28-10-2010 (23:00)
Od pewnego momentu miałem świadomość, że powinienem dokonać wymiany klocków hamulcowych. Nie było jakoś motywacji, żeby robić to koniecznie, ale w końcu zaświeciło się żółte światełko, które jest jak wyrzut na sumieniu, sygnałem konieczności naprawy w najbliższym czasie. Umówiłem się na dzisiaj w serwisie i mogę już jeździć bezpiecznie. Fajne są teraźniejsze auta, nieraz myślą za człowieka, a jeśli nie myślą, to przynajmniej uzmysławiają nam, że nie wolno bagatelizować poważnych spraw.
Kiedyś, kiedyś bywało zupełnie inaczej, większość robiło się "na czuja" albo dopiero w przypadku awarii. W jednym z maluchów wysiadły mi hamulce, więc udałem się do znajomego mechanika.
- Nie jest tak źle, poszedł jeden przewód hamulcowy, to go zaślepiłem, będziesz hamował jednym kołem, ale to nic, bo za wartko nie jeździsz, a na wszelki wypadem skróciłem ci linkę od ręcznego, będziesz mógł nim hamować w ostateczności - tak mi mechanik powiedział i jeździłem z taką przypadłością jeszcze kilka dobrych dni.
Nie pamiętam, czy on był pijany, czy ja łatwowierny i nieprzewidujący. Fakt faktem bagatelizowałem sobie bardzo poważną sprawę.
Przygody z hamulcami próbuję dopasować do hamowania politycznych przepychanek w aspekcie obrażania się, godzenia i licytacji, czyje jest na wierzchu. Jeśli zapaliło się włdzom kolejne światełko, to chyba powinni się zastanowić i wymienić klocki hamulcowe, żeby łatwiej zastopować. Niestety działają według starych zasad i zaślepiają przewody, ale są na tyle bezmyślni, że nie skracają linki od ręcznego. Myślę, że jeśli oni tego nie robią, to powinien się ktoś znaleźć i trochę skrócić własnoręcznie, a wtedy będzie bezpieczniej dla wszystkich.
Ładowanie...