27-09-2011 (17:05)
Losy człowieka wędrującego zagoniły mnie w miejsca dawno nie odwiedzane, na drugą stronę Brynicy. Kiedy wracałem z Wymysłowa do Kozłowej Góry drogą nad zalewem, doznałem szoku. Z daleka zobaczyłem małą grupkę osób idącą brzegiem w kierunku parku. Przetarłem oczy, ale nie! Zjawisko nie zniknęło! W pełni słońca, ale w delikatnej mgiełce wędrowała młoda para pod parasolem, ktoś jeszcze i oczywiście fotograf. Niby nic w tym nie było dziwnego na dobrą sprawę, ale gdybym był malarzem, już bym to uwieczniał.
Później w Tarnowskich Górach robiłem zakupy, jakieś drobne sprawunki w centrum. Prawdę mówiąc zatrzymałem się na chwilę, żeby w pasmanterii zapytać, czy już są nici dla mnie. Dziwna mnie naszła ochota na krupnioki, nic w tym dziwnego nie jest, często ma smak na gwarkowskie rarytasy. Szoku doznałem, kiedy panienki, które rozdawały na ulicy ulotki zachęcające do zaciągnięcia kredytu, rzuciły okiem na mój zakup w przeźroczystym woreczku i minęły mnie ze wzgardą na twarzach. A co to jest? Człowiek z krupniokiem na kredyt nie zasługuje?
Też doznałem szoku.
Zakończyłem definitywnie coś, co może mieć różny oddźwięk. Niektórzy znajomi doznają szoku... oby pozytywnego.
Ładowanie...