11-05-2011 (20:53)
Kiedy dotarła do mnie wiadomość, że premier do swojej świty dokooptował pełnomocnika ds. osób wykluczonych, zacząłem się zastanawiać, co kryje się za tym stanowiskiem. Może raczej powinienem dowiedzieć się, co odkrywa się za powyższym terminem, bo przecież minister taki, niejako z założenia powinien otworzyć serce dla jakichś ludzi odsuniętych, a może nawet tych z marginesu. Co jednak minister może dać, skoro jest bez teki, czyli na chłopski rozum z pustymi rękami? Zapewne będzie dawał dobre rady jak się wkluczyć, a może ma stawać w ich obronie?
Czy w związku z tym mogę przypuszczać, że pełnomocnik (o zgrozo!) będzie opiekował się wykluczonymi kibolami, czyli objętych zakazem stadionowym? Chyba aż tak źle nie będzie, przypuszczam, że jego działanie będzie raczej dotyczyć problemów bardziej poważnych, czyli przykładowo wykluczeniem samorządów z możliwości kredytowych. Nie daj Bóg, żeby wszystko poszło w sfery wyższej polityki! Ciarki mi po plecach przeszły, bo skojarzyłem sobie, że pan minister powołany został, żeby podać rękę politykom wykluczonym z życia publicznego. Tak po starej znajomości tym wypędzonym po aferze hazardowej, albo ku ubarwieniu i folkloryzacji sceny politycznej, byłym wicepremierom.
Takie rozważania i domysły można snuć w nieskończoność, ale niestety brakuje mi czasu, niewykluczone, że za moment pojadę do pracy...no, masz! Że też nikt nie wpadł na taki pomysł! Warto równolegle do pełnomocnika ds. osób wykluczonych, powołać pełnomocnika do spraw niewykluczonych. Jakby co, to byłem pierwszy.
Ładowanie...