niektórych wtedy dopiero będzie faktyczny koniec świata.
22-05-2011 (06:33)
Wczoraj miał nastąpić koniec świata, całe szczęście do katastrofy nie doszło. Ciekawe co skłania różnego rodzaju proroków do straszenia naiwnych? Być może, a nawet zaryzykuję stwierdzenie, że z całą pewnością motywem jest chęć zdominowania sobie części, ułamka społeczeństwa. Fiasko proroctwa z pewnością tłumaczone jest później łaską boską i zlitowaniem się po modłach i oczywiście wniesieniu konkretnej ofiary, najlepiej w formie przelewu.
Oczekując w miłym towarzystwie na kolejne etapy zagłady prowadziliśmy twórcze rozmowy:
- Co teraz zrobią ci, którzy nabrali pożyczek, żeby przed końcem świata trochę sobie poużywać?
- Jak to co? Będą pożyczki spłacać i dla niektórych wtedy dopiero będzie faktyczny koniec świata.
21-05-2011 (23:14)
Sobota pracowita i nie tylko z powodu napisania tego tekstu:
Dobre rady
Wkraczając w sferę dojrzałą,
Pytał młodzieniec pewien
Mądrego o wiedzę całą,
A tamten odparł mu śpiewnie:
„Dziękuj, że na świat przyszedłeś
Teraz, nie w rzeź niewiniątek,
Więc żyj bogato, choć biednie,
Bo stwórca dał nam majątek.
Ziemia posiada zalety
Zwątpieniem siejąc i wiarą
Śmierć to konieczność niestety
Lecz spróbuj umrzeć na starość
Twórczo obrazuj co miłe
Pozorom nie daj się skusić
Dla śmierci się urodziłeś
Lecz umrzeć dla życia musisz...
... dobrze spędzony czas jest miarą zadowolenia.
20-05-2011 (21:56)
Dzień spotkań, dzień przemyśleń, dzień wniosków... teraz tylko Boga prosić o siły i wytrwałość.
Żeby tylko z tym proszeniem Boga nie przydarzyła mi się przygoda, jaka spotkała pewnego zapracowanego człowieka.
- Spraw o Panie, żebym tyle na głowie nie miał - prosił wieczorem niebiosa, a rano zbudził się łysy.
Refleksje przebiegają mi przez głowę różne, ale raczej pozytywne.
Wieczorem otwarcie wystawy pana Mieczysława Muławskiego. Prawie w rocznicę jego śmierci zobaczyć mogliśmy miasto, którego w pewnej części już nie zobaczymy w rzeczywistości. Wcale to nie oznacza, że Tarnowskie Góry umierają. Poddane są mniej, czy bardziej dynamicznemu procesowi przemian, ale łza się w oku kręci.
19-05-2011 (05:24)
Od pewnego czasu zastanawiam się jak rozgryźć ważny temat dotyczący istnienia człowieka, jego życia i przeobrażania. Nie nurtują mnie myśli filozoficzne, ale chęć rozszerzenia możliwości literackich.
Jakie cechy charakteru, osobowości można przypisać ludziom, którzy urodzili się w tym samym czasie? Czy w zaświatach ma jakieś znaczenie, że z tym samym biciem zegara nastąpił koniec bicia ich serca? Jeśli dzieci pochodzące z ciąży mnogiej nazywamy bliźniętami, trojaczkami i tak dalej, to jak nazwać tych, których Ziemia pochłania tego samego dnia?
Tematy trochę trupie i w tradycyjnych założeniach minorowe. Mam jednak zupełnie odwrotne zamiary, co zresztą robię już od jakiegoś czasu. Zerwanie z poczuciem nieszczęścia, z drugiej strony ucieczka od popadnięcia w religijność i zabobony, a do tego pełna uwaga, żeby nie popaść w tanią tandetę wyświechtanych motywów...
Przede wszystkim samemu tandety nie stworzyć, co jest największą trudnością.
18-05-2011 (19:36)
Wczoraj zmarła Ewa Szumańska, mogę ją śmiało nazwać Wielką Księżną Wrocławskiej Satyry, choć w innych dziedzinach też niejednego byłaby w stanie pokonać. Wielu samozwańczych satyryków powinno było się leczyć u Młodej Lekarki. Już raz w tym tygodniu mówiłem komuś, że człowiek potrafi wszystko przeżyć oprócz śmierci.
Tak mnie jakoś natchnęło, że zmajstrowałem krótki tekścik, którego dwie zwrotki umieszczam poniżej:
Zegarmistrz
Na pograniczu światowych istnień,
Idąc z postępem od zacofania,
Żyje staruszek, jest zegarmistrzem,
Któremu upływ czasu się kłania.
Naprawi każdy wiekowy zegar,
W którym sprężyna daje natchnienie.
Zmieni mechanizm, co błędnie biega,
Wskazówkom nada prawdy znaczenie...
Potem są jeszcze kolejne zwrotki, ale całość muszę jeszcze dopracować.
A dzisiaj "...już po wszystkiem!"
17-05-2011 (23:26)
Nie powiem, żebym kierował się w życiu zachciankami, pragnieniami wyśnionymi, ale są rzeczy, które preferuję. Mam swoją ulubioną markę wody mineralnej, a właściwie miałem ją, bo jej produkcja się kończy i nawet nie wiem z jakiego powodu. Udaje mi się czasem kupić pojedyncze butelki, a jeszcze niedawno mogłem mieć całe zgrzewki.
Dzisiaj w Tarnowskich Górach kupiłem ostatnią flaszkę w pewnym sklepie, a zaraz w drugim pobliskim wypatrzyłem wodę tej samej schodzącej firmy, ale jeszcze lepszą, bo żurawinową. Innych smakowych nie toleruję, ale ta zawsze umilała moje podniebienie. W całym szczęściu miałem jednak okropnego pecha, bo butelka nie mała etykietki i niestety musiałem zrezygnować. Całość zajścia nadaje się na osobną historyjkę ukazującą bezsens zglobalizowanego handlu. Nie wiem, czy jutro zrobić kolejne podejście, czy dać sobie spokój. Pewnie zrobię to drugie, ale aż mnie korci, żeby osiągnąć cel i wypić ostatnią prawdopodobnie wodę żutawinową w okolicy.
16-05-2011 (21:11)
Wczoraj został zatrzymany przez nowojorską policję Dominique Strauss-Kahn, prezes Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Niby co mnie to obchodzi, potraktować mogę wiadomość jak ciekawostkę, news w złym smaku. Został podejrzany o usiłowanie gwałtu na pokojówce w hotelu. Otoczony troskliwą opieką adwokatów wypiera się wszystkiego, prokuratura daje wiarę kobiecie i na razie nikt z tego mądry nie jest.
Nie chcę w tym miejscu moralizować, oburzać się na dzikość osób z najwyższej, światowej półki ekonomii i polityki. Są ludźmi i mają swoje słabostki, grzechy i całkiem ciemne, mało chlubne strony. Zastanawia mnie jednak, jak to jest, że w komentarzach przeplatają się opinie o możliwości negatywnego odbicia się tego zajścia na walce z kryzysem w strefie euro.
To jak na miły Bóg jest z tą demokracją? Jeśli morale prezesa ma bezpośredni wpływ na sytuację poważnej instytucji światowej, to dlaczego nie wybierają ludzi o silnych nerwach, zrównoważonych? Nikt mi nie powie, że nadpobudliwość płciowa idzie równolegle ze zręcznością finansową i gospodarczymi umiejętnościami. Gdyby jednak tak było, to jaką możemy mieć opinię o jurności polityków, którym gospodarka wychodzi, jak wychodzi, czyli nie wychodzi.
Tu przypominam sobie podziemny plakacik z czasów stanu wojennego. Generał w majtkach, a napis: Wojtuś, co ci z tych reform wychodzi?
15-05-2011 (20:52)
Miałem na dzisiaj fajny plan działania i Bóg mi świadkiem, że gdyby nie przeurocza pogoda, zrobiłbym wszystko z pewnością. Bóg może mi świadczyć, bo jest niedziela, Dzień Pański i wcale nie jest zrozumiałe, dlaczego Wszechmogący nas pokarał chłodem. Jedyną przyczyną takiego zjawiska atmosferycznego może być zimna Zośka, ona zawsze coś poknoci z temperaturą.
Wracając do planu dzisiejszych zajęć, przyznać powinienem, że zaczęło się całkiem dobrze od wypadu do Parku Wodnego o poranku. Basen był pusty... nie, co ja piszę! Woda była, ale ludzi raczej mało, dlatego zrobiłem sobie mały sprawdzian z formy. Nie jest źle, teraz może trochę gorzej, bo ręce mnie już bolą, a co będzie jutro? Zobaczymy, myślę, że jakoś się rozruszam. Jeśli trochę więcej poćwiczę, to jest duże prawdopodobieństwo, że w połowie lipca pobiję swój rekord życiowy. Za niedługo moje pływanie stanie się jak mitycznie propagandowe wyczyny Mao Tse-tunga na rzece Jangcy.
Po basenie ogarnął mnie wszechobecny leń. Niewykluczone, że spowodowany intensywnym wysiłkiem, pogodą do kitu także, ale tłumaczenia na nic się zdają. Powinienem był napisać tekst do programu, a nic z tego nie wyszło, dzień się kończy i jest po planach!
Czy zawsze muszę wszystko robić na czas?
14-05-2011 (18:07)
Z czym się kojarzy sobotnio niedzielny wypoczynek? W maju kojarzyć się może z wieloma atrakcjami, niektórzy nawet kojarzyć się zamierzają, bo wiosna budzi siły witalne.
Jest spora armia ludzi, którzy weekendowy czas zamierzają spędzić na różnego rodzaju konsumpcji. Już o poranku, będąc na zakupach widziałem jak się do tego przygotowywali. Tony kiełbasy w koszykach, boczku, hektolitry piwa, a na samym szczycie - wór z węglem drzewnym. Wiem z czym się to kojarzy. Smacznego!
Inni też planują konsumpcję, ale innego rodzaju... Nie myślę przecież o czymś zdrożnym, czyli o wspomnianym wyżej kojarzeniu się, ale o zaspokojeniu potrzeb duchowych, intelektualnych, ale nie tylko. Niektórzy planowali wyjść na zawody sportowe, głownie na mecz piłki nożnej. Niestety w wielu przypadkach będą sobie śledzić rozgrywki w domach przed telewizorami...
Nie jestem zwolennikiem zamykania stadionów, ale jeśli jest to pomoc doraźna, to niech tak będzie przez chwilę. Nie uważam, żeby rząd musiał się zajmować tym problemem, bo w ogóle rząd nie jest od problemów, ale od rządzenia, a co to oznacza niewielu chyba wie. Jeśli jest jednak sytuacja napięta, niech władze centralne coś robią. Co? Powiedzmy, że ludziki mojego pokroju nie muszą szukać wyjścia, bo ani się do sejmu, senatu, rządu nie pchamy, ani na stadionach też nie biegamy. Osobiście interesują mnie rozgrywki i wyniki, ale nie kojarzę sobie w moim atrakcyjnym żywocie sytuacji, jak obecnie, kiedy szybciej niż wynik końcowy docierałyby do mnie ilości pobitych, straty materialne na stadionie i trasach przemarszu grup zorganizowanych.
Szukanie wyjścia z sytuacji nie pokazuje, że ktoś ma wizję, realny plan o zabarwieniu chociaż sensowności. Groteskowo prezentują się wypowiedzi na temat konieczności wprowadzenia odpowiednich ustaw. Dotychczasowe "paragrafowanie z ustępowaniem" ma się nijak do konieczności spojrzenia prawdzie w oczy o schamieniu i degradacji zasad międzyludzkich. Nam jest potrzebne normalizowanie wychowania, a nie normowanie jego. Nie wspomnę, że niektórzy twórcy ustaw i uchwał sami powinni przejść resocjalizację. Najwyższą władzą jest wola narodu, a jak pokazuje codzienność - bardziej wola kibola i to takiego w różnej szacie.
Całe zjawisko wygląda z dystansu niczym jedno wielkie kojarzenie, co w języku wulgarnym oddaje bardziej sens istoty.
13-05-2011 (19:01)
Data nie wymaga komentarza. Powinno być pechowo i koniec, jeśli ktoś w to wierzy, jeśli usilnie tego pragnie, to z pewnością coś go spotka. Wprawdzie dzień się nie skończył, nawet dla niektórych, oj, dla większości ludzi jest dopiero pełnia swobodnego życia bez pracy, ale co może się zdarzyć nadzwyczajnego?
W tym momencie pukam w niemalowane drzewno, bo... bo jestem głupi i zdominowany przez przesądy, wierzenia i zabobony. Nie jakiś wielki jest to feler, ale bzdurna ułomność, odruch warunkowy spowodowany marginalnymi naleciałościami wpojonymi przez środowisko i ubzduranymi sobie prywatnie.
Człowiek widocznie już taki jest, że uwielbia udręczenie. Nie spotkałem się ze zjawiskiem dnia szczęścia, okazji kiedy zamiast dobijać się naciąganym pesymizmem, szukałoby się wszelkich symptomów radości. Nawet święta o zabarwieniu wesołym i optymistyczny zwykle staramy się pompatycznością sprowadzić na manowce ponurości.
Dzisiaj niechcący rzekło mi się, że chcę nieść apostolstwo radości. Zabrzmiało z lekka religijnie, co w moim wykonaniu trącić może dwuznacznie. Czy mam powiedzieć, że dobry humor i szczęści jest naszym zbiorowym obowiązkiem? Zabrzmiało jeszcze bardziej ambiwalentnie, co więc mam robić?
Nic, śmiać się i gwizdać na cały pech!
12-05-2011 (19:01)
Można powiedzieć, że dzień udany, nawet bardzo udany. Brzmi to ironicznie, jeśli prześledzi się całokształt perturbacji z jakimi mam do czynienia. Cieszę się, że do końca potrafiłem utrzymać nerwy na wodzy i nie zrobić czegoś, czego mógłby ktoś żałować. Za młodu nauczono mnie, żeby głupiemu dać spokój i wtedy sam się wykończy.
Idiotów jest naprawdę sporo w otoczeniu, ja także za takowego uchodzę z pewnością w niektórych kręgach. Nawet mnie to satysfakcjonuje i cieszy. Jestem jednak w dobrej sytuacji, bo mam jednak do kogo rozsądnego się odezwać, mam z kim realizować plany, planiki, planiątka malutkie. Moi przeciwnicy jedyne co realizują, to własną głupotę patrząc przy tym do krzywego zwierciadła. Nienawiść jest złym drogowskazem prowadzącym do jednego celu, do samounicestwienia.
No i tyle o emocjach.
Do pozytywnej strony medalu dzisiejszego słońca, mogę zaliczyć skompletowanie tekstów do zbioru... nie napiszę zbioru czego, bo nazwać tej „fujczości” nie potrafię. Już wielkim jest moim sukcesem, że się nie krepuję publicznie prezentować. Nazywam moje wyroby poezjopodobne tekstami i tak jest bezpiecznie. Cudownie jest, że ktoś dorabia do tego melodie, że śpiewa, a reszta się nie liczy i ja się z resztą nie liczę też.
11-05-2011 (20:53)
Kiedy dotarła do mnie wiadomość, że premier do swojej świty dokooptował pełnomocnika ds. osób wykluczonych, zacząłem się zastanawiać, co kryje się za tym stanowiskiem. Może raczej powinienem dowiedzieć się, co odkrywa się za powyższym terminem, bo przecież minister taki, niejako z założenia powinien otworzyć serce dla jakichś ludzi odsuniętych, a może nawet tych z marginesu. Co jednak minister może dać, skoro jest bez teki, czyli na chłopski rozum z pustymi rękami? Zapewne będzie dawał dobre rady jak się wkluczyć, a może ma stawać w ich obronie?
Czy w związku z tym mogę przypuszczać, że pełnomocnik (o zgrozo!) będzie opiekował się wykluczonymi kibolami, czyli objętych zakazem stadionowym? Chyba aż tak źle nie będzie, przypuszczam, że jego działanie będzie raczej dotyczyć problemów bardziej poważnych, czyli przykładowo wykluczeniem samorządów z możliwości kredytowych. Nie daj Bóg, żeby wszystko poszło w sfery wyższej polityki! Ciarki mi po plecach przeszły, bo skojarzyłem sobie, że pan minister powołany został, żeby podać rękę politykom wykluczonym z życia publicznego. Tak po starej znajomości tym wypędzonym po aferze hazardowej, albo ku ubarwieniu i folkloryzacji sceny politycznej, byłym wicepremierom.
Takie rozważania i domysły można snuć w nieskończoność, ale niestety brakuje mi czasu, niewykluczone, że za moment pojadę do pracy...no, masz! Że też nikt nie wpadł na taki pomysł! Warto równolegle do pełnomocnika ds. osób wykluczonych, powołać pełnomocnika do spraw niewykluczonych. Jakby co, to byłem pierwszy.
10-05-2011 (23:28)
Wtorek zwykle bywa zwariowany, ale żeby aż tak!? W kilku miejscach musiałem być dwa razy, parę spraw załatwić telefonicznie się udało, a wszystko pilne i jeszcze pilniejsze.
W Radzionkowie szanowne jury przyznało nagrody, byliśmy zgodni co do kilku tekstów, dlatego poszło gładko i bez większych dyskusji i tłumaczeń z podjętych decyzji.
Tarninowe spotkanie udane, piosenki w większości są przetrenowane, pojawia się problem nadprodukcji, ale z tym damy sobie radę. Program się układa, co by się nie miał układać po tych kilku latach istnienia grupy.
Idę spać, bo jutro o świcie muszę wyskoczyć z łóżka i przed pracą zakończyć pisanie rozdziału, a także sklecić komiks.
Chciałem zrobić szersze podsumowanie dnia, ale tylko szeroko ziewam i zaraz połknę komputer.
09-05-2011 (21:10)
W mediach trąbią o tym, nie wiem, czy we wszystkich, ale przynajmniej będących w mojej dyspozycji. Dzisiaj mija 45 rocznica pojawienia się na srebrnym ekranie serialu „Czterej pancerni i pies”. Różnie się to zjawisko opiniuje. Z pewnością nie ma zbyt wielkiej wartości historycznej, dokumentalnej, niektórzy wytykają zbytnią propagandę komunistyczną, indoktrynację zaadresowaną do dzieci. Jasne, że tak było, wymyślone argumenty przeciwne zabrzmieć mogą naiwnie i groteskowo. Zastanawiające jest jednak, że chociaż wszyscy serial oglądali, jakoś diametralnie się nie zwichnęli. Nie wiem, czy przedstawiana obecnie przemoc na ekranach nie dokonuje większych spustoszeń w młodocianym mózgowiu.
08-05-2011 (21:12)
Jak sobie pomyślę, że jutro...
... to mnie szlag trafia i giną wszelkie marzenia. Za szybko zakończyła się niedziela. Po prostu nie chce mi się pracować i już. Może źle powiedziałem, do pracy mam sporo energii, ale nie znajduję w sobie zbyt wiele motywacji, żeby wykonywać niektóre czynności służbowe. Czasem można sobie ponarzekać, buntować się wewnętrznie, a nawet myśli mieć wichrzycielskie, a nawet pomarzyć sobie, że będzie lepiej.
O marzeniach, to nawet napisało mi się. Przytaczam pierwszą zwrotkę:
Jak umierają marzenia?
Ten problem duszę mą wierci.
Czy cieszą się z przebaczenia,
Czy w piekle męczą po śmierci?
...tak, tak! Przytaczam, bo całość jest zbyt ciężka do przeniesienia.
07-05-2011 (20:55)
Niespodziewany telefon...mało nie polałem się herbatą z rana.
- Jasiu, możesz przyjechać, bo...- w tym miejscu tłumaczenie dlaczego dobrze byłoby, gdybym zjawił się w pracy. - Co masz czas?
Miałem czas na pracę, ale inne czynności zostały w tyle... nie, co piszę za głupoty! Pozostały w dalszym ciągu przed mną. Nikt ich efektu nie wyczaruje.
Nie powiem, żebym nie lubił błogostanu po ciężkiej pracy, zmęczenia połączonego z zadowoleniem, że przede wszystkim jest fajrant. Teraz wieczorem trochę dobrej muzyki, herbata o odpowiednim smaku i optymalnej temperaturze. Musi delikatnie parzyć podniebienie, gorzka i mocna, ale nie aż do tego stopnia, żeby język robił się kołkowaty i jakby na wpół sparaliżowany. Takich herbat już nie piję, kiedyś i owszem...
W tym miejscu przypomniał mi się epizod z mojego bujnego życia, a nawet kilka takich związanych z herbatą. Muszę kończyć, żeby zapisać to w innym miejscu, raczej innym dokumencie... Przecież czas najwyższy pomyśleć o kolejnym rozdziale...
06-05-2011 (22:44)
Zdecydowanie w lepszym nastroju niż wczoraj. Gdyby tak jeszcze coś się pokazało na koncie bankowym, byłbym zdecydowanie szczęśliwszy. Nie tak dawno kpiłem sobie z braku pieniędzy, a teraz czekam...
W trakcie czekania coś robię, coś wytwarzam, bo chociaż czekanie jest w sensie gramatycznym czynnością, w aspekcie fizycznym ograniczoną ilością przemian biochemicznych jedynie.
Skończyłem dwie koncepcje, które mnie wczoraj nękały, nawet skleciłem początek jednej szopki. Pracowity jestem jak diabli, poświęciłem cały wieczór. Chwila oczekiwania na chęci do pracy opłacała się.
Chciałem na blogu napisać coś o kibicach, bo temat jest na czasie, do tego kilka uszczypliwości o wszechwładnych, rozpieszczanych piłkarzach i cudownych do bólu koncepcjach władzy, ale nie będę sobie ciśnienia podnosił przed spaniem. Poczekam do jutra.
05-05-2011 (22:03)
Powinienem być zadowolony, bo wszystkie zaplanowane na dzisiaj sprawy mam załatwione. Daleko mi jednak do szczęścia, miałem jeszcze marzenia do napisania, a te niestety szlag trafił. Prawdę mówiąc, wolałbym zaniedbać jeden z kroków obowiązkowych, a zrealizować coś nadzwyczajnego. Widocznie wyżej d... nie podskoczę i już! Przynajmniej nie dzisiaj. Mierzi mnie przede wszystkim, że pozaczynałem kilka ciekawych myśli, a kiedy przyszło do faktycznej realizacji, pozostawały jedynie strzępy, luźnie zapiski, które po kilku godzinach straciły barwę, sens i ducha, a ten miał słowom przewodzić. Dlatego dałem sobie spokój z bazgrołami, niech poleżą, skruszeją, a ja trochę nabiorę dystansu. Z drugiej strony zerkając, może to i dobrze. Mam pisać na siłę teksty bez wyrazu? Komu to jest potrzebne?
Wczoraj listonosz przyniósł grubszą kopertę z konkursowymi tekstami do oceny. Nawet zabrałem się do roboty i gdyby nie dzisiejszy marazm i niezdecydowanie, miałbym już kolejną pracę skończoną. Udało mi się doprowadzić na pierwszy rzut oka do szybkiego podziału na dwie grupy. Nie oznacza to, że podzieliłem prace na faworyzowane i przegrane. Pierwsze to takie, które będzie się dobrze czytało, a drugie – trochę gorzej. Powinienem dokonać jeszcze selekcji bazując na założeniach regulaminu. Niektórym ludziom ręka zbyt lekko biegała po klawiaturze. Nie wiem, co z tym fantem zrobić, bo długość tekstu była ściśle określona. Osobiście czepiać się nie będę, ale co powie reszta jurorów?
04-05-2011 (22:19)
Po świętach, dniach wolnych i jeszcze wolniejszych zrobiło się trochę zamieszania. Jedni nie widzą co mają robić, tak na niby oczywiście, bo robiąc z siebie głupiego liczą na pobłażliwe traktowanie. Inni chcą nadgonić czas, zmusić go do zawrócenia biegu chociaż na moment, a tego się niestety nie da.
Sumując efekty, odejmując nerwowe atmosfery, mnożąc plany i dzieląc odpowiedzialność mój rachunek sumienia wychodzi na 0. Niby nie ma straty, ale zysku też niespecjalnie, więc nie ma się z czego cieszyć. Poza tym nie widać optymizmu stwierdzeniu, że się jest wyzerowanym. Pociecha jedynie taka, że liczba ta jest w centrum układu współrzędnych, lecz czy jest to wygodna pozycja? Nie wiem, nie myślę już dzisiaj zbyt wiele, liczyć też nie mam na co, jedynie na smaczny sen. Jak znam życie, będę miał krótki wypoczynek, normalne rzecz. Wszystko dobre szybko się kończy.
03-05-2011 (17:15)
Wiadomo wszystkim, a przynajmniej powinno być wiadomym obywatelom Polski, jakie dzisiaj mamy święto. Zajrzałem z ciekawości do internetu i okazuje się, że okazji jest zdecydowanie więcej. Oczywiście jest przecież katolickie święto Maryi Królowej Polski, to także jest wiadomym faktem. Czytam ze zdziwieniem, że w Japonii też mają Święto Konstytucji! Fajnie, rozumiem teraz, że jest przyczynek do zrobienia z kraju, "...gdzie kruszynę chleba..." zrobić kraj, gdzie ziarenko ryżu podnoszą z ziemi przez uszanowanie...
Dzisiaj jednak nie kruszynę chleba, nie ziarenko ryżu, ale można płatki śniegu podnosić, a nawet jeszcze więcej, bo całe kule śniegowe. Spadł zimny łupież, podobno na Dolnym Śląsku jest nieciekawie zimowo, tak przynajmniej opisują w internetowych mediach. Śnieg stał się ciekawszym newsem niż obchody Święta Narodowego. Ja osobiście z ziemi podnosiłem inny obiekt niż opisane i kruszyną nie był.
Zachciało się mi soku pomidorowego, czerwonego jak spód naszej flagi. Nie był to kaprys podstarzałego dzieciaka, nie jednorazowa fanaberia, bo lubię tę płynną treść z soczystego miąższu tomaty. Kiedy wracałem ze sklepu, wpadła mi w oko znajoma postać zbrosławickiego pijaczka leżącego w błocie na przystanku autobusowym. Dałem po hamulcach i zjechałem na pobliskie miejsce do parkowania. Już taki jestem dewiant, że nie lubię, kiedy poniewiera się człowiek, nawet taki, który sam tę poniewierkę szykuje sobie.
- Ej, żyjesz? - cisza ze strony odpoczywającego. Sprawdzam tętno i... słyszę:
- Ostowcie go, łon tak zawsze - to inny lokalny pijaczek.
- Wiem o tym, ale nie może leżeć na ziemi!
- Nic mu niy bydzie! Prześpi się i pójdzie dalyj!
- Nie pieprz głupot, musimy go podnieś, bo jest wychłodzony, przecież to może się każdemu zdarzyć, że upadnie, mnie, czy tobie. Jest pijakiem, ale człowiekiem. Podnoś go.
Kategoryczny rozkaz poskutkował. Pijaczek wyjął zza pazuchy jabcoka, żeby mu się nie wysmyknął podczas podnoszenia i wspólnie ulokowaliśmy zawartość alkoholu w człowieku na ławce. Otwarł oczy, żył. Istne zombi. Zauważyłem obok niego brudny aplikator doustny.
- A to czyje, jego? - spytałem pijaczka, który mi pomagał. - On ma astmę?
- Ja - potwierdził tamten i poszedł dalej, żeby skonsumować swoją dawkę jabcoka.
Pojechałem do domu, zombi coś mamrotało za mną, słowa zmieszane z wyziewami układały się w balladę o ludzkiej rzeczywistości.
Kiedy przeglądałem spis dzisiejszych świąt zrozumiałem dlaczego tak się zaprawił. Dzisiaj mamy Międzynarodowy Dzień Astmy i Alergii.
02-05-2011 (17:21)
Dzisiaj mamy Dzień Flagi Rzeczpospolitej Polskiej. Takie święto - nie święto, jakby na otarcie łez do zwisającego materiału, jakby danie pretekstu do przedłużenia wolnego, jakby wypełnienie ideologią jednego dnia między dwoma świętami.
Słowa moje zabrzmiały ździebko ironicznie, wcale nie miałem intencji wyśmiewać, ale jedna sprawa zastanowić może. Artykuł 28 Konstytucji RP brzmi następująco:
1.Godłem Rzeczypospolitej Polskiej jest wizerunek orła białego w koronie w czerwonym polu.
2.Barwami Rzeczypospolitej Polskiej są kolory biały i czerwony.
3.Hymnem Rzeczypospolitej Polskiej jest Mazurek Dąbrowskiego.
4.Godło, barwy i hymn Rzeczypospolitej Polskiej podlegają ochronie prawnej.
5.Szczegóły dotyczące godła, barw i hymnu określa ustawa.
Mogli nasi posłowie pomyśleć i zrobić coś obszerniejszego w złożeniach. Przykładowo Dzień Symboli Państwowych RP, a tak cóż, flagi sobie wiszą dzisiaj i nie wiadomo czy jeszcze z powodu wczorajszej beatyfikacji, Święta Pracy, światowej radości, że zabili szefa Al-Kaidy.
01-05-2011 (10:12)
Chcieliśmy maj przywitać ciepło, ale on okazał się chłodny. Pogoda kiepska, dlatego należy wszystko robić, żeby w podobnym nastroju nie spędzić kilku wolnych dni.
Już wczoraj „wisiało coś” w powietrzu, zaczęło trochę kapać i niestety rozpoczęła się realizacja prognoz meteorologicznych. Dzisiaj jest od rana nieszczególnie... słabo powiedziane... bardziej chciałoby się siedzieć w zacisznym pomieszczeniu. A jest z kim i przy czym. Wysmyknęliśmy się na chwil kilka do Żor na małe spotkanie rodzinne z okazji... ja wiem jakiej? Z okazji chęci spotkania się, porozmawiania i konsumpcji nie tylko piwa.
No właśnie, zaraz mi do głowy przychodzi wczorajszy obrazek z pewnego hipermarketu.
Przy kasie płaciliśmy za... przyznam się bez bicia, za piwa przede wszystkim. Wtedy zobaczyłem, że dwóch osobników szarpie się wśród przechodzących klientów i zaraz dojść mogło do bójki na pięści. Kasjerki patrzyły na to i nic.
- Może pani jakoś zareagować? - zapytałem pracownicę, ale szykowałem myśli co z tym fantem zrobić.
- A jak mam niby zareagować? – pytanie przez nią rzucone wydawało mi się co najmniej głupawe.
- Chyba pani ma jakiś alarm, żeby wezwać ochronę!
- To właśnie jest ochrona, proszę pana.
Pracownik ochrony w cywilnym ubraniu skutecznie zatrzymywał złodzieja, ale skąd ja miałem o tym wiedzieć? Niechcący wdałbym się w szarpaninę i jeszcze pomógł przestępcy.
30-04-2011 (04:43)
Jak ten czas leci! Niedawno przecież to było, kiedy w ramach primaaprilisowych dokonań pobierałem nocą świńskie organy wewnętrzne do przeszczepów. Byli nawet tacy, którzy uwierzyli. Dzięki im za to, że pomimo świadomości jakim jestem świrem, jeszcze wierzą we mnie. Wiara czyni cuda nawet, nawet z takim zjawiskiem jak moja osoba. Przeszczepy narządów wieprzowych oczywiście robię, teraz zdecydowanie rzadziej. Przede wszystkim podczas obiadów, kiedy transplantuję do przewodu pokarmowego kawałki odpowiednio spreparowanych mięśni.
Kończy się kwiecień, ale na pociechę muszę dodać, iż zaczyna maj. Prognozować nie mam zamiaru. Jaki będzie, taki będzie. Mam tu na myśli jakość pogody, samopoczucia, satysfakcji i takie inne bajery. Z własnych długoletnich obserwacji wiem, że styczeń miewam smętny, luty kiepski, marzec bywa nieobliczalny, kwiecień spokojniejszy, a maj raczej dobry. Dlatego przypuszczam, iż tym razem będzie podobnie. Nie chcę zapeszać, choć przesądny zbytnio nie jestem, ale tego sobie życzę i innym także.
29-04-2011 (20:47)
Trudno o tym nie wspomnieć... W Londynie wielki ślub młodej pary, ogromne wesele dla królewskiej rodziny i gości, olbrzymie widowisko dla plebsu. Drugi w kolejce następca brytyjskiego tronu książę William wziął dziś za żonę Kate Middleton. Uroczystość jakby nie z tej epoki, nie miałem czasu, żeby oglądać, a gdybym czas miał, też pewnie nie ślęczałbym przed telewizorem.
W Wałbrzychu może być nieciekawie. Została unieważniona druga tura wyborów na prezydenta miasta, a jednym z okręgów także wybory do rady. Dużo było o tym gadania, różne prognozy, a wyrok chociaż prawomocny nie jest, już powinien otworzyć oczy lubiącym podobne praktyki w innych miejscach kraju, w tym i w naszym pobliżu.
Dwa wydarzenia rodzą pytania, czy mamy do czynienia z rozkwitem monarchii, czy z upodleniem demokracji? Ani z jednym, ani z drugim, ale lepiej się jednak ogląda ślub.
28-04-2011 (18:59)
Wieczór jakich wiele, w tle muzyczka. Przygrywa mi dzisiaj Geoffrey Gurrumul Yunupingu. Fajnie się słucha. Robię remanenty w poplątaniu zapisków, myśli niedokończonych, zagrzebanych w starych dokumentach. Nawet udaje mi się dokończyć bzdurkę, której za diabła kiedyś nie byłem w stanie. Nawet nie wiem dlaczego, bo myśl jest prosta. Początek jest taki:
Byłem birbantem, lekkoduchem,
W kloace grzechu tkwiłem po pas.
Cóż da, że chcę wyrazić skruchę?
Panie, wiem była to głupota...
Wszystko skończone już, a zatem,
Czas nadszedł, aby wyznać winy
Przed twym potężnym majestatem.
Spójrz panie, drżą moje kończyny!
... ale zakończenie trochę zaskakujące. Trochę... a muzykę da się słuchać. Geoffreya oczywiście, może to on mi pozwala lżej myśleć?
27-04-2011 (22:32)
Planowanie długiego weekendu należy zacząć od sprawdzenia konta. Jeśli ma się odpowiednie środki, to sprawa się komplikuje, bo zaczynają człowiekiem szarpać rozterki. Możliwości jest sporo, a nie na wszystko każdego stać, więc najczęściej po dłuższej albo krótszej konsultacji w gronie rodzinnym, po nieprzespanej nocy, w pełni rozkwitu stresu dochodzi się do wniosku, że najlepiej zostać w domu i jakoś przemęczyć kolejnych kilka wolnych dni.
Jeśli się tych środków nie ma, to sprawa jest mniej skomplikowana. W domu pozostaje się bez trosk, bo nawet na nie delikwenta nie stać. Za pożyczone pieniądze nabywa się jakiś trunek i w spokoju czeka się do środy na lepsze dni. One muszą przyjść, takie są prawa natury, a z nią nikt jeszcze nie zwyciężył...
...ale głupoty piszę! Aż w gardle gryzie ten pieprz.
26-04-2011 (17:25)
Dzisiaj mija ćwierć wieku od katastrofy w Czarnobylu. Gdyby wtedy mówiło się tyle o problemie, gdyby wyjaśniono wszystko, to z pewnością wielu ludzi byłoby zdrowszych, narosłoby mniej mitów. Awaria nie jest zjawiskiem normalnym, ale prawdopodobnym i każda inwestycja o wysokim stopniu zagrożenia powinna mieć pełny plan likwidacji skutków i działań pobocznych. Łącznie z propagandą.
A co się wtedy działo? Ludzie wtedy żyjący w świadomości w pełni odpowiedzialnej za siebie i rodzinę pamiętają dziwny strach. Rodził się on pod wpływem oficjalnych doniesień, tych z drugiego obiegu i mitów wyolbrzymionych niewiedzą. Faktem jest, że niektóre zjawiska bardziej znane są nam z filmów fabularnych niż z ław szkolnych.
Jest w tym sporo prawdy, że uciekamy przed wiedzą realną do fantastyki. Dzieje się tak w różnych dziedzinach, nie tylko w fizyce jądrowej, promieniotwórczości. Wiedza o zagrożeniu mikroorganizmami, chociaż stoi na wysokim poziomie, jest niestety traktowana poważnie jedynie przez fachowców z górnej półki. Mając spore możliwości świadomego życia, wybieramy szamanizm, znachorstwo i wszelakie udziwnienia.
Energia jądrowa była, jest i będzie. Trzeba jedynie umiejętnie ją wykorzystywać, panować nad ludzkimi narzędziami. Głupek nawet młotkiem zrobi sobie krzywdę, rozbije sobie głowę jadąc na hulajnodze i zje kawałek mydła. Nie trzeba mu dać reaktora do dyspozycji.
25-04-2011 (20:19)
Kończą się święta, rzadko się to zdarza, że mogę z czystym sercem stwierdzić pełnię satysfakcji z wolnego czasu. Jestem wypoczęty, z jedzeniem nie przesadziłem, nudą się nie skalałem. Napisałem kilka tekstów, za które jutro dostanę po głowie. Dzisiaj skleciłem dwa, bo po spacerze w repeckim parku zamroczył mi się umysł, przypływ tlenu poruszył synapsy. Cytuję zwrotkę jednego z nich:
W orkiestrze jedna wiolonczela,
Może ciut pulchna, lecz niebrzydka,
Zaczęła się z altówką spierać,
Że miłość wzbudzi w pięknych skrzypcach.
A w parku o świcie spotkałem czarownicę, która nad Dramą zbierała jakieś zioła... może krople rosy? Przecież dzisiaj był śmigus, duchowe święto utopców. W tej materii też mi się w głowie pomieszało. Muszę skończyć drugą część utopców z Dramy. Muszę!
24-04-2011 (21:22)
Złożyłem życzenia świąteczne wielu znajomym, spędziłem spokojnie pierwszy dzień świąt tak, jak wszyscy mi tego życzyli. Nie wiem, czy nie grzeszę pisząc jakieś głupstwa. Może powinienem przestać wytężać umysł?
Takie mnie szarpią myśli po krótkim spacerze w centrum Tarnowskich Gór. Pod laubami stał... wiadomo kto, grał i zarabiał pieniądze. Dlatego skojarzyłem sobie takie słowa piosenki:
Świąteczny grajek
Święta - duchowy relaks dla duszy,
Trzeba zachować się po bożemu
I do kościoła ciało swe ruszyć,
A nie chce ruszać się niejednemu.
Nikomu praca nie przyjdzie na myśl,
Wszystkie są w mieście sklepy zamknięte,
Jedynie grajek zdesperowany,
Żebrząc narusza zasady święte.
Choć nie wiadomo, czy jest to praca?
Czy taki pieniądz nie jest szatański?
Graniem pod murem któż się wzbogaca?
Ale niedziela toż to dzień pański!
Rzekły dewotki pełne natchnienia:
Wstydź się i zmień się, bo grzeszysz srodze,
Ale on tylko tonacje zmieniał
I to na, której stał właśnie nodze.
Ktoś chciał zawołać księdza z parafii -
Słowem z ambony zwykł zmienić wiele,
Lecz cóż tu kapłan wskórać potrafi,
On też pieniądze zbiera w niedzielę.
Dobrze, że mądry z kościoła wracał
I wytłumaczył ludziom nadętym -
Żebraniem nie jest konkretna praca,
Jest to styl życia... trochę zwichnięty.
23-04-2011 (20:58)
Całe życie szukać znaczenia snu, całą wieczność przejść wzdłuż i wszerz, żeby po kilku dniach dowiedzieć się, że wszystko zdarzyło się naprawdę.
Przespać kilka dni śmierci, wykonać zadziwiający zwrot w dziejach materii i ducha, żeby zadziwić ludzkość... tylko zadziwić?
Interpretując kolejne kroki rebelianta, także i jego można obwołać świętym, ale Barabasz nim nie został.
Sobota, dzień odpoczynku. Wielka Sobota dzień leżenia w grobie. Najlepszy czas na przygotowanie się do roli świadka cudu, do tego, żeby w zaślepieniu pójść z kimś do Emaus, w końcu żeby wejść w skórę niewiernego Tomasza.
Cały wachlarz możliwości przeżycia bliskich i zrozumiałych tajemnic. Przecież nie wolno mi życia przeleżeć w grobie bezczynności. Ona jest najgłówniejszym grzechem.
22-04-2011 (21:15)
Dzień przepełniony refleksyjnym smutkiem. Oczekiwaniem na coś, na cud chyba, bo co innego może się wydarzyć w bezdusznej rzeczywistości, która prze do bezsensownego celu... Czy tak całkiem pozbawiony jest sensu, czy oślepieni słońcem sukcesu zapomnieliśmy, że przecież nigdy do końca wszystkiego nie jesteśmy w stanie osiągnąć...
Miałem napisać inny tekst, mocno się starałem, ale wyszło to:
Wiosny zmartwychwstanie
Wiosna jest ciepłym Boga westchnieniem,
Co zmartwychwstanie wszczepia w korony
Rozkołysanych drzew przebudzonych,
W których zielona dusza pęcznieje...
Wiatr gdzieś na płocie ramiona zwiesił,
Skarży się ptakom, że jest bezdomny.
Dmucha do okien na wpół przytomnych,
Chcąc bezruch firan statecznych wskrzesić...
Księżyc się gwiazdom cicho spowiada,
Że pożarł obłok i bardzo utył
Deszcz swe odprawia łzawe pokuty,
Niebo pasjanse chmurne układa.
Słońce do zdrady już się przyznało,
Z rana przymrozkiem gubiąc srebrniki.
Zamiaru nie ma przejąć się nikim,
Bo musi wiosnę grzać zmartwychwstałą...
Wielki Piątek, wielkie zwycięstwo ducha nad materią. Zastanawiam się dlaczego Bóg nie dał duszy ciała, ale tchnął ducha w materię... Ciekawe...
21-04-2011 (20:48)
Rocznica Wieczerzy Pańskiej, przypominać co się wtedy działo z Jezusem i w jego otoczeniu?
Jest dzisiaj także rocznica wielkiej zdrady, która na całą wieczność upodliła Judasza w oczach miliardów ludzi. Można się zastanawiać, dlaczego aresztowali Jezusa w ciemnym Ogrodzie Oliwnym, mogli to zrobić w innych okolicznościach. Powodów jest sporo, zamieszki w Jerozolimie, cała masa przybyłych na Paschę. Motyw działalności Judasza jest ciekawy pod względem literackim. Coś chyba też napisałem o nim.
Idąc śladami ludzkiego upodlenia należy także wspomnieć o zaparciu się Piotra. Gest nieładny, ale jakże ludzki. Bojaźń, niepewność, brak ugruntowanej jeszcze wiary, ideologii. Może bardziej krótkotrwała chwila zwątpienia.
Dzień z pewnością skłania do refleksji, a wieczór to już całkiem...
20-04-2011 (19:18)
Coś się kończy... Też coś się zaczyna, szkoda jednego, ale nie warto zastanawiać się obecnie nad zasadnością idei faktów przeszłych. Mogę tylko stwierdzić, że nie żałuję niczego... kogoś może mi żal, ludzi, ale nie takie problemy ludzkość przeżywała. Psy szczekają, karawana idzie dalej...
Liczy się tylko trochę twórczości, pożal się Boże nawet, ale swojej. Do lepszej strawności dobre towarzystwo i tyle... To ma sens.
Miałem dzisiaj jechać do Parku Wodnego... nie wiem, czy jeszcze ochotę mam. Jeśli się nie zdecyduję, pojadę jutro o świcie, też się świat nie zawali, woda z basenu nie wyparuje. Mam nadzieję.
Marudzę, wiem! Czasem chyba mogę, czasem, byle nie często.
Przygotowania do świąt idą pełną parą. W sumie, to jutro już mogłaby być Wielkanoc... e... poczekam jeszcze te kilka dni.
19-04-2011 (18:08)
Jak przypuszczałem wczoraj, dzisiejszy dzień jest zdecydowanie lepszy. Kolejne przeszkody przeskakuję lekko. Nie powinienem chwalić dnia przed zachodem, wiem, wiem! Tym bardziej, że zachód słońca następuje z dnia na dzień później, więc czasu na pochwały jest mniej.
Rano usłyszałem... to taka wiadomość mniej dotycząca mnie, całego otoczenia wokół. Otóż wielki Fidel Castro nie chce już pełnić żadnej funkcji w partii. Nie wyobrażam sobie jak schorowany człowiek może pełnić cokolwiek w reżimie. Przypomina mi to polityczną groteskę z Breżniewem z tą różnicą, że dyktator z Kuby zrozumiał, a może ktoś inny zrobił to za niego, że jest zachód. Dzierżymorda z Moskwy zszedł ze sceny prosto w noc.
Zachód mojego słońca jest prosto w oczy. Głupawo napisane, ale tak jest. Muszę zasłonić okno, bo niczego bym nie widział pracując na komputerze, tylko żarówę naszego układu słonecznego. Nadchodzi cudowny czas, kiedy wyraźnie wiosna pchać się do mieszkania każdą szparką. Oby niesiona promieniami, a nie strugami deszczu.
18-04-2011 (21:27)
Chociaż miałem wiele dobrych chęci, nie wszystkim udało mi się poprawić humor na lepszy.
W atmosferze niespełnienia swego apostolstwa optymizmu zabrałem się po pracy, tej zawodowej, do innej, która powinna dać przynajmniej satysfakcję. Tu też niezbyt mi wyszło, bo założyłem sobie, że skończę kolejne jajo sznurkowe, ale niestety czas się rozsypał, przecedził przez sito braku zdecydowania.
Zabrałem się do pisania tekstu, ale wyszedł mi jedynie refren:
Pecunia non olet - pieniądze nie śmierdzą,
A można zasmrodzić życiorys tak twierdząc...
Pieniądze nie śmierdzą - pecunia non olet,
Ja w nieco biedniejszych w zapachach żyć wolę!
Dobre i to, niestety brak mi sensownej pointy, co stanowi przeszkodę sporą. A niech tam! W poniedziałek nie wszystko musi się udać.
17-04-2011 (21:04)
Niedziela Palmowa... Wielki Tydzień... Wielkanoc... Mniej, czy bardziej się jest wierzącym, praktykującym, do kościoła chodzącym - każdemu przyda się chwila refleksji. Ktoś z pewnością będzie przeżywał wspomnienie Męki Pańskiej, ktoś inny podejdzie bardziej z bigoterią niż z pełnią zrozumienia sensu chrześcijaństwa, przemijania, powrotu do życia.
Z pewnością warto jest zrobić porządki wiosenne, te duchowe także. Zastanowić się nad przyszłością, trochę w głębszym znaczeniu niż planowanie urlopu letniego albo zakup nowych butów.
16-04-2011 (21:23)
Kiedy rano przejeżdżałem przez Radzionków do pracy, tyle przemykało pomysłów przez głowę. Szkoda, że nie miałem czasu, żeby zatrzymać się i spisać wszystko. Znowu myśli wyleciały z głowy jak spłoszone ptaki. Coś jednak zostało...
Nasza miłość jest taka niewielka,
Bez uniesień i westchnień zbyt dużych,
Więc połóżmy ją spać do pudełka,
Niech poleży i niech się nie kurzy.
To jest tylko jedna z kilku zwrotek, które napisałem później... Nie wiem, co począć z... pozostawiam to dla siebie. Ciekawe, ale zbyt trudne do opanowania po kilkunastu godzinach aktywności. Dzisiaj wstałem o godzinie trzeciej, po pierwszej kawie pojechałem pracować. Jestem teraz zmęczony, ale lubię taki stan.
Jutro niedziela. Mam zamiar się wyspać, a potem realizować część przemyśleń, a przynajmniej zapisywać najważniejsze motywy. Jeśli myśli wylatują z głowy jak ptaki, to należy przypuszczać, że do niej wrócą jak do gniazda.
15-04-2011 (20:52)
Jest tak, jak zwykle! Planowałem coś, a wyszedł zupełnie inny tekst. Wcale nie jestem zadowolony z tego faktu, bo miałem wszystko poukładane kiedy pływałem sobie w basenie. Byłem święcie przekonany, że zapamiętam i sens, i trochę przynajmniej układu słów. Niestety uleciało mi z głowy wiele. Dla osłody napisałem kilka zwrotek, które zbyt mądre nie są, ale uciszają trochę zgrzyt sumienia. Teraz przypomniałem sobie, że powinienem zapisać fragment pomysłu na utopcowe opowiadanie...
„...Czarownica siedziała na pieńku złamanej olchy tuż nad brzegiem rzeki i próbowała różnych sposobów, żeby odzyskać swoją własność.
- Jeśli zabierzesz skrzypce pod wodę zniszczą się i nikt już na nich nigdy nie zagra – tłumaczyła upartemu utopcowi, ale on jej nie wierzył. Był przekonany, że czarownicy żal jest utraty instrumentu w tak głupi sposób.
- Nie przejmuj się o skrzypce, mogę zrobić z nimi co chcę, bo są już moje. Wcale na nich grać nie muszę, jeśli zechcę, zrobię z nich łódkę dla małych zwierzątek. Będą miały z tego więcej radości niż z grania – powiedział stanowczo i już miał dać nurka w głębinę, kiedy...”
14-04-2011 (20:30)
Impreza jakie lubię, jakie sprawiają mi największą radość. Rozdanie nagród w konkursie książki artystycznej. Bez niepotrzebnych blichtrów, przesadnych fascynacji, ale z pełną satysfakcją dla nagrodzonych, dla organizatorów i dla mnie. Przed pierwszą edycją odzywały się głosy, że temat jest zbyt trudny, że zostanie źle zrozumiany. Też miałem takie obawy i nie kryję, że liczyłem się z kompletną klęską.
Może laurów wielkich nie ma, może konkursowi potrzeba więcej zdrowego rozgłosu, ale w teraźniejszych warunkach uważam, że piąta, edycja zakończyła się pełnym...zadowoleniem. Na sukcesy przyjdzie pora i wiem, że tak się stanie, bo... przeczuwam. Ekipa organizująca, garstka zaangażowanych udowadnia to swoją pewnością dobrze obranego kierunku. Dzisiaj powiedziałem, że przeprowadzenie tego konkursu było jednym z moich celów życiowych i dodałem, że piąta edycja pokazuje, że pięć razy cel udało mi się osiągnąć... Dziękuję za to wszystkim.
13-04-2011 (21:17)
Wczorajsze spotkanie, wbrew pozorom, było bardzo twórcze. Przynajmniej ja tak je odebrałem. Wziąłem sobie do serca prośby o bardziej śmieszną piosenkę i dlatego dzisiaj, przed momentem ułożył mi się refren:
Ja uwielbiam w Parku Wodnym odpoczywać,
Czysta radość oraz relaks iście boski,
Wchodząc czuję jak już ze minie wszystko spływa,
W szatni chowam swe ubrania oraz troski.
Może śmieszny sam w sobie nie jest, ale planuję zrobić kilka zwrotek o atrakcjach czekających na tuzinkowego amatora pluskania się i pocenia na przemian. Podejrzewam, że może być weselsze od narzekań na niespełnioną miłość i stosunki międzynarodowe do kupy z sytuacją wewnętrzną kraju i władz wszelakich.
12-04-2011 (16:45)
Pięćdziesiąt lat temu, 12.04.1961 roku pierwszy człowiek poleciał w kosmos. Dlatego niektórzy świętują dzisiaj Dzień Kosmonauty. Można było mieć różny stosunek do ideologii marksistowskiej, można było nie lubić ZSSR, ale sukces był, tego się ukryć nie da.
Krążyła wtedy wśród ludu anegdotka, że Jurij Gagarin po szczęśliwym powrocie z orbity został przyjęty przez Chruszczowa. Nikita podobno zapytał kosmonautę, czy widział w niebie Boga. Jakąż mógł usłyszeć odpowiedź? Pewnie, że negatywną, dlatego wódz Kraju Rad ugruntował siebie i naród w ateizmie.
Ugruntował także swoich przeciwników w przekonaniu, że jest postacią satyryczną w światowej polityce. Oczywiście nie była to prawda, bo niejeden z jego powodu zapłakał, niejeden w szpitalu dla psychicznie chorych wylądował. Jeśli już ktoś doszedł na wschodzie do szczytów władzy, to nieprzypadkowo.
Jeśli ktoś w ZSRR poleciał w kosmos, to też nieprzypadkowo, ale całkiem świadomie go do rakiety wsadzili.
11-04-2011 (20:48)
Podłapałem niezły temat, ale w realizacji coś zazgrzytało i czuję, że skopię go dokumentnie. Nic na siłę, temat może poczekać, jeśli mam go zepsuć, to lepiej zrobić to później. Niby wszystko jakoś logicznie się układa, a wychodzi nieprzeciętna tandeta. Przypuszczam, że zawiniło to „niby”. Brak pewności jest mordercą wszelkich poczynań.
Powinienem zabrać się za... szopki. Święta się zbliżają, nie mam na myśli Wielkanocy, aż tak nie zgłupiałem, świadomość posiadam przeciętnie normalną. Faktem jest, że jeśli na wiosnę nie rozpocznę szycia elementów budowli, postaci i detali, to w lecie i na jesień z domu wychodzić nie będę. W tej materii należy znać pewność realiów i możliwości. Samo nic się nie zrobi.
10-04-2011 (13:01)
Wczoraj przed koncertem inaugurującym VI Międzynarodowy Festiwal im. Grzegorza Gerwazego Gorczyckiego powiedziałem do Anki, że napisałem cztery i pół tekstu. Dzisiaj trochę zmieniłem sens tej połówki, może nastrój mnie kołysze inny, dorobiłem koniec i w konsekwencji wyszło to:
Strach i wróble
Na samym środku szczerego pola
Stał strach na jednej spróchniałej nodze.
Pewnie by ruszyć stamtąd się wolał,
A czuł się wielkim przestrzeni wodzem...
Miał w sobie ptasiej myśli naturę,
Gdyż w miejscu serca pod łachmanami,
Mieszkały w gnieździe wróbelki, które
Wylatywały w pole czasami.
Kukłę nabitą na pal męczeństwa
Dożywotniego samotnie trwania,
Uratowały ptaki od klęski -
Mógł dzięki wróblom wiatry doganiać.
I dobrze trwała symbioza słodka,
Choć miał je straszyć, schronienie dawał,
Wróble mu wszechświat znosiły w dziobkach,
On się na nodze swej nie załamał.
Teraz dotarło do mnie, że forma trochę przypomina piosenkę „Policjant, gapie i śmierć”. I co z tego niech sobie przypomina! Wiele jest wokół spraw, które przypominają jedynie coś, a treścią są odległe od prawdy.
09-04-2011 (15:58)
Za chwilę robimy wypad... a ja cały czas coś robię, tylko nie to, co trzeba, co powinienem. W przededniu... miałem milczeć, więc milczę... fragment, bo jest tego więcej:
Świat baśniowy
Nasza Polska jak Kopciuszek -
Praca wśród sierocych wzruszeń,
Dzięki dobrej wróżki czarom,
Czasem z księciem bywa parą.
Gdy się krótko lepiej miewa,
To z pałacu boso zwiewa.
ref.:
Kwitnie piękna opowiastka,
Demokracji jest namiastka,
Bajdurzenie niedorzeczne,
Żeby ludzie spali grzecznie.
Baśń zapełnia przestrzeń pustą
Dzięki wygadanym ustom.
...i dalej jeszcze coś, i jeszcze coś
08-04-2011 (21:31)
Ale idzie mi ciężko! Nie mogę zrozumieć dlaczego czas biegnie tak szybko, a godziny wloką się z nogi na nogę. Jakbym był stonogą jakąś z poplątanymi odnóżami. Inaugurując weekend słucham listy przebojów i to być może rozprasza uwagę. Biegnąc za stale zmieniającymi się rytmami, tonacjami i głosami wpadam w przestrzeń brzmienia, wiruję w niej i przewracam wszystkie myśli jak jajko sadzone na patelni.
„...Ślepiec szedł wzdłuż brzegu rzeki, macał drogę lekko uderzając długim kosturem. Mało nie potknął się o utopca, który siedział sobie przyczajony na skraju olszyny.
- Nie stratuj mnie, uważaj jak łazisz! - krzyknął demon i szykował się do ataku.
- Łażę jak mi przed wiekami nakazali. Choć ślepy, muszę zachowywać stale to samo tempo. Nie zatrzymuj mnie, nie wyprowadzaj z równowagi, bo zaburzysz cały sens życia.
- Coś takiego! - utopiec nie ukrywał wzburzenia. - Będziesz mi tu się puszył! Kim ty jesteś, że odpowiadasz bezczelnie!
- Ja jestem czas, na nic nie patrzę, tylko kroczę naprzód...”
07-04-2011 (21:56)
Czego ja się dzisiaj nie imałem! Rano praca, ale wcale się nie przemęczałem, potem jakieś pisanie, następnie wyjazd do Bytomia, a teraz kończenie pisania, wysyłka i... spać.
Wietrzysko okrutne wieje za oknem, tylko drzewa stękają, bieda piszczy w kominie. Pewnie diabeł zakochał się w odmłodzonej czarownicy. Nie będę już dłużej siedział, bo mam swoje możliwości ograniczone. Nie jestem niczym wiatr, któremu jeśli sił zabraknie, to tylko na moment.
06-04-2011 (19:47)
Kiedy wczoraj wchodziłem do „Kurnej chaty”, przed lokalem krzątało się kilka osób w tym oczywiście Darek. Aż korciło mnie, żeby zapytać o obiecany remont górnych sal, ale nie lubię być namolnym i wymuszać na innych ludziach działania, na które nie mam kompletnie wpływu...
- Musicie dzisiaj znaleźć miejsce na dole, bo na górze jest rozwalona ściana i trwa remont - powiedziała Karolina i dodała do tego jeden ze swych wspaniałych uśmiechów. Wie dziewczyna doskonale, jakie problemy są zwykle w czasie spektakli Tarniny. Przebicie ściany między dwiema salami, obrócenie całej zabawy o 180 stopni spowoduje, że więcej ludzi zmieści się na widowni... oby tylko ta widownia była!
Na koniec tarninowego biesiadowania Darek pokazał nam dokonania. Jestem optymistycznie nastawiony...
05-04-2011 (18:37)
W każdy wtorek o poranku kupuję "Gwarka" i robię szybki przegląd wydarzeń z regionu. Większość nie stanowi dla mnie niespodzianki, bo przecież na bieżąco śledzę wydarzenia, poza tym już w takim funkcjonuję światku, że wiem co się dzieje w sposób faktyczny i nieco bardziej zezowato plotkarski. Mało co mnie dziwi i zaskakuje, a jednak...
Kiedy przeczytałem dzisiaj list Krzysztofa Mazika odnoszący się do polemiki Piotra Szczęsnego z Kamilem Łysikiem, przyznałem oczywiście rację Krzysztofowi, bo opisywał szczerą prawdę. Mogę jeszcze dodać do tego wierszyk, jaki napisałem na okoliczność awantury o Rybną, która jest blisko związana z drugim pomysłem ówczesnych władz, czyli sprzedażą Sedlaczka.
Pałac w Rybnej
Wieść się szerzy smutna wśród starszych i dzieci,
Że się pałac w Rybnej niechybnie rozleci!
Burmistrz chce go sprzedać komuś naiwnemu,
By całość problemów dać na grzbiet innemu.
W planach imć włodarza, pełnych przebiegłości
Jakiś podstęp wietrzy kilku jegomości.
- Konserwa – rzekł burmistrz – gromada pajaców,
Ale nich im będzie, sprawdzę stan pałacu.
Zwołano ekspertów, by zbadać zabytek.
Ten szpera w piwnicy, ktoś się zajął szczytem.
Dziur szukają, pęknięć, zagrożenia grzybem,
Każdą cegłę dotkną i prześwietlą szybę!
W końcu uczynili swych spostrzeżeń fuzję,
Spisali na kartce dociekań konkluzję.
Protokół kontroli krótką treść wyrażał,
Iż jedynie SZCZERBA budowli zagraża!
Za burmistrzem stało także kilku jegomości, jeden to się nawet rakiem z zebrania wycofywał, chociaż go przywoływali jako świadka i sprawcę, bo też głosował za sprzedażą obiektów. Podobno pieniądze miały pójść na remont TCK-u i wtedy nas, oponentów straszono odpowiedzialnością za stan tej świątyni kultury i w mieście.
Przeczytałem list Krzysztofa i zaraz następny list, traktujący jakby w odmiennej wizji rzeczywistość, którą znam, w której uczestniczyłem. Ten drugi list napisał Piotr Szczęsny, tym razem polemizuje z Adamem Morawcem. Szczęka opada! Chłop albo ma sklerozę, albo robi z nasz idiotów, albo jedno i drugie, czyli nadaje się do sejmu. Jeszcze niedawno taki ktoś mylił Lubosza z Lubasem podczas nadania imienia bibliotece (podobno, bo sam nie słyszałem, ale tak przedstawiało wielu zbulwersowanych świadków, którym raczej wierzę), a teraz puszy się dokonaniami podcierając autorytetem wielu szacownych ludzi kultury. To bez echa nie zniknie, kabotynów zwalczać trzeba, bo robią ludziom wodę z mózgu, idą po trupach i krzywdzą zaangażowanych.
Już chłopeczku w moje ręce wpadniesz!!!
04-04-2011 (19:19)
Biegnę pamięcią w lata odległe, bodaj do sześćdziesiątych ubiegłego stulecia. Kojarzy mi się, że właśnie wtedy wyczytałem w „Przekroju” czym się różni głupi od mądrego. Mianowicie głupi mówi co wie, a mądry wie co mówi. Proste, ale dla niektórych widać niezrozumiałe dlatego plotą trzy po trzy, byle tylko dużo, zapewne są uwarunkowani socjalistycznym hasłem: ilość znaczy jakość... O, proszę! Zapamiętałem to także z dawnych czasów, dlatego ugruntowuję się w przekonaniu o dobrej jeszcze, mimo wieku, pamięci. Podejrzewam, iż także poprawnie kojarzę fakty, wiążę wypowiedzi z czynami i wnioskuję prawidłowo, co pozwala na przewidywanie niedalekiej przyszłość, czyli można sądzić, że mózg mój działa zadowalająco. Jako osoba najczęściej życzliwie nastawiona względem bliźnich, powinienem niektórym osobom ze świecznika władzy życzyć mojego przynajmniej stanu fizjologicznego centralnego układu nerwowego. Oczywiście, jeśli pełnią ważne dla państwa funkcje, powinni myśleć zdecydowanie lepiej ode mnie, bo w końcu naród ich wybrał, żeby w potężnej burzy mózgów wprowadzać ład i postęp.
Przykro o tym pisać, ale czuję, że wielu wprowadzanie ładu przeinacza w ładownie nas, czyli obywateli. Postęp natomiast jaki czynią jawi się raczej jako skutki paraliżu postępowego.
Jeśli rzeczywistość ukształtowana przez ośrodki decyzyjne, naciskowe jest przykra, ludzie i wszystkie inne organizmy uciekają ze środowiska. Migracja odbywać się może w różny sposób. Od faktycznego spakowania manatków, poprzez zamykanie się w sobie, a kończąc na szukaniu jedynie bratnich dusz odrębnie myślących niż mierżąca reszta.
Ostatnie fakty z polskiej areny politycznej napawają mnie smutkiem, ale... Pomilczę także i na ten temat, ale słowa zapamiętam, jak te z „Przekroju”, bo mam jeszcze mózg sprawny.
03-04-2011 (21:59)
Nie chciało mi się jechać, bo... bo nie i koniec. Przypuszczałem, że siedząc w domu przed komputerem, a nawet szlajając się Bóg wie gdzie, odpocznę i nabiorę ochoty pracy. Prawdę powiedziawszy, nie mam pojęcia po jakich wysiłkach miałbym szukać wytchnienia i nie jestem przekonany, czy znalazłbym go w miejscach, które ostatnio mnie nie rozweselały. Po drugie, nie spodziewam się nadmiaru obowiązków, a sam nie narzucam sobie niczego ponad siły.
Dlatego po krótkiej ocenie sytuacji doszedłem do wniosku, że wyjazd dobrze mi zrobi. Tym bardziej, że nie byłem zmuszony do kierowania autem. Super sprawa, zdarza się rzadko, że podróżując nie siedzę za kierownicą. Może to spowodowało, że mimo wycieczki do znanych przecież miejsc, relaks udał się przednio. Mogłem odkrywać uroki Ziemi Cieszyńskiej z pozycji pasażera, nie mówiąc już o możliwości napicia się piwa. Wcale nie chodzi o przeżywanie męczarni abstynencji, ale o przebywanie w sytuacji, kiedy nic mnie nie zmusza do ograniczeń. Przypuszczam, że to stało się powodem dobrego wypoczynku.
02-04-2011 (14:18)
Wiosna jest z pewnością ugruntowana, nie powinno być więcej niespodzianek, czyli chłodu o wartościach zbliżonych do zimy, czy opadów śniegu. Jeśli coś białego spadnie z nieba, to nie poleży zbyt długo. Wątpię, żeby w kwietniu zaskoczył nas dłuższy okres retrospekcji minionej niedawno pory klimatycznego roku.
Spod powierzchni gleby wyłaniają się zielone pierwociny, na gałęziach drzew i krzewów pojawia się delikatny zarost pączków liści. Nie jest może zbyt cudownie wokół, ale serce napawa optymizm i chęć do życia...
Opis dzisiejszego dnia byłby z całą pewnością weselszy, gdyby nie zwały śmiecia porozrzucanego w zakamarkach przyrody. Jest niechlubnym świadectwem współczesności, że staramy się oszpecić każdy najdrobniejszy ekosystem odpadami ludzkiej działalności. Zakłamanie idzie tak daleko, że biadolimy nad rozlatującymi się elektrowniami w Japonii, a papierka spod nóg podnieść się nam nie chce.
W lasku między Ptakowicami, a Reptami, na stromym zboczu uformował się cudowny śmietnik, wysypisko, które nie stworzyły dzikie zwierzęta, ale my – wiecznie niezadowoleni z wszystkiego... Z wszystkiego? Tak, bo człowiek w swojej głupocie jawi się wszystkim na świecie.
01-04-2011 (05:06)
Przed momentem wróciłem z pracy. Nadzorowałem higienę uboju kilku świń, których organa wewnętrzne w formie przeszczepu wykorzystano w ratowaniu ludzkiego życia. Zwierzęta były oczywiście hodowane w odpowiednich warunkach, podawano im także środki przygotowujące organizm do roli dawcy. Ważne jest bowiem, żeby po transplantacji nie męczyć zbytnio pacjenta środkami immunosupresyjnymi.
Ciekawią mnie efekty, bo zastosowano metodę, którą wymyślił i wdrożył amerykański prof. Iksrat współpracujący ze Śląskim Uniwersytetem Medycznym. Zakłada ona tzw. pozytywny antagonizm, czyli coś, co na język zrozumiały tłumaczyć można przyciąganiem się przeciwnych biegunów, wędrówką ładunków od elektrod o przeciwnych znakach. Piszę oczywiście obrazowo, aby wytłumaczyć sens. Natomiast mechanizm jest o wiele bardziej skomplikowany, składa się kolejnych etapów biochemicznego dostosowania zwierząt.
Wszystko miało miejsce w tarnogórskim szpitalu. Tam też przeprowadzona została operacja wszczepienia fragmentu rdzenia kręgowego pacjentowi z GCR-u. Resztę organów przewieziono do Zabrza, gdzie z marszu wykonano przeszczep serca wraz z płucami.
Więcej nie piszę, bo jestem padnięty po całonocnej pracy.
31-03-2011 (20:04)
Prezydium sejmu kazało sobie w ubiegłym roku wypłacić jednorazowe premie za przepracowanie po katastrofie smoleńskiej. Tak dzisiaj przeczytałem w internecie. Bagatela, marszałek Schetyna otrzymał 36 tysięcy, inni mniej. Ogólnie nie szokują mnie wysokie wynagrodzenia urzędników państwowych, odpowiedzialność ciąży na nich spora, ale nigdzie w konstytucji nie jest napisane, że politycy mają się dorobić na państwowych stołkach. Czytając tego typu doniesienia niejednego człowieka szlag trafia, a tłumaczenia powodują niesmak.
Ja uważam, że tego typu premie należą się za konkretne wytworzone dobro dla społeczeństwa. Nie zastanawiam się nad miernikiem, który miałby stanowić podstawę ekstra wynagradzania, bo po co skoro i tak niczego nie zmienią rozważania człowieka z dołów społeczeństwa.
Inną zabawą wiejskiej centrali jest zabawa w odwoływanie ministrów. Prawdę powiedziawszy, to z niektórymi wnioskami się zgadzam, ale ogólny szał w kąsaniu kolejnych członków rządu staje się już groteskowy. Dzisiaj przyszła pora na minister Hall. Nie komentuję zasadności, nadmienię tylko na marginesie, o jej reakcji na krytykę środowisk blisko związanych z resortem. Pani minister stwierdziła, że stara się robić jak najlepiej, a ocena pracy należy do premiera. Widać, że czuje się mocno i stabilnie, z pewnością o wiele bardziej komfortowo niż nauczyciele niepewni swego losu. Co pani minister robi, tego nie wiem, jeśli premier będzie ją dobrze oceniać, to z pewnością zasłuży na premię, a najlepiej podwyżkę. Władza musi być dobrze wynagradzana za przepracowanie. Ostatecznie społeczeństwo dzięki takim działaniom także ma podwyżki... podatków.
30-03-2011 (20:46)
Nie, nie! Po dwa małe kołki do Tarnowskich Gór nie miałem zamiaru jechać. Niestety czas już był najwyższy, żeby książki wróciły po remoncie na swoje miejsce, a takie detale zawieruszyły się gdzieś i jednej z półek nie można było osadzić. Jak na złość nie miałem z czego elementów dorobić. Nie byłem przekonany, czy w naszym sklepie, sporym przecież i bardzo dobrze zaopatrzonym kupię coś takiego. Pojechałem jednak, bo zawsze mogę tam wygrzebać jakiś zamiennik. Nie pomyliłem się, na grubość pasowały długie gwoździe, których dla przyzwoitości kupiłem aż trzy za pół złotego. Wróciłem i uciąłem kątówką dwa upragnione walce, chociaż po prawdzie mogłem naprodukować z zakupionego materiału o wiele więcej.
Zanim jednak w pełni szczęścia usiadłem z gwoździami triumfalnie do auta pomogłem pewnej, znanej mi właścicielce malucha uruchomić jej pojazd. Łza się w oku zakręciła, ileż to już lat minęło, kiedy te same zmartwienia dotyczyły mnie i wielu, wielu innych posiadaczy kultowego rydwanu. Do wielkich specjalistów z dziedziny mechaniki samochodowej nie należę. Nie ukrywam wręcz niechęci do grzebania przy aucie, ale malucha nie potrafiłem uruchomić tylko w jednym przypadku. Kiedy nie było w baku paliwa.
Myślę, że problemy przy fiaciku były jak te z kołeczkami do półki. Zawsze można było coś wymyślić, żeby zagrało.
30-03-2011 (20:45)
Nie, nie! Po dwa małe kołki do Tarnowskich Gór nie miałem zamiaru jechać. Niestety czas już był najwyższy, żeby książki wróciły po remoncie na swoje miejsce, a takie detale zawieruszyły się gdzieś i jednej z półek nie można było osadzić. Jak na złość nie miałem z czego elementów dorobić. Nie byłem przekonany, czy w naszym sklepie, sporym przecież i bardzo dobrze zaopatrzonym kupię coś takiego. Pojechałem jednak, bo zawsze mogę tam wygrzebać jakiś zamiennik. Nie pomyliłem się, na grubość pasowały długie gwoździe, których dla przyzwoitości kupiłem aż trzy za pół złotego. Wróciłem i uciąłem kątówką dwa upragnione walce, chociaż po prawdzie mogłem naprodukować z zakupionego materiału o wiele więcej.
Zanim jednak w pełni szczęścia usiadłem z gwoździami triumfalnie do auta pomogłem pewnej, znanej mi właścicielce malucha uruchomić jej pojazd. Łza się w oku zakręciła, ileż to już lat minęło, kiedy te same zmartwienia dotyczyły mnie i wielu, wielu innych posiadaczy kultowego rydwanu. Do wielkich specjalistów z dziedziny mechaniki samochodowej nie należę. Nie ukrywam wręcz niechęci do grzebania przy aucie, ale malucha nie potrafiłem uruchomić tylko w jednym przypadku. Kiedy nie było w baku paliwa.
Myślę, że problemy przy fiaciku były jak te z kołeczkami do półki. Zawsze można było coś wymyślić, żeby zagrało.
29-03-2011 (22:43)
Męczy mnie jeden temat, który chciałbym urzeczywistnić. Zapewne ktoś powie zaraz, że mnie każdy temat męczy, a jeśli nie mnie, to odbiorców. Plącze mi się po głowie jak beczki pod pokładem pijanego żaglowca. Jak ślina w grdyce przeziębionej rynny, jak zez chudnącego Księżyca. Nie wiem jak to zrealizować, chociaż sprawa wydaje się prosta niczym wbicie siekiery do pieńka, uderzenie młotkiem prosto w mózgownicę gwoździa. Mam wrażenie, że trudność spowodowana jest prostotą właśnie pomysłu. Może jestem zbyt głupi, żeby proste tematy doprowadzać do szczęśliwego końca?
28-03-2011 (19:22)
Cały czas gnębi mnie przeczucie, że jest wcześniejsza pora niż jest faktycznie. Przecież, że może się tak zdawać, bo przesunięcie zegarów o godzinę do przodu nastąpiło z soboty na niedzielę i organizm jeszcze się nie przestawił.
Chciałem pojechać do Parku Wodnego, ale chyba nie dam rady, bo właśnie sprawdzając zegar stwierdzam, że jest za późno. Kompletne poplątanie! Raz wydaje mi się, że jest na coś za wcześnie, to znowu na coś innego brakuje czasu.
A może wszystko jest w porządku, tylko ja pofyrtany!? Powinienem się wziąć w garść i w końcu jedną przynajmniej sprawę doprowadzić do normy, bo inaczej do reszty zbzikuję. Zwalając wszystko na czasomierze, na kalendarze, na przemijanie dni i sekund niczego nie osiągnę poza stresem i wyrzutami sumienia. Sam powinienem się zmienić, a nie narzekać na zmianę czasu.
27-03-2011 (21:25)
Wczoraj po imprezie usiedliśmy jeszcze na moment (na moment!?) żeby odreagować emocje, porozmawiać o tym, o owym. Coś wtedy wpadło mi do głowy, jakiś pomysł, początek czegoś, co chciałabym napisać. Skreśliłem kilka słów na serwetce, a teraz za diabła nie wiem o co mi chodziło. Bazgroły uwiecznione na lichej bibułce są kompletnie nie do odczytania...
...I dobrze, bo pewnie stanowiły chwilową, przelotną wartość, która subiektywnie wydawała się genialna, ale konkretnie miała wartość wygniecionej serwetki z kulfonami paranoika po kilku piwach. Mogę się wytłumaczyć przed samym sobą z artefaktów, gdyż noc była ciemna, a trunki jasne.
Nic nie tłumaczy natomiast mojej opieszałości... może nie aż tak, bardziej niezdecydowania w cięciach tekstów do druku. Przywiązanie do subiektywnej oceny własnej wartości, błąkanie się między odrobiną satysfakcji i lawiną pesymizmu, wszystko to układa się w jeden wielki zgrzyt. Co ma właściwie sens, czy sens ma wartość? A może tylko bezsens stanowi piękno, bo ludzie szanują to, czego nie potrafią zrozumieć?
Pozostawić powinienem wszystko, co niepewne. Ugruntować pewność, że w czerwcu jest kolejny program, zastanowić się nad jego formą. Nie jestem zwolennikiem prezentacji starych tekstów. Zawsze tłumaczyłem, że kabaret literacki powinien iść do przodu. Pewnie, że piosenki możemy zaśpiewać te najlepsze, ale myślę, że nowe też się znajdą. Zobaczymy, co się wykluje we wtorek.
26-03-2011 (16:36)
Koniec raczej kojarzy się minorowo. Oczywiście, nie wtedy kiedy mowa o końcu utrapienia, męczarni, choroby, koszmaru, wojny i całego jeszcze szeregu paskudztw dotykających doczesność.
Dzisiaj w Zakopanem radosna impreza kończąca karierę sportową Adama Małysza. Oglądać nie będę, bo szykuję się do swojej i chociaż powinienem traktować ją lekko, nigdy nie wolno mi żadnego programu lekceważyć. Coś trzeba w tekstach poprawić, wyszlifować, doprowadzić do zgrabnego końca.
Jeśli dobrze pójdzie, a nic nie wskazuje na to, że będzie źle, to spodziewać się mogę finału remontu kolejnego pokoju. Nieraz wspominałem, że męczy mnie stałe grzebanie w starych murach, bo trochę jojczyć chyba mogę, ale efekty są spore, pomieszczenia nie straciły na przytulności, a dostały nowego blasku.
"...Diabeł zrobił potężnego łyka wody i prychnął jak młody koń.
- Obrzydlistwo! Wierzę ci drwalu drogi, że nie masz niczego szlachetniejszego do picia w domu. Bieda plącze się po chacie, trudno jej nie zauważyć, ale możesz być pewny, że od tej chwili nastąpi jej koniec. Zadbam o ciebie, o rodzinę i o każdego, którego wskażesz - rzekł diabeł.
- Cieszą mnie takie słowa, ale chyba nie skorzystam - odparł drwal.
- Zgłupiałeś? Gardzisz moją pomocą, czy się boisz? - szatan był szczerze zdziwiony odmową.
- Nie mam zamiaru podpisywać twojego cyrografu, wolę żyć skromnie, ale bez strachu o piekielne potępienie.
- Nie ma mowy o cyrografie! To ja podpiszę deklarację, że jeśli po śmierci znajdziesz się w piekle, zostaniesz traktowany wyjątkowo..."
Wszystko wskazuje na to, że drwal może żyć spokojnie, a na koniec zostanie jeszcze pierwszym świętym piekielnym.
25-03-2011 (20:09)
Mam prymitywne upodobania. Lubię nosić worki na plecach, uwielbiam rąbać drewno. Do łopaty mam podejście dwojakie w zależności od dnia. Raz mógłbym nią wymachiwać bez przerwy, a czasem szlag mnie trafia na sam widok.
Z tego powodu, że po kosmetycznym przycięciu koron drzew mam przed domem sporą plątaninę gałęzi, przeprowadzam terapię zajęciową. Dobra siekiera i dobra pogoda sprawiają, że samopoczucie takim się kształtuje.
Wśród plątaniny gałęzi i gałązek tkwią spore zbiorowiska jemioły. Co ja to wypisywałem kiedyś o jemiole? Wiedźma z jakiegoś powodu zaklęła jesienią diabła w jemiołę. Co się z nim potem działo? Nie pamiętam, musiałbym do szkiców sięgnąć. Dzisiaj wymyśliło mi się taki wątek:
"...Poobcinał jemiołę i zaniósł ją zaraz do spalenia w piecu. Co miał z nią zrobić? Święta dawno już minęły, a wygłupiać się nie będzie ozdabiając nią izbę na Wielkanoc. Energicznym ruchem wsadził ją prosto w gardziel paleniska. Trochę zaskwierczało, płomienie jakby przydusiło, coś stęknęło głośno, piec zadrżał, a komin zaświstał przerażającym dyszkantem. Potem ogień buchnął i z pieca wyskoczyła kula dymiącego żaru. Przekoziołkowała przez izbę i zatrzymała się na progu rosnąc w formę słupa ognia. Drwal myślał, że lada moment spłonie chata z całym dobytkiem. Nie tracił zimnej krwi, złapał cebrzyk z wodą i lunął prosto w płonące zjawisko. Zaraz też wzbiły się w górę kłęby pary, która gęstą mgłą płożyła się po suficie i klepisku. Kiedy opadła drwal mało nie przysiadł z wrażenia i strachu zarazem. Na progu izby stał diabeł. Z nosa mu się kopciło, po ogonie przebiegały ostatnie płomyki.
- Panie mój i władco! Wybawicielu! - krzyknął. - Dzięki tobie wróciłem do normalnej postaci, stałem się twoim dłużnikiem..."
24-03-2011 (20:21)
Roboty dzisiaj miałem sporo, tak roboty, a nie pracy. Namachałem się fizycznie i to nie jest dla mnie ani nowina, ani cierpienie. Lubię to. Czasem tylko doprowadza mnie do szału cała otoczka działalności, bo chociaż współpracowników traktuję poważnie takimi, jacy są bez upiększeń i bez pogarszania ich wizerunku, im czasem świadomość dyktuje widocznie coś innego. Trudno mówić o dzisiejszym wydarzeniu w kategorii incydentu, nie warto tego nazywać konfliktem, być może adekwatnym określeniem jest spięcie i to krótkie. Jak wiadomo coś takiego trwa niedługo, ale efekty potrafią się ciągnąć. Lepiej byłoby, gdyby moi przeciwnicy dali sobie spokój z przeprosinami, bo one bardziej zakrawały na sceny żywcem wzięte z Czechowa. Mało brakowało, a poderżnąłbym sobie gardło nachodzony i torturowany miłym przecież słowem: „przepraszam”.
23-03-2011 (20:30)
Czekaliśmy parę dobrych miesięcy... umówiona firma nie pokazywała się, nikt nie oddzwaniał, chociaż obiecywał, a trzeba było zrobić kosmetykę brzóz rosnących na naszej posesji. Uratowali nas strażacy, którzy w ostatnim chyba korzystnym momencie zdołali obciąć gałęzie, które może i romantycznie, może i figlarnie zaglądały do okien, ale przy okazji robiły trochę zamieszania, problemu raczej, bo pokłady liści w rynnach powodowały zawsze zalewanie tynku i przecieki wody deszczowej. Akcja przeprowadzona została niesamowicie sprawnie, widzę, że rosną zastępy prawdziwych fachowców, którzy niby ochotniczo, ale z perfekcją profesjonalisty potrafią zadziałać.
Pozostawili jednak po sobie niesamowitą ilość gałęzi i gałązek, które z pewnością stanowią dobrą podpałkę, ale obecnie są moim wyrzutem sumienia, bo trzeba to wszystko pociąć, posegregować. Mam co robić przez kolejne dni, będę rąbał drewno.
22-03-2011 (17:01)
Dzisiaj nad ranem odczytałem wiadomości przesłane mi do skrzynki mailowej. Cieszy serce, że ludzie garną się do występów. Jeszcze miesiąc temu, kiedy spotkałem Magdę w Parku Wodnym, mówiła mi, że nie wie kiedy z Warszawy przyjedzie i raczej zaśpiewać nie może, bo przecież nie uczestniczy w próbach. A tu dzisiaj taka niespodzianka. W pracy zespołowej, w układach nie związanych wielkimi umowami, nikogo zmuszać nie wolno. Nikt też specjalnie łaski nie robi dodając do programu jeszcze jedną piosenkę. Jest możliwość zaśpiewania, mnie to cieszy i myślę, że Magdę także. Należ przecież do zespołu od początku, ma okazję rozwijania swoich umiejętności w szerokim świecie, ale widzę, że o nas nie zapomina.
21-03-2011 (21:06)
Wiosna przyszła, fajnie, początek nowej pory napawa optymizmem. Słońce świeci, ale jest jeszcze widocznie zbyt mało rozgrzane, bo chłód błąka się w zakamarkach. Pewny chłodu nie jestem, być może jest subiektywnym moim odczuciem, bo uparłem się, żeby nie zakładać swetra. Jak wiosna, to wiosna, ma być ciepło i koniec! Niestety nad aurą nie mam jeszcze władzy, ale mniemam już za kilka lat uda się nad pogodą zapanować. Wcale żartów nie czynię, nadzieję opieram na faktach. Jeśli bowiem są ludzie, którym zdaje się, że mogą zawojować światem, światkiem, czy świateczkiem, to dlaczego ja nie mogę nabyć siły potrzebnej do sterowania siłami przyrody?
Nie robię sobie zbyt wiele nadziei w związku ze zmianą pory roku. Nie wolno się łudzić, planować czegokolwiek w oparciu o nasz klimat, bo niespełnienie się zachcianek rodzi ból psychiczny i cierpkie cierpienia. To są takie malutkie, ciche, tajemnicze moje narzekania związane z obiektywnymi trudnościami, ale reasumując początek tygodnia - nie jest najgorzej.
Nie wiem już kiedy, od jakiej daty mogę mówić o początku remontu generalnego. Teraz mamy jego kontynuację, koniec wprawdzie widać, ale jest to finisz kolejnego etapu. Zdaje mi się, że na początku Pan Bóg stworzył człowieka i dał mu Ziemię, żeby ją sobie remontował.
20-03-2011 (08:56)
Dzieje się, oj dzieje znowu w świecie szerokim. Atak koalicji na Libię, a raczej wsparcie rebeliantów, opozycji wobec Kadafiego, pomoc ludności cywilnej. Z tymi rebeliantami, to jestem kompletnie głupi, bo dla mnie wyraz ten ma znaczenie pejoratywne, a określanie nim przez media przeciwników władzy rzuca garść piasku w trybiki polityki.
Premier po naradzie paryskiej oznajmił, że Polska w naprawianiu rzeczywistości nie będzie brać udziału, co raczej powinno uspokajać człowieka. Stwierdzenie odebrałem optymistycznie, bo jako skromny obywatel nie mam już pieniędzy na kolejnych żołnierzyków.
Optymizm jednak jest troszeczkę szary, gdyż humor kwasi zapewnienie głowy rządu, że kraj nasz może zaangażować się w akcję humanitarną. Niestety nie mam pełnego zaufania do tego typu wypowiedzi, nie ze względu na niechęć do władzy, ale dlatego, że historia nauczyła mnie jak się taki wypad humanitarny kończy, w co przeobrażają się misje pokojowe. Podejrzewam, że nasze wojsko pojedzie tam pod innym płaszczykiem niż walki bezpośrednie, a w efekcie dojdzie do lokalnych, krwawych przepychanek.
W związku z tym natychmiast budzą się w moim mózgu dawne przemyślenia na temat ustawy o decydowaniu władz naczelnych w takich militarnych przypadkach. Żeby ułatwić parlamentowi wydanie decyzji, proponuję, żeby po wydaniu zgody na interwencję, automatycznie byli mobilizowani wszyscy posłowie do jakiegoś określonego wieku, a ci powyżej wiekowej granicy powinni wskazać osobę z najbliższej rodziny, która mundur założy. Uważam, że będzie to piękne pokazanie intencji patriotycznych wybrańców narodu. Jeśli taka mądrość zostanie ustanowiona, przyrzekam, że będę miał większą motywację do wytężonej pracy w celu finansowania polskiej armii.
19-03-2011 (21:49)
Zastanawiam się nad koleją wydarzeń. Tak, koleją, bo sprawa tym razem dotyczy przedstawiciela jednego z dawnych stanowisk w PKP.
"...Nic specjalnego przecież nie uczynił. Po pracy, jak zwykle wypił piwo w dworcowym barze. Piwo w znaczeniu ogólnym, czyli napoju, bo konkretnie tych kufelków był więcej, ale z pewnością nie aż tak wiele, żeby nie wiedzieć, gdzie jest jego mieszkanie. Kto mu może zabronić ugaszać pragnienie według własnego upodobania? Należy mu się przecież po dwunastu godzinach spędzonych na parowozie w spiekocie i stałym napięciu. Ma się rozumieć - napięciu mięśni, bo jako palacz w każdą dniówkę namachał się łopatą sporo i nie używał w tej czynności mózgu do myślenia. Zresztą o czym tu snuć rozważania, kiedy tender jest tak blisko paleniska, że myślenie tylko przeszkadzałoby w wykonywaniu prostych czynności.
Piwo wypite w atmosferze dworcowego światka, było dla palacza napojem relaksacyjnym, odświeżającym wizję rzeczywistości. Nie mogło przecież stać się powodem dalszych niewiarygodnych doznań..."
Czy dlatego, że miał na imię Jakub, przyśniła mu się po kilku piwach drabina... jaka drabina!? Przyśniły się tory do nieba! Co tymi torami jechało? Wiadomo, że pociąg, ale przecież wcale nie byle jaki. Dziwny...
18-03-2011 (20:37)
Pogoda dzisiaj była cudowna i chyba taka jest do tej pory, ale pewności nie mam, bo nie zamierzam już z domu wychodzić. Wiem, że większość ludzi tego typu aury nie lubi, lecz ja nie należę do większości. Uwielbiam deszcz, chłód, ciśnienie pałętające się na poziomie nóg, jak dym z przyduszonego komina. Jest cudownie, domowo, zapowiada się ciekawy wieczór. Dopełnieniem swojskości jest dobry napitek... nie mam na myśli robienia rozliczeń podatkowych, bo PIT roczny już mam wypełniony. Mogąc wybierać między bardzo ciepłą herbatą, bardzo zimnym piwem, wybrałem to drugie.
Przed momentem wyjąłem z zamrażalki flaszkę okocimskiego porteru. W samą porę, bo w kuflu pokazywały się mroźne cząstki. Cudownie! Porter z tego browaru jest słodkawy, zdecydowanie różni się od żywieckiego, który bardziej mi odpowiada, bo ma więcej goryczy. Oczywiście zaopatrzyłem się także w egzemplarze beskidzkiej wytwórni płynnej rozkoszy...
W radiu nadają trójkową listę przebojów, kaloryfer za plecami emanuje ciepłem, mroźne piwo nawiązuje do aury kończącej się zimy, jest cudownie...
„...Gnała jak opętana, zdawała sobie z tego sprawę, że powinna na chwilę stanąć, bo narobi wiele krzywdy ludziom i innym stworzeniom tego świata. Co jednak znaczy świadomość wobec konieczności? Nakazy sił tajemnych stanowią prawo absolutne, konieczność spełnienia rozkazu. Meluzyna dopadła pień dębu, owinęła się kilkakrotnie wokół jego szorstkiej kory, ucałowała koronę i rozczochrała koafiurę plątaniny gałęzi...”
Kto jej kazał pędzić po polach, tarmosić drobną roślinność, trząść drzewami do granic wytrzymałości ich krzepkich pni? Dlaczego płakała dżdżem przelatując nad strzechami wystraszonych domów? Wiem, ale zachowajmy tajemniczość do końca...
17-03-2011 (18:32)
Zagadka dla mnie trudna. Co działo się w lesie? Oto fragment początku historyjki:
"...Śniegu napadało tyle, że wystarczyłoby na niejedną zimę, a wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że to jeszcze nie koniec opadów. Gajowy przewidywał to z całą pewnością i nie tylko dlatego, że chmury układały się nad lasem w kłębowiska anielskiej pościeli. Przede wszystkim cięgle odczuwał ból w lewej nodze tuż nad kostką. Była to pamiątka po fatalnym wpadnięciu we wnyki, co przytrafiło mu się kilka dobrych lat wstecz, kiedy był zdecydowanie młodszy i zbytnio pewny siebie. Mało przygody nie przypłacił życiem, a cudem ocalały wiedział już, że w leśnej dziczy należy być czujny jak zwierz, mądry jak człowiek i niewidoczny jak duch...
Opuścił gajówkę bardzo wczesnym rankiem. Psy, dwaj wierni przyjaciele i stali towarzysze przy pracy i wypoczynku, szczekając pobiegły przodem. Niby wszystko działo się normalnie, jak zwykle. Niby, bo po kilkudziesięciu krokach zawróciły i z opuszczonymi ogonami zaczęły się łasić do nóg gajowego i z lekka szarpiąc za nogawice ciągnęły go w gąszcz. Z pewnością chciały pokazać swemu panu coś dla nich niepokojącego..."
Oczywiście, były to ślady! Tylko czyje? Gajowy powinien był je rozpoznać. Z pewnością tak się stało, wszak był człowiekiem lasu, tropy nie stanowiły dla niego zagadki. Mam jednak wątpliwości, czy w tym przypadku chodziło o odciski zwierzęcych racic. Kto tamtędy nocą przechodził, kłusownik? Myślę, że psy nie lękałyby się zapachu człowieka.
16-03-2011 (22:53)
Ostra, stanowcza interwencja! Ktoś ze mnie robi wariata informując...? Dezinformując, raczej powinienem stwierdzić. Poza tym dzień udany, rachunek sumienia wychodzi na plus...
"...Jak on robił takie cuda, tego nikt nie był w stanie pojąć. Sztuka niezrozumiała nawet dla całego światka istot demonicznych. O ludziach nie mówiąc nawet, bo oni zjawisk tego gatunku albo nie rozumieją, albo wiary im nie dają. Utopiec był w stanie rozdrobnić swoją powierzchowność, tak, powierzchowność, bo trudno mówić w jego przypadku o ciele, którego zjawy nie posiadają, że każda jego drobina mieściła się w kropli deszczu..."
Problem kolejnego opowiadania. Co się stało z utopcem, kiedy kilka jego kropel zniknęło bezpowrotnie. A może wcale nie zniknęło, ale podstępny ktoś ukradł je podczas ulewy i jakoś je chciał wykorzystać. Jak? A skąd mogę wiedzieć, przecież dopiero zaczynam pisać!
15-03-2011 (17:16)
Kilka godzin przed cotygodniowym spotkaniem siedzę i piszę. Byle co piszę. Właśnie, byle co, a powinienem konkrety.
„...Rzeźnik był zdesperowany, nie wiedział jak uratować się przed utopcem. Podwodny okrutnik miał wyraźną nad nim przewagę. Niby ciosy nie bolały wcale, były jak chluśnięcie wodą z cebrzyka, ale szybkie, częste i natrętne sprawiały na rzeźniku dziwne wrażenie, jakby po każdym stawał się coraz słabszy, jakby tracił oddech i łapał w płuca pustkę. Do tego zdawał sobie sprawę, że z sekundy na sekundę dystans do rzeki zmniejsza się w alarmującym tempie. Utopiec przyciągał go do wodnego domostwa z siłą nadprzyrodzoną, tajemną. Tracił już wszelką nadzieję, nie liczył nawet na cud, zdawało mu się, że momentami traci przytomność. W takich chwilach zaćmienia umysłu przypominały się rzeźnikowi niektóre epizody z krótkiego, ale burzliwego życia...”
Marzę o tym, żeby mieć dużo wolnego czasu i pisać bzdury do granic możliwości i rozsądku. Niestety nie mogę z spokoju zastanowić się nad zasadniczym problemem, dlaczego utopiec uwziął się na rzeźnika, kiedy ten ofiarował mu świński łeb. Co w łbie było niesamowitego? Może to, że córka utopca patrząc na łeb w wodzie oświetlonej blaskiem księżyca zobaczyła kogoś interesującego? Nie wiem... muszę się jakoś zabrać do pisania nowej książki o utopcach, bo mnie czas goni.
14-03-2011 (21:17)
Dzisiaj obchodzimy Dzień Liczby Π. Należy stwierdzić, że jest to jedyne święto, które faktycznie powinno się obchodzić, konkretnie naokoło koła. Gdybym był matematykiem, to z pewnością ku czci tej liczby niewymiernej chodziłbym po okręgu i liczył kroki.
No właśnie, chodząc po okręgu robi się nieskończoną ilość kroków i nigdy celu się nie osiągnie. Coraz częściej zdaje mi się, że to ja właśnie przemierzam życie w ten sposób i dlatego cichutko popiskuję: pi, pi, pi.
13-03-2011 (20:49)
Tydzień temu miałem dłuższy wypoczynek w górach, to teraz dla odmiany wydarzył się krótki weekend. Wczoraj pracowałem cały dzień, dlatego dzisiaj cały czas wydaje mi się, że straciłem fragment istnienia. Na poniedziałek pchają się same ważne sprawy i dlatego teraz rozmyślam, co na drodze logicznych kalkulacji mogę przesunąć na wtorek, a jakie zadania koniecznie wykonać muszę.
W efekcie nic mnie nie goni, a jednym problemem jest translokacja wtorkowych spraw na środę. Poza tym mogę wypoczywać w niedzielny wieczór.
12-03-2011 (18:51)
Jestem przekonany, że dzisiaj zajrzała do nas wiosna. Zrobiło się cieplej, ale także całkiem inaczej niż w pogodne dni zimowe. Zapachniało glebą, gdzieś w szarzyźnie pozimowej zgnilizny pokazały się nieśmiałe pierwociny soczystej zieleni.
Nie łudźmy się! To nie jest koniec chłodnego szaleństwa. Powrót mrozu jest możliwy w każdym momencie, ale fala optymizmu przeszła. Przynajmniej ja ją odczułem.
Chodzą mi po głowie utopcowe pomysły... Mniemam, że dopnę swego w realizacji bzdur, które lęgną się w głowie, może zakwitną jakimś konkretem?
Tyle o mikroświecie, niestety w skali szerszej nie jest wesoło. Myślę w tym momencie o Japonii, o Libii, o innych miejscach, których życie jest tragiczne codziennie...
12-03-2011 (18:51)
Jestem przekonany, że dzisiaj zajrzała do nas wiosna. Zrobiło się cieplej, ale także całkiem inaczej niż w pogodne dni zimowe. Zapachniało glebą, gdzieś w szarzyźnie pozimowej zgnilizny pokazały się nieśmiałe pierwociny soczystej zieleni.
Nie łudźmy się! To nie jest koniec chłodnego szaleństwa. Powrót mrozu jest możliwy w każdym momencie, ale fala optymizmu przeszła. Przynajmniej ja ją odczułem.
Chodzą mi po głowie utopcowe pomysły... Mniemam, że dopnę swego w realizacji bzdur, które lęgną się w głowie, może zakwitną jakimś konkretem?
Tyle o mikroświecie, niestety w skali szerszej nie jest wesoło. Myślę w tym momencie o Japonii, o Libii, o innych miejscach, których życie jest tragiczne codziennie...
11-03-2011 (20:17)
Japonię nawiedziło trzęsienie ziemi. Tragedia ludzi, katastrofa geofizyczna, szkody społeczne. Dobrze, że Japończycy potrafią się znaleźć w tej sytuacji. Nie jestem w stanie przewidzieć, co my robilibyśmy w obliczu takiego kataklizmu. Inna sprawa, że oni mieszkają na stale ruszającym się terenie i są do tego przygotowani z japońską precyzją.
Dzisiaj kupowałem cukier. Tragedia cenowa. Mnie takie trzęsienia kieszenią osobiście nie dotyczą, bo nie słodzę niczego, ale znam ludzi porządnie zszokowanych. Dziwna jest polityka władz europejskich, jakby całkiem inna niż tych z kraju kwitnącej wiśni. Oni potrafią społeczeństwo przygotować do kataklizmu, Unia Europejska robi wszystko, żeby doprowadzić do tragicznej podwyżki cen jednego z podstawowych artykułów spożywczych.
10-03-2011 (20:42)
Kapitalizm jest ustrojem krążącego między ludźmi pieniądza. Nie na odwrót, co jest lansowane przez niby światłe elity domorosłych polityków. Wielu z nas uwierzyło w nauki ekonomiczne głoszone nie przez ekonomistów, ale ekonomów. Oczywiście postawa zgonionego dorobkiewicza jest bardzo pożyteczna. Procując daje konkretny dochód w formie podatków. Trudno jest jednak określić, czy taka opcja życiowa gwarantuje doczekanie się emerytury.
Snuję sobie powyższe refleksje pobudzony wszędobylskim marazmem i niepewnością jutra. Dawno już tylu niezadowolonych ludzi nie było wokół mnie. Czego by się człowiek nie chwycił, to albo jakaś hiena czyha za karkiem, żeby uszczknąć, albo pasożyt, żeby wyjałowić ludzki dorobek, albo sęp ostrzy dziób na żywego trupa otumanionego propagandą.
Z wszystkich moich stękań można wywnioskować, że mam zepsuty humor, ale tak nie jest. Zadowolenie ze mnie tryska, bo już z dziurawej rury nie tryska woda. Mamy w domu ciepło i to jest chyba bardziej ważne od plityki, ekonomii i propagandy.
09-03-2011 (21:12)
O bardzo, bardzo wczesnym poranku, który dla większości ludzi może być jeszcze porą nocną, sunąłem autem w kierunku moich obowiązków. W pewnym momencie zerknąłem w bok na wielki, jasno mieniący się cennik paliw przy stacji benzynowej. Zdrętwiałem... Przecież jeszcze wczoraj kupowałem benzynę i jej cena była zdecydowanie niższa. Pomyślałem sobie, że pewnie się przewidziałem. Do rosnących cen jestem przyzwyczajony, ale ta wydawała mi się niepokojąco za wysoka.
No cóż! Kryzys polityczny w świecie arabskim ropą płynącym, nasze narodowe problemy z budżetem, nasze lokalne problemy finansowe, ktoś za to musi zapłacić i nawet wiem kto. Już miałem zrezygnowany machnąć na wszystko ręką, bo co innego czynić? Jednak z nagła doznałem olśnienia, powtórnego przebudzenia! Co do jasnej... albo i jeszcze gorsze przekleństwo, ja to problemów nie mam? Moi znajomi i krewni problemów nie mają? Nigdzie na żebry nie chodzimy, nie wycyganiamy kolejnych składek, opłat, podatków, ale bierzemy się do roboty, próbujemy wyciągnąć się z biedy własnymi rękami.
Ja mam problem domowy. Od pewnego czasu, jakoś tak z początkiem lutego zauważyłem, że zbyt często muszę uzupełniać wodę w centralnym ogrzewaniu. Sprawa okazała się poważna, ale do opanowania, nie trzeba było nagłego remontu. Stara, wiekowa chyba rura pamiętająca czasy Wilusia zaczęła przepuszczać wodę na jednym złączu niewidocznym w normalnych warunkach. Problem został zdiagnozowany, woda kapała do ziemi, pewnie, że się marnowała, ale nie było aż tak źle, natomiast mróz trochę krzyżował zrobienia porządku. Niestety problem się pogłębiał, a raczej dziura się powiększała, dlatego w konsekwencji już dzisiaj trzeba było interweniować gwałtownie, bo chyba musiałbym bez przerwy dopuszczać wodę, marnować ją i oczywiście paliwo. Na jutro jestem umówiony ze specami, zaczną remont z rana i myślę, że w popołudnie awaria przejdzie do historii. Jednak trzeba było na chwil kilka, prowizorycznie instalację uszczelnić, żeby jakoś przetrwać w przyzwoitej temperaturze.
Dlaczego o tym piszę? A dlatego, że widzę pewne proste analogie z moją rurą w piwnicy i pracami władz. Działania są jednak jakby zupełnie odmienne. Pieniądze leją się bokiem, dziura poszerza, a ktoś tylko znajduje nowe źródła zasilania. W momentach katastrofy, zwykłego wypadku, ważniejsze jest życie człowieka niż jego nowy garnitur. Trzeba działać szybko i racjonalnie, żeby poszkodowany nie wykrwawił się, żeby załapał oddech i oprzytomniał, potem można przejść do wyglądu. Ja niestety widzę, że kolejne rządy stale zamartwiają się spinkami do mankietów, krawatem i sznurowadłami.
08-03-2011 (17:55)
Koniec karnawału, jutro Popielec i minorowy nastrój Wielkiego Postu. Wiadomo, że nikt nikogo nie zmusza do zakładania worów pokutnych, klęczenia na twardych, kamiennych posadzkach, oraz do przestrzegania głodowej diety. Wcale nie trzeba chodzić z posępnym humorem i zatruwać życie wpajając sobie, że się jest grzesznikiem, nędznikiem i marnym prochem. Na samą myśl, że miałbym mieć przez czterdzieści dni otoczenie podobne do zakonnika ciężkiej reguły, cierpnie mi skóra i przechodzi ochota na wszystko, zwłaszcza na... post.
Stwierdzić jednak należy, że chwila wyciszenia, moment refleksji, analizy postępowania przydaje się każdemu. Postanowienie wielkopostne też pozytywnie wpłynie na poziom zadowolenia, jeśli oczywiście spełni się wszystkie wyznaczone cele. Z tym bywa różnie. Niektórzy podchodzą nad wyraz ambitnie, narzucają sobie ascezę, a następnie popadają w depresję, kiedy niczego dochować nie potrafią. Dlatego postanowienia należy czynić racjonalne, dostosowane do własnych możliwości.
Często wśród palaczy rodzi się chęć rzucenia nałogu. Marnie to wygląda, większość kapituluje po kilku dniach albo i jeszcze prędzej. Jeśli już ktoś ma chęć umartwiać się w tej materii, to lepiej postanowić, że przez Wielki Post nikogo nie poczęstuje się papierosem. Jest to wykonalne, a dodatkowo można dorobić piękną teorię o zatroskaniu cudzym zdrowiem.
07-03-2011 (21:38)
O czym to ja chciałem pisać?...
Już wiem! Na jednym z bardziej znanych portali przeglądałem wybór zdjęć najgorszych pomników Jana Pawła II. Co też ludzie potrafią wykonać! Koszmary! Piszę o tym, nie dlatego, że chcę się naśmiewać z kogokolwiek, ale żeby zwrócić uwagę na przykrą w końcu sprawę. Pcha się do współczesnej sztuki sakralnej tandeta. Dawne obiekty jeśli już nie były wykonane mistrzowsko, to przynajmniej poprawnie. Wszystko się trzymało pewnej logicznej estetyki. Jeśli ktoś dobudował barok do gotyku, nie robiło to wrażenia bezguścia. Obecnie jakby sztuka sakralna poszła w dewocjonalia, a to co się dzieje z pomnikami, przechodzi ludzkie pojęcie.
O czym to ja chciałem pisać?...
Nie lubię opiniować cudzej twórczości. Może jestem prostakiem, ale odbieram twórczość na takiej zasadzie: albo mi się podoba, albo nie, a prawdę wolę pozostawić sobie. Pewnie jest to pozycja asekurancka i nieco strachliwa, ale wygodna. Wracając do poprzedniej myśli nadmienić muszę, że często kicz dobrze ustawiony robi spore wrażenie. Dobre otoczenie, odpowiedni kąt spojrzenia czynić może cuda estetyczne. Niestety i ta sztuka jest rzadkością. Bardzo często twórczość sakralna pozbawiona jest artysty i stylisty.
O czym to ja chciałem pisać?...
Pewnie, że wiele jest teraźniejszych arcydzieł, gdybym potępił całość dorobku, byłbym durniem i krytykantem z klapkami nienawiści na oczach.
06-03-2011 (21:05)
Wszystko, co dobre kończy się niestety szybko. Finał naszego przedłużonego weekendu nastąpił dzisiaj przed południem. Z drugiej strony patrząc, z tej mojej, nie do końca racjonalnej, nic tak człowieka nie zmęczy, jak zbyt długi relaks.
Wyjechaliśmy z Wierchomli i z pewnością do niej wrócimy, do Justyny i Czarka, do Chaty Lisiczka. Wiem to, bo znamy się od wieków całych, odwiedzamy się od czasu do czasu albo spotykamy na różnych imprezach z okazji mniej, czy bardziej okrągłej rocznicy zakończenia studiów. Całe nasze towarzystwo czuje się ciągle młodo, chociaż wydaje się nam, że uczono nas na wydziale jak się leczy dinozaury.
Lata uciekały nam przez palce niczym wiatr między sztachetami raju. Coś jednak pozostało w dłoniach i nie był to tylko brud, ale wiele normalnie dobrych spraw.
Jutro kolejny dzień, niby monotonne, ciężkie chwile, lecz o wiele lżejsze. Z pewnością lżejsze, niż głowa po tych wszystkich wypitych piwach!
05-03-2011 (15:50)
Wypad do Starego Sącza. Trochę marudnego człapania po sennym mieście, takim jakby z innej jeszcze epoki. Potem wizyta w zespole klasztornym sióstr klarysek. Z pewnością ciekawe miejsce, resztę refleksji pozostawię sobie w zanadrzu mózgowia. Przyda się na zaś... reszta refleksji i oczywiście zanadrze mózgowia, którego działania nigdy nie jest dosyć.
Jeśli miałbym stopniować wrażenia wzrokowe, to na samym szczycie piękna umieściłbym Drzewo Jessego.
W drodze powrotnej mała kawa, woda mineralna i co nieco innego w Pijalni w Piwnicznej. Miejsce miłe, wystawa obrazów na szkle, atmosfera akurat, żeby nabrać apetytu na obiad.
04-03-2011 (16:24)
Wczoraj góralska impreza przeciągnęła się do godzin nocnych. Atmosfera urocza, towarzystwo złożone z sympatycznych przyjaciół. Rozmowy, wspomnienia, trochę plotek i planów. Narzekania jedynie dotyczyły tego, że zbyt rzadko się spotykamy. Może dlatego jest tak fajnie, że widujemy się co kilka lat? Chyba nie, bo dawniej kontakty nasze były codzienne i też nie mieliśmy większych kontrowersji.
Potem powrót do kwatery głównej i w mniejszym gronie dalej wałkowanie tematów rodzinnych... tak wałkowanie, bo ja chciałem się już położyć. Z moimi nawykami, godziny powyżej 24:00 są już męczące.
Wstałem o 3:30. Co tu robić w nowym środowisku, bez moich nieodzownych sprzętów? Poczytałem trochę. Przynajmniej zapoznałem się z poezją lokalnej poetki.
Potem spacerek po Wierchomli, mroźnej i uroczej...
Taki był poranek. Następnie wypad w góry - śniegu niewiele, ale trasy narciarskie w pełnej gotowość. A teraz... a teraz może bym coś zjadł?
03-03-2011 (10:42)
Karnawał powoli się kończy. Dzisiaj Tłusty Czwartek, wszędzie pełno pączków, producenci prześcigają się z różnorodnością nadzienia, wyglądu zewnętrznego i ceny.
W ramach lekkiego wypoczynku jedziemy na wieczór góralski... Zobaczymy, co ze mnie zostanie...
02-03-2011 (20:05)
Po wczorajszej próbie jestem spokojniejszy o program. Na koniec spotkania wspominaliśmy dawne piosenki. Ile tego było? Masa, niektóre raz tylko wykonywane.
... Mam jednak pewne wątpliwości dotyczące otoczenia "Kurnej Chaty".
Ciekawi mnie, czy nie dałoby się kiedyś ustawić radaru na takich uliczkach jak przykładowo ta pod wezwaniem Teofila Królika? Tam przecież czasami przejść się nie da na drugą stronę! Tor wyścigowy, czy co?
Wiem, że dobrze jest się wymądrzać, dawać komuś dobre rady, opowiadać, że zna się na wszystkim. Nie chcę tego robić, ale kiedy mi jeden ktoś w środku miasta na palce najeżdża, a za moment następny skrobie na piętach marchewkę, to raczej do przyjemności nie należy.
01-03-2011 (23:08)
Kiedy zatrzymuję się na parkingu w centrum wsi, kiedy kieruję swe kroki w stronę kiosku, a jest to wtorek, wiem, że zaraz po wymianie "dzień dobrych" dostanę do łapy "Gwarka". Dzisiaj było podobnie, ale kiedy podszedłem do okienka, rzuciłem tylko grzeczne słówko i powiedziałem, że niestety muszę najpierw pójść do bankomatu. Po co te banały opisuję? A dlatego, że wyczułem coś niezwykłego w samym, nieco innym skierowaniu gazety w moją stronę. Niby nic szczególnego, ale dźgnęło mnie dziwne przeczucie. Miałem rację, że coś wisi w powietrzu. Po kilku minutach byłem znowu przed okienkiem i pani, pokazując mi pierwszą stronę zapytała:
- O tym to już pan pewnie wie?
- O czym? - nie byłem świadomy o co chodzi.
- A o tym!
Na pierwszej stronie artykuł o gminie. No, fajnie! Nie wiem, czy się śmiać, czy wpadać w popłoch. Laptop wyrwany z ręki pani wicewójt! Wszystkie osoby dramatu są mi znane, miejsce akcji też... kurcze blade, chyba mam pomysł na "Tajemnice gminnego komputera". Sprawa warta dobrego kryminału...
28-02-2011 (21:41)
Przywiozłem szopki z Wisły. Mam także na płycie nagrane, zeskanowane wpisy do księgi gości. Nie ukrywam, że jest kilku znajomych, nawet ze Zbrosławic...
- Jasiu, nie wiedziałam, że te twoje szopki... - dalej poszedł komentarz. Było to kilka tygodni temu w sklepie.
- Nie rób, proszę sensacji, a poza tym mogłaś je obejrzeć na wystawie w Zbrosławicach.
- No właśnie, tutaj nie oglądałam!
Jeden wpis jest w jakimś języku azjatyckim. Będę musiał zasięgnąć informacji, co to znaczy. Treści musi być sporo, bo jest tego kilka linijek.
Cieszę się, że mam kolejną wystawę za sobą, teraz mały remanent i szykowanie się do następnej... następnych, bo będą chyba dwie.
27-02-2011 (17:45)
Drużyna skoczków zajęła czwarte miejsce na średniej skoczni. Turniej odzwierciedlił siłę polskiej ekipy, tak mi się wydaje. Nie ma co drzeć szat, ust i wszystkiego co się pod rękę nawinie. Nasi zawodnicy oddawali skoki na miarę ich możliwości. Bezsensowne wypowiedzi komentatora, że teraz Hula musi oddać bardzo długi skok, świadczą jedynie o nieuzasadnionych ambicjach. Liczenie na czyjeś "wyskoki Fortuny" są niefortunne. Jeśli ktoś przez cały czas plasował się w trzeciej dziesiątce w zawodach Pucharu Świata, a sukcesem było zdobycie kilku punkcików w tych rozgrywkach, to nierozsądnym się wydaje marzenie o biciu rekordu skoczni, a przynajmniej pokonaniu prawdziwych mistrzów.
Tak jak w sporcie, tak w innych dziedzinach opieramy się stale na zbożnych intencjach, na chciejstwie. Zamiast dopingować ambitnych, dawać im lekko ostrogę, żeby parli w kierunku sukcesu, stale wymagamy. Dzieje się tak, chociaż sami nie potrafimy poprzeczki porządnie podnieść, bo albo jest za ciężka, albo statyw zbyt wysoko ustawiony. Amen... koniec kazania, bo dzisiaj jest niedziela.
26-02-2011 (18:38)
Mistrzostwa Świata w narciarstwie klasycznym weszły dla Polski w strefę medalową. Justyna Kowalczyk zdobyła srebrny medal, Adam Małysz wyskakał brązowy. Czy mogło być lepiej? Z pewnością, ale i tak jest bardzo dobrze. Coś drgnęło w tych sportach, światowe imprezy z poprzednich lat dają łut nadziei, że system szkolenia się zmienił, że w sporcie polskim już teraz bardziej będą się liczyć sportowcy i wykwalifikowani szkoleniowcy, niż armia opasłych działaczy z charakterystycznym krawatem zwisającym z brzucha.
Niedawno narzekałem na brak postępów za plecami Małysza i całe szczęście, pomyliłem się. Tuż za nim plasuje się Stoch, który dla mnie był największą rewelacją polskiej reprezentacji. Z dziesiątego miejsca skoczył na szóste, pokonał zawodników, którym jeszcze niedawno do pięt nie dorastał.
Zobaczymy, co przyniosą kolejne konkurencje, ale dla mnie te mistrzostwa już są udane. Ja tyle bym nie skoczył, a o biegach nawet nie wspomnę, bo po rywalizacji z Kowalczyk mógłbym jedynie zająć dobre miejsce na oiomie.
25-02-2011 (21:17)
Po otwarciu wystawy prac pana Mieczysława Muławskiego... Jakie refleksje? Pozostawię to sobie w pamięci. Kilkanaście miłych rozmów, trochę wspomnień, trochę nowych planów.
Moje dwuwiersze pod pracami powstawały w warunkach ekstremalnej koncentracji. Nie było łatwo opisać czyjąś charakterystykę w dwóch linijkach i zrobić to tak, żeby trzymało się sensu. Do tego jeszcze dochodzi cała otoczka zdarzeń, które towarzyszyły przedsięwzięciu, czyli defekt twardego dysku, powtórne pisanie wszystkiego od nowa, dziwne komplikacje z pocztą internetową. Cały czas myślałem, że robię coś źle, a siły z zaświatów chcą tę nieudolność pokrzyżować...
Jestem przewrażliwiony, Andrzej ma rację.
25-02-2011 (21:17)
Po otwarciu wystawy prac pana Mieczysława Muławskiego... Jakie refleksje? Pozostawię to sobie w pamięci. Kilkanaście miłych rozmów, trochę wspomnień, trochę nowych planów.
Moje dwuwiersze pod pracami powstawały w warunkach ekstremalnej koncentracji. Nie było łatwo opisać czyjąś charakterystykę w dwóch linijkach i zrobić to tak, żeby trzymało się sensu. Do tego jeszcze dochodzi cała otoczka zdarzeń, które towarzyszyły przedsięwzięciu, czyli defekt twardego dysku, powtórne pisanie wszystkiego od nowa, dziwne komplikacje z pocztą internetową. Cały czas myślałem, że robię coś źle, a siły z zaświatów chcą tę nieudolność pokrzyżować...
Jestem przewrażliwiony, Andrzej ma rację.
25-02-2011 (21:16)
Po otwarciu wystawy prac pana Mieczysława Muławskiego... Jakie refleksje? Pozostawię to sobie w pamięci. Kilkanaście miłych rozmów, trochę wspomnień, trochę nowych planów.
Moje dwuwiersze pod pracami powstawały w warunkach ekstremalnej koncentracji. Nie było łatwo opisać czyjąś charakterystykę w dwóch linijkach i zrobić to tak, żeby trzymało się sensu. Do tego jeszcze dochodzi cała otoczka zdarzeń, które towarzyszyły przedsięwzięciu, czyli defekt twardego dysku, powtórne pisanie wszystkiego od nowa, dziwne komplikacje z pocztą internetową. Cały czas myślałem, że robię coś źle, a siły z zaświatów chcą tę nieudolność pokrzyżować...
Jestem przewrażliwiony, Andrzej ma rację.
24-02-2011 (23:15)
- Pijcie te piwa, bo muszę jechać - powiedziałem przed godziną.
- Gdzie się tak śpieszysz? - zapytał Andrzej.
- Nie napisałem niczego na blogu.
- Możesz sobie darować i jeden dzień odpuścić - padło stwierdzenie, z którym mogę się zgodzić i nie.
Zgodzić się mogę, bo nikt mnie do tego nie zmusza, a nie zgadzam się, bo jeśli powiedziało się "a", to trzeba mieć tyle siły, żeby powiedzieć ostatnią literę alfabetu i realizować cel.
Te piwa były wypijane w "Kurnej chacie" z okazji odebrania przez Ankę nagrody burmistrza. Powtórzę tylko kilka słów z wielu, jakie wypowiedziałem na temat Anki. Przede wszystkim należy ona do osób, które jeśli powiedzą "a", to konsekwentnie trzymają się kursu i realizują wszystko, co doprowadza do celu. Nigdy nie zauważyłem, żeby szła po trupach. Udowadnia, że upór w realizacji nie musi być równoważny z chamstwem, nawet grzecznym chamstwem, co jest obecnie takie modne, takie... nie chcę pewnego słowa użyć, bo zaraz czuję chęć na psychiczne torsje.
Były też mniej miłe momenty w uroczystości. Jeśli ktoś ma jakieś inne zdanie, jeśli uważa, że nie mam racji, to pragnę przypomnieć, że jestem raczej konsekwentny i jeśli komuś obiecałem "a", to zrobię wszystko, żeby poczuł, jak smakuje koniec alfabetu.
24-02-2011 (23:14)
- Pijcie te piwa, bo muszę jechać - powiedziałem przed godziną.
- Gdzie się tak śpieszysz? - zapytał Andrzej.
- Nie napisałem niczego na blogu.
- Możesz sobie darować i jeden dzień odpuścić - padło stwierdzenie, z którym mogę się zgodzić i nie.
Zgodzić się mogę, bo nikt mnie do tego nie zmusza, a nie zgadzam się, bo jeśli powiedziało się "a", to trzeba mieć tyle siły, żeby powiedzieć ostatnią literę alfabetu i realizować cel.
Te piwa były wypijane w "Kurnej chacie" z okazji odebrania przez Ankę nagrody burmistrza. Powtórzę tylko kilka słów z wielu, jakie wypowiedziałem na temat Anki. Przede wszystkim należy ona do osób, które jeśli powiedzą "a", to konsekwentnie trzymają się kursu i realizują wszystko, co doprowadza do celu. Nigdy nie zauważyłem, żeby szła po trupach. Udowadnia, że upór w realizacji nie musi być równoważny z chamstwem, nawet grzecznym chamstwem, co jest obecnie takie modne, takie... nie chcę pewnego słowa użyć, bo zaraz czuję chęć na psychiczne torsje.
Były też mniej miłe momenty w uroczystości. Jeśli ktoś ma jakieś inne zdanie, jeśli uważa, że nie mam racji, to pragnę przypomnieć, że jestem raczej konsekwentny i jeśli komuś obiecałem "a", to zrobię wszystko, żeby poczuł, jak smakuje koniec alfabetu.
24-02-2011 (23:13)
- Pijcie te piwa, bo muszę jechać - powiedziałem przed godziną.
- Gdzie się tak śpieszysz? - zapytał Andrzej.
- Nie napisałem niczego na blogu.
- Możesz sobie darować i jeden dzień odpuścić - padło stwierdzenie, z którym mogę się zgodzić i nie.
Zgodzić się mogę, bo nikt mnie do tego nie zmusza, a nie zgadzam się, bo jeśli powiedziało się "a", to trzeba mieć tyle siły, żeby powiedzieć ostatnią literę alfabetu i realizować cel.
Te piwa były wypijane w "Kurnej chacie" z okazji odebrania przez Ankę nagrody burmistrza. Powtórzę tylko kilka słów z wielu, jakie wypowiedziałem na temat Anki. Przede wszystkim należy ona do osób, które jeśli powiedzą "a", to konsekwentnie trzymają się kursu i realizują wszystko, co doprowadza do celu. Nigdy nie zauważyłem, żeby szła po trupach. Udowadnia, że upór w realizacji nie musi być równoważny z chamstwem, nawet grzecznym chamstwem, co jest obecnie takie modne, takie... nie chcę pewnego słowa użyć, bo zaraz czuję chęć na psychiczne torsje.
Były też mniej miłe momenty w uroczystości. Jeśli ktoś ma jakieś inne zdanie, jeśli uważa, że nie mam racji, to pragnę przypomnieć, że jestem raczej konsekwentny i jeśli komuś obiecałem "a", to zrobię wszystko, żeby poczuł, jak smakuje koniec alfabetu.
23-02-2011 (19:14)
Przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka, tak mówią mądrzy ludzie. A czym jest w takim razie uzależnienie? Wszelkie uzależnienia są prawdziwą zmorą człowieka, a jest ich całe mnóstwo. Niby wolni ludzie, a korzystając z dobrodziejstw swobody stajemy się jej niewolnikami.
Nałóg alkoholowy, narkotyki, pracoholizm i wiele innych paskudztw czeka w każdym momencie codzienności. Dzisiaj dotkliwie odczuwam wraz z rodziną i częścią Zbrosławic skutki uzależnienia od prądu elektrycznego. Kolejny raz brakuje w sołectwie energii. Najpierw mignęło, potem jeszcze raz, następnie kilkakrotnie w odstępach bodaj minutowych i... szlag trafił wszystkie moje plany. Robię się nerwowy, a to jest właśnie objaw uzależnienia, nie wiem co z sobą zrobić, blask świeczek jeszcze bardziej rozdrażnia.
Pani w telefonie pociesza, że prąd będzie po 21.30, no ładnie! W mieszkaniu pachnie niczym na cmentarzu we Wszystkich Świętych.
Co tu robić? Piszę tekst bloga korzystając z tego, że w baterii laptopa jest jeszcze trochę energii...
Zamigotało, urządzenia w kuchni zapiszczały swoimi czujnikami i... znowu znowu światło zgasło...
Jeszcze moment ciemności i nareszcie jest jasno i to wcześniej niż obiecywała pani w pogotowiu energetycznym. Objawy uzależnienia prysły. Kaca nie mam, dlatego myślę, że nałóg korzystania z prądu jest nieco zdrowszy od alkoholizmu.
22-02-2011 (16:34)
Z czegoś muszę zrezygnować... Jestem zmęczony i cześć! Tak mnie teraz naszło i zaraz robię remanent konicznych dzisiaj czynności. Powinienem skończyć tekst na Tarninę, poprawić następny i trzeci zakończyć. Nie chce mi się jednak, bo wiem, że i tak dostanę po łbie krytycznie. Po co się mam nastawiać. Wiem, że inni przyniosą coś, to ja się z nich będę mógł naśmiewać... no, może jednak skończę, ale czy to się da przeczytać?
Dzisiaj już się nieźle uśmiałem na warsztatach literackich. Młodzież wypisała na koniec taki tekst, że momentami można było wyć ze śmiechu. Nieźle się prowadziło, bo przyszli tylko ci zainteresowani konkursem literackim. Według mojej opinii powinni złapać temat, napisać coś, co da się ocenić, a przede wszystkim przeczytać.
21-02-2011 (21:35)
Dzień trochę rozdarty w kilku płaszczyznach... Robiąc rachunek sumienia i rachunek z umienia raczej bilansuje się na plus.
Rano trochę refleksji teologicznych...? Niby się na tym mam nie znać, ale w chrześcijaństwie ważniejsze jest przecież to, co duchowe. Jestem daleki od krytyki, ale bliski szukania porządnych drzwi, takich jakie są w przedsionku kościoła zamkowego w Wittenberdze. Niczego na nich nie będę przybijał, ale spróbuję otworzyć.
"...Pochylony starzec szedł o świcie zaśmieconą ulicą. Chwila nieuwagi i potrącił człowieka rozładowującego chleb.
- Dokąd to idziesz jak ślepiec?
- Do Rzymu, bo nie zrozumieliście mnie kompletnie... - odparł stary człowiek..."
Kiedyś, przed laty miałem napisane opowiadanie, gdzieś zniknęło. Wyfrunęło przez otwarte drzwi w Wittenberdze.
20-02-2011 (20:49)
Podobno pogoda ma się zmienić, nie powiem, żebym był przeciwny zimie w zimie. Te smutne siąpienia nie przynoszą zdrowia nikomu. Wczesnym rankiem było biało, a na noc zapowiadają mróz.
Cały dzień coś próbuję zmontować, a wychodzą takie byle jakie:
Dotychczas pogoda była opłakana.
Dzisiaj rano patrzę... jaka wielka zmiana!
Ciągnąc mrozu bestię śniegami kąśliwą,
Polami i szosą szła zima, o dziwo!
Rzekłem: "Po co przyszłaś, żeby męczyć tu nas?
Lepiej idź pohulać na ziemskich biegunach!"
Tu zima rzuciła spojrzenie złośliwe,
Powiedziała chłodno: "Dam ci za tę dziwę!"
Na dobranoc zejdę do piwnicy dołożyć do pieca na wszelki wypadek, a przede wszystkim na wypadek mrozu.
19-02-2011 (21:42)
Kilka dni temu zmarła Karin Stanek, osobowość bliska naszemu regionowi, dziewczyna z Bytomia.
Gdyby sięgnąć do jej biografii nie można wspomnieć o jej rodowodzie związanym z niszowymi, raczej przyziemnymi środowiskami. Przyznać muszę, że od dzieciństwa, czyli od zawsze miałem mieszane uczucia co do jej artyzmu. Jeśli zastanawiałem się nad jej twórczością, nie byłem pewny, czy haczę o geniusz, czy o kicz...
Nigdy nie jestem pewny, czy to, co sam robię ma jakąś wartość? A może niepewność twórcy jest jakimś wyznacznikiem?
Tylko jakim?
18-02-2011 (21:24)
Żarty się skończyły! Zrobiłem remanent w utopcach i mam złe wnioski, fatalne saldo, manko jak diabli. Muszę się zabrać do roboty, bo czerwiec się zbliża, impreza zaplanowana, a ja w powijakach, znaczy się, nie ja, ale moje obiecane ze słowem honoru - cosik.
Dzisiaj już jest zbyt późno na pracę, jedynie stać mnie na refleksje. A są one smutne! Cały czas igram sobie z czasem. Dotrzymuję terminów, ale wszystko jest o mysi włos. Gdyby wydarzyły się nieprzewidziane okoliczności, to musiałbym się nieźle tłumaczyć.
Jutro startuję do czerwcowej imprezy! Koniecznie!
17-02-2011 (22:30)
Fragment czegoś, co powiązane będzie z Meluzyną...:
"...Nie lubił wczesnej wiosny od czasu, kiedy dostał krą w głowę. Normalnie nic by mu nie zrobił taki niewielki kawałek lodu płynący w dół rwącą rzeką, ale niestety nie była to kra normalna. A wszystko zaczęło się jeszcze jesienią, kiedy doszło od niewinnych przepychanek słownych z czarownicą, bo nie można powiedzieć przecież, że była to kłótnia. One w świecie ich rzeczywistości trwają całymi wiekami, przeistaczają się w nienawiść i z całą premedytacją pchają ku unicestwieniu.
Wymiana ostrych słów między czarownicą, a utopcem trwała miesiąc, może półtora, ale nie dłużej. Zakończyła się w momencie, kiedy panowały przed świętami okrutne mrozy skuwające do twardości kamienia wszystko, co wilgotne..."
Tak do końca jeszcze nie wiem, jak z to z Meluzyną połączyć, ale jakoś spróbuję to uczynić.
Na marginesie dnia mogę z czystym sumieniem odnotować, że wiele się udało.
16-02-2011 (20:40)
Piszę jakieś brednie, dzień się kończy, a ja w lesie... chciałbym być w lesie!
Po trzech latach wybierania się do okulisty w ramach konieczności zmiany okularów - doszedłem.
- Niestety jest drobny poślizg - usłyszałem. - Trzeba czekać na panią doktor.
- Trudno, poczekam - odparłem i pomyślałem, że skoro trzy lata czekałem, to mogę jeszcze chwilę. - A długo? Pół godziny? Godzinę?
- Raczej pół.
- Mam złe okulary, więc nie wiem czy dobrze trafiłem. Tu jest okulista, czy PKP? - spytałem głupawo, ludzie się śmiali, więc chyba głupawo.
Ktoś mnie wczoraj prosił, żebym uderzył ręką w stół... i proszę nożyce się odezwały - to taka dygresja, kto wie o co chodzi, ten wie, a kto nie wie, wiedzieć nie będzie. Mądrości takie wypisuję, jakbym się ziółek napił czarcich... wspominałem na początku, że brednie piszę!
15-02-2011 (18:13)
Za moment jadę na wtorkowe spotkanie tarninowe, jeśli wierzyć zegarowi, to teraz powinna odbywać się próba muzyczna. Myślę, że kolejny program otrzyma śpiewny profil, bo przecież już o tym czasie miało być po pierwszym w tym roku programie. W sobotę miałem nawet taką telefoniczną rozmowę:
- Halo, cześć! Czy to, o czym mówiłeś jest aktualne?
- Cześć, staram się mówić prawdę, ale nie wiem, czy będzie ona aktualna.
- Chodzi o występ.
- Ta prawda jest nieaktualna, a przynajmniej obecnie.
- A kiedy gracie?
- Chyba w marcu, ale czy to jest prawda? Dowiem się we wtorek.
Myślę, że do jasnej .... dowiem się dzisiaj, kiedy szanowny zespół będzie mógł zagrać!?
14-02-2011 (21:23)
Fajny dzień, a przynajmniej fajnie się zaczął. Załatwiałem pomyślnie wszystkie sprawy. Po pracy siadłem przed komputerem i chciałem napisać coś, co okazało się trudne w realizacji. Są takie momenty w życiu, że człowiek wie, czego chce, ale nie bardzo potrafi się do tego zabrać, a dodatkowo ma świadomość, że trudno mu będzie wydłubać zakończenie z zastałej kory mózgowej.
Myślałem, że wykombinuję tekścik o temacie banalnym i oklepanym, o przemijającym czasie, ale ujmując sprawę niebanalnie. Takie to wydało się proste, że siedziałem prosto i nic mi się nie udawało. Pomyślałem sobie, że skoro dzień się dobrze zaczął, to muszę go pozytywnie zakończyć. Dlatego, żeby coś wyszło, coś jednak się udało, sam wyszedłem i udałem się do Parku Wodnego. Tam zawsze nachodzą mnie ciekawe skojarzenia.
Kiedy już byłem na finiszu wodnych przygód i zakładałem buty, podeszła do mnie dziewczyna i spytała:
- Czy można tutaj zatrzymać czas?
Myślałem, że się przesłyszałem.
- W jakim sensie?
- No, wie pan, żeby sobie włosy wysuszyć i nie płacić - tłumaczyła, widocznie była tu pierwszy raz.
- Można tylko na kasie - odpowiedziałem.
Pomyślałem sobie, jakie by to było piękne, gdyby można było zatrzymać czas na kasie w Parku Wodnym. Ile dałbym za to!
A tekstu o czasie dzisiaj nie napiszę, bo mi się już nie chce! Po co mam sobie psuć fajny dzień, a potem jeszcze kogoś tekstem torturować!
13-02-2011 (22:14)
Utopiec piekarza nie lubił, mało powiedziane! Nienawidził...? Gorzej, bał się go okropnie. Każdy, kto miał coś więcej do czynienia z ogniem stanowił niebezpieczeństwo dla wodnego demona. Co innego taki rzeźnik, to była postać utopcowi miła. Chętnie go zaczepiał, nie w celach zdradzieckich, ale po to, żeby porozmawiać, czegoś się dowiedzieć, coś wycyganić. Często rzeźnik przynosił mu świńskie pęcherze. Oczywiście za darmo tego nie robił, ale nie mógł się dowiedzieć po co utopcowi takie coś. Na próżno wypytywał, podchwytliwie dobierał się od innej strony do tematu, niczego nie wskórał. Utopiec milczał na ten temat jak nieboszczyk, jak topielec przez niego wciągnięty do wody. Każdą próbę dowiedzenia się o przydatności pęcherza w podwodnym domostwie kwitował tak:
- Chcesz się dowiedzieć? Możesz zobaczyć zaraz, daj tylko rękę, to cię wciągnę pod wodę.
- Nie, nie! Bóg zapłać! Już ja cię znam, chcę jeszcze trochę pożyć – odpowiadał rzeźnik.
12-02-2011 (19:07)
Na miejscu pracy byłem przed czwartą, a wróciłem grubo po szesnastej. Jestem zmęczony, ale się nie skarżę, odwaliłem kawał roboty, nie za darmo i nikt mnie do tego nie zmuszał. Wszystkie te względy wcale nie oznaczają, że nie jestem zmęczony, a nawet padający... w ciepłe ramiona lenistwa.
Już w aucie, w drodze powrotnej domu naszły mnie okrutne chęci spędzenia wieczoru z muzyką, dlatego teraz realizuję zachciankę i słucham. Zacząłem od "Dzwonów rurowych" i chyba niewiele od nich odejdę, bo już czuję, że Mike Oldfield ukoi moje skołatane nerwy i zdrętwiałe mięśnie.
Czuję się zauroczony tą muzyką, niczym zabłąkany żeglarz zwabiony śpiewem syren... a niech tam, niech utonę w dźwiękach.
11-02-2011 (20:00)
Wracałem z pracy zmęczony i myślałem już o czekającym na mnie obiedzie. Nawet nie tyle, że byłem głodny, ale chciało mi się jeść w sensie jedynie czynności, przebywania w domowej atmosferze i czerpania przyjemności z rodzinnego spokoju. Zjeżdżałem z górki od strony Ptakowic pod most nad drogą do Tarnowskich Gór. Auto jadące od strony miasta skręciło w lewo, właśnie na drogę, którą jechałem. Zatrzymałem się, żeby samochód przepuścić, bo byłem na drodze podporządkowanej. Kierująca tamtym autem też stanęła i po chwili zaczęła dawać mi znaki sugerujące, że ja mam pierwszeństwo, ale ja pokazywałem uparcie znak "ustąp", przy którym się zatrzymałem. Kobieta musiała coś głośno krzyczeć, bo usta szeroko się otwierały, potem dała po gazie i stukając się po głowie pojechała. Gdybym nie był zmęczony, gdybym był bardziej chamski i prymitywny, to z pewnością pognałbym za nią i mniej, czy bardziej delikatnie wytłumaczył co nieco. Machnąłem ręką na całe zdarzenie, przecież zwalczanie kretyństwa nie jest moją misją życiową.
Po kilku godzinach, oczywiście po spokojnym obiadku pojechaliśmy z żoną na zakupy do Tarnowskich Gór. Jutro specjalnie nie będzie czasu, bo wcześnie idę do pracy, a gdy wrócę późnym popołudniem będę wolał pobyczyć się, a nie ganiać po sklepach. Stałem pod światłami na skrzyżowaniu przy Lidlu, z ulicy Gliwickiej zjeżdżały auta na Obwodnicę i... aż przetarłem oczy! Na lawecie wieźli rozbity samochód identyczny jak ten, którego kierowca dawała mi do zrozumienia, że nie wiem jak się jeździ. Przysięgać nie będę, że to był ten sam, ale prawdopodobieństwo jest duże, bo marka i typ były charakterystyczne i raczej mało obecnie spotykane. I oczywiście kolor się zgadzał. Nie wiem, czy zbieg okoliczności, czy moje przewidzenie? Nie wiem...
10-02-2011 (22:43)
Kiedy mam trochę wolnego czasu, to mogę sobie pozwolić, żeby coś zrobić. Zabrzmiało bezsensownie, ale tak jest faktycznie, że znajdując jakieś chwile luzu w zajęciach odrabiam zaległości z różnych dziedzin. Dzisiaj w wolnym czasie miałem zamiar wymienić żarówkę w tylnej lampie samochodu. Na zamiarze się skończyło, bo ogarnął mnie duch lenistwa.
Na wymianę żarówek w aucie nieraz narzekałem, szlag mnie trafia na widok obecnych rozwiązań konstrukcyjnych uprzykrzających bieżące, samodzielne naprawy. Pomijam już kompletny mój brak znajomości danych handlowych detalu, który chcę kupić. Z tym daję sobie jakoś radę, potrafię wytłumaczyć, dogadać się. Dalsze czynności budzą we mnie cierpienia, które chcę w sposób szczeniacki oddalić poprzez wpajanie sobie, że przecież za kilka godzin też to można zrobić. Dlatego, mając już upragnioną żarówkę, a nawet dwie, pomyślałem, że wymiany dokonam po pracy, a potem całe zadanie postanowiłem odwlec na jutrzejszy poranek.
A żarówkę kupowałem tak:
- Dzień dobry - już na początku starałem się być miły dla pani sprzedającej, bo wiedziałem, że będzie musiała mieć dla mnie sporo cierpliwości.
Pani odwzajemniła pozdrowienie i uśmiechnęła się, co rokowało nadzieje na dogadanie się.
- Potrzebuję żarówkę do tylnych świateł.
- Muszę wiedzieć jaką - w tym momencie nastąpił kolejny uśmiech.
- Już mówiłem do tylnych.
- Ale do jakich tylnych? Do kierunkowskazów, do stopu...
- Jasne, wiem o co chodzi! Proszę do tych, co się świecą cały czas, te wie pani, mijania - robiłem z siebie kretyna, żeby nie wywołać niechęci, ale delikatne współczucie dla ignoranta.
- Dobrze, ale też muszę wiedzieć o jakie wartości chodzi?
- Nie mam pojęcia!
- A wie pan przynajmniej, jakim autem pan jeździ? - kolejny uśmiech uzmysłowił mi, że dziewczyna czuje bluesa.
Nie będę opisywał dalszych perypetii, bo skompromituję się na amen. Kiedy w końcu wszystko było wiadome i pani szła do półki po upragnioną żarówkę, powiedziałem:
- Jeszcze na koniec dodam tylko, jeśli oczywiście jest to istotne, że chodzi mi o lampę prawą.
- Oczywiście, że to jest dla pana istotne, bo jeśli spaliła się prawa żarówka, musi pan ją wymienić, a nie lewą - kpiła ze mnie w tonacji podyktowanej przeze mnie.
Na koniec stwierdziłem, że chyba kupię dwie, bo nieszczęścia chodzą parami.
- Bardzo słusznie pan robi. Będzie pan miał teraz lewą i prawą - dodała pani i zakończyła uśmiechem.
Gdyby tak miło się wymieniało żarówki w moim aucie, jak się je kupuje, też miałbym teraz uśmiech. Niestety jest inaczej, więc mam w perspektywie demontaż połowy auta.
09-02-2011 (21:32)
W dzisiejszym przelocie przez rzeczywistość dotarły do mnie z mediów strzępy rozmów na temat becikowego. Nie powiem, żebym był entuzjastą tej zapomogi, ale wrogiem nie jestem. Zastrzyk finansowy w momencie narodzin dziecka z pewnością się przydaje i wiem, że rzadkością jest w rodzinach rozdysponowanie pieniędzy w formie pępkówki. Mogę mieć i mam nieco inne zapatrywanie na całość ustawy zrobionej z klasą iście poselskich głów.
Dlaczego kpię sobie z poselskiego pomyślunku? Mam powody, gdyż jeśli członek (z całą świadomością używam wieloznaczności tego wyrazu) władzy najwyższej twierdzi, że 1000 PLN spowodowało wzrost przyrostu naturalnego, to chyba z koniem na łby się pozamieniał!
...
Sądzę, że powinniśmy sobie począć dziecko, albowiem po porodzie otrzymamy wielki majątek - rzecze mąż do swej wybranki.
- Tak, kochanie! Pójdź do mnie, cała drżę na samo wspomnienie o fortunie, jaka nas czeka! - odpowiada świadoma przyszła matka.
Następnie wpatrzeni w ekran oglądają patriotyczne widowisko z gatunku relacja z obrad sejmu i płodzą świadomie nową istotę dla demokratycznych celów.
...
Jak się nazywa nakłanianie do uprawiania seksu za pieniądze? Bardzo mi to nieładnie pachnie kodeksem karnym. Całe szczęście, że pomysłodawców chroni immunitet, bo już siedzieliby za kratkami! Dla nich, oczywiście całe szczęście, bo rodziny cierpią za swoje i jedynie co je trzyma to prawdziwa miłość, tradycja i instynkt samozachowawczy. Becikowe z pewnością nie!
08-02-2011 (18:41)
Brakuje mi trochę czasu, niewiele, kilka bzdurnych godzin... Powinienem albo przyspieszyć z pracą, albo z czegoś zrezygnować. Niestety zrezygnować nie mogę, bo słowo się rzekło, prace rozpoczęte i należy tylko zrobić kropkę, może trochę więcej, jakieś słowo dodać i koniec.
Jeśli miałaby to być kropka nad "i", to z pewnością dłużej bym się zastanawiał.
Fragment dzisiejszej rozmowy:
- Coś mi się zrobiło z oczkiem...
- To do okulisty!
- Z oczkiem wodnym się zrobiło!
- Zamarzło?
- Nie! Przecież teraz jest zbyt ciepło. Ryby dostały grzybicy.
- Aha, to z rybami coś się stało! Nie dobrze.
- Nie wiem, jaka może być tego przyczyna?
- Może moczył pan nogi w tym oczku?...
...i dalej takie bzdurne pytania, złośliwe uwagi. Bzdury jednym słowem. Właśnie, czy ja się nie zajmuję zbytnio bzdurami?
07-02-2011 (20:53)
Dzień, pod koniec którego mogę powiedzieć, że czuję się zmęczony pozytywnie. Chce mi się spać, a nawet powinienem za moment rozpocząć nocny wypoczynek. Wstałem prze 3:00, a jutro muszę być przed 4:00 na nogach. Niby nikt mnie nie zmusza, jedynie... obowiązki.
Teraz odrobinę ogłupiającej telewizji, jakaś herbatka do poduszki i dla bezpieczeństwa nastawiony alarm. I tak zbudzę się przed dzwonkiem, ale wiem, że jakiś drobny mechanizm działa i czuwa nad terminem mojego wstawania. Daje to poczucie większego komfortu beztroski i możliwość bezmyślnego przetrwania kilku godzin.
07-02-2011 (20:53)
Dzień, pod koniec którego mogę powiedzieć, że czuję się zmęczony pozytywnie. Chce mi się spać, a nawet powinienem za moment rozpocząć nocny wypoczynek. Wstałem prze 3:00, a jutro muszę być przed 4:00 na nogach. Niby nikt mnie nie zmusza, jedynie... obowiązki.
Teraz odrobinę ogłupiającej telewizji, jakaś herbatka do poduszki i dla bezpieczeństwa nastawiony alarm. I tak zbudzę się przed dzwonkiem, ale wiem, że jakiś drobny mechanizm działa i czuwa nad terminem mojego wstawania. Daje to poczucie większego komfortu beztroski i możliwość bezmyślnego przetrwania kilku godzin.
06-02-2011 (21:09)
Jeśli następują zdarzenia, które kompletnie człowiekowi nie odpowiadają, kiedy jest się na pograniczu wytrzymałości, to wtedy można się załamać i pochlastać. Zdecydowanie lepszym wyjściem z sytuacji jest zebranie wszystkich sił i rozpoczęcie pracy od nowa, co jest zdrowsze i bardziej pożyteczne. Jeśli coś mi nie wychodzi, to... uda się inna sprawa... i tyle!
Dzisiaj Robert Kubica miał wypadek samochodowy, chyba jeszcze tak do końca nie wiadomo, czy lekarze uratują mu rękę. Wprawdzie jeden spec orzekł, że dłoń powraca do normy, to albo ona nie była zmiażdżona, jak pierwotnie mówiono, albo ktoś chce wybielić czarny scenariusz. Niechby doszedł do zdrowia, niechby dalej jeździł, bo jest jeszcze bardzo młody i mógłby sporo dokonać. Dziennikarskie doniesienia sugerują, że powodem rozbicia się był korzeń drzewa wystający, czy tylko wybrzuszający jezdnię. Jakoś mnie to nie przekonuje, przyczyną wypadku była nadmierna szybkość z jaką wjechał na nierówność i nikt mnie nie przekona, że było inaczej. Niestety jeździ się tak, jak pozwalają warunki, a nie moc silnika. Podkreślam jeszcze raz, że szkoda mi chłopaka, ale nie powinniśmy znajdywać przyczyn w przedmiotach martwych, bo one złośliwe nie są... i tyle!
Kończy się niedziela. Przydałby się jeszcze jeden dzień wolny, wtedy dałbym radę z tym, co mi nie wyszło, a tak mam jakiś niedosyt... i tyle!
05-02-2011 (20:01)
Jeden z wielu dni tajemniczych, ale obecnie kto o tym wie, kto to wspomina? Jedynie najstarsi ludzie, dla których święta Agata była osobą mającą w sobie tyle mocy po męczeńskiej śmierci, że uratowała Katanię przed lawą i ogniem wydobywającym się z Etny.
Co nam zostało z dawnych wierzeń, obrzędów, nabożeństw i niestety, co określam z bólem w sercu, ale z subiektywnie realną oceną, z indoktrynacji wpływającej na reakcje tłumu, plebsu, czy narodu? Co nam pozostało?
Nie chce mi przejść to przez komputerowe gardło, ale wyduszam z siebie, że pozostały nasze mózgi podatne na powierzchowną sensację i bezsensowny cud, który z cudem nie ma nic wspólnego.
Ewolucja ludzkiego organizmu, a zarazem mózgu i myślenia, czyli jednego z jego produktów, ta ewolucja nie poszła zbyt daleko. Ciągle boimy się zaćmienia, może nie Słońca, ale czegoś innego, innego źródła życiodajnej energii, innego autorytetu...
Święta Agata... prawda, legenda, wspomnienie... Co jest bardziej wartościowe? Wiara w cudowną moc święconej soli, święconego chleba? A może wiara w pozytywną teraźniejszość, która wcale pozytywną nie jest i wkrótce przemieni się w przeszłość... niezbyt świętą.
04-02-2011 (22:35)
- Produkcja na rynek starych krajów Unii czasami jest tak trudna, że graniczy z niemożliwością.
- Tak się składa, że kiedy oni mają możliwość sprzedaży czegoś, to zawsze wybierają przepisy korzystne dla siebie. Natomiast, kiedy my to chcemy robić kierują się wymaganiami niekorzystnymi dla nas.
- Nie na darmo dominujące opcje chcą, żebyśmy zgodzili się na pochwałę wartości kultury antycznej. Dla nich wzorem jest dwanaście prac Heraklesa, czyli narzucanie niemożliwych warunków.
To fragment dzisiejszej rozmowy, jednej z wielu... Wieczorem spotkanie w "Innym Śląsku"... Poezja, co ja na to? Nic, co ja mogę o poezji powiedzieć? Poezja jest, to chyba najkrótsza i trafna recenzja.
03-02-2011 (21:13)
Dzień można zaliczyć do udanych. Wiele się wyjaśniło, ściemnianie wyszło na jaw, a przede wszystkim doszło do z dawna oczekiwanych pociągnięć. Jest czwartek i ogólnie można powiedzieć, że jestem dosyć dobrze przygotowany do weekendu. Jedynie szczegóły szwankują co nieco, ale z tym sobie poradzę.
Wierzyć się nie chce, że już jutro jest piątek, czas leci jak oszalały, jak zwariowany, że też sobie nóg nie połamie na śliskiej drodze.
Zima jakby sobie przypomniała o nas. Znowu zrobiło się biało, ale bez brawury tumanów śniegu. Ot, leży sobie puszek na szosie i czeka na szaleńca. Dzisiaj w Tarnowskich Górach widziałem groźną stłuczkę na skrzyżowaniu. Komuś widocznie śpieszyło się tak bardzo, że teraz postoi dłużej.
02-02-2011 (20:58)
Wczoraj pisałem o utopcu, któremu szczęka opadła. Dzisiaj mi się to zdarzyło, kiedy przerywając robotę na komputerze zszedłem piętro niżej w mojej sadybie. Zobaczyłem w telewizji coś, co mogło człowieka zamurować. Kamil Stoch znowu wygrał zawody Pucharu Świata...!
Powstała w tym miejscu miejscu luka w tekście uzasadniona jest moim osłupieniem, brakiem słów. Miła niespodzianka dla mnie, bo zwykle jestem sceptykiem w sprawach przygotowań sportowych naszych zawodników.
Piszę na blogu niewiele o tym radosnym wydarzeniu, bo czeka mnie jeszcze cała masa innej pracy, a dzień się kończy.
01-02-2011 (22:29)
Nie powiem, lubię zimę, jej uroki, a nawet ujemne temperatury. Czasami jednak mam ochotę ogrzać się i dlatego nachodzą mnie takie myśli:
"...Słońce swoją natrętnością dopiekło już wszystkim. Jeśli nawet piekarz miał tego dosyć, to z pewnością inni ludzie musieli przekleństwami grzeszyć patrząc w stronę nieba. Można było oczywiście modlić się o zmianę pogody, śpiewać suplikacje i robiono to, ale widocznie błagania wystraszone gorącem słabo docierały do Boga, albo Stwórca zniecierpliwił się tym, że niedawno prosili o suszę, a teraz znowu chcą coś zupełnie na odwrót.
Piekarz popołudniową porą, kiedy wyspał się po nocnej pracy, dla ochłody poszedł wymoczyć sobie nogi do rzeki. Kiedy tak siedział wpatrzony w chlupocząca toń, coś zaczęło się wyłaniać z głębiny.
- Czego tutaj szukasz, znowu zaczepki? - zapytało to coś, a raczej ten ktoś, a konkretnie utopiec.
- Upał jest potworny, więc przyszedłem zobaczyć jak sobie potwory dają z nim radę - rzekł piekarz.
- Dają sobie, dają! Nie musisz się przejmować - odparł utopiec i zaczepnie prysnął wodą człowiekowi prosto w twarz.
- Przejmuję się, bo rzeka stała się płytka i za chwilę wyschniesz z całym swoim domostwem. Wydaje mi się, że coś trzeba wymyślić, za kilka dni będzie po tobie, a to oznacza wiesz co?
- Koniec świata! - odpowiedział utopiec innym, zatroskanym głosem. - Zawsze taki jesteś przemądrzały, więc podpowiedz co robić?
Piekarz podrapał się po łysiejącym czubku głowy, zrobił zatroskaną minę i po chwili rzekł:
- Jedynym sposobem na ten upał jest ogolenie Słońca z promieni.
Utopcowi żuchwa opadła aż na samo dno rzeki, zdziwiony nie przypuszczał, że można wpaść na coś takiego..."
Jak tego dokonali? Ja wiem i kiedyś dokończę tę bzdurę, ale przedtem korekta. Nie dzisiaj, mam inne sprawy na głowie.
31-01-2011 (20:48)
Ładnie, ładnie! Miesiąc mamy z głowy, co nie znaczy, że wszystkie troski pozostały w tyle. Dla pokrzepienia serca piszę sobie teksty piosenek. Przykładowo dzisiaj zrobiły się takie bazgroły:
Muzyka
Muzyka to musi być coś,
Nie jakieś jęki i wycia!
Przeszywać powinna na wskroś
I rytmem zmuszać do życia!
Muzykę duchem się tworzy,
Powiewem natury boskiej.
Niechaj raduje, nie trwoży
Niczym potwory zamorskie.
... a potem jeszcze dwie zwrotki.
Dobrze się wyraziłem – piszę sobie, bo w dalszym ciągu brakuje nam muzyków do zespołu. Chyba sam w końcu nauczę się grać na czymś. Najprędzej chyba na drumli.
Ponarzekałem trochę w ostatnim dniu stycznia. Nie lubię tego miesiąca, dlatego żegnam go z radością.
30-01-2011 (20:00)
Można się poświęcać, ale to wcale nie znaczy, że będzie się świętym. Wręcz przeciwnie, człowiek tyle się naklnie przy poświęcaniu, że chyba bardziej cieszą się w piekle niż w raju.
Wiadomo, czym się najlepiej poświęca – kropidłem. Chyba dlatego czuję się tak, jakbym kropidłem dostał w łeb.
29-01-2011 (21:21)
Szkic do...
"...Było zimno i trudno mieć pretensje do zimy, bo przecież ona bywa po to na świecie, żeby wszystko wkoło wyziębić. Drzewom właściwie było wszystko jedno, one chyba nic sobie z chłodu nigdy nie robią. Jedynie jemioły siedzące między gałęziami trzęsły się kiedy mróz lodowatym oddechem próbował je zerwać. Po co to robił? Nikt na to nie odpowie, bo kto miałby tyle odwagi, żeby rozmawiać z mrozem.
Rzeka też ochłodziła się do tego stopnia, że wody zgęstniałe pokryły się gęsią skórką drobnych fal, a wystające z jej dna kamienie posiniały, co było widoczne zwłaszcza o zachodzie. Wtedy to ostatnie promienie słoneczne dotykając ziemi zaraz odbijały się oszołomione zimnem i czerwieniły się różnymi odcieniami.
Na jednym takim oszronionym kamieniu siedział utopiec i wytrzepywał sobie z włosów drobne sople. Zbliżała się pora wieczornego koncertu, więc musiał jakoś wyglądać, a sople tak skołtuniły mu czuprynę, że wyglądał jak zmizerniały bałwan.
Kiedy doprowadził wygląd do normalności, w jego ocenie oczywiście, jednym zręcznym ruchem ręki wyłowił sporego karpia. Przyłożywszy go sobie do ramienia niczym skrzypce, kijkiem wierzbowym jak smyczkiem posuwał po boku ryby. Grał..."
Nie wiem, co z moich myśli wyjdzie, ale muszę gnać do przodu i szkicować.
28-01-2011 (21:30)
Przegraliśmy z Węgrami na Mistrzostwach Świata w piłce ręcznej. Nie jest dobrze, bo najpierw mieliśmy cel grania w finale, potem marzenie o możliwości walki o medal, a dzisiaj chodziło o awans na olimpiadę. Nie mam pojęcia, czy apetyt na zagranie w igrzyskach jest jeszcze w zawodnikach, ale kibicom i sympatykom pozostał niesmak. Wiem, wiem! W sporcie bywa różnie, ale w naszym zbyt często jest różnie źle. Raz trochę gorzej, raz fatalnie. Bardziej liczymy na złą formę przeciwników, a nic sobie nie robimy z naszej dyspozycji. Niegdysiejsze hasła typu: "równaj w górę", "bij mistrza" miały jednak jakiś sens. Przynajmniej wytyczały drogę do kariery. Obecnie wmawiamy sobie, że nic się nie stało, że i tak jesteśmy w czołówce... Tak, w czołówce i to w czarnej ramce, w czołówce niespełnionego filmu o triumfie. Nie dosyć, że piłkarze kopią najczęściej nas w tyłek, to jeszcze teraz dostaliśmy ręką w pysk.
27-01-2011 (20:53)
Już wiem, co jutro będę robił. Nie myślę w tym momencie o normalnych obowiązkach, o całym harmonogramie dnia, bo te sprawy miałem ustalone wcześniej. Niespodzianką, ale to taką mniej miłą stała w pierwszym rzędzie konieczność wymiany koła, jednym słowem - "pana". Auto stoi sobie smutne, bo kulawe i niestety nic z oponą robić nie będę teraz. Nie chce mi się.
Zawsze, kiedy mam sflaczałe gumy w aucie z rozrzewnieniem wspominam posiadane dawniej maluchy. Tam zmianę koła mogłem robić prawie w biegu. W tych lepszych samochodach wszystko idzie mniej sprawnie...
Marudzenie oczywiście nie świadczy, że mam zamiar kupić sobie starego fiacika. Te samochody poza łatwą obsługą miały jeszcze kilka... kilkanaście, kilkadziesiąt minusów, o których wolałbym nie wspominać.
26-01-2011 (22:15)
Po dzisiejszym, wieczornym spotkaniu w Muzeum w Tarnowskich Górach dochodzę do wniosku, że dawniej więcej budowali zabytków, dzisiaj wcale. A wracając do poważnych spraw, różni ludzie przedstawiają sobie Śląsk w sposób budzący zdumienie czasem. Pewnie, że tragiczne losy tych ziem można znaleźć w każdym momencie, ale są takie, które stanowią kamienie milowe w dziejach.
Coś piszę i całe szczęście ma to zakończenie:
Siedzi Bóg na ganku przed rajskim pałacem,
Gniewny może nie jest, lecz zmartwiony raczej.
Glina, z której sklecił człowieczą naturę
Zamiast łączyć - dzieli nienawiści murem.
Myśli, co na Ziemi skutecznie pozmieniać,
Gdyż w aplauzie głupców co dzień bez wytchnienia
Jedni się mordują na szaleńczej wojnie,
Inni rozmnażają w grzechu nieprzystojnie...
25-01-2011 (21:23)
Jeszcze wczoraj nie wiedziałem jak zacząć rozdział, miałem wprawdzie motyw przewodni, ale motywacji do pisania brakowało. Dzisiaj jest jedno i drugie, więc chyba z bezczynności nie wydrapię liter na klawiaturze. Jakoś idzie, zaraz skończę, a jutro poprawki o świcie i wysyłka.
Jeszcze dzisiaj miałem zamiar pytać potencjalnych, corocznych organizatorów konkursu „Książka jest sztuką”, co się dzieje z imprezą, czy w ogóle dziać się będzie. Wertując dzisiejszego „Gwarka” natknąłem się na wzmiankę na ten temat i cieszę się, że coś się kontynuuje. Można stwierdzić, że kolejna edycja jest sama w sobie sztuką, bo sporo imprez umiera śmiercią naturalną, inne są brutalnie mordowane z powodów różnych. Cóż świat kultury jest dynamicznie związany z finansami.
Jeszcze jutro muszę odbyć pewne spotkanie i myślę, że będzie można przystąpić do finalizacji pomysłu...
24-01-2011 (18:30)
Tytuł wczorajszego wpisu: "Posumowanie niedzieli" zabrzmiało mi jakoś nie tak, jak chciałem, a faktycznie chciałem podsumować wczorajsze wydarzenia, których byłem obserwatorem lub autorem. Teraz jednak widzę pewne walory w w tej pomyłce, bo w aspekcie niedzieli wszystko wygląda nieco zezowato. Szkoda, że nie napisałem jeszcze rozdzielnie "niedzieli",czyli: "nie dzieli", bo wtedy możliwości głupkowatych rozważań byłoby więcej. Zrozumiałe jest przecież, że sumowaniem, czy jak kto woli, a co jest mniej pretensjonalne - dodawaniem nie można niczego podzielić, ale wręcz odwrotnie scalić, pozbierać do kupy.
Posumowanie niedzieli to jakby coś, co robi się po sumie, po kościele. Coś jakby święcenie dnia świętego, ale bardziej świecko z wieloma kierunkami fantazjowania...
Pomyśleć, że jeszcze przed momentem nie byłem zdecydowany o czym będzie następny rozdział...
Reasumując moje myśli, mam temat.
23-01-2011 (21:01)
Rezultat niedzielnego byczenia się, to kilka zapisanych zdań – mało, ale przemyślałem zdecydowanie więcej spraw. Opad śniegu wybielił kilka kłopotów, a mógł zaakcentować czerń pesymizmu. Nie zrobił tego, więc jakoś lekko do nowego tygodnia podchodzę. Nie powiem, że frunę, bo z tym różnie dzisiaj bywało. Zakopane mam na myśli.
Małysz wylądował za daleko, bo w szpitalu na badaniach po fatalnym upadku. Nie tego chciał on, a kibice to już wcale. Żartować nie ma z czego, bo śmiesznie nie wyglądało. Bliżej skoczył Stoch, ale z największą satysfakcją dla wszystkich, bo na najwyższym podium. Ciekawe wydają się jego dalsze prognozy na resztę Pucharu Świata i mistrzostwa. Faworyci faktycznie skakali kiepściutko, ale przyznać należy, że wynik Stocha był niezły i wygraną nie spowodowała zła forma rywali.
Pojawienie się śniegu zmotywowało mnie do dalszych prac sznurkowych... szyłem, mam już dwie nowe figurki.
22-01-2011 (20:56)
Sobota kompletnie relaksowa... trochę emocji oczywiście jest, sportowych zimowych i ręcznych piłkarskich.
Małysz po wczorajszym triumfie w Zakopanym, dzisiaj trochę odpuścił. Skoczył z Krokwi na szóste miejsce, pocieszeniem jest siódma pozycja Stocha. Zobaczymy co pokażą jutro, chciałbym jak najlepiej, oni tego pragną z pewnością jeszcze bardziej, ale w sporcie różnie bywa. Kowalczyk druga, szkoda, ale dobre i to. Jestem przekonany, że sukcesy ma przed sobą.
Piłkarze ręczni te sukcesy też mogą mieć, ale pod warunkiem, że zaczną strzelać do bramki Duńczyków. Nie chcę nawet myśleć, że mogą przegrać, ale w obecnej chwili jest cieniutko.
Po miesięcznej rozłące powracam do sznurków. Czas najwyższy brać się do roboty, do skręcania przede wszystkim, bo to ułatwia, przyspiesza kolejne prace. Kontakt z szorstką fakturą czyni cuda. Zdecydowanie mniej mnie boli lewa ręka, która dokuczała w ubiegłym tygodniu momentami strasznie. Jeśli będzie nad ranem tak jak teraz, to chyba zdecyduję się na Park Wodny.
Sobota relaksowa...? Jak hamować nerwy, kiedy ręczni przegrywają pięcioma bramkami?
21-01-2011 (19:58)
Dzień Babci, ale w naszym rodzinnym wydaniu przede wszystkim imieniny Agnieszki. Nie potrafię wytłumaczyć dlaczego dzisiaj to imię przewijało się często w moich wędrówkach służbowych i twórczych.
- Jest problem, bo trochę pokręcone jest w komiksie...
- Nie ściemniaj! Chciałaś żebym ci złożył życzenia imieninowe - przerwałem.
- Nie, nie! Naprawdę nie! Całkiem odwróciłeś realia, ale za pamięć dziękuję.
- Mogłem pomieszać wszystko, bo nie wiem dokładnie o co chodzi z tymi biletami. Niestety nie jeżdżę autobusami, a może całe szczęście.
- Tak na marginesie, oprócz Agnieszki są też imieniny szefa.
Dlatego wszystkim babciom z okazji ich święta, a wszystkim Agnieszkom i Jarosławom składam serdeczne życzenia imieninowe. Milczeniem pomijam opinię potomstwa, że imieniny to gorolskie święto.
20-01-2011 (21:44)
Niby coś robię, a jednak nie to, mi wychodzi, czego by się spodziewał. Czasem jest taki stan gotowości do niczego, do celu, który jest, ale gdzie? Zacząłem pisać:
Nocą, rozgarniając mgieł gęste firany
Zapłakany diabeł wlókł się po bezdrożach
Bezdomny, bo z piekła na wieki wygnany
Nieszczęśliwy taki, że Boże się pożal!
... a dalej nic, jakby mnie sparaliżowało. Najśmieszniejsze, że mam już pointę, że wiem jak ma piosenka wyglądać, ale słowa rozsypują się jak piasek po betonie, jak pierwociny śniegu na czarnym asfalcie. Właśnie, chyba powraca zima. Może i do mnie powróci odrobina weny?
19-01-2011 (20:58)
Otacza nas wiele przedmiotów, które są niezbędne do funkcjonowania cywilizacji. Przyjmujemy je bez większego zastanawiania się nad ich rolą, ich dobrodziejstwo uznajemy za pewnik, nawet nie przyglądając się im zbytnio, bo są mało ciekawe dla oka. Nie interesuje nas ich budowa i rzec należy, że nawet i lepiej, bo majstrowanie przy nich nierzadko kończy się zepsuciem. Często małe dzieci grzebiąc w nich, tłukąc i rozmontowując starają się dociec zasad działania z równoczesnym pozbawieniem ich jakichkolwiek szans na dalszy pożyteczny żywot.
Nie namawiam nikogo do psucia czegokolwiek, ale raczej do sięgnięcia do wiadomości z poziomu szkoły podstawowej z zakresie fizyki albo chemii i przypomnienia sobie zasad przepływu prądu elektrycznego, jego wzbudzania i skutków jakie widzimy potocznie wokół nas, a potem przypomnienie sobie kilku detali nieodłącznie ze zjawiskami elektrycznymi związanymi, kilku elementów potrzebnych do sprawnego, sterowalnej wędrówki elektronów.
O co mi chodzi? Całe powyższe ściemnianie nakierowane jest w stronę elektrod, konkretnie w stronę katody i anody, bo jak nadmieniłem interesuje mnie wiedza z podstawowego etapu nauczania. One to przyjmują ładunek elektryczny ujemny, a oddają dodatni- mowa o anodzie, a kiedy chodzi o katodę efekty są oczywiście odwrotne.
Prymitywne swoje rozmyślania natury ścisłej chciałbym zestawić z faktami politycznymi i społecznymi dni tego tygodnia, miesiąca, roku. Jeśli bowiem stronę rosyjską w wiadomej powszechnie zawierusze reprezentuje Tatiana Anodina, to kto po stronie polskiej powinien być Katodowem, żeby popłynął prąd jak w akumulatorze, a nie doszło do elektrolizy mieszaniny niewiadomych związków i pierwiastków? Żeby nie wytworzyły się paskudnie śmierdzące gazy i żrące substancje? Nie wiem dlaczego chemia ludzkiego zachowania jest zbyt skomplikowana, gdy reszta świata jest taka prosta jak zakres wiedzy z podstawówki. Może jesteśmy zbyt prymitywni, żeby zrozumieć tę podstawę?
18-01-2011 (21:31)
Dzień udany, nie można zaprzeczyć. Wiele udało się wyjaśnić bez ściemniania. Mam może lekki deficyt w pisaniu, ale te sprawy nie naglą mnie zbyt mocno. Jeśli nic mnie na odcisk nie nadepnie, powinienem na jutrzejsze rano zdążyć... ewentualnie dopołudniową porę... zobaczymy.
Polscy piłkarze ręczni wygrali kolejny mecz na Mistrzostwach Świata. Awansowali do kolejnej rundy, ale czeka ich jeszcze przeprawa ze Szwecją, gospodarzem zawodów. Jak im pójdzie? Ano, zobaczymy. Lekko nie będzie, ale są to mistrzostwa najwyższej rangi, każdy zespół chce wygrać, a w naszej prasie czytam komentarze, utyskiwania na temat drużyny, jakby były pretensje, że nie są nadludźmi.
Czy my musimy być wiecznie z czegoś niezadowoleni? Poniżanie i słowne biczowanie wcale nie jest bodźcem dopingującym. Pozytywne motywowanie przeszło do lamusa społecznych zachowań. Tak się dzieje na wielu płaszczyznach życia publicznego. Paskudna maniera zatruwająca człowiekowi życie. Dzień bez tragedii, przestępstwa i mordu jest dla mediów zawodową porażką. Straszenie narodu stało się ich zawodowym celem. Ciekawe, co wymyślą jutro... zobaczymy.
17-01-2011 (17:32)
Rano przed rozpoczęciem obowiązkowego zestawu czynności zawodowych wstąpiłem do sklepu. Wychodząc z auta przekonałem się na własnej skórze, a właściwie na podeszwach własnych butów, że nie ma co żartować sobie z uroków wątpliwej zimy. Wysoka temperatura powietrza miała się nijak do mroźnego przyziemia, na brukowanym parkingu było ślisko jak diabli! Udało się jednak i nie musiałem słuchać płyt chodnikowych, krzywdy sobie nie zrobiłem w układzie kostnym i mięśniowym na skutek gwałtownego kontaktu kolan, pleców i tego co się poniżej znajduje, a przede wszystkim głowy z oblodzonym podłożem. Takie warunki zaskoczyły mnie, bo wprawdzie przed garażem szron lśnił złośliwym błyskiem w świetle samochodowych reflektorów, ale normalne jest, że na żwirku nic mi nie groziło. Taniec pingwini przed sklepem uzmysłowił mi, że należy uważać na drodze i raczej nie przesadzać z prędkością, najlepiej jechać wolniej niż pozwala kodeks. Z takim wnioskiem pojechałem sobie w mglistą dal, bo dodatkową atrakcją poranka było mleczne przysłonięcie krajobrazu.
Nie wszyscy jednak do takich wniosków doszli... doszli? Bardziej pasuje - nie dojechali. Na krętej szosie zauważyłem najpierw trójkącik na asfalcie, a potem auto wbite do drzewa. Obok stał młodzian i szamotał się z telefonem. Zatrzymałem się.
- Coś pomóc? - zapytałem.
- Nie, dziękuję. Już się dodzwoniłem.
Potruchtałem dalej autkiem przez las. Pomyślałem sobie, że warto przed pracą wstąpić do sklepu.
16-01-2011 (07:27)
Gdy się budzi człowiek zbyt wcześnie w niedzielę i nie wie, co ze sobą zrobić, to mu przychodzą do głowy różne myśli...
Chwila twojej obecności
Rosą jest dla spragnionego
Rzucam się w szaleńczy pościg
Ku jej nieprzebranym brzegom
Moment z tobą przebywania
Cichy jak wstydliwy pacierz
Zamotane w ustach drgania
Uśmiech pomieszany z płaczem
Te sekundy ich ułamki
W nieskończoność przemijanie
Odgłos łaskotanej klamki
Jak zapałki trzask łamanej
Chwile o poranku w niedzielę, te najlepsze, bo ciche i spokojne. Można zapomnieć o troskach, trzeba o nich zapomnieć, bo o nas nie zapomną. Liczyć na to nie można.
15-01-2011 (20:06)
Scena politycznego teatru działań zwykle pokazuje, że łatwo jest wypowiadać się o czymś będąc laikiem, a najlepiej precyzować uwagi i czynić krytykę kiedy się kompletnie tematu nie zna. Dlatego, jako przeciwnik demagogii, chociaż stwierdzam z pokorą, że nieraz w tej materii grzeszę, trudno jest mi wypowiadać się na temat, który wprawdzie mnie dotyczy, ale od strony fachowej, ideowej patrząc, niewiele mógłbym w tej materii powiedzieć publicznie.
A chodzi o sprawę prostą i radosną, ale jakby nie z tej ziemi, nie z tego, lecz za zamierzchłych czasów. Po wnikliwych rozpoznaniach, wedle pradawnych paragrafów prawa kanonicznego Jan Paweł II stanie się błogosławionym. Uzdrowienie, jakiego doznała zakonnica, uznano za cud wywołany wstawiennictwem zmarłego papieża i to stało się kluczem do beatyfikacji.
Zaiste małej trzeba być wiary, żeby nie widzieć cudów, które dokonały się za czasów pontyfikatu Jan Pawła II. Za Jego błagalnym głosem Duch Święty odmienił oblicze tej Ziemi i szeregu innych. Dlatego rodzi się w głowie małego człowieczka pytanie, co to jest cud w znaczeniu nowoczesnym? Dlaczego nie gloryfikuje się dokonań, ale domniemania?
Pytania trudne i bolesne, nie wiem jak na nie dopowiedzieć. Może Duch Święty odmienił oblicze Ziemi, tylko my – ludzie nie potrafimy, nie chcemy odmienić swego oblicza... a może ja jestem zbyt głupi?
14-01-2011 (22:12)
Dzień pracowity, ale bez brawury! Normalnie, aż się wierzyć nie chce, że tak potrafię. Do tego zabawne rozmowy telefoniczne:
- Dzień dobry panie doktorze, jest pan już we Wrocławiu...
- Nie bardzo...
- Jak to? Miałam się umówić na operację...
- Przepraszam, a do kogo chciała się pani dodzwonić?
- Do pana, panie doktorze... - tu pada moje nazwisko i tłumaczenie, że jestem podobno chirurgiem.
Delikatnie wyjaśniam, że z Wrocławiem łączy mnie bardzo wiele, ale pod względem lekarskim daleki jestem od zabiegów chirurgicznych na ludziach.Już wyobrażam sobie tę operację, tym bardziej, że jutro jadę do rzeźni.
Przełamałem niechęć do pisania tekstów piosenek, dzisiaj wypociłem aż dwa potworki. Ten poniżej zakończyłem przed momentem, trochę trąci...
Wyobraź sobie świat
Wyobraź sobie świat bez niepotrzebnych łez,
Gdzie płacze tylko deszcz, że chmury rozwiał wiatr,
Że niebu suknię zdarł, gdy do Księżyca pełzł,
Aby w chciwości swej, zobaczyć co jest wart.
Wyobraź sobie świat, gdzie człowiek ludzki jest,
Mając otwartą twarz i nie przeraża mrok,
Gdzie śmiech oznacza śmiech, a nie szyderstwa gest,
Że komuś spadła łza, gdy w bólu stawiał krok...
Wyobraź sobie świat, gdzie mówią tylko tak,
A smutne słowo nie, zniknęło z ludzkich ust,
Gdzie każdy wolny jest, niczym podniebny ptak,
Nie składa ofiar nikt dla fałszu kiepskich bóstw.
Wyobraź sobie świat, bez chciwie ludzkich rąk
Żebraczych z wszystkich stron, jak poraniony sad,
Gdzie słowa rozwiał wiatr, gdy kołysankę dął,
A Księżyc złamał róg, gdy się na chmury kładł.
... pocieszam się, że czytałem gorsze... gorsze też pisałem.
13-01-2011 (19:35)
W poważnych rozmowach powracają tematy, które tylko z pozoru wydają się mało poważne. Znowu dają o sobie znać utopce, temat przecież nie zapomniany, ale z konieczności odłożony "na zaś". Dolina Dramy jest nimi zapełniona, podobnie jak moje archiwa elektroniczne.
Zbyt wiele na ten temat nie chcę pisać, żeby nie zapeszać, także zbyt mocno się na razie nie angażować. Muszą zapaść konkretne decyzje dające światełko nadziei, może nie zaraz w pełni zielone światełko, ale przynajmniej żółte z delikatnym odcieniem przyzwolenia . Przygotowany jestem i w każdej chwili mogę wejść do akcji i zacząć lać wodę do tekstów.
12-01-2011 (21:29)
W skali makro dominowały dzisiaj sprawy niewyjaśnione, a raczej wyjaśniane po swojemu, każde strony inaczej podchodzą do tematu. Cudowne jest, że jest na świecie tylu „ekspertów” od lotnictwa, fatalne, że zabierają oni głos post factum – tak sobie myślę, ale zaraz koryguję swoje mniemanie. Może do tragedii smoleńskiej doszło z tego powodu, że owi „eksperci” mówili zbyt wiele, co złożyło się na wypadkową ich działań. Nie czepiam się w tym miejscu żadnej konkretnej opcji politycznej, szkoda mi jedynie ofiar – to taki żal bezpośredni. Pośrednio boleję nad tym, że mało to nauczyło wielu decydentów, którzy zamiast się szarpać i przegadywać, powinni pomyśleć o tym, co trzymają w dłoniach, czyli o sterze państwa i Europy.
W skali mikro natomiast jakby zaczęło dziać się inaczej wokół mnie. Problemy nabrzmiałe przebrzmiewają, mgły rzedną i wyjaśniają się sytuacje. Wiem, że mina może mi zrzednąć znienacka, bo kłopoty przychodzą zawsze. Najważniejsze, żeby sobie z nimi poradzić i nie komplikować życia... zwłaszcza swojego.
11-01-2011 (18:06)
Gdzieś w internecie mignęło mi, że dzisiaj jest Dzień Wegetarian. Fajnie, też lubię roślinki, całe to bezmięsne żarełko z wszelkimi odmianami upodobań. Jednocześnie nie czuję się kimś gorszej kategorii, barbarzyńcą i zwolennikiem mordowania zwierząt z racji tego, że lubię pokarm pochodzenia zwierzęcego. Zdarzyło mi się kilkakrotnie odpierać argumenty osób starających się udowodnić, że lepiej jest dla zdrowia jeść sałatę. Jak wspomniałem, nie pogardzam nią, ale dobrej szynki, kiełbasy, pieczeni nie wyrzeknę się z pewnością. Jestem przekonany, wiem to, że można sobie ustawiać dietę według swojego gustu i smaku, a równocześnie być zdrowym i cieszyć się dobrym nastrojem.
W ramach uczczenia dzisiejszego dnia mogę zrobić sobie kromkę chleba z masłem, posypię ją Vegetą i w ten sposób wyrażę solidarność z wegetarianizmem.
10-01-2011 (20:40)
Wróciłem z pracy, za oknem ciemno. Musi być ciemno, bo chociaż dzień jest dłuższy, to w styczniu nie ma szans, żeby po 17.00 świeciło słońce. Nie skarżę się, bo wykonywałem swoje obowiązki - nadzór nad ubojem świń. Pod tym hasłem kryje się cała masa obowiązków i odpowiedzialności, do tego mało zabawna, ciężka praca fizyczna i sporo formalności.
Zgodnie z uchwałą Krajowej Izby Lekarsko - Weterynaryjnej złożyłem z dniem 07.01.2011r. wypowiedzenie umowy, ale pracować muszę, bo poza koniecznością protestu jestem, podobnie jak wielu innych lekarzy weterynarii, związany ustanowionymi przepisami prawa pracy. Nie jest mi wcale do śmiechu, wcale nie jestem optymistycznie nastawiony do perspektyw najbliższej przyszłości. W podobnym nastroju jest wiele koleżanek i kolegów po fachu.
W trakcie wypisywania formalnych świstków ktoś do mnie zadzwonił:
- Jasiu! Protest zawieszony - to kolega po fachu. - Dogadali się.
- I po co to komuś było? - taki był mój krótki komentarz, a potem odetchnąłem z ulgą.
W domu zjadłem sobie obiad i usiadłem przed komputerem, żeby czegoś się doczytać więcej o zawieszonej akcji, trochę zrelaksować. Z radia leci muzyczka i oczywiście wiadomości, te o weterynarii także. Komentarze raczej stonowane, bez emocji. A potem wypowiedź słuchacza, po której ręce mi opadają. Chłopina stwierdza, żeby zlikwidować ten niepotrzebny nawis urzędniczy obciążający budżet państwa... Próbowałem dodzwonić się do Trójki, ale tym razem nie byłem w stanie połączyć się.
Prawda jest taka, że my nie obciążamy budżetu, robić tego nie chcemy, ale dążymy do tego, żeby budżet nas nie obciążał ponad rozsądną miarę. Jeśli wypowiedź tego pana jest odbiciem poglądów większości, to chciałbym pogratulować sukcesu władzy centralnej. Udało się sponiewierać kolejną grupę zawodową. Poczułem się jak pajacyk zawieszony pomiędzy niewiedzą, a brakiem zrozumienia spraw dotyczących higieny żywności, jak pajacyk, który powinien tylko poruszać raczkami i nóżkami zgodnie z upodobaniami decydentów.
09-01-2011 (20:42)
Program mojej sportowej niedzieli rozpoczął się o świcie, czyli przed godziną 7:00. Być może nie całkiem równo o tej porze, ale coś około, wkroczyłem na pływalnię. Stwierdzam stanowczo, że jest to najlepszy czas. Będę chyba od teraz stale jeździł jak najwcześniej, bo tory są praktycznie puste, nikt mi nie przeszkadzał, ani ja nie czyniłem tego współuczestnikom pływackich wyczynów.
Kolejnym punktem sportowych zmagań było... oglądanie zawodów narciarskich. Justyna Kowalczyk wygrała morderczy bieg w Val di Fiemme. O Jezu! Od samego patrzenia dostałem zadyszki i kołatania serca. Inne zawodniczki przybiegały ze sporym opóźnieniem, myślę, że gdybym ja tam biegał, to tego bloga już bym nie napisał. Żadnego zresztą wpisu już bym nie zrobił, a jeśli nawet kiedyś, to po długiej rehabilitacji.
Skoki narciarskie w Harrachovie także zaliczyłem. Jasne, że wizualnie. Tym razem Małyszowi poszło gorzej, coś zwiodło w drugiej serii skoków i ostatecznie wylądował na czwartym miejscu. Myślę sobie, że gdybym skakał w tych zawodach, to wynik miałbym jeszcze gorszy niż po biegu. Może uszedłbym z życiem przy odrobinie szczęścia, a zwłaszcza przy znacznie krótszym rozbiegu, ale na urazówce mieliby problem z poskładaniem kości.
Po tak wyczerpującej niedzieli nie mam już nawet ochoty na telewizję, a jutro z pewnością zbudzę się z zakwasami i... odleżynami, bowiem zawody oglądałem na leżąco. A co!? Nie wolno? Kowalczyk też chwilę sobie poleżała na mecie!
08-01-2011 (20:02)
W dalszym ciągu czytam Manna, lekko, przyjemnie, bo przypominam sobie dawne lata...
Oczywiście zapomniałem dodać, że nie czytam Tomasza Manna. Lekturę tego giganta zostawiam bardziej ambitnym. Daję też spokój Henrykowi, jego starszemu braciszkowi. Swoje zainteresowanie skierowałem na książkę Wojciecha Manna, czyli autobiografię zatytułowaną: „Rock Mann”. Pozycję tę dostałem jako jeden z choinkowych prezentów i daję słowo, że jest ona nielicznym towarem, które mam, gdyż były reklamowane.
Zaraz wyjaśniam, że były reklamowane, czyli promowane w mediach. Nie ma w tym przypadku mowy o reklamacji, bo książka jest fajna, napisana językiem wpadającym w serce.
Rzadko biorę się za głośne opiniowanie czyjejś twórczości, bo głowy do tego nie mam, ani kompetencji, tudzież inklinacji do publicznego krytykowania, czy wazeliniarstwa z drugiej strony patrząc. Zresztą, co sobie mógłby robić Wojciech Mann z mojej złej albo złośliwej opinii, a co ja miałbym z umizgów?
Czytając, mam wrażenie jakbym słuchał tego człowieka. Spowodowane jest to z pewnością popularnością jego głosu, charakterystycznym sposobem wysławiania się i indywidualnością dowcipu, które to cechy tkwią mi w mózgu. Przelewając myśli na papier czyni to po redaktorsku, po „mannowsku”, bez wysilania się na jakąś cudaczną manierę, autor jest naturalnym sobą. Nie nudzi zbytecznymi opisami, nie robi sentymentalnych aluzji i rozrzewniań. Autobiografia jest pisana po reportersku, fakty artykułowane krótko i konkretnie, dosadnie, co daje wrażenie szczegółowości,lecz bez dłużyzn i zamotań refleksyjnych. Akcentowane są najważniejsze momenty w jego życiu w sposób chronologiczny i dlatego prosty do przerzucenia na życiorys czytelnika. A przynajmniej ze mną tak się stało. Kawałek historii najnowszej stanął mi przed oczyma... co ja piszę!? Przesunął się jak ciekawy dokumentalny film.
07-01-2011 (16:31)
Rok się jeszcze zbytnio się nie rozpędził, a już się dzieje sporo. Niektóre wydarzenia smutne, niestety. Zmarł Krzysztof Kolberger... każdy człowiek umiera. Szkoda go jako człowieka i jako aktora...
Dobry aktor zagrać może każdą rolę, tę akurat musimy kiedyś zagrać wszyscy.
Z lepszych wiadomości, to formalne uregulowania w weterynaryjnym proteście. Nie oznacza to, że kończy się problem, on niestety pozostaje, ale my przynajmniej oficjalnie wiemy, co robić, jak robić. Teraz przydałby się wiedzieć jak długo tak jeszcze.
Całkiem dobrą nowiną jest znalezienie odrobiny czasu i chęci do przeczytania dobrej pozycji książkowej. Z wielkim zainteresowaniem wczepiłem wzrok w Manna...
06-01-2011 (22:44)
...i tak jakoś przeminął wolny dzień święta Trzech Króli. Trochę w oborach, trochę w stodole... powinienem napisać w "Stodole", bo byliśmy na imprezie w Zbrosławicach.
Wieczór fajny, tradycyjnie. Tradycyjnie sporo znajomych, a ja w roli świętego Józefa. W tradycyjnej stajence.
Jutro piątek i znowu początek końca tygodnia. Wolne... niestety zbyt szybko te wolne dni przebiegają...
05-01-2011 (18:01)
W oczekiwaniu na kolejne, jutrzejsze święto zastanawiam się, czy należy również składać całemu otoczeniu jakieś życzenia. Wprawdzie Objawienie Pańskie... a może nazywajmy to językiem potocznym jako święto Trzech Króli, obchodzone było w sferze religijnej, ale obecnie weszło do sfery powszechnie obywatelskiej. Chociaż już na świecie byłem, kiedy za tow. Wiesława zniesiono ten dzień jako wolny od pracy, ale nie pamiętam tradycji jego świętowania, poza uczestnictwem w mszy.
Można rzec, że wskrzeszając państwowy dzień świąteczny stoimy przed dylematem, czy reaktywować tradycję, czy tworzyć nowy zwyczaj. Ludność już w wigilię Trzech Króli robiła różne znaki, poczynając od krzyżyków na domostwie i inwentarzu, a na K+M+B, czy C+M+B kończąc. Praktykowane było także kolędowanie w wykonaniu dziewczyn. Ten ostatni zwyczaj niejednemu chłopu przypadłby i teraz do gustu.
A wracając do życzeń, to myślę, że niezależnie od poglądów należy wszystkim życzyć, żeby dostąpili w danym roku jakiegoś objawienia, żeby otwarli oczy, zauważyli kogoś, coś i albo dali mu spokój, albo wręcz odwrotnie, w końcu się zajęli. Mniemam, że stosowne byłoby także życzenie mądrości, boć przecież z mędrcami mamy do czynienia.
Bardziej z przymrużeniem oka życzmy sobie tak, jak ja to czynię od pewnego czasu, żeby nikt z nas nie robił wielbłądów, żeby nam garby nie urosły.
04-01-2011 (18:04)
Piszę sobie, za oknem jest zimno, a gdzieś daleko w Warszawie trwa debata gorąca... i naprawdę guzik mnie obchodzi, czy minister infrastruktury wyleci, czy nie. A co mnie obchodzi?
Tarnowskie Góry, moje miasto rodzinne zawsze chwaliło się kopalniami rud srebronośnych - raczej historycznie i towarową stacją kolejową, która była podobno największa w Europie, a w Polsce to już z pewnością. O prym w kolejowej wielkości rywalizowaliśmy ze stacją Wrocław Brochów. Nie wiem, na czym różnice polegały, ale oni pod jakimś względem byli więksi, a my czegoś innego mieliśmy więcej, konkretów nie znam. Bóg mi świadkiem, że gdyby Tarnowskie Góry były drugie w Polsce, a w Europie w pierwszej dziesiątce, też bylibyśmy zadowoleni.
Piszę o tym fakcie używając czasu przeszłego, bo niestety nasza kolejarska duma przechodzi do historii. W przypadku rud srebronośnych sprawa była prosta. Wyczerpały się opłacalne zasoby, teraz tylko skarbnik samotny płacze łzami lecącymi ze stropów opuszczonych wyrobisk i chodników. Nie wiem, kto po upadku kolei tarnogórskiej i polskiej w ogóle, płacze. Ministrowie chyba nie, rządy też nie. I nie o to mi chodzi, jak wspomniałem na początku, żeby kogoś odwoływać i karać, oczerniać i poniżać. Zależy mi na tym, żeby centralna władza tak dbała o kolej, o infrastrukturę państwa, o cały kraj, tak jak dba o swoich partyjnych kolegów.
Mój niegdysiejszy kolega, nawet mogę powiedzieć, że przyjaciel, jak na ironię kolejarz - pisarz, historyk, awanturnik tarnogórski zaraził mnie poezją Tadeusza Borowskiego. Zrobił to czytając wiersz zatytułowany "Pieśń", którego treść i nastrój ostatniej zwrotki pasuje jak ulał do sytuacji polskiego kolejnictwa.
"...
Nad nami - noc. Goreją gwiazdy,
dławiący, trupi nieba fiolet.
Zostanie po nas złom żelazny
o głuchy, drwiący śmiech pokoleń."
Cytuję tę zwrotkę często przy różnego rodzaju okazjach, chociaż poeta konkretnie myślał o wojnie. Władze też chyba myślą o wojnie, bo mimo budżetowych oszczędności znalazły się pieniądze na jej muzeum... Z wojną trzeba uważać, bo jest to sprawa poważna i wszystko róbmy, żeby jej nie było, a jeśli już to tylko w muzeum.
A z koleją radzę też nie zadzierać, bo jeśli nawet kolei już nie będzie, to z pewnością na decydentów kolej i tak przyjdzie.
03-01-2011 (21:11)
Od rana telefony, aż ucho puchnie! W sprawach służbowych, branżowych, a prawdę mówiąc w jednej sprawie - świadectw zdrowia dla świń transportowanych do rzeźni.
- Panie doktorze, dzwonił do mnie (tu pada nazwisko), że wyczytał w internecie o ich likwidacji.
- Wiem, co jest napisane w internecie, ale mnie nie obowiązują przekazy elektroniczne. Nie z nimi podpisywałem umowę. Jeśli dostanę informację od powiatowego, będę się trzymał jego wytycznych.
Nie minęło kilka minut i wytyczne mam. Świadectw już nie będzie. Zażegnano apokaliptycznym wizjom Polski bez mięsa. Te ostatnie słowa powinienem wziąć w cudzysłów, bo wszystko, co się medialnie działo wokół domniemanego strajku lekarzy było bardziej grą na cieniutkim fleciku, niż głośną tubą nawołującą o rozsądek.
Blog nie jest miejscem, gdzie chciałbym opisywać osobiste, subiektywne opinie na tematy zawodowe. Jedno, co mogę powiedzieć - dobrze się stało. Wypowiedź jest oczywiście osobista i subiektywna, ale poparta obiektywnymi szczegółami. Amen!
02-01-2011 (22:04)
Nie był to dzień wielkiego wysiłku, bo przecież świąteczny, ale nie powiem, żebym się nudził. W wolnej chwili oglądałem kobiece sprinty narciarskie. Kowalczyk była druga, niestety, lecz nie o tym chcę pisać.
Komentatorzy kolejny już raz podniecali się koncepcją biegów narciarskich w centrach miast europejskich. Nie jest to głupi pomysł, z pewnością widowisko niekiepskie. Problem jest jedynie w odpowiednim przygotowaniu trasy... Czyżby?
Podróżując nieco w terenie stwierdzić mogę, że znalazłoby się kilkanaście dróg odpowiednio przygotowanych. Służby odpowiedzialne zbytnio się nie wysilają, a może właśnie czekają na propozycję organizacji ważnych zawodów narciarskich?
Jaja jajami, wiem, że są jakieś kolejności odśnieżania, ale czy to znaczy, że peryferia doczekają się tej przyjemności w czerwcu?
01-01-2011 (10:43)
W Nowym Roku składam wszystkim życzenia samych dobrych dni. Jaki będzie 2011 rok? Tego żadna ziemska istota nie wie. W poznaniu przyszłości nie pomogą przepowiednie, horoskopy, sondaże i statystyczne prognozy. Sami musimy się postarać, żeby nadeszły sukcesy, a jeśli trzeba będzie biedę klepać, to znaleźć sposoby, żeby było lżej i weselej.
Wiem, że tym blogowym wpisem nie trafię z odwzajemnieniem licznych życzeń do znajomych, którzy o mnie pamiętali. Niektórym odpowiedziałem, ale potem straciłem rachubę i cierpliwość. Przepraszam, odpowiem później, a może się postaram udowodnić, że nie tylko dobrze życzę.
Rano zszedłem do piwnicy rozpalić w piecu. Wziąłem na podpałkę ubiegłoroczny kalendarz...
Stary kalendarz
Z okazji Nowego Roku
Spaliłem stary kalendarz.
Z przeszłością chciałem mieć spokój,
Niektórych dat nie pamiętać.
Mniemałem, że troski znikną
W pieca przepastnej gardzieli,
Gdy ogień jasny zakwitnął,
W górę wesoło wystrzelił.
Spłonęła pamiątka krucha,
Pamięć niestety trwa dalej.
Choć ogień radością buchał,
Weselej nie jest mi wcale...
Reasumując ostatnie dwanaście miesięcy, nie mogę mieć powodów do niezadowolenia, ale jakoś tak zrobiło się żal, kiedy płonęły niepotrzebne już kartki.
31-12-2010 (05:59)
Koniec roku. Nie teraz jeszcze o poranku nastąpi, ale za kilkanaście godzin. Wiele osób zagrzebanych jeszcze w pościeli, śpiących jeszcze słodko i ci bardziej pracowici albo tylko zmuszeni do pracy, a także kończący nocną zmianę, wszyscy inni, których stanu obecnego zaangażowania nie wymieniłem, duchem są już na jakiejś imprezie. Jutro zamiast radości z realizujących się życzeń, zbudzi ich kac.
Spora grupa ludzi nie musiała planować imprezy, bo prawdziwy bal zorganizowały władze wprowadzając nowe stawki VAT. Wiem, że prowadząc interes nie należy specjalnie przywiązywać się dni i godzin, ale Nowy Rok niczego konkretnego nie wnosi, nie jest jakimś nakazanym przełomem finansowym wytyczonym przez naturę, przez przykazania religijne, ludowe zwyczaje i rozbudowane do przesady aparaty decyzyjne Unii Europejskiej. Właśnie! Do Unii nie wchodziliśmy z początkiem roku, a jak sobie przypominam VAT wprowadzono w lipcu.
Od pewnego czasu ktoś w Polsce robi wszystko, żeby uprzykrzyć ludziom życie. Nie chcę wypowiadać się o poziomie politycznej hipokryzji, która z dostojeństwem chce nam wmówić, że zmiany fiskalne nie zmienią cen, bo nie o to w rozmyślaniach chodzi. Coś się pokićkało w budżecie i trzeba dziurę załatać. Zastanawia mnie jedynie, dlaczego nie pomyślano, żeby czas międzyświąteczny zarezerwować na fazowe wprowadzenie reformy. Jeśli cała operacja przebiegać będzie wzorem zmiany w kolejowym rozkładzie jazdy, to nawet nie chce mi się fantazjować, bo resztę roku chcę spędzić w dobrym humorze.
Obym się nie mylił, ale chaos organizacyjny będziemy długo konsumować, a kac sylwestrowego balu handlowego przeciągnie się na kilka tygodni.
30-12-2010 (22:38)
Jechałem popływać. Po ciężkim dniu, bardziej psychicznie ciężkim, to chyba zrozumiałe, że gdybym konał po wielkim wysiłku nie chciałoby mi się ruszyć ręką i nogą też. Radio w aucie podało, że jakiś dziennik, chyba z któregoś kraju bałkańskiego, nastawił się na same dobre wiadomości. Fajnie, ale wcale nie aż takie pionierskie. Znam osobę, która z uporem maniaka prezentuje w swoim publikatorze dobre wieści. Nie robi tego pod publiczkę, nie pragnie się nikomu podlizać, dodatkowych pieniędzy z tego nie ma, ale widzi konieczność prezentacji pozytywów w natłoku zła, przemocy i nienawiści. Chwała jej za to!
Ja mam charakter bandziora, mściwego napastnika i jeśli chcę coś dobrego zrobić, to najlepiej mając gorycz w sercu (jaki kretyn wymyślił, że uczucia rodzą się w mięsistej pompce?) i niechęć do otoczenia, zaczynam akcję od siania złych życzeń.
Dlatego z okazji nadchodzącego Nowego Roku pragnę wszystkim znajomym, mniej znajomym i nieznajomym życzyć problemów. A jakich konkretnie? Przykładowo takich, żeby nie wiedzieli, jakie wybrać kolejne auto, czy przy tak rozbudowanym taborze samochodowym nie zatrudnić szofera? Co zrobić z nadmiarem gotówki rozrywającej portfel? Czy nie założyć kolejnego konta? Jaki wybrać jacht, bo ten ubiegłoroczny się już znudził? Jak zabezpieczyć kolekcję dzieł sztuki? Czy na wypoczynek letni lecieć samolotem rejsowym, a może jednak własnym z międzylądowaniami?
Powyższe złe życzenia spowodują u wszystkich jeszcze większą nienawiść do mnie, a jeśli się spełnią będę rechotał z zadowolenia. Przypuszczam, że raczej będę narzekał, że mnie te problemy nie dosięgły.
29-12-2010 (21:00)
Siedziałem sobie późnym popołudniem przed komputerem i miałem zamiar coś zrobić, coś napisać, przeczytać. Naprawdę byłem skłonny posiedzieć solidnie, bo nawet złapałem temat i palce nabierały tempa w sposób zaskakująco łatwy. Klepałem i klepałem zapominając o Bożym świecie, aż w pewnym momencie dotarł do mnie chłodek. Pomyślałem, że gdzieś od klatki schodowej zawiało. Po jakimś czasie zimno robiło mi się coraz bardziej. Nie! To nie jest możliwe,żeby mnie dopadła choroba! Miałem zamiar nawet zmierzyć sobie temperaturę, chociaż pewny byłem, że termometr nie wskaże gorączki, bo rzadko ją mam. Dziwne, niby czułem się dobrze, żadnej duszności, brak skłonności do kaszlu, głowa nie bolała, jedynie ten ziąb. Już miałem zamiar zrobić sobie gorącą herbatę z cytryną i położyć się na chwilę, na dłuższą chwilę, albo na amen, czyli do rana i jakoś doprowadzić doczesną powierzchowność do stanu względnej normalności fizjologicznej. Nastawiłem wodę i czekając aż się zagotuje spoglądałem na dwór. Odruchowo dotknąłem kaloryfer i...
Był prawie lodowaty... Zapomniałem dołożyć do pieca i dlatego było mi zimno. Chorobę zawsze można sobie wmówić, zdiagnozować po błędnym rozpoznaniu. Zbyt często doszukuje się skomplikowanych przyczyn, w momencie kiedy wszystko jest proste i mało zawiłe. To jest prawdziwa choroba ludzkości.
28-12-2010 (22:09)
Po dzisiejszym spotkaniu tarninowym...
Może się mylę, może nie mam racji...? Dowiedziałem się, że należało bardziej zgłębić, naświetlić wizytę idioty w stajence, ale mi się wydaje, że powiedziałem wszystko. Słowa Krystiana są przekonywujące, Andrzej też ma rację w swoich wywodach, lecz czy ta pastorałka, taka bzdura nieco przewrotna musi być przekonywująca i oparta na racjach?
Słusznie Krystian powiedział, że już kiedyś napisałem, że pijakowi też się Chrystus narodził, więc dla idioty także. Tak, idiocie Bóg się narodził, ale czy ten nieszczęśnik zdaje sobie sprawę z tego, kto właściwie jest jego Bogiem?
A czy my, ludzie uważający się za normalnych jesteśmy zupełnie świadomi tego?
27-12-2010 (21:52)
Nie ma cudowniejszej wiadomości od tej, że należy iść do pracy w momencie, kiedy wcale się nie chce pracować. Wprost skrzydła człowiekowi rosną, jak pingwinowi chyba... Niech to szlag!
Miałem wczoraj rację prorokując, że entuzjastyczne wizje niedalekiej przyszłości po świętach częściowo rozmyją się, spłyną jak piorun po piorunochronie. Całe szczęście, że faktycznie nagromadziłem spory zapas energii. Nic mnie nie przeraża, może deczko denerwuje. Zobaczymy jak wyglądać będzie wtorek, myślę, że mniej nerwowo. Oby...
Zima znowu daje o sobie znać. Temperatura spadła, jest mroźno i jak dla mnie zdecydowanie bardziej zdrowo. Nienawidzę odwilży, brodzenia po kostki w mokrej, brejowatej mieszance śniegu i czegoś, co wyjątkowy optymista nazwać może wodą. Nie jestem także entuzjastą odwilży w stosunkach międzyludzkich. Jeśli coś doprowadziło z zmarzliny, to z pewnością lepiej, żeby wysublimowało, niż upaprało się w rozmokłych brudach.
26-12-2010 (21:04)
Kończą się święta. I znowu zwyciężyły stare, dobre zasady doświadczonego obiboka. Nie wolno niczego planować, nie wolno do niczego się zmuszać, nie wolno sobie niczego odmawiać. Wiedziony powyższymi przykazaniami, przeżyłem w rodzinnym gronie cudowne dni. Jestem wypoczęty, wyspany i naładowany energią. To nic, że jutro większość zgromadzonych plusów rozpłynie się w przestrzeni codzienności. Mam świadomość, że i tak pozostanie odpowiednia ilość optymizmu, żeby być zadowolonym przez najbliższe dni.
Na okres poświąteczny życzę wszystkim, żeby zdrowo zjedli resztki z biesiadnych stołów. Byle do sylwestrowej nocy, a potem w Nowym Roku wszystko samo się ułoży. Nie na darmo początek roku jest w zimie. Należy skorzystać z aury i nowy rozdział zacząć od ślizgania.
Jest tak fajnie, że nie wiem, czy coś się kończy, czy w końcu zaczyna.
25-12-2010 (11:35)
W świąteczny dzień przychodzą do człowieka różne skojarzenia. Całkowite odprężenie powoduje wyzwolenie dziwnych myśli. Rodzą się pastorałki, których sens nie do końca jest absurdalny...
Idiota w Betlejem
Przez zaspy śnieżne i błota
Szedł do Betlejem idiota,
Spocony, buchając parą
Szedł pchany naiwną wiarą.
Choć ledwie drogi się trzymał,
Z wysiłku miał przed oczyma
Gwiazdy i właśnie to one
W poprawną wiodły go stronę.
Aż w końcu prawie po ciemku
Stanął przed biedną stajenką,
Wykrzyknął słowa radosne
I pokłon złożył przed... osłem.
Jak często hołd oddajemy nie temu, co trzeba...?
24-12-2010 (16:17)
O wigilii i okresie bożonarodzeniowym napisałem niemało. Starałem się grać w różnych tonacjach, co w pewnym momencie zaowocowało tematem blasków i cieni gwiazdy betlejemskiej. Były tematy zabawne, mniej zabawne i tragiczne nawet. Napisałem kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt pastorałek o różnej wartości, które zawsze po otrzymaniu melodii i dobrego podkładu muzycznego nabierały prawdziwej treści. Do tego musiałbym jeszcze dodać jasełka cudownie wykonywane przez przedszkolaków i uczniów z podstawowej szkoły. Szopek do prasy już nawet nie liczę, bo one mają całkiem inny wymiar - polityczny i złośliwy.
Uczyniłem sobie taki mały rachunek sumienia, bo rok rocznie coś staram się napisać...
To dlaczego do jasnej cholery teraz niczego nie piszę?!
Spokojnie, spokojnie! Wiele wolnego czasu przede mną... Za chwilę usmażę karpia, potem wieczerza, a potem...
Wszystkim czytelnikom GWARKA wesołych i spokojnych świąt.
23-12-2010 (21:55)
Zastanawiam się, czy o czymś nie zapomnieliśmy...
Pachną pierniki, ryba nieżywa,
Lukier z makowca mleczną łzą spływa.
Lodówka pełna dobroci treści,
Że frankfurterka już się nie zmieści.
Choinka gilga sufit swym szpicem,
Stoi jak wierny tradycji rycerz.
Myślisz, że święta przeżyć jest łatwo,
Jeśli w nich czegoś ci nie zabrakło.
Co swoim brakiem tragicznie sprawi,
Że atmosferę radości zdławi?
Na marginesie ludzkich poglądów,
Nie może w święta zabraknąć prądu.
Przeżyłem to kiedyś, brak prądu w wigilię. Pomijając wszystko, pozostały miłe wspomnienia. Jak śpiewali Skaldowie: "...wspomnienia są zawsze bez wad"
22-12-2010 (21:58)
Dzień rozdartych nastrojów. Świąteczna łagodność, nastrój refleksyjny pomieszany z nerwówką końca roku. Jeśli moje nerwy wytrzymają jutrzejsze apogeum, to karpia zjem w piątek z apetytem. Jeśli stanie się inaczej, jeśli przekroczę punkt krytyczny, stać się może, że będę biegał po okolicznych lasach i wył jak głodny wilk.
Nerwówka przed świętami jest tyko i wyłącznie spowodowana ludzkim niezorganizowaniem. Wcale nie jest związana z samymi przygotowaniami, ale brakiem czasu na nie i przeładowaniem rozbieżnymi tematami.
Poza tym jest fajnie... zabrzmiało jak starym witzu, gdzie rodzina dostała telegram o treści: "Dziadek czuje się dobrze, pogrzeb w piątek". Faktem jest, że wybuchy mojego niezadowolenia są jedynie marginesem codziennego funkcjonowania. Czasem wydaje mi się, że bodźce zewnętrznej agresji wobec mojej osoby wpływają dobrze na zdrowie, nie potrzeba mi używek, żeby utrzymywać stan pełnej gotowości działania.
21-12-2010 (23:19)
Powinienem zaplanować sobie zajęcia na Boże Narodzenie.
Coś chyba trzeba napisać w okresie świątecznym, bezczynnie nie będę siedział.
Coś zaczyna kiełkować... Powrócić do koncepcji jemioły i diabła, o czym chciałem skrobać już przed kilkoma miesiącami? A może ubrać w historyjkę wielki problem skarbnika, któremu zginął grzebień? Właśnie dzisiaj znalazłem w piwnicy, na węglu grzebień.
A może niczego nie będę robił, niczym się nie będę przejmował, będę leżał, pluł i łapał. Zasłużyłem na wypoczynek.
21-12-2010 (01:54)
Znowu pada śnieg. Jest biało i cudownie, baśniowo, świątecznie. Nikt, a już z pewnością nic nie zmąci mojej radości z teraźniejszości obecnej i tej, która nastąpi, którą czuję i wraz z najbliższymi układam w całość nastroju...
Wiadomości jakieś w telewizji... tu zwykle jest tyle optymizmu, że aż sznurek sam się skręca i formuje samobójczy stryczek...
Pobili demonstrantów w Mińsku...
W trumnie jest ktoś inny...
Kolej kompletnie się pogubiła, a w rekompensacie będą rozdawać darmową kawę... (Boże! Całe szczęście, że pogubiły się w rodzinie wszystkie elementy mojej kolejki PIKO, bo z rozpaczy położyłbym się na glajzach!)
Samoloty w całej Europie nie odlatują, bo też się wszystko pokrzyżowało na skutek nieprzychylnej aury...
Na drogach ślisko, sporo stłuczek i wypadków...
Ojciec zabił dziecko na kuligu...
Mam mieć wyrzuty sumienia z powodu karpia...
Na koniec życzymy miłego wieczoru i spokojnej nocy...
Oby was szlag trafił z tymi końcowymi życzeniami! Nic optymistycznego! W potoku takich minorów muszę trzymać twarz! Przynajmniej ja, szary obywatel będę miał dobry humor i nikt mi tego nie odbierze!
19-12-2010 (19:36)
Kolejny raz Czesi zapisują się w naszym życiu w sposób pejoratywny. Mamy już od dawna czeski błąd i chyba nie muszę tłumaczyć, co to jest. Funkcjonuje czeski film, czyli sytuacja, kiedy nikt nic nie wie. Tego także niby tłumaczyć nie trzeba, ale Bóg jedyny raczy wiedzieć, dlaczego mamy się śmiać z świetnej twórczości filmowej sąsiadów. Nasza kinematografia ma wiele wizualnych dowodów na ścisłe kontakty z bezsensownością i nie musimy sięgać do wątpliwego artyzmu obcokrajowców.
Teraz wkroczył w żywot codzienny czeski kredens jako forma dystrybucji dopalaczy, które podobno nimi nie są, bo coś nie jest dopasowane w ustawie. Czyżby ktoś kolejny raz pokazał, że jest bystrzejszy od naszych parlamentarzystów? Może zaistniał jakiś czeski błąd w druku ustawy? Może ktoś wymyślił pokrętną interpretację litery, prawa? Nie wiem, nikt nic nie wie, prawdziwie czeski film albo...? Polska rzeczywistość?
18-12-2010 (21:13)
Fragment dzisiejszej rozmowy:
- Czemu się pan tak uśmiecha pod nosem?
- Bo się cieszę, że za niedługo będę w domu.
- Wszyscy będziemy.
- O Boże! Nie mam nic przeciwko wam wszystkim, ale nie jestem przygotowany na przyjęcie całej załogi!
- Pan znowu po swojemu! Będziemy wszyscy we własnych domach.
- To już zabrzmiało bardziej realistycznie, a ja się cieszę, bo są ku temu powody. Mam coś cudownego pod domem, coś co raduje moje serce. Może pan zgadnie co to takiego jest.
- Skąd mogę wiedzieć?
- Znikąd! Może pan zgadnąć, daję panu trzy szanse...
Szans dałem więcej, ale i tak nie padła prawidłowa odpowiedź. W końcu sam musiałem zdradzić cudowny fragment zbrosławickiego krajobrazu:
- Mam przed domem, w śniegu ukryte piwa. Chłodzą się, nabierają odpowiedniej temperatury. Już jestem myślami w trakcie łykania delikatnych igiełek gorzkiej rozkoszy zimna.
Uwielbiam to! Piwo na granicy mrożenia ma czarodziejską moc, przynajmniej w moim przypadku. Latem chłodzi, a zimą rozgrzewa. To jest fragment mojego życia.
17-12-2010 (21:30)
Materialne przygotowanie do świąt jest bardzo ważne! Niech mi nikt bzdur nie opowiada, że nie liczą się ryby, choinki, pierniki, inne ciasta i ciastka, mięsiwa i wędliny. Ważne są również prezenty: miłe niespodzianki, praktyczne „spodziewanki”, czasem bzdurne bibeloty i pierdółki, które niczemu nie służą, a tylko zagracają mieszkanie. Wszystko to jednak powinno być raczej nie celem, ale jednym z wielu elementów wpływających na duchowe przeżycie świąt. A jeśli nie traktować Bożego Narodzenia wzniośle religijnie, poważnie rodzinnie, to niechby nawet nastrój powodował solidny, przaśny wypoczynek, to też Bogu będzie się podobało, a człowiekowi jeszcze bardziej!
Na duchowe przygotowanie do świąt składają się sposoby nie tylko te proponowane przez parafie, ale także wiele urozmaiconych laickich, adwentowych form wyrażania duchowej łączności z tradycją.
Dla mnie prawdziwie roratnią ucztą serca było uczestniczenie w otwarciu wystawy Jerzego Liska. Opłacało się jechać śliską drogą ze Zbrosławic, bo ekspozycja kilku jego rzeźb stała się dla mnie rachunkiem sumienia, spowiedzią i rozgrzeszeniem. Ekspozycja została nazwana „Wilijo na Repeckiej” i taką właśnie wigilią była, nie chciało się odchodzić od staołu. Sporo w niej zmaterializowanego ducha, nie czuje się znudzenia formą, a każda z kompozycji ma swoje odrębne przesłanie, choć przecież łączy je ten sam motyw – szopka...
...i ten zapach lipowego drewna. Tak jak Boże Narodzenie w ubogiej szopce jest zaprzeczeniem ubóstwa duchowego, tak potocznemu określeniu „lipa” dał pan Jerzy zaprzeczenie swoją artystyczną wizją.
16-12-2010 (19:29)
Jak było w Wiśle? Biało od śniegu, zielono od choinek i wigilijnie. Moje szopki wkomponowały się w atmosferę, bo jakby miało być inaczej, skoro nieodłącznie są elementem świąt Bożego Narodzenia.
Opinii przytaczać nie będę, bo... nie. Kto ma ochotę je obejrzeć, a będzie akurat w Wiśle, to zapraszam do Muzeum Beskidzkiego. Która to już wystawa? Nie pamiętam, nie robię dokumentacji, nie czynię szopek, bo wiem, że i tak najlepsze przede mną.
Cóż mogę jeszcze dodać? Zdjęcia! Są autorstwa Stasia Konopki. Dzięki, jesteś wielki! Na zdjęciach kilka moich szopek i choinka przed muzeum.
15-12-2010 (09:06)
List o. Ludwika Wiśniewskiego do nuncjusza apostolskiego wywołał lawinę opinii, dyskusji i sprzecznych nieraz osądów. Nie chcę w tym miejscu dołączać się do zamieszania, ale...
Niechby się w końcu nauczyli różni pobożni, mniej pobożni i kler, a zwłaszcza kler, bo on powinien być w sprawach kanonicznych wykształcony i ortodoksyjny, że Kościół to nie tylko kapłani z całą ich przewielebną hierarchią, ale cały lud ochrzczony. Słysząc sformułowania: że Kościół robi to, a wierni tamto, świadczy o braku znajomości elementarnych zasad religii.
Piszę te słowa po wysłuchaniu kilku audycji radiowych, ale wiem, że w telewizji także robi się podobne błędy. Na ten ostatni publikator nie mam dzisiaj czasu, bo już jedną nogą jestem w aucie.
Kierunek Wisła..
14-12-2010 (22:02)
Człowiekowi wydaje się, że ilość obowiązków można dodawać sobie, a czasem nawet mnożyć. Niestety są pewne granice, których przekroczyć się już nie da. Tak jak z dokładaniem ciężarów na sztangę. Zawodnik z lekkością rwie, podrzuca jakiś ciężar i wydaje się, że dołożenie 0,5 kilograma nie sprawi mu problemu, a jednak pali podejście.
Z truciznami natomiast jest tak, że istnieje DLM - dosis letalis minima, czyli najmniejsza dawka śmiertelna. Czyli można coś zażywać póki nie przekroczy się danej granicy, stężenia toksyny w organizmie, które spowoduje śmierć.
Tak sobie tylko rozmyślam, wcale nie sugeruję, że praca jest ciężarem albo trucizną.
13-12-2010 (22:26)
Trudno dzisiaj nie wspomnieć stanu wojennego. Zwłaszcza, że pchają się wojenne tematy...
- Pan, doktorze do strajku się przyłączy? - padło pytanie, a ja nie byłem zaskoczony, bo nie po raz pierwszy takie słowa słyszałem.
- Nie mam pojęcia. Nikt mnie jeszcze nie zagadywał na ten temat, a sam protestu nie podejmę, zresztą uważam, że ktoś tu bardziej chce namieszać, niż wyjaśnić i wyprostować - tak odpowiedziałem.
Chodzi o proponowane nowe stawki za badanie i wystawienie świadectwa zdrowia zwierzęcia przed transportem. Cóż mogę powiedzieć, skoro nawet minister rolnictwa wypowiada przed kamerami błędne sformułowania, co sugeruje, że nie orientuje się w czym sprawa.
Kilka dni wcześniej pewien portal podał wiadomości, które kupy się nie trzymały, pomieszane stawki za godzinne badanie z jednostkowym w gospodarstwie. Wydaje mi się więc, że są za to co się stanie odpowiedzialne odpowiednie jednostki samorządowe naszego szanownego zawodu. Prawdopodobnie niewiele wskórają, ale cień kolejny padnie na tych, którym się zdaje, że demokracja zaczyna się i kończy na wyborach. Z takim stanem dzisiaj nie można się godzić.
12-12-2010 (21:00)
Cóż może być piękniejszego od niedzielnego wieczoru? Przy dobrej muzyce, w ciepełku, ale bez przesady, bez przegrzewania się. Za oknem zima jak z bajki, śnieg sypie i póki co, można się cieszyć, bo jutro z rana może być mniej wesoło, mam na myśli w tym momencie drogi pełne śliskiej papki.
Taka atmosfera przybliża świąteczne nastroje, zwłaszcza, że po mieszkaniu plącze się aromat pierwszego wysypu pierników. Obowiązkowa, jak corocznie próbna produkcja znika w przerażającym tempie. Nie ukrywam, ja także mam swój udział w nieograniczonym podkradaniu cudnie ozdobionych cacek. A na co będę czekać? W ubiegłym roku zagapiłem się i w piernikowej, pokaźniej puszcze znalazłem trochę zapachu, kilka cukiereczków - słodkich ozdobników i przerażająco drwiące echo. Nawet nie było do kogo kierować pretensji, bo przecież nikt pierników nie jadł!
11-12-2010 (18:24)
Jak można przez pół dnia robić zakupy przedświąteczne i w domu dopiero zorientować się, że zabrakło durnej margaryny!? Byłem zmuszony pojechać do sklepu, kolejny raz.
Kiedy w zbrosławickim markecie „Centrum” płaciłem przy kasie, wszedł znajmy podpierając się na kulach. Złośliwości to my sobie możemy mówić, ale nie pomóc takiemu to przecież grzech ciężki. Wyszliśmy przed sklep i okazało się, że na parkingu szamocze się w autku młodzieniec, bo inwalida zablokował mu wyjazd.
- Pan nie potrafi porządnie zaparkować, tylko zastawiać innych? - rzucił pytanie chłopak.
- A ty nie widzisz, jaki tam jest znak – znajomy pokazał młodemu, zdrowemu człowiekowi, że ten zaparkował na miejscu dla inwalidy.
O Jezu! Czego ten się od nas dowiedział! Powiedziałem, że osobiście mu nie życzę, żeby nabył prawa do korzystania z miejsca dla uprzywilejowanych, ale niechby przynajmniej zrozumiał, jak innym jest ciężko.
Swoją drogą, niektóre parkingi zaprojektowane są i wykonane tak, jakby twórcy mieli coś z główką nie w porządku. Wiem, że liczy się estetyka, że ładnie prezentuje się trawka i kwiatki, ale przed sklepem, czy urzędem powinno być bardziej funkcjonalnie niż miło. Przed wspomnianym wyżej „Centrum” porobiono zatoczki, a w efekt z tego taki, że stracono kilka miejsc parkingowych. Stale się o tym mówi, ale bez rezultatu.
Wracając do tematu, nic nie usprawiedliwia panoszenia się zdrowych byków i poniewierania inwalidami.
10-12-2010 (21:53)
Dowiedziałem się dzisiaj, że mogę po śmierci zostać zmielony i sprzedany jako przyprawa do pierników, to z powodu goździków. Ano, ciekawe! Nigdy tego pod uwagę nie brałem, ale rodzina może zrobi w końcu na mnie dobry interes. Skojarzenie powstało podczas spotkania w muzeum. Dzisiaj główną postacią był Józef Szymura, o goździkach nie opowiadał, ale w trakcie przemknął przez chwilę motyw z wanilią.
Dzień pracowity, ale przyznać muszę, że bez zwariowania. Mam czyste sumienie, co zaplanowałem – zrobiłem.
Nie trzeba być wielkim psychoanalitykiem, żeby zorientować się, że stale robię rachunek sumienia. Jest to konsekwencja braku pewności siebie, a nie konieczności samokontroli, pilnowania działań w celu dopasowania wszystkich działań w czasie i przestrzeni. Nie przejmuję się zbytnio tym, z jakich powodów śledzę i rozpatruję własne czyny. Ważne, że nie piętrzą się zaległości i jest ochota do dalszej roboty.
Wcale nie dała mi satysfakcji wiadomość, że ktoś, kto bardzo chciał mi zaszkodzić, będzie za moment gryzł pazury ze wściekłości. Nie udało się biedaczkowi, niestety, dla niego niestety.
09-12-2010 (21:21)
Dzień wyrównywania poziomów duchowych, trochę plotek, trochę (niestety) faktów dotyczących niezdrowych ambicji pewnych ludzi, których uważam za niepewnych.
Ze spraw minorowych, to definitywna niemożność wzięcia udziału w wystawie w Katowicach...
- Naprawdę jest mi głupio, nie wiem jak przepraszać...
- Niech pan wiele nie mówi, nie tłumaczy się, jeszcze pana dorwiemy i odpokutuje pan solidną pracą.
Fakt jest jeden, gdybym miał więcej wolnego czasu, z łatwością załatwiłbym dwie wystawy, a tak, co? Żeby się nie wpaść w kanał w sprawach zawodowych, zawodzę niezawodowo w sprawach poza zawodem.
„Szopka Noworoczna” się rozkręca, fizycznie przynajmniej, bo o duchowości trudno jeszcze rozmawiać...
Najważniejsze, że wykazałem dobrą wolę finansową i mam z głowy prezenty dla większości rodziny. Mało tego! Kupiłem wreszcie doskonałe buty zimowe. To jest najważniejszy sukces tego dnia, wszak buty niezaprzeczalnie leżą u podstaw ludzkiej egzystencji.
08-12-2010 (21:25)
Wczoraj marudziłem o mgle panującej na drogach w okolicach, po których musiałem jeździć. Dzisiaj mamy już w efekcie sporo nieszczęść związanych z trudnymi warunkami jazdy.
Niedaleko przecież od mojej trasy, bo między Cieszynem, a Skoczowem doszło do fatalnego karambolu. Różnie media podają konkretne liczby, najlepiej stwierdzić, że wzięło udział w wypadku kilkadziesiąt samochodów. Pomyśleć, że była taka wersja, że pojadę dopiero dzisiaj! A włosy na głowie stają na samo wspomnienie, że mogłem pojechać sobie do Cieszyna.
Po co się jednak zadręczać, popadać w obsesje. Siedzę sobie w ciepełku, piszę spokojnie, nikt mi nie przeszkadza. Już dawno tak nie było, że czuję relaks podczas klepania po klawiaturze. Nie powiem, żeby szło fantastycznie, lekko! Liczę jednak na jutrzejszy poranek. Mgła powinna się stracić... przynajmniej ta z głowy!
07-12-2010 (23:21)
Przez cały dzień poruszam się we wszechobecnej mgle. Prześladowała mnie w drodze do i z Wisły. Przed chwilą wróciłem z Tarnowskich Gór też w otoczeniu tajemniczej waty, kłębów snujących się w świetle reflektorów, wkręcających się w koła, opływających śliską karoserię...
Śnieg można usunąć z jezdni, mgły niestety nie. Całe szczęście, że temperatura nie jest ujemna, bo ograniczona widoczność w połączeniu z poślizgiem dałaby kompletny dyskomfort jazdy.
W głowie też mam mgłę, jej także nie potrafię usunąć. Zbyt wiele się wydarzyło ostatnio, żebym mógł się jej pozbyć w czasie jednego wieczoru bezrobotnego.
Wiem, że czasu się nie odrobi, ale odrobić można w innym czasie zaległości. Zwłaszcza, że jutro jest przecież środa, nie czwartek, jak jeszcze przed chwilą przypuszczałem. To przez tę mgłę...
06-12-2010 (20:07)
Święty Mikołaj zwiastuje zbliżające się Boże Narodzenie, wprowadza człowieka w atmosferę ciepła wewnętrznego, domowego na przekór mrozom. Na przekór bieli śniegu barwi świat na wesoło, zabawnie, tajemniczo... baśniowo nawet.
Siedzę nad „Szopką Noworoczną”, idzie mi... różnie. Nie martwię się jednak, bo zawsze są problemy z rozruchem. Na piątek powinienem mieć gotową całość, no optymistycznie powiedziane! Pod koniec przyszłego weekendu, to brzmi bardziej realistycznie. Pisanie także daje odrobinę nastroju świątecznego, pomieszanego z wytężoną pracą. Lubię ten stan.
Kończę ostatnią szopkę na wystawę, jadę jutro do Wisły, mam trochę niepewności w sercu, nie wiem jak te moje potworki zostaną przyjęte. Starałem się zrobić zbiór reprezentacyjny, ale zadowolony w pełni nie jestem. Z szopek nie jestem, z ich walorów, bo pracę odwaliłem niezgorszą. Wpakuję wszystko w kartony i baj, baj! Niech się dzieje wola nieba, niech święta już nadchodzą i niech nic zapoczątkowanego nastroju nie mąci.
05-12-2010 (22:01)
Najpierw to mi się bardzo chciało jechać na koncert Magdy i jej zespołu. Nawet zadzwoniłem do niej, żeby dowiedzieć się szczegółów. Potem, bezpośrednio przed wyjazdem nie chciało mi się okropnie, ale ciekawy byłem, jaki repertuar mieli przedstawić, poza tym chciałem oderwać się od domowej rzeczywistości niedzielnego popołudnia.
Przed klubem okazało się, że występ odbędzie się za dwie godziny. Szkoda, nie mogłem czekać, zbyt wiele sobie zaplanowałem na dzisiaj.
Mija niedziela, dla niektórych gmin czas drugiej tury wyborów wodza. Ciekawe, kto wygrał w Tarnowskich Górach, w Miasteczku? Właśnie zaczyna się liczenie głosów, już widzę te emocje w sztabach wyborczych.
04-12-2010 (17:02)
Sobota... różna może być sobota. W grudniu - mroźna, bardziej lub mniej, a moja była pracująca. Dziwne to bardzo stwierdzenie, bo sobota nie pracowała, tylko ja. Na nogach od 3:00, a w pracy od 4:00.
Teraz moja sobota ma tendencję do zmiany nastroju w kierunku rozrywkowym, ale kiedy ktoś zaiwania 12 godzin, to nastrój ten zostanie deczko osłabiony. Zobaczymy, nie wyrokujmy przed imprezą.
03-12-2010 (20:31)
Czy jest coś, co może mnie zaskoczyć? Z pewnością tak! Można być człowiekiem doświadczonym w różnych dziedzinach i płaszczyznach życia, ale zawsze znajdzie się zjawisko, które wywoła emocjonalną reakcję.
Może mnie zaskoczyć zima o tej porze. Kilka razy się tak zdarzyło w czasie mojego życia, że na początku grudnia nie było śniegu i byłem bardzo zdziwiony i zaskoczony. Większość władzy różnego szczebla w Polsce stale zaskakują konsekwencje chłodu i zastanawiam się, czy w końcu nie nabluzgać komuś odpowiedzialnemu za brak konkretnych działań.
Zaskakuje mnie także projekt nowelizacji ustawy wyborczej, która w sposób sztuczny i pokrętny niby daje większe możliwości kobietom. Zabieg wyrównywania szans na etapie rejestracji list nic kompletnie nie daje. Sprawa rozwiąże się dopiero podczas liczenia głosów, a raczej w momencie rozkładu mandatów. Sprawa jest prosta. Jeśli z danej listy wchodzi mężczyzna z największą ilością głosów, to następną osobą musi być kobieta. Jeśli dane ugrupowanie nie ma na liście kobiety, to niestety wchodzi takowa z innej listy z największym poparciem. Te same zależności powinny dotyczyć sytuacji odwrotnej, kiedy wybory wygrywa kobieta.
Powyższy układ nie zagrozi demokracji, bo w teraźniejszym prawie też nikt szat nie rozdziera, kiedy ktoś z mniejszym poparciem wchodzi do władz, a jest mężczyzną.
Zaskoczony nie jestem wynikiem głosowania w sprawie finansowania partii. Jest to kolejne mydlenie oczu społeczeństwu w przededniu przechodzenia na nowe zasady budżetowe, które dadzą w tyłek i zaskoczą wielu ludzi, w tym mnie także od nowego roku.
02-12-2010 (23:45)
Są przelotne opady i widać, że także przelotne dni. Ten właśnie jest taki, nawet nie wiem, kiedy minął. Za moment północ, a ja sobie przypomniałem, że nie zrobiłem wpisu...
01-12-2010 (21:04)
Wczoraj w pracy do późna, a dzisiaj dzień przerąbany od świtu, nie mam czasu na nic. Jeszcze dla polepszenia sobie życia wybił mi kurek odpowietrzania w kaloryferze. Ostatni ze starych, przedpotopowych. Sytuacja została opanowana, ale co się strachu najadałem, to moje.
Zima poszalała, śniegu sporo, mróz też nie próżnuje, lubię taką aurę, ale w chwilach relaksu bardziej niż podczas wykonywania zadań służbowych.
Może przed snem obejrzę coś w telewizji... może coś przeczytam...? A może nic robić nie będę? Położę się jak śnieg i niech mnie nikt nie rusza!
30-11-2010 (18:00)
Po wyborach w Zbrosławicach wszystko się wyjaśniło. Kto jest nowym wójtem wiadomo było zaraz po niedzielnych zmaganiach. Zresztą nieważne jakby ludzie głosowali i tak było dwóch kandydatów, dlatego drugiej rundy być nie mogło.
Nie wszędzie jest tak komfortowo, przykładowo w rodzinnych moich Tarnowskich Górach zbliża się drugie starcie. Skłamałby twierdząc, że mnie nie obchodzi personalna obsada ratuszowego przywódcy. Mam swojego faworyta, nie ukrywam, że jest to Arkadiusz Czech i nie piszę tego jako pochlebca, bo od tej strony raczej mało ludzi mnie poznało, a zaryzykuję twierdzenie, że prawie nikt. On sam wie z pewnością o tym, nazwał mnie kiedyś szydercą i miał rację.
Nie mogę w tym momencie jednoznacznie wyrażać awersji do Kazimierza Szczerby, chwała mu za to, że doskonale nauczył naszego Szymona matematyki. Drażni mnie jednak agresywne stosowanie przez jego sztab wyborczy argumentów, które są powszechne w naszym, pożal się Panie Boże kociołku politycznym polskiego cyrku władzy, a przypisywane tylko Czechowi.
Wielokrotnie mówiłem, pisałem i kpiłem z tego, że obiecanki cacanki a wyborcy figa z makiem. Nie jest to typowe dla Arkadiusza, pan Kazimierz też świętym Mikołajem nie jest, a jeśli już, to takim jak w starym dowcipie o Jasiu i paniach z poczty.
Miałem napisać jeszcze o sprawach przykrych, ale odebrałem doskonałą wiadomość i nie będę ani sobie, ani innym psuł nastroju! "Pozabijajcie" się chłopy, ale tak, żebyście żyli długo i spokojnie, a całe Tarnowskie Góry w wami!
29-11-2010 (19:46)
Jest fajnie, biało... nie dla wszystkich fajnie, bo ślisko, śnieżno i jak zwykle, czyli normalnie, pług śnieżny zawsze zdąży!
Kto zawsze zdąży? Wiadomo, podchorąży! Dzisiaj Dzień Podchorążego, jako niegdysiejszy bażant powinienem świętować. Działo się wtedy dziwnie, śmiesznie i czasem nieprzyjemnie. Jako dowódca plutonu zaopatrzenia nie miałem się najgorzej, zwłaszcza, że od domu do jednostki dzieliły mnie trzy ulice, a przepustkę miałem stałą.
Zdążyłem dzisiaj zmienić opony na zimówki! Zdążyłem przed jakimś nieszczęściem, bo opad śnieżny zaskoczył mnie rano, a gumy zmieniłem popołudniu. Mogło być za późno, bo jeździło się poślizgiem. Osobiście lubię takie warunki jazdy, ale zważywszy na innych użytkowników, zwłaszcza na tych, którzy jechali z naprzeciwka, wydawało się, że nie zdążę zrobić uniku. Udało się i prosić trzeba niebiosa, żeby było tak dalej.
28-11-2010 (17:02)
Długo można dyskutować nad szopkami, a konkretnie nad jakością estetyczną, artystyczną i duchową. Raz przeważa jedno, kiedy indziej drugie, czasami pozostaje jedynie to ostatnie i to tylko dla kręgu ludzi bliskich twórcy. Podobnie jest z innymi dziełami, dziełkami i koszmarkami wykonywanymi w poczuciu konieczności wypowiedzenia się w sposób zmaterializowany, oglądalny, namacalny.
Jako wykonawca wielu, wielu szopek, nigdy nie jestem pewien, czy otarłem się chociaż o artyzm, czy tkwię głęboko w tandecie. Zabrzmiało zapewne niczym wyznania hipokryty, ale tak faktycznie jest. Tyle tytułem wstępu, a konkretnie o co mi chodzi?
Tarnogórskiemu konkursowi szopek można było zarzucić wiele z powyższych, pokrętnych słów. Będąc kilka razy jurorem miałem mieszane uczucia. Czasem chciało się parsknąć śmiechem, ale było sporo dzieł, które wzbudzały zazdrość, że sam tego nie zrobiłem, że nie potrafiłbym wykonać takiego cacka. Konkurs miał sens, miał krąg zwolenników, którzy przełamywali opory wrogów. Nieraz byłem świadkiem wysiłków organizatora oficjalnego i konkretnie zaangażowanej osoby. Proszenie o nagrody w lokalnych urzędach, szukanie sponsorów jest sprawą normalną. Jeśli organizuje się cokolwiek trzeba się nabiegać, naprosić i to nie jest ewenement tarnogórski, ale rzec można światowe realia. W przypadku naszej imprezy zadziałać musiały inne letalne mechanizmy. Nie wierzę w zbieg okoliczności.
Szkoda mi konkursu, bo wiele dla mnie znaczył, a wiem, że dla innych jeszcze więcej. Został wymazany z harmonogramu lokalnych imprez. Pozostaje mi chyba wykonać szopkę w trumnie i wystawić na środku rynku. Mam inny pomysł, mniej drastyczny, a prawdę mówiąc całkiem fajny, ale żeby o tym pisać muszę wpierw porozmawiać z kilkoma osobami.
27-11-2010 (06:36)
Wieczorem było w szarym nastroju, teraz o poranku w białym, bo...:
Idzie zima
Zima na polach się kładzie,
Już słońce przed nią ucieka,
Kurcząc wędrówkę z dnia na dzień
Na widnokręgu powiekach...
Skostniały mróz w szadzi dybach,
Oddechu lodową brzytwą
Wyryje na mlecznych szybach
Tajemny obraz in vitro...
Na biało zakwitną drzewa,
Nastroszą śniegowe pióra,
Wiatr kołysankę zaśpiewa,
zeschłymi liśćmi zaszura...
Nam ludziom cóż pozostanie?
Przeżyć spokojnie święta,
W sylwestra rozognić taniec...
Zima nie musi być drętwa!
26-11-2010 (21:05)
Miałem zamiar napisać coś o miłości, o nadchodzącej pięknej zimie, a wyszedł mi potwór...
Przebywam w świecie totalitarnym,
Czuję się mały, czuję się marny.
Ktoś chce mi wmówić, że jestem durniem
Nawet załatwić już się nie umiem!
Gardło uciska każdy paragraf,
Tak mam zatańczyć, jak ktoś mi zagra,
Jak ktoś zachrypi ostrym dyszkantem
Fałsze sklecając wraz z muzykantem!
Mam chodzić nagi kiedy są chłody,
Chcą mnie prognozą mamić pogody,
Wiarą obdarzyć każą sondaże
I siedzieć cicho, bo się narażę!
Moralność czerpać mam z demokracji,
Nawet gdy ona ma zero racji,
Głupkowi chwalić, że jest mózgowcem
I że górami są krecie kopce.
Najgorsze powiem teraz na finał,
Ten stan faktyczny, to moja wina,
Dawno już miałem zrobić wysiłek
I nie pomyśleć, lecz kopnąć w tyłek.
A właściwie czemu nie mam sobie ulżyć?
25-11-2010 (19:43)
Dzisiaj spadł pierwszy śnieg. Z tej okazji należy wszystkim życzyć bezpiecznej jazdy, krótkiej drogi hamowania, a sobie życzę, żebym zmądrzał, a do tego znalazł chwilę wolną i zmienił opony na zimowe. Trzeba mieć rzeczywiście coś z główką nie tak, żeby się narażać na niebezpieczeństwo. Po białym puchu śladu już wprawdzie nie ma, ale temperatura poważnie się obniżyła i lokalnie może być ślisko.
Składam życzenia z błahego powodu, a przecież dzisiaj są bardzo ważne okazje. Wszystkim Katarzynom powinienem życzyć samych radości. Kolejarze też dzisiaj świętują, ale to już nie te czasy, nie te humory i nie te kolejarskie fantazje.
24-11-2010 (18:59)
Można jeden dzień, można i drugi, ale trzeci dzień marudzenia zakrawa już na depresję. Dlatego, jako stary cwaniak (stary, czyli doświadczony, nie wiekowy!) musiałem za pomocą wypróbowanych sposobów zapobiec staczaniu się w kierunku przyziemia psychicznego.
Najlepszym sposobem na poprawienie sobie humoru jest zrobienie czegoś do końca, osiągnięcie małego sukcesiku.
Pierwotnie zamiarowałem skompletowanie miłosnych wierszydeł, które wysłane do Andrzeja powinny doczekać się melodii. Zrezygnowałem jednak, stwierdziłem, że lepszym poprawiaczem nastroju będzie wykonanie kolejnej szopki. Jak sobie postanowiłem, tak zrealizowałem i mam obecnie 24 sztuki. Mógłbym już wszystko wyekspediować, ale spokojnie. Na wszystko przyjdzie czas. Jeśli nic nie stanie na przeszkodzie, to w przyszłym tygodniu wszystko w kartony i kierunek Wisła.
Żeby całkiem czuć się jasno na duszy powinienem napisać komiks, ale chyba zrobię to dopiero jutro o świcie.
23-11-2010 (22:44)
Wczorajsza wyprawa do Parku Wodnego wywołała u mnie kilka refleksji. Jeśli już nie kilka, to dwie z pewnością.
Gdy zjawiłem się na parkingu, pomyślałem, że będzie można popływać, bo samochodów było stosunkowo mało, więc tłuku nie powinno być. Faktycznie, jak na tę porę dnia, można rzec, że był luz. Pozornie, bo w basenie okazało się być gęsto. Popływałem w tłumie uważając, żeby komuś na plecy nie wjechać, a potem udałem się do sauny. Wtedy zauważyłem swoim krótkim wzrokiem, że trzy pasy są zarezerwowane. Jakoś trzeba dysponować miejscem, ale dlaczego nikogo tam nie było? Zrozumiałe, że jeśli jakaś grupa opłaciła sobie tor, to ma do tego prawo, ale dlaczego tacy jak ja prawa nie mają do normalności, jeśli też zapłacili i nie mają zamiaru jedynie zjeżdżać w rurach?
Druga refleksja dotyczy ratowników. Zastanawiam się, czy ich nie obowiązują zasady prewencji? Kiedy się w końcu doczekam, że znikną wianuszki moczących sobie nogi tam, gdzie inni chcą pływać. Przecież od tego są płytsze baseny. Nikt też nie panuje nad skaczącą w bezładzie dziatwą, która w dodatku po oddaniu skoku przepływa w poprzek bocznego pasa, łapiąc za nogi pływaków albo w szaleńczym kraulu niechcący wpychając im głowy pod wodę w momencie wdechu.
Tak sobie refleksyjnie marudzę kolejny dzień. Chyba szykuję się do zimy.
22-11-2010 (22:30)
Tydzień rozpoczęty pracowicie, zobaczymy jakie z tego będą efekty. Czy zostanie coś w dłoni, czy rozpłynie się jak krople obfitego deszczu na głowie. Deszczu, który dzisiaj, zwłaszcza pod wieczór nie skąpi swej hojności.
Daty listopadowe chylą się ku upadkowi...
- Za miesiąc święta - wtrącił ktoś w rozmowie w większym towarzystwie.
"Odkrywca się znalazł!" - pomyślałem, ale zaraz potem musiałem stwierdzić, że jego uwaga ma sens. Mało kogo interesuje zmieniająca się rzeczywistość przyrodnicza, mało dociera do nas faktycznej dynamiki środowiska. Skupieni na doraźnych zmianach, nie łapiemy sensu globalnego ruchu, stajemy się istotami reagującymi mechanicznie, odruchowo, prymitywnie. Obserwacja świata, wszechświata ogranicza się do odbioru przygotowanej medialnie papki. Czyżby nie stać nas było na odrobinę kontaktu bezpośredniego, na analizę za pomocą własnych sił? Wszystko robimy na rozkaz, pod dyktando. Jeśli każą jesteśmy zmartwieni, jeśli padnie hasło, żeby się śmiać - rechcemy niczym bezmyślna grupka gimnazjalistów...
Czy nie udziela mi się dekadencka atmosfera listopadowej aury? Marudzę okrutnie!
21-11-2010 (20:24)
Teściowa do zięcia:
- Jak dobrze, że w końcu zdecydowałeś się startować w wyborach.
- Niemożliwe, mama mnie chwali!
- Nie chwalę, ale cieszę się, że kilku ludzi postawi na tobie krzyżyk.
***
- Pański pies obszczekał mój plakat. To jest zakłócenie ciszy wyborczej!
- Ależ jakie zakłócenie, on po prostu uczciwie oddał głos!
20-11-2010 (16:16)
Jasny gwint! Ale wysmarowałem! To tak w przerwie pisania jasełek, dlatego wyszło mi na ludową nutę i trochę dziadowską.
Ciemno wszędzie, głucho wszędzie,
Co to będzie, co to będzie?
Słów rzuconych nie usłyszysz
Wśród wyborczej, głuchej ciszy.
Idę mroczną drogą, a tu
Niemy pada krzyk z plakatów.
Ciemno wszędzie, głucho wszędzie,
Co to będzie, co to będzie?
Kto jest mądry i kto durny,
Niechaj z rana mknie do urny,
Niech głosuje w innej porze,
Jeśli rano pójść nie może.
Ciemno wszędzie, głucho wszędzie,
Co to będzie, co to będzie?
Jest niejeden taki, który
Już do łokci zgryzł pazury!
Inny aż z wrażenia dyszy
Nie chce trwać w społecznej ciszy...
Ciemno wszędzie, głucho wszędzie,
Co to będzie, co to będzie?
Co to będzie? Któż dziś powie?
Bądź cierpliwy, a się dowiesz!
Albo wejdziesz do swej rady,
Albo będziesz szedł na dziady...
Ciemno wszędzie, głucho wszędzie,
Co to będzie, co to będzie?
19-11-2010 (18:19)
Telefon zadzwonił...
- Cześć! - odezwał się znajomy, kandydat do rady, nie ważne czego.
- No, cześć!
- Nie przeszkadzam o tej porze?
- Już teraz nie.
W tym momencie nastąpiły wynurzenia, refleksje, nadzieje i wątpliwości związane z kampanią, jej wynikiem i trochę o kontrkandydatach. Jak miałem chłopa nie pocieszyć, dodać otuchy.
- Mogę ci sprzedać sposób na pewne zdobycie mandatu w niedzielę - rzekłem.
- Nie opowiadaj, niczego pewnego nie można zapewnić.
- Nie chcesz, to nie! Żebyś potem nie żałował!
- No to powiedz, a nuż to coś pomoże.
- Musisz zaparkować auto na rondzie i mandat masz na 100%!
- Wiedziałem, że coś głupiego za tym się kryje. Jak już ty coś wymyślisz...
Taką mam paskudną opinię, na to trzeba latami pracować.
18-11-2010 (20:12)
Deszcz, mokro jesiennie, listopadowa pogoda w końcu pokazała swoje możliwości. Kapie z nieba chyba cały dzień. Zastanawiam się, czy moje nasilające się bóle w lewym barku, które prześladują mnie od kilku dni, nie były przepowiednią pogorszenia się aury. A jeszcze nie tak dawno nie mogłem się nachwalić cudownej jesieni. Nie chwal dnia przed zachodem, a widocznie listopada przed adwentem.
Właśnie teraz dotarło do mnie, że święta tuż, tuż. Powinienem zaplanować ekspedycję z szopkami. Mam ich już tyle, że rzucą się w oczy na wystawie. Nie wiem natomiast, jak zostaną odebrane. Ta doza wątpliwości zawsze mnie prześladuje.
Do kolekcji jesiennych prześladowań dodać muszę problemy z internetem. Całe szczęście prowizorycznie zostały rozwiązane, ale czas najwyższy, żeby zainwestować w potrzebny sprzęt.
17-11-2010 (22:06)
- Widziałeś moje zdjęcie w "Gwarku" - padło pytanie z ust kandydata i nie mogłem zaprzeczyć, bo...:
- Rzuca się w oczy. Nie wiem tylko, czy zrobiłeś to celowo, czy z powodu oszczędności?
- A co niby zrobiłem?
- Dobry chwyt, wszyscy są na kolorowo, a ty jeden w czerni i bieli. W pierwszej chwili wyglądało jak nekrolog, włosy mi dęba stanęły!
- Nekrolog jeszcze nie tym razem, najpierw chcę się dostać do rady na następną kadencję.
- Myślę, że ta kadencja nie upłynie w czarnych barwach?
- O nie, nie! Oni zawsze mają ze mną kolorowo.
16-11-2010 (18:08)
Mamy czas bardzo gorący. Jesień jest bardziej październikowa niż posępna, listopadowa w odcieniach mrocznych, zgniłych, śmiertelnych...
Innym powodem gorącej atmosfery są zbliżające się wybory samorządowe. Niosą one jak zwykle wiele emocji, demokracja daje możliwość pobudzenia ambicji społecznych, które niczym iskierka nadziei rozbłysną światłem sukcesu w dzień wyborów albo ich płomyczek zdmuchnięty zostanie brutalnie, a może tylko przytłumi się na kolejne cztery lata.
Pasjonuje mnie zagadnienie obietnic przedwyborczych. W jakim stopniu powinny one wiązać elektorat z przedstawicielami władzy. W przypadku parlamentu Konstytucja RP mówi wprost w artykule 104:
1.Posłowie są przedstawicielami Narodu. Nie wiążą ich instrukcje wyborców.
Nie ma wprawdzie tutaj mowy o obietnicach, programach, reklamach, ale wnioskować należy, że skoro nie obowiązują ich instrukcje, to mogą również za nic mieć obiecanki, cacanki. Kolejna konkluzja powinna być taka, że skoro posłowie mogą sobie w myśl ustawy zasadniczej tworzyć prawo po swojemu, to tym bardziej władza niższego szczebla ma wolną rękę.
Wszystko się zgadza, tylko że oprócz Konstytucji, a może przede wszystkim obowiązuje nas jakaś moralność, a nie wszyscy o tym pamiętają...
...i dlatego w społeczeństwie robi się bardzo gorąco.
15-11-2010 (21:15)
Nowelizacja ustawy antynikotynowej wzbudzała sporo emocji już od początku jej tworzenia. Dzisiaj akt prawny wszedł w życie i nasiliły się dyskusje, co robić, żeby obejść zakazy, a nawet czytałem o chęciach skierowania ustawy do Trybunału Konstytucyjnego.
Mnie całe szczęście problem nie dotyczy. Mam, miałem i mieć będę różne dziwne słabostki, niektóre przemieniają się w przyzwyczajenia, chyba przyzwyczajenia, bo raczej o nałogami tego nie nazwę. Nigdy jednak nie ciągnęło mnie do zadymiania sobie środowiska. Wrogiem palenia tytoniu nie jestem, nikogo na siłę nie nawracam, a jeśli kogoś z podwładnych prześladuję, to w momentach ewidentnego łamania zakazów.
A palcie sobie wszyscy ile chcecie, szanujcie tylko moje prawo do względnie czystego powietrza. Tak brzmiałaby moja ustawa o koegzystencji z nałogowcami. Tylko, czy oni uszanowaliby moją tolerancję?
14-11-2010 (21:04)
Przed snem robię rachunek sumienia z weekendowych działań.
Może powinienem mieć dalej posunięte prace z jasełkami, ale wszystkiego naraz zrobić nie jestem w stanie. Zastanawiam się, jak kontynuować przebieg akcji, żeby całość nie wydłużyła się w nudnawy dramat. W końcu rzecz jest przeznaczona dla małych aktorów... przepraszam, dla młodych aktorów i widzów też tej samej grupy wiekowej.
Zaczyna się tak:
Herod
Piękną mamy dziś pogodę,
Niebo w gwizdach takie jasne,
Zjem kolację, wytrę brodę
I spokojnie sobie zasnę.
Wiadomo wszystkim, że spokojnie sobie jednak nie zaśnie. Ja też nie zasnę spokojnie, bo muszę przemyśleć kilka spraw niekoniecznie związanych z jasełkami, ale dotyczących niezłych szopek w moim otoczeniu!
13-11-2010 (17:26)
Ostatnia stacja w zaduszkowych wędrówkach to Wrocław w roku bieżącym. Byliśmy tam dzisiaj, po drodze wspominaliśmy różnice w wyprawach z lat osiemdziesiątych i teraźniejszych.
Przebywanie w mieście nasuwa tyle refleksji, wspomnień... Wszystko było piękne wokoło, a że tło kiepskie...? Tło się zmieniło, czas leczy rany i ustroje społeczne.
Na Cmentarzu Grabiszyńskim zrobiłem kilka zdjęć...
"Niech Bóg da tobie pić ze źródła wody życia." Nie wiem dlaczego motyw mi się skojarzył? A może wiem...
12-11-2010 (19:37)
Jednym z nielicznych problemów podczas robienia szopki, jest odpowiednie uchwycenie proporcji. Zdarza się, że figurki nie pasują do otoczenia, więc należy wykonać nowe jedno i drugie, czyli ludziki i domki. W ten sposób prace niejako pączkują, multiplikują się przez moją nieudaczność.
Najgorzej jest, o ironio, ze zwierzętami. Wykonuje się je fajnie, ale często są nieodpowiednie do wzrostu Marii i Józefa. Niestety, zbyt często! Ślęczy człowiek nad wołem, mocuje się z materiałem, a bydlę wychodzi za małe. W efekcie mojego szarpania się dzisiaj i wczoraj, mam aż 4 woły! Jeden pasuje do aktualnie montowanej stajenki, to już sukces! Niestety nie mam jeszcze osła, a chciałbym go dzisiaj jeszcze zrobić. Ciekawe, ile będę ich musiał zrobić, żeby któryś pasował do reszty?
Zacząłem pisać jasełka, aż mi się wierzyć nie chce, że poszło tak łatwo. Oby tylko nie okazało się, że tekstu będzie za dużo! Tutaj też ważne są proporcje.
11-11-2010 (21:01)
Mam dosyć dzisiaj szopek, wystawy i wszystkiego! Nie powiem, robota szła nieźle, ale przed chwilą wbiłem sobie igłę pod paznokieć i to na dodatek tępym końcem. Przez moment miałem wizję nocnego Betlejem z rozgwieżdżonym niebem.
Palce są już kwadratowe, skóra na nich jak u słonia. W poniedziałek przeciąłem sobie opuszkę prawego kciuka i nawet kropelka krwi nie wypłynęła. Dlatego, jeśli kiedyś jeszcze będę bajdurzył, że szycie sznurka jest lekką, przyjemną i relaksującą pracą, to można mnie wyśmiać.
No, nie! Tak drastycznie stwierdzać nie powinienem. Relaks daje wyśmienity, przyjemnie jest coś zakończyć, ale proste to nie jest. I wykonanie, i efekt. Dzisiaj musiałem dwa razy ścianki przeszywać, bo wyszło krzywo.
Ten sam widok, jaki zobaczyłem po wbiciu igły pod paznokieć jest na teraźniejszym niebie. Wyszedłem na podwórko, żeby zamknąć samochód w garażu i oniemiałem. Stwierdzić mogłem niczym Kant:
Niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie, a igła za pazurem.
11-11-2010 (20:36)
Mam dosyć dzisiaj szopek, wystawy i wszystkiego! Nie powiem, robota szła nieźle, ale przed chwilą wbiłem sobie igłę pod paznokieć i to na dodatek tępym końcem. Przez moment miałem wizję nocnego Betlejem z rozgwieżdżonym niebem.
Palce są już kwadratowe, skóra na nich jak u słonia. W poniedziałek przeciąłem sobie opuszkę prawego kciuka i nawet kropelka krwi nie wypłynęła. Dlatego, jeśli kiedyś jeszcze będę bajdurzył, że szycie sznurka jest lekką, przyjemną i relaksującą pracą, to można mnie wyśmiać.
No, nie! Tak drastycznie stwierdzać nie powinienem. Relaks daje wyśmienity, przyjemnie jest coś zakończyć, ale proste to nie jest. I wykonanie, i efekt. Dzisiaj musiałem dwa razy ścianki przeszywać, bo wyszło krzywo.
Ten sam widok, jaki zobaczyłem po wbiciu igły pod paznokieć jest na teraźniejszym niebie. Wyszedłem na podwórko, żeby zamknąć samochód w garażu i oniemiałem. Stwierdzić mogłem niczym Kant:
Niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie, a igła za pazurem.
10-11-2010 (22:13)
Szedłem w kierunku swojego auta, chciałem przemyśleć ważną sprawę. Przede mną jakaś dziewczyna, ze sporym plikiem jakichś dokumentów pod pachą...
"Uważaj, bo ci zaraz do kałuży wpadną!" - ledwo myśl przebiegła przez głowę, a tu już papiery spadają prosto do błotnistej wody. Wykrakałem? Rzuciłem urok? A może po prostu zbieg okoliczności.
Dziwny dzień zbiegów okoliczności, wyjaśnień paru spraw, przemyśleń. Dzień błogosławieństw idiotom, z którymi mam do czynienia. Ważne, że jest ich niewielu, bo nie wiem, czy starczyłoby mi cierpliwości. Jakiś kretyn spowodował korek na ul. Staropolskiej, bo chciał skręcić w lewo, chociaż w tym miejscu, przed rondem robić tego nie wolno.
Jutro Święto Niepodległości. Też należy sobie nieco przemyśleć w tej materii. Rozpatrzeć niepodległość w aspekcie państwowym, grupowym i indywidualnym. Czy władza jest wybierana po to, żeby niepodległością sterować, czy ją ograniczać? Czy subiektywne poczcie indywidualnej niepodległości może stać się tyranią?
09-11-2010 (16:32)
Wieczorem zabiorę się za jasełka, niech tylko wrócę z "Kurnej Chaty", w międzyczasie dokończę rozdział (znowu muszę skracać, bo mi cała akcja na dwóch stronach się nie pomieści), a potem skomponuję komiks, bo jedno i drugie muszę wysłać jutro rano.
Ogólny zarys jasełek już mam:
Wieczorem zabiorę się za jasełka, niech tylko wrócę z "Kurnej Chaty", w międzyczasie dokończę rozdział (znowu muszę skracać, bo mi cała akcja na dwóch stronach się nie pomieści), a potem skomponuję komiks, bo jedno i drugie muszę wysłać jutro rano.
Ogólny zarys jasełek już mam:
Scenka 1 - U Heroda
Scenka 2 - Mędrcy w drodze do Betlejem
Scenka 3 - Składanie darów
Scenka 4 - Ucieczka Mędrców i Świętej Rodziny
Scenka 5 - Unicestwienie heroda
Takie są zbożne intencje, a rezultat? Zobaczymy!
08-11-2010 (20:46)
Nie wiem, gdzie miałem oczy, kiedy przed tygodniem szukałem w domowym księgozbiorze pozycji zatytułowanej "OWOCE KRAIN DALEKICH" Janiny i Szczepana Pieniążków. Chciałem pokazać niedowiarkom twierdzącym, że zmyślam opowiadając o goździkach i cesarzach chińskich. Mianowicie, jeśli ktoś dostąpił zaszczytu audiencji u monarchy, musiał trzymać goździk.
W niedzielę, przy okazji szukania na półkach zupełnie czegoś innego, znalazłem książkę teraz trochę poczytuję. Zawiera sporo ciekawych wiadomości, dosyć interesująco napisana. Co by nie mówić złego o Pieniążku, że komunistyczny przeciwnik Morgana, jego teorii dziedziczenia, że zapatrzony w naukę radziecką przesiąkniętą ideologią daleką od prawdziwego materializmu, to jednak trochę w głowie miał. Opisał wiele egzotycznych owoców i nie tylko, bo przecież goździki, czy wanilia takowymi nie są. Niektóre są już obecnie dostępne w naszych sklepach, ale popularności większej nie zdobyły, bo smakują też jakoś egzotycznie i zdaje się Pieniążek miał rację pisząc, że nadają się głównie na przetwory.
07-11-2010 (20:41)
Nie ma się co rozczulać nad historią, należy twardo stąpać po ziemi do celu. Program za nami...
- Trzeba się będzie we wtorek zastanowić nad następną Tarniną - powiedział do mnie Andrzej wczoraj na zakończenie.
Już się zastanowiłem, mam nawet temat i tytuł. Można się będzie zacząć gimnastykować z tekstami.
Kolejne dni poświęcić muszę na napisanie chociaż szkicu jasełek. Sprawa honorowa i nie tylko, bo mnie przecież bawią klimaty świąteczne. A kiedy robię coś dla młodzieży, to mnie jeszcze bardziej mobilizuje. Nie wypada skroić tekstu na odczepnego.
Praca jest o tyle trudna, że temat wydaje się być oklepany, przemaglowany twórczo w te i z powrotem. Znalezienie oryginalnego motywu, postawienie wyraźnej pointy po lekkostrawnej akcji. Żeby było bardziej łatwo, występować powinno dwadzieścia osób. Przecież to takie proste, nic tylko siadać i pisać.
06-11-2010 (15:52)
Wybory to fajna sprawa, przynajmniej coś się dzieje. Jeszcze niedawno w centrum Zbrosławic, w miejscu najbardziej niebezpiecznym, czyli na skrzyżowaniu z drogą do Wieszowy, było jedno przejście dla pieszych. A praktycznie nie na skrzyżowaniu, ale trochę dalej, na wysokości przystanków autobusowych. Niedawno rozpoczęły się jakie prace, przebudowy, modernizacje, które w efekcie dały kawałek dogodnego chodnika i oczywiście przejścia dobrze oznakowane. Przynajmniej tyle, bo jak się okazuje bezpiecznie nigdy na pasach czuć się nie można. To jednak nie jest uzależnione od funduszy samorządowych, od pomyślunku radnych, ale od kultury kierowców, a przede wszystkim od ich podejścia do prawa drogowego. Mieszkańcy Zbrosławic od teraz będą o tyle bardziej usatysfakcjonowani, że kiedy kogoś w centrum szaleniec rozjedzie, to będzie jego wina.
05-11-2010 (18:17)
Jutro kolejne tarninowe Literackie Zaduszki. Myśląc o historii kabaretu literackiego sięgam pamięcią do pierwszych Zaduszek, tych odbywających się jeszcze w "Wiśniowym Sadzie". Myślę, że były niepowtarzalne. Napisałem wtedy kilka wstawek przerywających kolejne części programu. Oto one w ramach wspomnienia:
1
Zaszumiało po mieście jesienną modlitwą, różańcem za zmarłych zabębniło po parapetach. Drzewa niezdarnie nerwowymi ruchami zakrywały swoją niespodziewaną nagość. Poczułem się jak w raju, chociaż siedziałem tylko w wiśniowym sadzie z lekka przysypany zeschłym listowiem. Sad w listopadzie obrodził pełnią dusz - nie bladych, nie - pozbawionych kolorytu! W wiśniowy sadzie były soczyście wyraziste, na pierwszy rzut oka trochę cierpkie i sarkastyczne, ale pełne życia z krwiobiegiem tętniącym pamięcią. Za murem stał szary mój anioł, zacierał skrzydła, bo jemu też się zrobiło chłodno. Rozczesywał pajęczynowe włosy i szeptem cytował nieznaną mi Księgę Rodzaju, o ogrodzie z rajską wiśnią, której owoce nie były nikomu zakazane.
2
Błąkałem się po alejach cmentarnych, jak w starej bibliotece między półkami. Pomników kamienne księgi niczym strony spisanych ludzkich losów wrastały w tę ziemię skatalogowane krzepką ręką grabarza.
Boskie podmuchy przeznaczenia rozwiewały szeleszczące liście, to znowu kotłując je upychały w zakamarkach pomiędzy grobami, niby brunatne obłoki kurzu historii. Biografie tysięcy ludzi pełne dramatu, poezji, a niektóre - chociaż prozy, to tak pięknej i wciągającej, że czytać się chciało przez wieczność.
3
Ile było kobiet w jego życiu, ile znaczeń uczuciowego przywiązania, ale takiej jeszcze nie widział. Zza jej głowy prześwitywały promienie ostrego słońca przecedzały się przez włosy i dotykały jego twarzy. Tworząc zmysłową bliskość przenikały do jego głębi utwierdzając w konieczności jej posiadania.
- Dziwne to nasze spotkanie – powiedział całując jej aksamitnie chłodne dłonie – pierwszy raz cię widzę, a ogarniam tak, jakbym cię znał.
- Ja byłam cały czas przy tobie – uśmiechając się kokieteryjnie szepnęła mu do ucha.
- Skądże znowu! – krzyknął z niedowierzaniem, lekko na moment oddalając ją od siebie - Gdybym cię widział stałabyś się moją miłością.
- Nie widziałeś mnie, a jestem jak miłość, tylko bardziej wierna i jedyna – rzekła śmierć, ucałowała go i została z nim na zawsze.
4
Znalazłem się u wrót raju wylękniony, drżący, bo niepewny swego losu.
Święty Piotr siedział na progu portierni i popijał mleko prosto z flaszki. Boski klucznik puścił mi oko, przełknął kęs rajskiej bułki, wytarł cieknące mu po brodzie białe strużki, poklepał się po brzuchu i rzekł:
- Stary, nie przejmuj się już teraz niczym. Życie masz za sobą i nic gorszego spotkać cię nie może.
5
Ulicami miasta spacerowała dziwna para. On stary, pomarszczony boleścią chorób i ciężarem nieszczęść przygarbiony, jakby wtłoczony w podniszczony, zbyt obszerny płaszcz. Ona energiczna, elegancka kobieta z zielonym błyskiem wigoru w oczach śledziła przemieszczających się w tłumie ludzi. Chociaż bardzo różnili się od reszty postaci, nikt na tę parę nie zwracał uwagi. Zapytałem mojego szarego anioła kim są?
- Tamtych dwoje to życie i śmierć – odparł nie przerywając czyszczenia paznokci.
- Nigdy nie przypuszczałem, że są sobie tacy bliscy – powiedziałem zdziwiony.
- Bliscy i ciągle chodzą razem – dodał anioł.
6
Widział smutek rodziny, przyjaciół i reszty żałobników. Nie mógł tego wytrzymać, dlatego niemym pismem tchnienia starał się przekazać najpilniejsze wiadomości z obecnego miejsca przebywania. Nie martwcie się o mnie – pisał palcem po mgle – przestańcie już płakać, bo jest mi tu dobrze. Czekam na was, przybywajcie, ale zbytnio się nie spieszcie.
7
Po tamtej stronie było całkiem fajnie, trudno jest opisać piękno spokoju życia po śmierci, ale najważniejsze, że zniknął diabeł, który ciągle mi towarzyszył w wędrówce. Widziałem z daleka jak siedzi nad rzeką, moczy nogi i widłami drażni utopca.
- Diabeł nas opuścił, to dla mnie chyba dobry znak, idziemy do raju? – zapytałem.
- Dla ciebie? Tak, ale spójrz, co ze mną zrobiłeś! Jak ja się teraz wytłumaczę? – odparł zmartwiony mój szary anioł pociągając nosem. Był wyraźnie niezdrowy i zmęczony pilnowaniem mojego życia.
8
Znalazł się w przestrzeni kłębiących się obłoków, po miesiącach męczarni nareszcie niczego nie czuł. Pierwsze, co do niego dotarło, to zwiewna obecność postaci, która przebywała w jego pobliżu i uśmiechała się życzliwie. Zrozumiał w mig, co się stało.
- Tak bałem się tego momentu, a poszło całkiem nieźle i bez bólu – rzekł z niekrytą satysfakcją.
- To życie jest pełne cierpienia, ja przynoszę ukojenie - odparła szeptem śmierć, a potem rozwiała się jak mgła nad stawem o poranku i znalazł się w rajskim sadzie.
9
- Co masz ciekawego do powiedzenia? – zagadnął, a w Jego głosie nie było cienia wyższości – No pochwal się synu!
Ośmielony jego bezpośredniością pozwoliłem sobie na całą litanię szumnych dokonań. Tamten słuchał, tylko kiwał głową i życzliwie się uśmiechał, ale chyba trochę zniecierpliwiony moją paplaniną przerwał mi i rzucił półgębkiem pytanie, ot tak sobie, jakby od niechcenia:
- A jak tam synu z miłością bliźniego? O miłości do mnie nie wspomnę, bo niewiele się można po was, ludziach spodziewać.
W tym momencie zamurowało mnie zupełnie, a On zrobił głęboki oddech i przedstawił swoją wersję mojego życia. Ze wstydu chciałem czmychnąć i ukryć się gdzieś w krzakach, bo zauważyłem, że jestem nagi.
- Najchętniej wysłałbym cię na powrót do życia, ale pewnie robiłbyś coś jeszcze głupszego - rzekł na koniec i podał mi rumiane jabłko.
04-11-2010 (21:27)
Nie jestem w stanie powiedzieć, dlaczego dzień jest taki krótki. Brak mi słów wytłumaczenia ciemności nocy, głuchej ciszy dźwięczącej w uszach, braku zadowolenia ze skończonej pracy.
Ani zmęczony, ani wypoczęty... spać się nie chce, a ciągnie do łóżka... coś bym przeczytał, ale nie wiem co. Obejrzę film w telewizji... nudy jakieś. Co z tego, że Lech wygrał z Manchester City? Zapewne znowu zdechną w ekstraklasie!
Coś mnie boli, ale nie wiem czy bardziej noga, czy łokieć... A właściwie nic mnie nie boli. Herbatę popijam, jest niezła, ale nie tak dobra jak zwykle...
Czuję ogólną nijakość, nawet nie potrafię zdenerwować się na siebie, a powinienem nakopać sobie do tyłka za to marudzenie!
03-11-2010 (21:12)
Na temat poezji napisano tomy, ba! Biblioteki całe opasłych i chudszych książek...
Poezja jest łatką na ciszy,
Szmer igły nie zmąci jej brzmienia,
Gdy jesteś złakniony - usłyszy
Stękanie z dna serca kamienia...
Poezja jest jak pajęczyna...
Z cierpliwym jej twórcą na straży,
Misterna pułapka tuż przy nas
I pewność, że cud się wydarzy...
Poezja jest ryby śpiewaniem,
Bezgłośnym urokiem nas raczy...
Na zawsze tajemną zostanie,
Bo trudno ją złapać na haczyk...
02-11-2010 (06:10)
Do dzisiejszych tonacji pasuje mi kilka poniższych zwrotek, którymi opisałem krótką wizytą na żorskim cmentarzu w ubiegłą niedzielę. W centrum miasta, tuż za parkanem kościoła...
Los mnie na krótką chwilę zaszył
Na nekropolii zapuszczonej,
Która widokiem swym już straszy,
Jak miasta serce poranione.
Pomników połamane ciała,
Jak zbezczeszczone ziemi kości,
Jakby mogiła każda drżała
Przed końcem świata do wieczności…
I wtenczas w miejscu tym ponurym
Ujrzałem drogę ku niebiosom,
Wśród drzew omszałych wbitych w chmury
I kilka ptaków całkiem boso.
A na początku traktu stanął,
Jak celnik na granicy światów,
Bezgłowy poczerniały anioł
I niemo krzyknął: „Boże, ratuj!
Nie ratuj tego, co ulotne,
Bo przecież wszystko w koło zmienne
Czego zapragniesz, czego dotkniesz,
Lecz ratuj dusze bezimienne”
Zrobiłem wtedy telefonem zdjęcie, które nie jest najlepsze, ale oddaje klimat zakątka.
01-11-2010 (17:58)
Od kilku dobrych lat, we Wszystkich Świętych ledwo wstanę z łóżka, jadę na groby. Jest wtedy trochę więcej miejsca do zaparkowania niż w szczycie cmentarnych odwiedzin. Przede wszystkim jednak panuje względny spokój, można w skupieniu przemyśleć kilka spraw, przedyskutować ze swoim za i przeciw, rzucić pytanie nieżyjącym bliskim.
Każda wizyta na cmentarzu jest dla mnie jak przejście przez czyściec w skali mikro, czyściec subiektywny, prywatny. Okazało się już wielokrotnie, że problemy wydające się nie do przejścia, po przekonsultowaniu, czy jak kto woli przemodleniu w tym miejscu stają się proste, a co najmniej prostsze, lub mniej bolesne.
Podobnie jak problemy, warto jest też przedyskutować tematy optymistyczne, rozwojowe. Często nuta minorowo pozagrobowa nakazuje bardziej ostrożne podchodzenie do sukcesu.
Powyższe słowa mogą sugerować, że wierzę w skuteczność dyskusji z postaciami z tamtego świata. Jest w tym wiele racji. Rozmawiając z samym sobą nad grobem rodziców wiem doskonale, jaką daliby mi odpowiedź, gdyby żyli. Nawiązanie kontaktu duchowego, psychicznego z nimi w innym miejscu jest zdecydowanie trudniejsze, widocznie atmosfera powagi nekropolii robi swoje.
Tak sobie szedłem i rozmyślałem…
- Cześć! – przywitał mnie ktoś i sprowadził myśli moje na twardy grunt.
- Cześć Stasiu! Nie będę się głupawo pytał co tu robisz, bo wiem, że to samo, co ja – odparłem.
Porozmawialiśmy chwilę i na pożegnanie powiedziałem:
- Piękną mamy pogodę, aż chce się powiedzieć: „wesołych świąt”, bo właściwie dlaczego te święta mają być smutne? Powinniśmy cieszyć się, że my odwiedzamy, a nie nas odwiedzają. Cześć! – podaliśmy sobie ręce na pożegnanie.
Tak, śmierć bliskiego, kochanego jest bólem, nie ma się co robić twardzielem. Łzy się leją, żal serce ściska. Po jakim jednak czasie dobrze jest dojść do wniosku, że ten ktoś był dobrym człowiekiem, czyli po śmierci świętym. Całe dochodzenie kanonizacyjne jest tylko domniemaniem świętości, bo tak faktycznie to o pozaziemskim losie decyduje przede wszystkim człowiek. Jest to prawda aktualna dla wierzących i ateistów, bo pamięć o dobrych czynach stanowi podstawowy element nieśmiertelności.
Dlatego, póki się żyje należy robić pozytywne dzieła, te wielkie i te drobne. Wiedziony takimi myślami wróciłem do domu na dobre śniadanie.
I jak tu się nie cieszyć w takim dniu?
31-10-2010 (18:42)
Fragment:
"...
- Kiedy gnębią cię problemy, kiedy jesteś na rozstajnych drogach i nie wiesz, co robić, jaką iść drogą, najlepiej wracaj do źródeł - powiedział utopiec i czknął, a wtedy z ust wyskoczyła mu maleńka rybka. Pomachała w powietrzu srebrnymi płetwami, kiwnęła głową jakby chciała przytaknąć słowom demona i plusnęła do rwącej wody potoku.
- Widzisz! Nawet ryba przyznaje mi rację, więc zrób to samo, a przekonasz się, że znajdziesz rozwiązanie - dodała utopiec i też jak rybka dał nura pod wodę.
- A ty co powiesz? Co mam robić? - krzyknął w kierunku Księżyca.
Księżyc nic nie odpowiedział. Poprawił sobie na głowie chmurzasty kapelusz i popłynął w nieznanym kierunku.
- On już taki jest, ma wszystko w nosie - zapiszczał nietoperz. - Powinieneś posłuchać utopca. Drogą się nie przejmuj, co z tego, że jest ciemno? Ja całe życie nic nie widzę i jakoś do celu trafiam.
..."
Ja też uważam, że powrót do źródeł nie jest cofaniem się, ale odważnym krokiem w kierunku refleksji nad własnym istnieniem. Jestem bezpośrednio po wycieczce do źródeł moich rodzinnych, a także polskich, historycznych. Odwiedziliśmy Hradec nad Morawicą, miejsce gdzie... ale o tym zaświadczy zdjęcie.
30-10-2010 (20:05)
Ledwo zjechaliśmy z wiślanki w kierunku na Cieszyn i już po kilkudziesięciu metrach ukazały się postacie w odblaskowych kamizelkach. Stały przy srebrnym służbowym samochodzie.
- No i mamy akcję znicz - powiedziałem myśląc, że policjanci ustawili się z radarem.
Myliłem się jednak, bo mieli ze sobą jedynie sporą lornetkę, przez którą zerkali do środka samochodów. Szukali samobójców jadących bez pasów i potencjalnych sprawców kierujących z telefonicznym okładem na uchu. Powyższy epizod naszej eskapady był jednym zauważalnym elementem kontrolnej akcji policjantów na drogach. My natomiast "akcję znicz" kontynuowaliśmy po polskiej i czeskiej stronie. Do tego krótki spacer po Cieszynie i w efekcie zaliczona wycieczka o założeniach nostalgicznych, nabożnych, rekreacyjnych i krajoznawczych. Dopełnieniem satysfakcji była cudowna pogoda, jasny słoneczny dzień co mógł rodzić? Jedynie optymizm i dobry humor. Niestety słońce już zaszło, więc trzeba sobie jakoś rozjaśnić umysł. Najprostszym sposobem jest łyknięcie czegoś złocistego o gorzkim smaku.
29-10-2010 (15:09)
„…Do domu wracam jak strudzony pielgrzym…”
Domem duchowym, do którego mam wracać jest niebo... albo piekło ma się rozumieć. A moim domem materialnym jest w takim razie cmentarz. Przed zadomowieniem się tam czeka nas wszystkich ceremonia pogrzebowa. Jedną z form zaproszenia na nią jest nekrolog, papierowy smutny afisz.
Przed cmentarną bramą u św. Józefa wisi tablica na klepsydry, ale często śmierć dopada tarnogórzan częściej i miejsca brakuje, więc naklejają je jedna na drugiej na pniu pobliskiego drzewa. Zrobiły się już pokaźne narośla niczym dwie huby. Tak sobie myślę, że może to być także forma powrotu celulozy do domu.
Jestem ciekawy, kiedy wypukłości zaczną przeszkadzać przechodniom? A co będzie, kiedy narośl dotrze do jezdni? Może ktoś to urwie i sprzeda w skupie makulatury?
28-10-2010 (23:00)
Od pewnego momentu miałem świadomość, że powinienem dokonać wymiany klocków hamulcowych. Nie było jakoś motywacji, żeby robić to koniecznie, ale w końcu zaświeciło się żółte światełko, które jest jak wyrzut na sumieniu, sygnałem konieczności naprawy w najbliższym czasie. Umówiłem się na dzisiaj w serwisie i mogę już jeździć bezpiecznie. Fajne są teraźniejsze auta, nieraz myślą za człowieka, a jeśli nie myślą, to przynajmniej uzmysławiają nam, że nie wolno bagatelizować poważnych spraw.
Kiedyś, kiedyś bywało zupełnie inaczej, większość robiło się "na czuja" albo dopiero w przypadku awarii. W jednym z maluchów wysiadły mi hamulce, więc udałem się do znajomego mechanika.
- Nie jest tak źle, poszedł jeden przewód hamulcowy, to go zaślepiłem, będziesz hamował jednym kołem, ale to nic, bo za wartko nie jeździsz, a na wszelki wypadem skróciłem ci linkę od ręcznego, będziesz mógł nim hamować w ostateczności - tak mi mechanik powiedział i jeździłem z taką przypadłością jeszcze kilka dobrych dni.
Nie pamiętam, czy on był pijany, czy ja łatwowierny i nieprzewidujący. Fakt faktem bagatelizowałem sobie bardzo poważną sprawę.
Przygody z hamulcami próbuję dopasować do hamowania politycznych przepychanek w aspekcie obrażania się, godzenia i licytacji, czyje jest na wierzchu. Jeśli zapaliło się włdzom kolejne światełko, to chyba powinni się zastanowić i wymienić klocki hamulcowe, żeby łatwiej zastopować. Niestety działają według starych zasad i zaślepiają przewody, ale są na tyle bezmyślni, że nie skracają linki od ręcznego. Myślę, że jeśli oni tego nie robią, to powinien się ktoś znaleźć i trochę skrócić własnoręcznie, a wtedy będzie bezpieczniej dla wszystkich.
27-10-2010 (21:05)
Pod wieczór pojechałem na cmentarz, bo wprawdzie nagrobki są umyte, ale mogło napadać liści. Nie było jeszcze ciemno, ale szaro bardziej niż szarawo. Na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że nikogo już nad grobami nie ma. Dopiero po kilku krokach zorientowałem się, że jednak miejscami uwijają się ludzie przy porządkowaniu. Dlatego wcale mnie nie zdziwiło, że ktoś idzie za mną wpół kroku. Kątem oka widziałem wysokiego mężczyznę, ubrany był w granatową kurtkę i niósł czerwone wiaderko. Słyszałem jego kroki i oddech, ale kiedy skręciłem między groby okazało się, że faktycznie nikogo nie ma za mną.
Albo mi się zdawało, albo mnie postraszyło, albo ktoś mi daje znaki, że...
Nie chcę kończyć, bo naszej rodzinie krążą opowieści niesamowite, które wróżą...
26-10-2010 (23:13)
Zbliża się Wszystkich Świętych, czas odwiedzin grobów członków rodziny, znajomych. Czas refleksji na tematy głębsze niż dziura w ziemi, niż dziura powstała w otoczeniu po utracie najbliższych...
Jak żyć, żeby pozostawić po sobie coś, takie coś, co spowoduje konkretne dodanie wartości do doczesnego świata? Tworzyć? Może łudzić ludzi błyskotkami obietnic, pracując więcej nad własnym wizerunkiem, niż nad konkretami? Może wcale się nie wysilać i płynąc na fali czekać okazji do zakotwiczenia się w cichym porcie?
Exegi monumentum aere perennius... ilu ludzi może pod tymi słowami się podpisać?
25-10-2010 (21:16)
Historyjki same się pchają człowiekowi, należy je tylko spisać w odpowiednim momencie, żeby nie uciekły, żeby nie zostały wypchane z mózgu innymi ciekawymi zdarzeniami. Nie jestem w stanie uchwycić wszystkiego, co w oczy i w uszy wpadnie, tematy zamazują się, tracą barwę i soczystość. Życie człowieka jest kolorowe, ciekawe, warte przeżycia i zapisania każdego najdrobniejszego epizodu.
Jadąc rankiem z Gliwic urozmaiconą drogą wśród pól z jednej strony, a lasem z drugiej, potem wijącym się szlakiem tuż nad Dramą, karmię zmysły pięknem kolorytu jesieni. Przyciemnione szmaragdy pomieszane z żółtym kolorem, który przechodząc w czerwienie i rudości każą zapomnieć o chlorofilu, o wegetacji, o życiu.
Radość wybucha całą paletą kolorów, kiedy udaje się sprostać trudnościom, kiedy szary pesymizm okazuje się być jedynie kanwą, którą wystarczy samodzielnie pokryć haftem istnienia.
Ale bzdury wypisuję o kolorach...
24-10-2010 (17:52)
Jeśli komuś zepsuje się w niedzielę auto, nie może mówić o zbytnim szczęściu. Na pewno los się do niego uśmiechnie, kiedy pomoc drogowa dosyć szybko odtransportuje pojazd i właściciela do domu. Gorzej jest jednak, kiedy pod domem zepsuje się samochód pomocy drogowej, bo wtedy nie wiadomo, co najpierw naprawiać. Sprawa nie dotyczy mnie, ale jestem w całość zamieszania zaangażowany. Bardziej psychicznie niż bezpośrednio, jednak nie wpływa to dodatnio na komfort niedzielnego wypoczynku.
Górnik Zabrze wygrał z Lechem. To zdecydowanie należy zaliczyć do wiadomości szczęśliwych. Od dawno kibicuję temu zespołowi, mam nadzieję, że kolejne zwycięstwo w rozgrywkach ekstraklasy nie było przypadkiem, łutem szczęścia, lecz efektem dobrej, utrzymującej się formy zawodników.
Szczęśliwie wychodzę z kolejnej zaległości, zaszłości denerwującej mnie świadomie, a także sprawiającej podświadome drapanie pod czaszką. Oby było dalej pozytywnie w tej materii.
23-10-2010 (20:21)
Czas dewaluacji obyczaju, normalnych ludzkich zachowań. Nawet pierwotnie miłe dla obu stron konfliktu przeprosiny stają się nieludzko polityczne. Odżywa typ człowieka określany jako grzeczny cham i wciska się dominacją do każdej szpary codzienności. Tyle komentarza do bieżąco nagłaśnianych spraw, które jak czarny tusz rozlewają się na prawdziwych problemach. Co przeszkadza politykowi zachowywać się normalnie? Pewność siebie? Poczucie bezkarności? Brak charakteru?
Ja mam inny problem... Akcja dzieje się lata temu nazad, dochodzi do konfliktu między pewnym rolnikiem, takim sobie chłopkiem, który wpada w konflikt ze skarbnikiem. Coś miedzy nimi nie kontaktuje, skarbnik posądza chłopa o złośliwość, niby przeszkadza mu zbyt głęboka orka. Rolnik natomiast nie chce pójść na kompromis, bo musi z czegoś żyć. Co takiego w normalnej pracy na roli może przeszkadzać duchowi podziemi?
Z inną sprawą problemu nie mam, wiem o czym będzie kolejny rozdział, a nawet powiem więcej! Znam schemat następnego. To jest prawdziwy brak problemu.
22-10-2010 (22:39)
Powracam do starych tekstów, które leżą bez zakończenia od lat. Powinienem coś z tym zrobić, bo szkic "Podróży do raju" ma już dobre kilka lat:
"...
- Tacy ludzie jesteście, istnieję wszędzie, a wy mnie nigdzie nie widzicie.
- Boże najwspanialszy, ja jestem...- palacz upadł na kolana.
- Wiem kim jesteś, nawet wiem o co mnie chcesz prosić!
- To proszę zrób to panie! Prosiłem już wszystkie te bóstwa, chciałem je zmusić podstępem, ale przecież tylko ty możesz mi pomóc - kolejarz korzył się u stóp Boga.
- One ci wiele nie pomóc nie mogły, bo istnieją najczęściej tylko w wyobraźni,
- Dziwię się, że pozwalasz pałętać się takim stworom po raju.
- Co to komu szkodzi, że sobie są? Przez ich obecność świat staje się ciekawszy, piękniejszy i zdecydowanie lepszy. Próbuję systematycznie pozbywać się zła, najpierw unieszkodliwiłem diabłów. Nie likwiduję ich, bo służąc jako paliwo w parowozie nareszcie jest z nich jakiś pożytek!
- Panie, zamknąłeś diabły, czyli ludzi już nikt nie kusi, a mało co się na lepsze zmieniło, prawie nic?
- Nie zrzucaj całej winy ludzkiego zła na diabły, one też w gruncie rzeczy mają anielskie serca.
- A ludzie są przecież do ciebie, Panie podobni – stary sam nie wiedział jak się zdobył na takie odważne stwierdzenie wobec Stwórcy. On natomiast pogroził palcem, ale raczej rozbawiony niż gniewny, pokiwał głową i zaraz ripostował:
- Masz rację stworzyłem człowieka na moje podobieństwo. Podobny, to nie znaczy taki sam.
- Dobry to nie jest taki, który smakuje! Wiem o tym. Dobro daje szczęście, ale ja nie rozumiem, jakie powinno być szczęście?
- Szczęście jest takie, jakie sobie wyobrażasz.
- Wyobrażałem sobie inaczej, a namęczyłem się na ziemi okropnie. Dopiero ten boczny tor dał mi zadowolenie i rozkosz istnienia rajskiego, ale czy raj jest bocznym torem? Panie musi być jakieś wyjście, przecież jesteś dobry!
- Czy jesteś przygotowany żeby jeść owoce z drzewa żywota? - Bóg mu dał jabłka, a kiedy się stwórca odwrócił wąż jakiś syknął do kolejarza
– Weź sobie więcej, no czego się boisz!
I biedak wziął, a potem było mu wstyd, gdyż zauważył, że jest ubrany w brudny kolejarski kombinezon palacza..."
21-10-2010 (20:54)
Powinienem być zadowolony, bo z całej gmatwaniny (należy czytać:" z całego bałaganu") naprodukowanych elementów wyłoniła mi się pierwsza tegoroczna szopka. Jeśli poskładam resztę detali, poumieszczam postacie tam gdzie trzeba, będę faktycznie mógł zrobić dwie wystawy. Niestety, gdyby nawet tak się stało, gdybym nie dwie, ale dwadzieścia miał wystaw, to i tak kolejny rok muszę zaliczyć do szopkowych porażek. Cel nie zostanie osiągnięty. Już widzę, czuję i słyszę naigrawania ze strony takich, dla których szycie i plecenie jest jednym i tym samym.
Jednak póki co, mogę mieć maleńką nadzieję, że drobnymi kroczkami dopracuję całość i bez szarpania zdrowia i nerwów konkretną ilość do Wisły zatargam. Myślę sobie, że jeśli tam się znajdę, to za rok idąc w dół rzeki dojdę wreszcie gdzie trzeba.
20-10-2010 (21:52)
Tradycyjnie już Zaduszki Literackie Tarniny odbędą się na początku listopada, konkretnie 06.11. Piosenki są szlifowane, tekstów jest sporo, a ja myślę nad motywem wiążącym, czyli zwaną przez nas szopką. Jako, że tytuł Zaduszek jest "Coś tutaj śmierci!", powinienem napisać kilka scenek ze śmiercią w roli głównej. Całość, zgodnie z tytułem powinna pachnieć śmiercią i faktycznie tak będzie. Mam zamiar napisać opowieść o cudownych narodzinach, awanturniczym życiu i pospolitym końcu śmierci.
Niby już wiem, jak będzie wyglądać każda scenka, czym się będą kończyć one, a także jaka będzie pointa całości, należy to tylko napisać. Takie to proste!
20-10-2010 (21:49)
Tradycyjnie już Zaduszki Literackie Tarniny odbędą się na początku listopada, konkretnie 06.11. Piosenki są szlifowane, tekstów jest sporo, a ja myślę nad motywem wiążącym, czyli zwaną przez nas szopką. Jako, że tytuł Zaduszek jest "Coś tutaj śmierci!", powinienem napisać kilka scenek ze śmiercią w roli głównej. Całość, zgodnie z tytułem powinna pachnieć śmiercią i faktycznie tak będzie. Mam zamiar napisać opowieść o cudownych narodzinach, awanturniczym życiu i pospolitym końcu śmierci.
Niby już wiem, jak będzie wyglądać każda scenka, czym się będą kończyć one, a także jaka będzie pointa całości, należy to tylko napisać. Takie to proste!
19-10-2010 (22:42)
Dwadzieścia lat temu urodziła się Magda, to jest dzisiejsza najważniejsza okazja. Pamiętam ten dzień bardzo dokładnie, z drobnymi szczegółami. Zakończył się szczęśliwie w oborze pewnego rolnika, któremu zachorowała krowa, a tak przy okazji miał wesele, bo córkę wydawał za mąż. Historia nadaje się za kanwę fajnego opowiadania.
Od wczorajszego wieczoru męczy mnie utwór, puszczam go w kółko w samochodzie, bo dobrze koi nerwy i stymuluje wiele dobrych myśli. Jest to piosenka, właściwie pieśń z filmu "Helikopter w ogniu". Cudowny motyw, chciałbym, żeby nasze nowe, tarninowe piosenki tak brzmiały.
Brzmią inaczej, ale też fajnie.
18-10-2010 (19:27)
W celu odstresowania chciałem sobie napisać jakąś piosenkę, mruczankę dla skołatanych nerwów. Od godziny siedzę nad tekstem i nie wiem jakie zrobić zakończenie. Potrzebna jest mi jeszcze jedna zwrotka, bo całość jest mdława i potrzebuje dobrego akcentu.
Miłość się rwie jak pajęczyna,
Po uszy tkwisz w uczucia długach...
Źle, gdy nienawiść się zaczyna,
Dobrzy, gdy czeka miłość druga.
ref.:
Wszystko się kiedyś skończyć musi
Jest to zmartwienie, czy pociecha?
Możesz się wkrótce śmiechem krztusić,
Lub w kącie płakać, że masz pecha.
Istnienie życia jest loterią
Ruletki zakręconym ruchem
Gdy będziesz martwą już materią
Pozostań chociaż żywym duchem
ref.:
Wszystko się kiedyś skończyć musi
Jest to zmartwienie, czy pociecha?
Możesz się wkrótce śmiechem krztusić,
Lub w kącie płakać, że masz pecha.
Forsę przepiłeś, lub ją skradli,
Los ciągle takie figle płata,
Lecz powiesz - co tam, niech ją diabli,
Gdy nowa czeka się wypłata.
ref.:
Wszystko się kiedyś skończyć musi
Jest to zmartwienie, czy pociecha?
Możesz się wkrótce śmiechem krztusić,
Lub w kącie płakać, że masz pecha.
Chyba strzelę tym wszystkim, niczego nie wymyślę. Przekleństwo jakieś wisi nade mną, może wyrzut sumienia, że nie piszę tego, co powinienem, ale jakieś dyrdymały! Czas mnie goni, a zwrotka tkwi jak kamień w głowie. Zaraz jadę do kolejnej pracy, pewnie w drodze coś wymyślę.
17-10-2010 (20:00)
Głupota ma różny wymiar. Ostatnio zwłaszcza miałem sporo z nią do czynienia i mogłem ją mierzyć wzdłuż i wszerz, a nawet wgłąb... oj! Powinienem napisać w głąb, bo jak tu nie nazwać kogoś głąbem, kiedy mówi się do niego proste słowa, a on je przeinacza.
Przede wszystkim jednak głupota ma wymiar czysto ludzki, co potwierdzam na własny organizmie. Od kilku dni bolało mnie prawe kolano,w głowę zachodziłem, jaka jest tego przyczyna? Byłem skłonny połykać lekarstwa, żeby tylko trochę ulżyło, bo spędzając większość czasu w stałym ruchu nie powiem, żebym się czuł dobrze. Dzisiaj rankiem wpadłem na genialny pomysł, żeby sobie kolano posmarować i... W tym momencie, może nie tak zaraz, ale po kilkunastu minutach moja głupota ukazała się z całą krasą. Kolano przestało boleć! Że też dopiero po kilku dniach na to wpadłem, lekarz od siedmiu boleści! Na tym jednak nie koniec! Wiem przecież, że od jednego maźnięcia nie pozbędę się dolegliwości, więc po dwóch godzinach posmarowałem znowu, a na dodatek maznąłem sobie bolejący, nadwyrężony dawno, dawno temu prawy bark. Też przeszło! Jaki ja głupi byłem!
W związku z tym zastanawiam się, czy komuś z otaczających mnie głuptasków nie maznąć, a nuż mu przejdzie i do końca życia będzie mi wdzięczny.
16-10-2010 (22:01)
Mam zrobioną całą masę figurek. Wiem już, że wystawa w Wiśle będzie możliwa, a ekspozycja w Katowicach jest prawie, że realna. Nie zakładałem takiej koncentracji sił...
Telefon...
- Dobry wieczór panie doktorze - usłyszałem znajomy głos, który i tak nie był dla mnie tajemnicą, bo telefon razem z dzwonkiem ogłosił kto mnie nachodzi w sobotni wieczór.
- Oczywiście, dobry wieczór - odpowiedziałem. - Dobry zwłaszcza, że pan do mnie dzwoni. Co nowego się po firmie mogę spodziewać?
- Otóż jutro jest robota, bo... - w tym miejscu nastąpiło tłumaczenie dlaczego komuś wpadło do głowy zawiadamiać lekarza o konieczności pracy w nadzorze. Jutro będę święcił dzień święty na szychcie, nie ukrywam, że pokrzyżowało to moje palny, ale taki już los człowieka aktywnego.
Nawet do głowy mi nie przyszło, żeby sobie ponarzekać! Są ludzie, którym brak pracy spędza sen z oczu, przechodzą depresje i inne dolegliwości psychiczne. Bogu dzięki, że pracy mam pod dostatkiem i dlatego pracą będę niedzielę uwielbiał.
15-10-2010 (21:59)
Kolejny raz przekonuję się, że lepiej z mądrym się stracić, niż z głupim znaleźć. Nie wszystko zależy ode mnie, czasami przyklejony rzep więcej ma do powiedzenia niż normalnie funkcjonujący mózg.
Tydzień pracy był ciężki, niestety nie powiem, że owocny, bo efektu mogło być więcej. Są jednak sprawy, które po należytym przygotowaniu zrealizują się później. Trochę cierpliwości, więcej wiary w siebie i będzie dobrze. Tyle o tygodniu pracy, bo kalendarzowy jeszcze się nie skończył i wszystko co wesołe jest przed nami.
Tyle w podsumowaniu ubiegłych kilku dni.
14-10-2010 (21:03)
Dzień Edukacji Narodowej jest świętem przede wszystkim ludzi związanych bezpośrednio ze szkołą, czyli nauczycieli, pedagogów i wydaje mi się, że uczniów także. W dalszych rzędach podczas uroczystej akademii śmiało możemy usiąść my wszyscy, którzy chodziliśmy do szkół wszelakich. Różnie bywało, czasem nauczyciele mieli z nami problemy, czasem odwrotnie... czyli problemów nie mieli...
No, odwrócenie sytuacji można by inaczej ująć, bo niejednokrotnie dawano nam przy tablicy w kość, w łeb i w dziennik. Chwała jednak wszystkim uczącym za trud włożony, żeby tabula rasa zapełniła się inskrypcją dającą przepustkę do światłego życia.
Chcąc wspomnieć całą rzeszę moich nauczycieli musiałbym pisać do rana i jeszcze pewnie dłużej. Wyróżniając kogoś robiłbym krzywdę reszcie, która też pracowała nade mną, ze mną, a z przyczyn subiektywnych nie zyskała należytej sympatii rozbrykanego smarkacza. Dlatego chwała moim nauczycielom, bo dzięki nim stałem się ciut mądrzejszy, pozyskałem odrobinę wiedzy.
Sięgając pamięcią do lat szkolnych nie mogę zapomnieć o koleżankach i kolegach. Im też wiele zawdzięczam, chociaż często wcale nie robiłem się przy nich mądrzejszy, przeciwnie! Człowiek głupiał do granic rozsądku, ale życie było o wiele zabawniejsze, barwne i dlatego śmiem stwierdzić, że również czegoś się od nich nauczyłem.
13-10-2010 (20:28)
Pora taka, że trzeba by coś napisać, a nie chce mi się okropnie... może jednak?
Jesienny wieczór
Wieczór naciąga jak herbata
Aromatycznym wabiąc mrokiem
Skuteczniej niż przebiegły szatan
W rozkoszy z przymrużonym okiem
W herbacie cytryny plasterek
Księżyca krążek kwaskowaty
Nie trzeba na jesień zbyt wiele
By łykać optymizm na raty
A twoje jak gwiazdy spojrzenie
Kochanie nad szklanką błyszczące
Wystarczy by przewiać zwątpienie
I przeżyć do wiosny miesiące
12-10-2010 (23:25)
Dzień się kończy, praca się kończy i inne obowiązki też. Fajnie, bo mogę z czystym sumieniem pomyśleć o sobie. Niewiele mi czasu zostało, bo zaraz północ, więc z tym myśleniem muszę się śpieszyć.
Przyfruwasz do mnie ćmą nerwową
Za resztą sekund nocny pościg
Jak zaprzeczenie mądrym słowom
Myśli ty moja wśród ciemności
Krótkim mignięciem lampy starej
Jak wystrzelony kamień z procy
Jak szamotanie się z zegarem
Myśli ty moja w środku nocy
Sypiesz mi w oczy ostrą strugą
Niczym w klepsydrze taczka piachu
Jakbyś mnie miała męczyć długo
Myśli ty moja pełna strachu
i to jest całe myślenie o sobie.
11-10-2010 (20:31)
Tydzień zacząłem jak rasowy pijak, od tankowania. Wprawdzie tankowałem benzynę, ale rozmowa przy kasie przypominała wymianę zdań pomiędzy dwoma cykniętymi facetami. Kasjer usilnie namawiał mnie do zakupu jakichś batoników, ja usilnie odmawiałem. To już nie pierwszy raz pracownik na stacji benzynowej troska się o moją kondycję. Gdyby nie to, że świadomy jestem promocyjnych zabiegów, mógłbym w końcu uwierzyć, że konieczne dla mojego zdrowia są słodkie kęsy, a nawet zastanawiałbym się, czy nie pójść do lekarza, bo skoro na pierwszy rzut oka wyglądam licho, to pewnie jest ze mną źle. Udało mi się w końcu zakończyć akt kupna - sprzedaży, pan wręczył mi serpentyny paragonu i kartę płatniczą, a na dodatek niewielki prezencik. Chyba w uznaniu za obronę życia pojętnego. Otrzymałem szamponik przeciwłupieżowy! Zaraz sobie przypomniałem o wypisywanych bzdurach niedokończonych, czyli o panu z łupieżem i jego przygodach w Parku Wodnym. Mimochodem sprawdziłem w lusterku, czy mnie dotknęła ta przypadłość i wzbudziłem litość u troskliwego kasjera. Nie, całe szczęście. Auto też mam nie za stare, więc nic się z niego nie sypie. Chwilę zastanawiałem się nad sensem małego gratisu. Doszedłem do wniosku, że chyba jestem przewrażliwiony i raczej powinienem zatankować jak menel, bo wtedy niczym przejmować się nie będę.
10-10-2010 (19:51)
Miałem dzisiaj pisać, przygotowywać kolejny rozdział na wtorek, ale wszystko się jakoś pogmatwało i przeinaczyło. Najpierw musiałem dokończyć to, czego nie udało mi się.... Co, nie udało? Nie chciało mi się doprowadzić szopki do jako takiej formy. Pracę zacząłem o 04:30 i szło mi tak dobrze, że poślizgiem niejako zrobiłem następną szopkę, oczywiście nie całą, ale część architektoniczną. Z tego powodu na pisanie nie było czasu. Wprawdzie robiłem przerwy, ale przecież jeść też należało i przede wszystkim dzień święty święcić. Na łeb jeszcze nie upadłem, nie klepię po klawiaturze podczas jedzenia, branie laptopa do kościoła też nie wchodzi w rachubę, więc rozdział leży sobie smętny, niepoukładany, praktycznie nawet tego szkicem nazwać nie wypada.
Problemu nie ma wielkiego, bo do wtorku jest kupa czasu, poza tym jutro, zaraz po przebudzeniu odpracuję wszystkie zaległości, podobnie jak dzisiaj z szopką. Nawet lepiej, że dzisiaj niczego nie ruszę, bo wyrzuty sumienia spać mi nie dadzą i wstanę wcześniej, jeszcze wcześniej.
Zastanawiając się głębiej nad problemem gonitwy obowiązków wszelakich: tych obowiązkowych i tych narzuconych sobie na własne życzenie, nie jest trudno wywnioskować, że stale odrabiam zaległości, co wcale nie wpływa na dobre samopoczucie.
09-10-2010 (21:21)
Dzisiaj dwie rocznice związane z muzyką, z piosenką. 09.10.1940 roku urodził się John Lennon, natomiast 09.10.2006 roku zmarł Marek Grechuta. Pozostało po nich wiele utworów, jeden i drugi gdyby żyli poszczycić mogliby się sporym dorobkiem. A tak, to my żyjący wspominamy ich niebywałe talenty i cieszymy ucho utworami o nietuzinkowym brzmieniu.
Dzisiaj uparłem się, że skończę kolejną szopkę. Niestety pogubiłem się w szczegółach, zrobiłem zbyt wielką głębokość, co poskutkowało dodatkową pracą nad dachem. Teraz wnętrze jest obszerne, zmieści się wiele postaci, ale nad nimi straszyć będzie pusty, obszerny dach. Należy go jakoś zapełnić, uatrakcyjnić. Jedynie co można zrobić, to umieścić więcej aniołków.
Dzisiaj nic nie będę już robił, bo mi się po prostu nie chce.
08-10-2010 (21:30)
Tylko wariaci wracają na weekend do domu. Można i tak pomyśleć, ale wróciliśmy, bo tak mieliśmy czas zaplanowany. Załatwiłem wszystko, co trzeba było, termin wystawy uzgodniony i teraz tylko pracować.
Póki co, jest jeszcze jeden termin, mianowicie data Zaduszek Literackich, wypadałby coś na program minorowy napisać. Oczywiście, że kilka słów skreśliłem, ale jest tego zbyt mało. Dlatego w ramach wprowadzania się w cmentarny nastrój wysiliłem się z kolejnym tekstem, który ma małe szanse doczekać się melodii.
Śmierć - żniwiarka
Idzie śmiertka z ostrą kosą
Pośród łanów ludzkich skupisk.
Łzy się za nią ścielą rosą
Na ścierniskach plonów trupich.
Nie ucieknie nic co wzrasta,
Bo korzeniem grzęźnie w glebie,
Przyjdzie taki czas i basta!
Kończy swej historii przebieg.
Ścina śmiertka co wyśledzi
Oczodołem swym bezkresnym.
Nie odpocznie, nie posiedzi,
Dla niej zawsze czas jest wczesny.
Kosa świszczy psalm żałobny,
żal się srebrzy w każdej nucie.
Wszystkim ludziom sens podobny
O żałobie i pokucie.
W minorowym tym obrządku
Jest pociechy promyk jakiś,
Bo śmierć ścina bez wyjątku -
zboża oraz chwast wszelaki.
Wszystkiego się można przyczepić, rozbieganego sensu, banalności zakończenia, braku liryzmu. Jedyną dobrą stroną jest to, że jest. Kolejna sztuka... w znaczeniu obiektu, a nie dzieła!
07-10-2010 (16:56)
Wycieczka do Istebnej, Jaworzynki i Koniakowa. Niby miejsca znajome, ale zawsze coś nowego w oko wpadnie. Zdjęcia krajobrazów robiła przede wszystkim Agnieszka, ja jedynie na jej prośbę fotografowałem ją dla potomnych ku pamięci lub kiedy sam zauważyłem ciekawy szczegół w otoczeniu. Na przykład w Jaworzynce zatrzymałem się gwałtownie, bo wpadła mi niespodziewanie w oko panorama gór z cmentarnym krzyżem na pierwszym planie.
Odpoczywam, dystansuję się od wielu, wielu spraw, które ktoś mógłby nazwać problemami, a dla mnie są bzdurą do kwadratu i dziecinadą. Lepiej zatrzymać się przy żywym obrazie cmentarza, niż myśleć o żywych trupach.
07-10-2010 (07:48)
Jeśli piszę bloga, staram się robić to systematycznie. Uwiecznianie najświeższych myśli, spostrzeżeń, zamiarów ma sens i wartość przede wszystkim dla mnie.
Wczoraj niestety nie udało mi się połączyć z internetem, chociaż robiłem wszelkie zabiegi ku temu. Przyczyna niepowodzeń tkwiła w błędnym kluczu dostępu, jaki wpisywałem do okienka. A wpisywać byłem zmuszony, bo korzystam z sieci pewnego hotelu w Wiśle, gdzie pani w recepcji podała mi nowy, który ma być, a jeszcze go nie ma...
W ten zawiły sposób dotarłem do punktu wyjścia, czyli pobytu w beskidzkich stronach.
Wybraliśmy się do Wisły, bo... i tu należałoby tłumaczyć długo wszelakie powody, a główny to wypoczynek. Krótki, bo krótki, ale zawsze coś. Pobyt połączony jest z załatwieniem kilku spraw osobistych rodzinnych i etnograficznych. Ta ostatnia miała miejsce wczoraj w Muzeum Beskidzkim. Uczestniczyliśmy w oficjalnym otwarciu Enklawy Budownictwa Drewnianego. Długo by o tym pisać, a przecież wypoczynek jest głównym celem naszej podróży.
05-10-2010 (22:58)
Przed kilkoma laty miałem poważne plany napisania charakterystyki transformacji przemysłu spożywczego. Nie ukrywam, że trochę na ten temat wiem, trochę mogłem wymyślić i podejrzewam, że coś wyszłoby. Niestety, tematy przechodzą przez głowę całymi stadami, dlatego powstał jeden rozdział i prawdopodobnie ostatni, bo już nie mam natchnienia, żeby dalej pociągnąć wątek.
JEDNA NOC STAREGO SEROWARA
Był późny wieczór. Osnuty jesienną aurą zjawił się Stary Serowar w mleczarni. W szatni narzucił na grzbiet pożółkły, kiedyś biały płaszcz, rozkruszył przylepione, zaschnięte resztki sera na klapach. Pozostały nieładne, tłuste plamy. Nie tego ubrać nie może! Założy ten świeższy, sprzed tygodnia. Czystość to podstawa w produkcji żywności. Ach! Jeszcze tylko fizjologiczna potrzeba w toalecie. Niedawno, przed rokiem rura pękła, nie ma wody w ubikacjach, więc nieładnie pachnie. Serowar wytarł ręce do szarawej ścierki, znalazł trochę suchego miejsca na jej brzegu. Potem jeszcze w kotłowni przyłożył do pieca, bo palacz jak zwykle pijany na umór spał w najlepsze, a produkcja sera potrzebuje ciepła. Ręce trochę umorusał węglem. Nic nie szkodzi, od czego ma fartuch? Starannie wytarł brud splunąwszy wcześniej na dłonie.
Przez wytłuczoną szybkę w oknie nad wanną serowarską figlarny wicherek przywiał z pobliskiego parku zapach gnijących liści. Serowar kichnął siarczyście prosto do mleka, bo ręce akurat miał zanurzone i nie mógł zasłonić ust. Co tam, przecież się rozcieńczy, poza tym to jest naturalne, sam przyroda. Znowu zawierciło w nosie, kichnął, a dudniące echo wystraszyło szczura drzemiącego na ciepłej rurze z parą.
Serowar zbadał parametry surowca. Tłuszczu w normie, mleko standardowo spływało po spękanym palcu. Sprawdził, czy smak w normie. Sięgnął po stojący na parapecie obtłuczony emaliowany kubek, wytarł pajęczynę i kurz w poły fartucha, zaczerpnął i skosztował - dobre. Kolejne czynności wykonał jak automat. Z chłodni przytaszczył bańkę z zakwasem, usunął pływające karaluchy, zdrapał z brzegów jakieś przyklejone świństwa, żeby nie zanieczyścić produkcji. Wlał zakwas do wanny z mlekiem i włączył mieszadło mechaniczne. Zazgrzytała przekładnia, posypała się rdza i zaschnięty smar spod drgającej, odrapanej osłony.
Czas trwania procesu dojrzewania mleka jest niesamowicie ważny, więc Serowar usiadł na drewnianym zydelku, żeby wypalić kilka papierosów i odmówić określoną ilość pacierzy. Siedząc rozmodlony trochę się zdrzemnął i... wylądował rozpłaszczony w kałuży wodno mlecznej. To go otrzeźwiło, lepiej niż mocna kawa. Zabrał się do dalszej pracy. Mleko już skrzepło, więc wylał zawartość wanny do prasy, nad głową fruwały nietoperze, serwatka ściekała na posadzkę. Wspaniała jest noc przemiany białego skarbu w pyszny twarożek.
Za oknami czerń zaczęła nabierać trupiej szarości. Zaszczekały psy, to szły pracownice, będą pakować twarożek. Staną do swoich obowiązków tak samo czyściutko i schludnie przebrane jak on. Każda ze szklanką kawy, siorbiąc gorący płyn, od czasu do czasu wypluwały fusy, ale nigdy do twarogu. Serowar już dawno je tego oduczył. Przystępując do pracy obowiązkowo zgasiły papierosy o podeszwę gumowca. Jedna z nich zdmuchnęła warstwę kurzu z ryzy pergaminu, do którego będą pakować twaróg porcjując go przedtem nożami. Właśnie, problem! Gdzie te noże? Jeden znalazł się pod zbiornikiem, drugi wetknięty za kaloryfer, trzeci w starym gumiaku.
„Nie mam kompleksów przed Unią Europejską. Wiele mogliby się tam ode mnie nauczyć. Pomysł na dobry produkt regionalny jest gwarancją sukcesu”- pomyślał Stary Serowar, ziewnął i z resztkami twarogu na zębach zasnął „na waleta” z pijanym palaczem.
04-10-2010 (19:04)
Opowieści niedokończone mają swój urok, chociaż wydają się niepełne, zatrzymane w pełni akcji. Niby nie wyjaśniają niczego, nie pointują całości, ale czy na pewno? Pozostawienie możliwości popuszczenia wodzy fantazji ma swój urok i pozwala na indywidualne zakończenie według upodobania czytelnika.
Ot, chociażby w takiej bzdurze:
Nie potrafił dać cobie rady z łupieżem, leczył go różnymi metodami. Jeśli już prawie dobrze, to coś powodowało nawroty. Miał tego serdecznie dosyć, przypuszczał, że to właśnie nadmierna ilość środków leczniczych pogarsza jeszcze sytuację. Ktoś mu podpowiedział, że sprawa może mieć podłoże alergiczne, więc udał się do lekarza.
Ten przeprowadził szczegółowy wywiad, a jedno pytanie było takie:
- Chodzi pan na pływalnię?
- Chodzę i to często.
- No, proszę! Przyczyna może tkwić właśnie w środkach dezynfekcyjnych zawartych w wodzie basenu.
- Czy to oznacza, że powinienem przestać pływać?
- Niekoniecznie. Powinien pan zakładać czepek, a po pływaniu dobrze włosy wypłukać i umyć delikatnym szamponem.
Zrobił jak lekarz nakazał. Udał się do sklepu sportowego i poprosił o czepek. Sprzedawczyni spojrzała mu prosto w oczy i uśmiechnęła się tajemniczo.
- Życzy pan sobie normalny czepek, czy jakiś specjalny? - zapytała.
- Specjalny poproszę - odparł, ale nie chciał wtajemniczać ekspedientki w tajniki swojego problemu z włosami, albowiem był to temat dla niego wstydliwy.
- Nie pytam o szczegóły, ale ogólnie proszę powiedzieć, czego pan oczekuje.
- Ogólnie, tak bardzo ogólnie, to chciałbym odmiany, diametralnej odmiany.
- To proszę, ten czepek spełni pana oczekiwania, to cudowny czepek - pani podała mu artykuł, który wyglądał całkiem normalnie, więc pomyślał, że sobie żarty robi, ale tematu nie drążył, bo cena była przystępna.
W szatni przebrał się sprawnie, następnie szybko umył pod prysznicem i już miał wskoczyć do basenu, kiedy przypomniał sobie o czepku.
"Cudowny czepek, ciekawe, co w nim jest takiego?" - śmiał się w duchu.
- Cześć - przywitał znajomego, ale ten jakby go nie poznał, całkiem możliwe, że z powodu braku okularów.
Kiedy zakończył pływanie udał się prosto pod prysznice.
- Proszę pani, tu jest dla mężczyzn, panie mają po drugiej stronie - usłyszał uwagę i wtedy spojrzał do lustra. Zobaczył się w zmienionej postaci, był kobietą! Sprzedawczyni nie kłamała, odmienił się diametralnie. Nie wiedział co ma robić w takiej sytuacji. Przede wszystkim należało wyjść z pływalni, dlatego trochę skrępowany skierował się do damskich pryszniców. Było mu głupio w takim miejscu, chciał się szybko obmyć i uciekać. Przypominał sobie, że lekarz zalecał umycie włosów, dlatego zdjął cudowny czepek...
W tym momencie można głupawe opowiadanko przerwać i pozwolić czytelnikowi wymyślić zakończenie.
03-10-2010 (10:29)
Bardzo prosto jest powiedzieć komuś:
- Pisz bloga, przecież piszesz trochę, może robić to bezpośrednio na stronę „Gwarka”.
Bardzo prosto jest także odpowiedzieć:
- Nie ma problemu, piszę trochę, mogę pisać więcej.
…i tu się zaczyna trochę problemu z pisaniem. Chciałbym, żeby moje wpisy nie były jedynie luźnymi uwagami na temat prywatnego życia i o tym, co się wokół niego dzieje. Nie chciałbym, żeby stał się brudnopisem moich zamierzeń, szkicownikiem myśli, ale stanowił coś koncepcyjnie sensownego.
Idąc tropem koncepcji, można przypuszczać, że jej brak należałoby nazwać antykoncepcją, co od razu sugeruje założenie, że niczego się nie spłodzi. No, chyba, że z przypadku, ale wtedy odczucia z efektu mogą być różnie potraktowane. A tego nie chcę.
Ładowanie...