28-11-2010 (17:02)
Długo można dyskutować nad szopkami, a konkretnie nad jakością estetyczną, artystyczną i duchową. Raz przeważa jedno, kiedy indziej drugie, czasami pozostaje jedynie to ostatnie i to tylko dla kręgu ludzi bliskich twórcy. Podobnie jest z innymi dziełami, dziełkami i koszmarkami wykonywanymi w poczuciu konieczności wypowiedzenia się w sposób zmaterializowany, oglądalny, namacalny.
Jako wykonawca wielu, wielu szopek, nigdy nie jestem pewien, czy otarłem się chociaż o artyzm, czy tkwię głęboko w tandecie. Zabrzmiało zapewne niczym wyznania hipokryty, ale tak faktycznie jest. Tyle tytułem wstępu, a konkretnie o co mi chodzi?
Tarnogórskiemu konkursowi szopek można było zarzucić wiele z powyższych, pokrętnych słów. Będąc kilka razy jurorem miałem mieszane uczucia. Czasem chciało się parsknąć śmiechem, ale było sporo dzieł, które wzbudzały zazdrość, że sam tego nie zrobiłem, że nie potrafiłbym wykonać takiego cacka. Konkurs miał sens, miał krąg zwolenników, którzy przełamywali opory wrogów. Nieraz byłem świadkiem wysiłków organizatora oficjalnego i konkretnie zaangażowanej osoby. Proszenie o nagrody w lokalnych urzędach, szukanie sponsorów jest sprawą normalną. Jeśli organizuje się cokolwiek trzeba się nabiegać, naprosić i to nie jest ewenement tarnogórski, ale rzec można światowe realia. W przypadku naszej imprezy zadziałać musiały inne letalne mechanizmy. Nie wierzę w zbieg okoliczności.
Szkoda mi konkursu, bo wiele dla mnie znaczył, a wiem, że dla innych jeszcze więcej. Został wymazany z harmonogramu lokalnych imprez. Pozostaje mi chyba wykonać szopkę w trumnie i wystawić na środku rynku. Mam inny pomysł, mniej drastyczny, a prawdę mówiąc całkiem fajny, ale żeby o tym pisać muszę wpierw porozmawiać z kilkoma osobami.
Ładowanie...