11-10-2010 (20:31)
Tydzień zacząłem jak rasowy pijak, od tankowania. Wprawdzie tankowałem benzynę, ale rozmowa przy kasie przypominała wymianę zdań pomiędzy dwoma cykniętymi facetami. Kasjer usilnie namawiał mnie do zakupu jakichś batoników, ja usilnie odmawiałem. To już nie pierwszy raz pracownik na stacji benzynowej troska się o moją kondycję. Gdyby nie to, że świadomy jestem promocyjnych zabiegów, mógłbym w końcu uwierzyć, że konieczne dla mojego zdrowia są słodkie kęsy, a nawet zastanawiałbym się, czy nie pójść do lekarza, bo skoro na pierwszy rzut oka wyglądam licho, to pewnie jest ze mną źle. Udało mi się w końcu zakończyć akt kupna - sprzedaży, pan wręczył mi serpentyny paragonu i kartę płatniczą, a na dodatek niewielki prezencik. Chyba w uznaniu za obronę życia pojętnego. Otrzymałem szamponik przeciwłupieżowy! Zaraz sobie przypomniałem o wypisywanych bzdurach niedokończonych, czyli o panu z łupieżem i jego przygodach w Parku Wodnym. Mimochodem sprawdziłem w lusterku, czy mnie dotknęła ta przypadłość i wzbudziłem litość u troskliwego kasjera. Nie, całe szczęście. Auto też mam nie za stare, więc nic się z niego nie sypie. Chwilę zastanawiałem się nad sensem małego gratisu. Doszedłem do wniosku, że chyba jestem przewrażliwiony i raczej powinienem zatankować jak menel, bo wtedy niczym przejmować się nie będę.
Ładowanie...