05-10-2010 (22:58)
Przed kilkoma laty miałem poważne plany napisania charakterystyki transformacji przemysłu spożywczego. Nie ukrywam, że trochę na ten temat wiem, trochę mogłem wymyślić i podejrzewam, że coś wyszłoby. Niestety, tematy przechodzą przez głowę całymi stadami, dlatego powstał jeden rozdział i prawdopodobnie ostatni, bo już nie mam natchnienia, żeby dalej pociągnąć wątek.
JEDNA NOC STAREGO SEROWARA
Był późny wieczór. Osnuty jesienną aurą zjawił się Stary Serowar w mleczarni. W szatni narzucił na grzbiet pożółkły, kiedyś biały płaszcz, rozkruszył przylepione, zaschnięte resztki sera na klapach. Pozostały nieładne, tłuste plamy. Nie tego ubrać nie może! Założy ten świeższy, sprzed tygodnia. Czystość to podstawa w produkcji żywności. Ach! Jeszcze tylko fizjologiczna potrzeba w toalecie. Niedawno, przed rokiem rura pękła, nie ma wody w ubikacjach, więc nieładnie pachnie. Serowar wytarł ręce do szarawej ścierki, znalazł trochę suchego miejsca na jej brzegu. Potem jeszcze w kotłowni przyłożył do pieca, bo palacz jak zwykle pijany na umór spał w najlepsze, a produkcja sera potrzebuje ciepła. Ręce trochę umorusał węglem. Nic nie szkodzi, od czego ma fartuch? Starannie wytarł brud splunąwszy wcześniej na dłonie.
Przez wytłuczoną szybkę w oknie nad wanną serowarską figlarny wicherek przywiał z pobliskiego parku zapach gnijących liści. Serowar kichnął siarczyście prosto do mleka, bo ręce akurat miał zanurzone i nie mógł zasłonić ust. Co tam, przecież się rozcieńczy, poza tym to jest naturalne, sam przyroda. Znowu zawierciło w nosie, kichnął, a dudniące echo wystraszyło szczura drzemiącego na ciepłej rurze z parą.
Serowar zbadał parametry surowca. Tłuszczu w normie, mleko standardowo spływało po spękanym palcu. Sprawdził, czy smak w normie. Sięgnął po stojący na parapecie obtłuczony emaliowany kubek, wytarł pajęczynę i kurz w poły fartucha, zaczerpnął i skosztował - dobre. Kolejne czynności wykonał jak automat. Z chłodni przytaszczył bańkę z zakwasem, usunął pływające karaluchy, zdrapał z brzegów jakieś przyklejone świństwa, żeby nie zanieczyścić produkcji. Wlał zakwas do wanny z mlekiem i włączył mieszadło mechaniczne. Zazgrzytała przekładnia, posypała się rdza i zaschnięty smar spod drgającej, odrapanej osłony.
Czas trwania procesu dojrzewania mleka jest niesamowicie ważny, więc Serowar usiadł na drewnianym zydelku, żeby wypalić kilka papierosów i odmówić określoną ilość pacierzy. Siedząc rozmodlony trochę się zdrzemnął i... wylądował rozpłaszczony w kałuży wodno mlecznej. To go otrzeźwiło, lepiej niż mocna kawa. Zabrał się do dalszej pracy. Mleko już skrzepło, więc wylał zawartość wanny do prasy, nad głową fruwały nietoperze, serwatka ściekała na posadzkę. Wspaniała jest noc przemiany białego skarbu w pyszny twarożek.
Za oknami czerń zaczęła nabierać trupiej szarości. Zaszczekały psy, to szły pracownice, będą pakować twarożek. Staną do swoich obowiązków tak samo czyściutko i schludnie przebrane jak on. Każda ze szklanką kawy, siorbiąc gorący płyn, od czasu do czasu wypluwały fusy, ale nigdy do twarogu. Serowar już dawno je tego oduczył. Przystępując do pracy obowiązkowo zgasiły papierosy o podeszwę gumowca. Jedna z nich zdmuchnęła warstwę kurzu z ryzy pergaminu, do którego będą pakować twaróg porcjując go przedtem nożami. Właśnie, problem! Gdzie te noże? Jeden znalazł się pod zbiornikiem, drugi wetknięty za kaloryfer, trzeci w starym gumiaku.
„Nie mam kompleksów przed Unią Europejską. Wiele mogliby się tam ode mnie nauczyć. Pomysł na dobry produkt regionalny jest gwarancją sukcesu”- pomyślał Stary Serowar, ziewnął i z resztkami twarogu na zębach zasnął „na waleta” z pijanym palaczem.
Ładowanie...