10-10-2010 (19:51)
Miałem dzisiaj pisać, przygotowywać kolejny rozdział na wtorek, ale wszystko się jakoś pogmatwało i przeinaczyło. Najpierw musiałem dokończyć to, czego nie udało mi się.... Co, nie udało? Nie chciało mi się doprowadzić szopki do jako takiej formy. Pracę zacząłem o 04:30 i szło mi tak dobrze, że poślizgiem niejako zrobiłem następną szopkę, oczywiście nie całą, ale część architektoniczną. Z tego powodu na pisanie nie było czasu. Wprawdzie robiłem przerwy, ale przecież jeść też należało i przede wszystkim dzień święty święcić. Na łeb jeszcze nie upadłem, nie klepię po klawiaturze podczas jedzenia, branie laptopa do kościoła też nie wchodzi w rachubę, więc rozdział leży sobie smętny, niepoukładany, praktycznie nawet tego szkicem nazwać nie wypada.
Problemu nie ma wielkiego, bo do wtorku jest kupa czasu, poza tym jutro, zaraz po przebudzeniu odpracuję wszystkie zaległości, podobnie jak dzisiaj z szopką. Nawet lepiej, że dzisiaj niczego nie ruszę, bo wyrzuty sumienia spać mi nie dadzą i wstanę wcześniej, jeszcze wcześniej.
Zastanawiając się głębiej nad problemem gonitwy obowiązków wszelakich: tych obowiązkowych i tych narzuconych sobie na własne życzenie, nie jest trudno wywnioskować, że stale odrabiam zaległości, co wcale nie wpływa na dobre samopoczucie.
Ładowanie...