17-02-2012 (19:57)
W ciągu minionego tygodnia zagrałem z zespołem Tarniny koncert walentynkowy w Sączowie; poprowadziłem spotkanie z bardzo sympatyczną poetką z Mikołowa Romą Jegor; dostałem jedną negatywną odpowiedź i na ten sam temat jedną pozytywną; przygotowałem wniosek na konkurs Dorocznej Nagrody Fundacji Rozwoju Demokracji Lokalnej za lokalne inicjatywy kulturalne pod patronatem Narodowego Centrum Kultury i Komitetu Polskiego ds. UNESCO; zrealizowałem się w pracy jako nauczyciel i bibliotekarz; czytałem Miłosza; jadłem tylko dwa posiłki dziennie (chociaż wszyscy mi mówią, że to niezdrowo), piłem znacznie więcej; napisałem trzy wiersze w tym dwa haiku; obejrzałem kilka filmów, lecz nie pamiętam żadnego z nich (to znaczy, że były do kitu); wypaliłem paczkę papierosów.
Więcej grzechów nie pamiętam, ale niczego nie żałuję.
14-02-2012 (14:25)
Dzisiaj Walentynki. Gramy koncert w DK w Sączowie. Tam mnie jeszcze nie widzieli. Kiedy jedni się kochają, a drudzy nienawidzą, inni się przyjaźnią, jeszcze inni są samotni, chociaż może kiedyś ktoś ich kochał i z kimś się przyjaźnili. Wszystkim, niezależnie od tego jaki jest ich stan uczuciowy, dedykuję wiersz, który napisałem dwa dni temu.
* * *
Nie godzi się mówić źle o przyjaciołach,
tyle razem przeszliście - niejedna beczka soli stoi dziś pusta
i niejedna po piwie, którym trzeba było spłukać gorycz.
Tyle wspólnych pomysłów, przygód, wypłakiwania żalów,
wzajemnej pomocy w czynieniu sobie świata poddanym,
milczenia o zachodzie słońca z ostatnim kieliszkiem wina.
Tyle podróży do dalekich obcych i bliskich siebie,
zabaw przy muzyce, wśród kobiet, mężczyzn i wódki,
odwiedzin w domach i szpilach - oswajania niezrozumiałego.
Nie godzi się mówić źle o przyjaciołach…
13-02-2012 (15:35)
Zapraszam wszystkich lubiących poezję na spotkanie z Romą Jegor. Jest ona poetką z Mikołowa, miasta Wojaczka, i chociaż jest kobietą, nie pisze wierszy kobiecych w tradycyjnym znaczeniu tego słowa. W poezji Romy Jegor nie ma czułostkowości, jest dobry koncept i mądrość wynikająca z kilkudziesięciu lat obserwacji życia.
Spotkanie, które będę prowadził, odbędzie się w środę 15 lutego w Tarnogórskim Centrum Kultury o godz. 18.00. Wstęp wolny.
12-02-2012 (19:35)
Wróciłem ze Szklarskiej Poręby i Świeradowa Zdroju, czyli Gór Izerskich, regionu Polski nieco niedocenianego. Może teraz trochę się to zmieni, bo za tydzień w Szklarskiej odbędzie się Puchar Świata w Narciarstwie Klasycznym. Wypożyczyłem biegówki i ruszyłem przetrzeć trasę Justynie Kowalczyk. Nie myślałem, że przy minus dziesięciu stopniach może być człowiekowi tak ciepło. Z polany Jakuszyckiej pobiegłem do schroniska Orle. W sumie ponad 8 kilometrów. Przedwojenna architektura tamtych terenów to architektura alpejska. Warto byłoby o tym pamiętać i kontynuować budowę nowych budynków w tym stylu. Niestety, nowych buduje się niewiele, a sporo starych niszczeje, bo ludzie uciekają z izerskich wiosek i małych miasteczek. Kiedy wjechałem na Szrenicę dowiedziałem się, dlaczego nosi taką nazwę. W minutę moje wąsy, broda i czapka uszanka oszronił dwudziestostopniowy mróz, ale warunki do jazdy na nartach doskonałe, mnóstwo wyciągów, a na żadnym nie trzeba czekać w kolejce.
Ostatnio pisałem o tarnogórskim dworcu, który zagrał w filmie „Mistyfikacja” Jacka Koprowicza, dlatego muszę wspomnieć, że dworzec kolejowy Szklarska Poręba Średnia zagrał w kultowym „Jak rozpętałem II wojnę światową” w reżyserii Tadeusza Chmielewskiego, z 1969 r. Szklarska udaje miasto w górach Tyrolu w charakterystycznej scenie z agresywnym bykiem prowadzonym przez szeregowca Dolasa vel Grzegorza Brzęczyszczykiewicza (Marian Kociniak) oraz przy starej chacie przysłupowej z 1740 roku obok przejazdu kolejowego.
Nieopodal dworca Szklarska Poręba Średnia znajduje się kupiony w 1890 roku stary, wiejski dom, będący zarówno rodzinną ostoją jak i miejscem pracy twórczej dwóch wybitnych pisarzy, braci Hauptmannów. Starszy brat Carl Hauptmann (1858-1921) był filozofem, biologiem, poetą i dramatopisarzem. Zasłynął przede wszystkim za sprawą „Księgi Ducha Gór”, będącej zbiorem dziewięciu przygód legendarnego władcy Karkonoszy. Gerhart Hauptmann (1862-1946) nazywany jest „ojcem niemieckiego dramatu naturalistycznego”. W 1912 roku uhonorowany został literacką Nagrodą Nobla za całokształt twórczości. Stworzył w Szklarskiej Porębie swoje największe dzieła: „Tkacze”, „Futro bobrowe”, „Woźnica Henschel”, „Wniebowzięcie Hanusi” i „Kolega Crampton”. Jak widać odpoczywałem w dobrym towarzystwie.
05-02-2012 (13:21)
Oglądałem wczoraj film „Mistyfikacja” Jacka Koprowicza. Historię, która próbuje odpowiedzieć na pytanie, co by było, gdyby Witkacy nie popełnił samobójstwa w 1939 r., lecz ukrywał się jeszcze wiele lat po wojnie.
Pamiętam doskonale wielki pogrzeb Witkacego w Zakopanem w 1988 r. nieomal manifestację patriotyczną, przemówienia ministrów kultury Polski i Ukrainy oraz artystów i pisarzy. Pamiętam też wielki skandal, jaki wybuchł, gdy okazało się, że ekshumowane szczątki nie należą do wielkiego Polaka, lecz do młodej Ukrainki, która spoczęła w grobie obok matki pisarza na Pęksowym Brzyzku.
Opowieść Koprowicza zaczyna się dosyć przekonująco. „Jest rok 1968. Wydalony z uczelni tuż przed obroną pracy magisterskiej Łazowski, wpada na sensacyjny trop, który może zmienić oblicze historii. Z jego dochodzenia wynika, że Witkacy nie popełnił samobójstwa w 1939 roku. Rzeczywistość podsuwa kolejne dowody zadziwiającej mistyfikacji. Kochanka Witkacego przynosi do Desy swoje nieznane portrety, jedna z jego dawnych kobiet przechowuje kartki, które dostała od artysty już po jego rzekomej śmierci. Wszystko wskazuje na to, że wielki mistrz, prowokator i skandalista wciąż żyje. Z lubością pije swoje ukochane piwo, podgląda młode dziewczęta, wydaje kobietom perwersyjne rozkazy i uprawia najpiękniejszą ze sztuk – kłamstwo i wszelkie jego odmiany – na dudka-wystrychizm, kłamizm, neo-naciągizm, fałszyzm, nabieryzm i w pole-wyprowadzizm…”
Niestety historia opowiedziana w „Mistyfikacji” nie przekonała mnie do nieprawdopodobnej koncepcji reżysera. Pojawia się zbyt wiele wątków, które rozpraszają uwagę widza i sprawiają, że nie przyjmujemy już żadnej z opowiadanych historii. Film jednak warto zobaczyć, ponieważ po pierwsze gra w nim plejada znakomitych polskich aktorów (Jerzy Stuhr, Maciej Stuhr, Ewa Błaszczyk, Wojciech Pszoniak, Karolina Gruszka, Ewa Dałkowska, Andrzej Chyra), a po drugie gra w nim dworzec kolejowy w Tarnowskich Górach. Dworzec gra swoimi podziemiami i peronem drugim - bardzo pięknie.
04-02-2012 (19:51)
Ostatnie dni spędziłem na pracach związanych z redakcją i korektą „Przewodnika tarnogórskiego” pana Stanisława Wyciszczaka. Po latach Stowarzyszenie Miłośników Ziemi Tarnogórskiej wznowi to wydawnictwo już po raz trzeci. Zaczęliśmy się również przygotowywać do „Industriady” – święta zabytków techniki, które w tym roku odbędzie się 30 czerwca. Będzie co oglądać. Zupełnie nowe interaktywne muzeum w Zabytkowej Kopalni Srebra. Nagłośnienie w podziemiach kopalni, które przeniesie zwiedzających w zupełnie nowe rejony wyobraźni. Płukanie srebra i inne atrakcje. Wszystkiego nie będę zdradzał, sami się przekonacie. Prace już trwają. Moja praca polega na pisaniu wniosków na różnorakie konkursy i pozyskiwaniu pieniędzy. A propos kopalni i gwarków… Czytam właśnie po raz drugi „Hobbita” Tolkiena i zaskakuje mnie, jak bardzo powieściowe krasnoludy przypominają gwarków. Ubiorem i sposobem bycia i myślenia. Pewnie nie ma w tym nic dziwnego, w końcu wydobywały złoto, srebro, diamenty i praca ta kształtowała ich osobowości, ale nie słyszałem, by ktoś to wcześniej wyartykułował. Myślę, że można by napisać na ten temat pracę doktorską z komparatystyki. Może sam coś na ten temat napiszę?
30-01-2012 (16:28)
Powolutku, ale konsekwentnie czytam sobie biografię Miłosza autorstwa Andrzeja Franaszka. Przeczytałem kolejne dwieście stron tej liczącej 959 stron cegły i jeszcze na parę miesięcy mi starczy. Książka ta skłania mnie do sięgania po różne teksty Miłosza i o Miłoszu, które czytałem wcześniej. Teraz przypominam je sobie fragmentarycznie. Bardzo ciekawą pozycją jest „Poezja i jej sobowtór” – zbiór esejów znanego krytyka i poety Krzysztofa Karaska wydany przez wydawnictwo Czytelnik w 1986 r. Sięgnąłem też do „Zaczynając od moich ulic” wspomnień wileńskich Miłosza z 1985 r.
Duże wrażenie zrobił na mnie zbiór reportaży Necli Kelek wydany przez wydawnictwo „Czarne” pt. „Słodko-gorzka ojczyzna. Raport z serca Turcji”. Autorka (urodzona w 1957 roku w Stambule) przyjechała do Niemiec jako dziesięciolatka. Obecnie mieszka w Berlinie. Jest socjologiem, zajmującym się w swoich badaniach religią i migracją. Publikuje m.in. we „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, „Die tageszeitung“ i „Emmie“. Jest również stałą członkinią Niemieckiej Konferencji Islamskiej.
Anna Dziewit napisała w recenzji tej publikacji: „Słodko-gorzka ojczyzna to książka napisana z tęsknoty i miłości do Turcji, rodzinnego kraju autorki. Miłości, która choć zaznała upokorzeń, zniewag i odrzucenia, nie daje się zdławić. Turcja na kartach tej książki to kraj pełen sprzeczności, okrutny, bezwzględny dla tych, którzy - jak kobiety we wschodniej Anatolii - są najsłabsi. To kraj zniewolonego słowa, zbrodni dokonywanych w imię honoru rodziny i oderwanych od rzeczywistości elit politycznych. Mimo to Necla Kelek wciąż do Turcji tęskni. Jej książka to wspaniała opowieść o kraju, którego znaczenia Europa zdaje się nie doceniać”.
Dla mnie ta książka jest ostrzeżeniem przed przyjmowaniem Turcji do Unii Europejskiej. To dziki islamski kraj, w którym co roku zabija się ponad sto kobiet w imię honoru rodziny. Dwunastoletnie dziewczynki wydaję się za mąż, by rodziły dzieci i pracowały jak niewolnice, bez możliwości uczenia się lub poskarżenia się na bijącego je męża. To kraj gdzie demokracja jest rzeczą umowną, a tolerancja religijna prawie nie istnieje i gdyby nie armia, żyjąca ciągle ideami Ataturka, to już dawno byłby to kraj na wskroś islamski jak Emiraty Arabskie.
29-01-2012 (13:34)
Wczoraj moje najmłodsze dziecko obchodziło urodziny. Kubuś, bo tak mu na imię, skończył 21 lat. Wreszcie jest pełnoletni. Niech mu gwiazdka pomyślności…!
27-01-2012 (11:58)
Dzisiaj w Szkole Podstawowej nr 15, w której pracuję, rozpoczął się IV Międzynarodowy Memoriał im. Stefana Karmelity w halowym hokeju na trawie. Udział w zawodach bierze udział 15 drużyn z Ukrainy, Słowacji i Polski. Impreza organizowana jest przez nauczycieli wuefu z mojej szkole, którzy po śmierci Stefana Karmelity postanowili uczcić tego fantastycznego człowieka, nauczyciela, trenera i propagatora hokeja na trawie, umieszczając jego imię i nazwisko w nazwie zawodów. Uważam to za świetny pomysł godny naśladowania również w innych dziedzinach życia. Po co nam kolejna ulica Mickiewicza lub Piłsudskiego skoro mamy Skrzyposzka i Antena. Turniej zakończy się w niedzielę 29 stycznia o godz. 14.00. Zachęcam wszystkich tarnogórzan do kibicowania, a naszej drużynie życzę zdobycia pucharu.
25-01-2012 (14:57)
Pochwalę się, że otrzymałem wyróżnienie w konkursie literackim „O złotą nutę Reimanna” zorganizowanym przez Towarzystwo Miłośników Krosnowic. Gdzie to jest? Krosnowice (niem. Rengersdorf) to wieś położona w województwie dolnośląskim, w powiecie kłodzkim, w gminie Kłodzko, w Sudetach Środkowych, na pograniczu Kotliny Kłodzkiej i Rowu Górnej Nysy. Wręczenie nagród odbyło się 29 grudnia 2011 roku. Nie pojechałem, bo nie zwracali kosztów podróży. Dzisiaj dostałem pocztą nagrody: dyplom uznania, album fotograficzny Konrada Kazimierza Czaplińskiego „Ziemia Kłodzka. Madonny”, płytę CD „X Międzynarodowy Festiwal im. Ignacego Reimanna” oraz antologię, w której m. in. znalazły się moje wiersze pt. „Śląski poeta dźwięków”. Wiersze zgłaszane na konkurs miały być o tematyce muzycznej. Jury nagrodziło dwa moje utwory. Pierwszy „Dłoń na gryfie gitary” napisany był podczas koncertu Damiana Bąka 17.05.2007 r. w Starostwie Powiatowym w T.G. podczas wręczania Nagrody Orła i Róży. Drugi „Kiedy budzi się bęben” publikowałem niedawno na moim blogu, kiedy pisałem o wernisażu Ryśka i Danki Wasielewskich. Dziękuję jurorom za wyróżnienie. To miłe, kiedy człowieka ktoś doceni.
22-01-2012 (13:37)
Kolejny program Kabaretu Literackiego „Tarnina” już za nami. Jak zwykle nie zawiedli widzowie, którzy tłumnie stawili się w Kurnej Chacie w piątek 20 stycznia o 20:00. Dziękuję Wam za wsparcie, jakiego udzielacie „Tarninie” w trudnych kabaretowych poczynaniach. Wiem, że raz bywa lepiej, raz gorzej, tak jak życiu, ale nie opuszczancie nas tego powodu. Dziękuję też wszystkim naszym przyjaciołom z Kurnej Chaty. To kapitalna ekipa, która czyni to miejsce wyjątkowym, ciepłym i magicznym. Miejscem, do którego chce się wracać.
Drugim wyjątkowym miejscem w Tarnowskich Górach jest galeria „Inny Śląsk”. Tam wczoraj odbył się wernisaż wystawy grafik Ani Krztoń. O grafikach tych pisałem już wielokrotnie, bo jestem ich fanem. Były z nami w węgierskiej Bekescsabie, do kilkunastu napisałem zabawne dystychy (przynajmniej tak mi się wydaje, że są zabawne) i kiedy na nie patrzę, zawsze poprawiają mi humor. Jeżeli jeszcze ich nie widzieliście, odwiedźcie koniecznie galerię Krzysztofa Mazika, by stanąć oko w oko z menażerią Anny Krztoń, którą powołała do życia z otchłani swego talentu.
Za tydzień ferie. Oznacza to, że do poniedziałku zacznie się urwanie głowy związane z zakończeniem semestru. Dziesiątki sprawozdań, ankiet, uzasadnień wystawionych ocen, konferencje, wywiadówki, pot, łzy, ale i uśmiechy tych zadowolonych, których praca została wynagrodzona. A potem Egipt, Tajlandia albo Teneryfa, żeby nabrać sił przed kolejnym semestrem. Oczywiście niektórzy wybiorą Szczyrk lub Zakopane.
19-01-2012 (14:49)
Jutro, w piątek 20.01.2012 r. o 20.00, zapraszam na spektakl Kabaretu Literackiego „Tarnina” pt. „Po-świąteczne remanenty”. Będziemy śpiewali nasze bardzo energetyczne pastorałki i czytali jak zwykle nowe teksty. Wstęp wolny.
Chodźcie ludzie ze wsi z miasta,
bo tarnina wam wyrasta,
tu pod bokiem pomalutku
kiedy się topicie w smutku…
18-01-2012 (14:47)
Dzisiaj zorientowałem się, że w całym moim dorobku poetyckim znajdują się tylko dwa teksty o zimie, z czego jeden jest trójwersowym haiku. To zapewne niewiele, ale jest wymownym świadectwem mojego stosunku do tej pory roku. Kiedy słyszę o życiu zgodnym z naturą, nieśpiesznym i bezstresowym, a jako przykład pokazują mi golasa w przepasce biodrowej, żującego jakieś energetyzujące liście w Ameryce Południowej albo filozofującego Greka, lub wyluzowanego Hiszpana, to myślę o naszych przodkach. Ci nieszczęśnicy przymierający głodem na przednówku, całą swoją energię musieli włożyć w to, aby w ciągu krótkiego lata przygotować się na długą i srogą zimę. Zgromadzić zapasy jedzenia dla siebie i inwentarza, zrobić przetwory, uwędzić mięso, uszyć ciepłą odzież, buty lub inne łapcie, ogacić chałupę, przywieźć z lasu drewno, porąbać i ułożyć pod ścianami domu. Ile to wymagało pracy i stresów trudno nam sobie dzisiaj wyobrazić, ale w naszych genach pewnie pozostał ślad po tych zmaganiach, dlatego nie cieszę się zimą, chociaż przyglądam jej się z dystansu, tak jak nie cieszę pięknymi kobietami, chociaż przyglądam im się jak zimie.
16-01-2012 (15:34)
Na sobotni wernisaż wystawy fotograficznej „Afrykańska przygoda” Danuty i Ryszarda Wasielewskich przybyło niespodziewanie dużo ludzi. Autorzy opowiadali o swoich dwóch wyprawach na Czarny Ląd i odpowiadali na pytania. Było wernisażowe wino z RPA, a ja grałem na bębnie, bo jak mówić o Afryce bez tego charakterystycznego dźwięku. Ludzie długo rozmawiali o fotografiach Danki i Ryśka i swoich przygodach w różnych miejscach świata. Na koniec przypomniałem wiersz, który napisałem już jakiś czas temu.
KIEDY BUDZI SIĘ BĘBEN
Kiedy budzi się bęben
piorun uderza o trawę sawanny
Kiedy budzi się bęben
ziemia oddycha jak biegacz pustyni
Kiedy budzi się bęben
wszystko mija i staje się baśnią dziesięciu
Dziesięć palców wyrastających z ziemi
jak źdźbła trawy
Dziesięciu czarnych bogów
o zaciemnionym obliczu bezksiężycowej nocy
Dziesięć okrętów o przerażających kształtach
na oceanie buszu
W głębi dżungli młode dziewczęta
uczą się dobrych manier od rajskich ptaków
W głębi dżungli mężczyźni walczą z upiorami
by założyć cywilizację w głębi dżungli
Afryka smakuje swoje trzody
Trzody oddane cyklonom i dzikim kaprysom Raka
Trzody pijane dzieciństwem
Niezmiennie od tysięcy lat
Trzody palone słońcem smagane deszczem
ślimaków ropuch świerszczy
O tym mówią bębny w czasie każdej nocy
gdy Krzyż Południa Świeci zbyt jasno
by można było zapomnieć że jest krzyżem
12-01-2012 (22:52)
W sobotę 14 stycznia o 17:00 Wiśniowym Sadzie odbędzie się wernisaż wystawy fotograficznej „Afrykańska przygoda” Danuty Ryszarda Wasielewskich. Zapraszam w imieniu autorów. Będą ciekawe zdjęcia, możliwość snucia opowieści o podróżniczych przygodach i może jeszcze coś? Zobaczymy.
Kabaret literacki „Tarnina” wystąpi w Kurnej Chacie w piątek 20 stycznia o 20:00. Zaprezentowane będą tarninowe pastorałki, szopka Jana Drechslera ostra jak polsilwer i trochę innych tekstów około noworocznych napisanych przez tarninowych literatów specjalnie do tego programu. Wstęp jak zwykle wolny. Zapraszamy.
07-01-2012 (18:39)
Tegoroczny Wieczór Trzech Króli w zbrosławickiej Stodole już za nami. Było jak zwykle nastrojowo, uroczyście, lecz familiarnie. Tradycyjnie jak co roku prof. Werner Lubos zainscenizował szopkę, w której zgromadzeni na wieczorze goście, wcielili się w role świętej rodziny, królów, pastuszków, aniołów. Niejeden co czuje się baranem lub wołem miał możność swoim udziałem wzbogacić ten żywy obraz.
Do stodoły przybyło wielu kolędników. Występy rozpoczął zespół muzyczny kabaretu Tarnina. Zagraliśmy pięć pastorałek: dwie do słów Jana Drechslera, dwie moje i jedną do słów ks. Jana Twardowskiego. Po Tarninie wystąpiła Barbara Lubos-Święs oraz jej córka Justynka. Z Bytomia przyjechali specjalnie Wiesiek Ciecieręga z Mirką Żak, a z Gliwic chór politechniki. Rolę dobrych duchów tego wieczoru spełniali gwarkowie ze Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Tarnogórskiej, którzy częstowali przybyłych chlebem ze smalcem, owocami i grzanym winem. A kiedy zgasło światło świecili dzieciątku gwarkowskimi lampkami oliwnymi. I ja tam byłam, grzane wino piłem, kolędy śpiewałem, a co widziałem wam opowiedziałem
02-01-2012 (15:14)
Ja mam kredyt,
Ty masz kredyt,
On ma kredyt.
Kredyt ma nas!
30-12-2011 (18:33)
W środę pod kopułami na rynku odbył się recital Olgi Pokrywki i Błażeja Kanclerza, którzy śpiewali piosenki Tarniny w nowych blues-rockowych aranżacjach. Próbkę tej muzyki mieliśmy już w czasie Gwarków, gdy występowali na dużej scenie. Błażej od początku istnienia kabaretu Tarnina komponował piosenki do słów Janka Drechslera i moich. Nic więc dziwnego, że zapragnął wykonać je w takiej aranżacji jaką uważał za najlepszą. W dziele tym wsparli go Zbyszek Pokrywka na basie, Bartek Pokrywka na organach i gitarze, Patryk Zdebik na saksofonie, Sławek Dziedzic na perkusji i Irek Dziedzic na gitarze solowej. Koncert udał się doskonale. Przyszło 80 osób plus jeden fan, który przez cały koncert bawił się na zewnątrz. Kto nie był, niech żałuje. Cieszy mnie, że moje teksty i kompozycje żyją, podobają się i są wykonywane przez młodych ludzi. To ma sens.
27-12-2011 (10:08)
Krótkie recenzje książek przeczytanych w grudniu:
1. Wiesław Ciecieręga, „Żelazne dekoracje” – powieść prawdziwa do bólu, początek trochę nużący, ale po kilku stronach się rozkręca
2. Marcina Hałaś, „Lwowskie adresy” – tomik wierszy połączony ze wspomnieniami poety ze Lwowa. Dobre wiersze, stare fotografie, ładnie wydana książka.
3. Marek Niedźwiedzki, „Nie wierzę w życie pozaradiowe” – można sobie podarować, treści niewiele.
4. Aleksandra Klich, „Cały ten Kuc. Biografia niepokorna” – dobrze napisana książka o życiu prawdziwego twardziela.
5. Grzegorz Kielar, „I chyba tak lepiej” – tomik dobrej poezji tarnogórskiego poety.
6. Marcin Meler, Anna Dziewit-Meller, „Gaumardżos! Opowieści z Gruzji” – porywająca opowieść o Gruzinach i ich niesamowitym kraju.
7. Nie skończyłem jeszcze czytać książki „Miłosz. Biografia” autorstwa Andrzeja Franaszka - to nie tylko barwny portret jednego z największych twórców XX wieku, ale zarazem kawał historii tego stulecia, super.
23-12-2011 (19:24)
Byłem wczoraj na spotkaniu autorskim z Weroniką Górską. Przyjechało parę osób z Bytomia i okolic. Przyszli też tarnogórzanie. Weronika jest doktorantką polonistyki, poetką znaną już w naszym śląskim poetyckim grajdołku. Pisze dosyć długie, bardzo intelektualne wiersze. Są to teksty, które podobają się zwłaszcza jurorom konkursów poetyckich, ponieważ wygrała ich wiele. Ma też admiratorów swojej poezji wśród innych poetów i tzw. Zwykłych ludzi. Weronika jest bardzo miłą, ładną, sympatyczną, lecz skrytą dziewczyną, dlatego Krzysiu Tomanek, który prowadził to spotkanie, ciężko się napracował, żeby poetka pokazała swe nieznane dotąd oblicze. Chyba mu się to nawet udało, ponieważ Weronika podobno „otwarła się” – tak powiedziała jej przyjaciółka – ale tempo spotkania w galerii „Inny Śląsk”, bardziej kojarzyło się uczestnikom ze „Śmiercią w Wenecji” niż „Szklaną pułapka”. Po spotkaniu był jeszcze czas na długie Polaków nocne rozmowy i samotny powrót na „Przyjaźń” pustymi ulicami miasta.
19-12-2011 (18:20)
Mam organiczne uczulenie na polityków, ale Vaclava Havla lubiłem. Wyglądał na normalnego sympatycznego gościa i był niezłym poetą, poetą prawdy. Pamiętam pewien jego wiersz wizualny, cytuję z pamięci:
słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa SŁOWO słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa słowa
Niektóre wiersze eksperymentalne Havla są raczej obrazami – to właśnie kaligramy (wiersze wizualne). Autor za pomocą środków graficznych i gramatycznych prowadzi do nieoczekiwanych powiązań. Udaje się mu m.in. w ten sposób demaskować kłamstwa zawarte w politycznych frazesach. I tyle, żeby nie było jak tym wierszu.
13-12-2011 (17:43)
Nadchodzi czas „wigilijek”. Ta świecka tradycja staje się z roku na rok coraz bardziej ekspansywna. Osobiście nie mam nic przeciwko spotkaniom towarzyskim przed świętami. Można pogadać, napić się czegoś, pośmiać się lub posmucić w zależności od nastroju i chęci. Niestety doskonale wiemy, że nie o to chodzi. Na „wigilijce” musi być karp, pierogi, makówki, ciasto itp. Łamanie się opłatkiem i nie najszczersze życzenia od ludzi, których nie zawsze możemy nazwać przyjaciółmi, również nie należą do przyjemności. Nie lubię „wigilijek”, ponieważ nie są Wigilią, tak jak kawa rozpuszczalna nie jest kawą, schabowy z tofu nie jest schabowym, a wirtualne zbliżenie kobiety i mężczyzny nie ma nic wspólnego z wymianą genów, odbywającą się po bożemu. Kiedy biedny uczestnik „wigilijek” spędzi jeden wieczór w towarzystwie kolegów i koleżanek z firmy, drugi wieczór w towarzystwie kolegów i koleżanek z klubu, a trzeci w towarzystwie kolegów i koleżanek z sekcji, to 24 grudnia w gronie rodzinnym na widok karpia wyrastają mu łuski, a przy barszczu dodatkowe uszka. Opanujmy więc to świąteczne szaleństwo, które popycha nas wprost w ramiona absurdu i śmieszności.
11-12-2011 (17:31)
Wczoraj w Tąpkowicach, wraz z zespołem muzycznym Kabaretu Literackiego „Tarnina”, grałem na koncercie charytatywnym dla małej Natalii. To fantastyczne, że ludzie pomagają sobie nawzajem. W tamtejszej gminie motorem tej pomocy byli młodzi ludzie, którzy potrafili zarazić swoim entuzjazmem nauczycieli i wszystkich tych, którym nieobojętny jest los małego dziecka, tak jak obojętny jest urzędnikom NFZ decydującym o tym, kto będzie leczony, a kto nie.
08-12-2011 (14:48)
Kiedy wczoraj zaczął padać śnieg, przypomniało haiku, które napisałem kilka lat temu:
Wokół mnie zima.
Każdy płatek inny, a
ja ciągle szukam.
Czego szukam, kogo? Któż to może wiedzieć. Stan Borys śpiewał dawno temu: „Szukam przyjaciela co mi rękę poda…” i Czesi mieli niezły ubaw z tego szukania, tak jak my z ich laski. Może więc lepiej nie szukać i siedzieć w kącie, aż znajdą cię? Może i tak, ale to nie leży w mojej naturze.
07-12-2011 (08:24)
Wczoraj w Instytucie Mikołowskim odbył się XX Turniej Jednego Wiersza im. Rafała Wojaczka. Tarnowskie Góry były reprezentowane przez Zosię Lesiewicz, Grzegorza Kielara i Krzysztofa Tomanka. Wygrał Tomanek. I bardzo dobrze, bo dobrym poetą jest. Gratuluję i cieszę się, że mamy wśród nas tak twórczych ludzi.
Wczoraj napisałem recenzję tomiku Grzegorza Kielara „I chyba tak lepiej”. Nam nadzieję, że ukaże się na łamach „Gwarka”, dlatego na razie nie będę o nim pisał. W tym roku w Tarnowskich Górach ukazało się sześć książek poetyckich: tomik Ireneusza Barona „Pieśni życia i śniegu”, Alicji Bednarz „Na harfy strunach śpiewam dla ciebie”, Krzysztofa Tomanka „Zaimek Tutaj”, Edwarda Przebieracza „Perły i wiersze”, Grzegorza Kielara „I chyba tak lepiej” oraz Jana Drechslera „Krakowską do nieba”. To bardzo dobry wynik, pozytywnie świadczący o tarnogórskich twórcach.
05-12-2011 (15:14)
3 stycznia na tym blogu pisałem: „Nigdy nie robię żadnych postanowień noworocznych. W tym roku też niczego nie będę postanawiał. Mogę napisać o tym co planuję”.
Dzisiaj chciałbym się rozliczyć z tych planów.
1. „Na początku lutego chcę zorganizować promocję antologii „Czy w tym mieście mieszka poeta” w „Innym Śląsku”, Instytucie Mikołowskim i Bibliotece Śląskiej”.
Zorganizowałem promocję antologii 04.02.2011 w „Innym Śląsku” i 07.04.2011 w Bytomskim Centrum Kultury. W Instytucie Mikołowskim i Bibliotece Śląskiej nie chcieli nas, tłumacząc się zapełnionym kalendarzem imprez.
2. Wraz z „Tarniną” wystąpię w programach granych w lutym, czerwcu, wrześniu i grudniu.
Z „Tarniną” występowałem w następujących programach:
26.03.2011 - „Przygotowanie do życia w tarninie”,
11.06.2011 – „Pięć lat jak pięć dni",
09.09.2011 – „M jak Tarnowskie Góry",
11.09.2011 - piosenki „Tarniny” na dużej scenie w czasie Dni Gwarków,
05.11.2011 - udział w OBCHODACH ŚWIĘTA NIEPODLEGŁOŚCI - DZIEŃ POLSKI W BÉKÉSCSABIE,
25.11.2011 – „Wróżba czy fałsz?”.
Ponadto 10.12.2011 - koncert charytatywny w Tąpkowicach, a 15.12.2011 – pastorałki „Tarniny” w Muzeum Górnośląskim.
3. „Zorganizuję FESTIWAL CHRISTIANA SKRZYPOSZKA połączony z odsłonięciem tablicy pamiątkowej na jego domu”.
Festiwalu nie zorganizowałem, bo nie udało mi się załatwić pieniędzy. Tablicy również nie będzie z powodów architektonicznych. Pisałem o tym na blogu.
4. „Wezmę aktywny udział w „Industriadzie” organizowanej przez Stowarzyszenie Miłośników Ziemi Tarnogórskiej w czerwcu”.
11.06.2011 - wystąpiłem wraz z zespołem Zielona Bawełna na „Industriadzie” w Zabytkowej Kopalni Srebra w Tarnowskich Górach.
5. „Pojadę na wyprawę do Kolchidy w lipcu”.
Do Kolchidy nie dojechałem, ale byłem już niedaleko. W lipcu odwiedziłem kraj Kimeryjczyków, czyli Krym. Kolchidę przekładam na przyszły rok.
6. „Będę żeglował na Solinie w sierpniu”.
Żeglowałem od 25 czerwca do 2 lipca było deszczowo.
7. „Zorganizuję IV Tarnogórski Mityng Literacki, który odbędzie się jako kontynuacja Europejskiego Mityngu Literackiego we wrześniu”.
Nie zorganizowałem, bo nie udało mi się załatwić pieniędzy.
8. „Wezmę udział w pochodzie gwarkowskim”.
Nie poszedłem w pochodzie, bo w tym czasie przygotowywałem się do koncertu na Rynku.
9. „Zorganizuję zaduszkowe odwiedziny na grobach literatów i artystów tarnogórskich”.
Zorganizowałem dwa takie wyjścia: jedno dla dzieci, drugie dla dorosłych.
Nie planowałem, a uczestniczyłem twórczo w następujących imprezach:
06.01.2011 - Prezentacja poezji i pastorałek na „Wieczorze trzech króli” w Stodole Artystycznej w Zbrosławicach.
24.02.2011 – Prezentacja „Poematu o M. M” w ramach „Czwartku Tarnogórskiego” nt witraży kościoła pw. Apostołów Piotra i Pawła.
16.05.2011 - Udział w pracach jury XXV Turnieju Jednego Wiersza w Piekarach Śląskich.
20.05.2011 - Zorganizowanie i prowadzenie spotkania autorskiego z Janem Drechslerem w SP nr 15 w Tarnowskich Górach.
04.06.2011 - Udział w bytomskim XX festiwalu piosenki poetyckiej i autorskiej „Kwiaty na kamieniach".
03.11.2011 - Zorganizowanie i prowadzenie spotkania autorskiego z poetą Piotrem Macierzyńskim w TCK.
Na łamach „Gwarka” opublikowałem trzy recenzje tomików wierszy, które ukazały się w tym roku. - "Gwarek" z 25 stycznia 2011 opublikował recenzję tomiku Ireneusza Barona „Pieśni życia i śniegu”,
- "Gwarek" nr7 z 5 lutego 2011 opublikował recenzję tomiku Alicji Bednarz „Na harfy strunach śpiewam dla ciebie",
- "Gwarek" nr 23 z 7 czerwca 2011 opublikował recenzję debiutanckiego tomiku Krzysztofa Tomanka „Zaimek Tutaj".
Ponieważ czwarta recenzja dotycząca książki Edwarda Przebieracza „Perły i wiersze” nie doczekała się publikacji w gazecie, zamieściłem ją na moim blogu 30.11.2011.
W ogólnym rozrachunku wypada to wszystko chyba nienajgorzej, tym bardziej iż w przeważającej większości moja aktywność jest działalnością społeczną.
01-12-2011 (14:17)
Bardzo podoba mi się wystawa obiektów przestrzennych Izabeli Wyrwy pt. „Przestrzenie – Struktury - Tkaniny” prezentowana w Tarnogórskim Centrum Kultury. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem tę ekspozycję z trotuaru (dawno nie używałem tego słowa, ale pamiętam je wymawiane przez ojca prof. Miodka) przy ul. Sobieskiego, doznałem wrażenia, że patrzę na dziwne akwarium, w którym pływają wielkie ryby wśród raf i wodorostów, poruszających w rytmie morskich pływów. Wszystko to wyglądało zjawiskowo, klimatycznie i poetycko, bardzo pięknie i delikatnie. Kim jest osoba, która robi tak fantastyczne rzeczy? Ze strony TCK dowiedziałem się, że Izabela Wyrwa studiowała w latach 1993-1998 w Akademii Sztuk Pięknych im. Wł. Strzemińskiego w Łodzi na Wydziale Tkaniny i Ubioru, Katedra Druku na Tkaninie. W 1998 otrzymała Dyplom z wyróżnieniem w Pracowni Tkaniny Unikatowej prof. Aleksandry Mańczak. W latach 2000–2008 była asystentem w Pracowni Tkaniny Unikatowej prowadzonej przez prof. Aleksandrę Mańczak. W 2006 roku uzyskała stopień doktora. Obecnie zatrudniona na jest stanowisku adiunkta w Pracowni Druku na Tkaninie prowadzonej przez prof. Włodzimierza Cygana. O swojej pracy pisze tak: „Pojęcie TKANINY ARTYSTYCZNEJ jest dla mnie czymś bardzo subiektywnym. Jest osobistą formą wypowiedzi odzwierciedlającą moje fascynacje i zauroczenia. Myśląc językiem tkaniny, której budowa oparta jest na relacjach osnowy i wątku, traktuję przestrzeń jako osnowę-materię niematerialną, w której kreślę linią, niczym wątkiem, graficzne formy metalowych obiektów. Używając surowców powszechnie niekojarzonych z tkaniną, uzyskuję wartości tkackiej materii. Przestrzeń od zawsze pobudzała moją wyobraźnię i nieustająco prowokuje mnie do działania. Odkrywana za każdym razem na nowo, określa za każdym razem inne relacje z obiektem”.
Wystawa potrwa do 18.12.2011 r. Warto się wybrać, tym bardziej, że wstęp jest wolny.
30-11-2011 (14:54)
Dzisiaj chciałbym przybliżyć dorobek poetycki Edwarda Przebieracza. Pretekstem do tego jest jego tomik wierszy, który ukazał się na wiosnę 2011 roku. Do tej pory ten tarnogórski twórca wydał trzy własne tomy poetyckie: „Wiersze” (1991), „Prawdziwa sława” (1995) i „W krainie chleba. Wiersze z lat 1987-1992” (2000). Każdy, kto zetknął się twórczością Przebieracza wie, należy do grupy polskich poetów religijnych Pokolenia JPII, ponieważ okres jego poetyckiego wzrastania, młodość i wczesny wiek dojrzały, przypadły na czas pontyfikatu Jana Pawła II (1978-2005). Poeta ukończył Studium Filozoficzno-Teologiczne OO. Jezuitów w Krakowie (1991), a następnie na Wydział Teologiczny Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego (1996). Jako poeta katolicki dał się poznać, zdobywając laury wielu konkursach poetyckich. Dla polskiej kultury katolickiej zasłużył się, wydając kilkanaście almanachów poetyckich, kilkutomowy „Mini-słownik polskich współczesnych poetów religijnych”, redagując edukacyjne czasopismo dla dzieci „Łamigłówek Religijny (1992-2009), pisując wstępy do tomików innych poetów, a od 2009 roku prowadząc Wydawnictwo Świętego Macieja Apostoła w Tarnowskich Górach.
Tytuł najnowszego tomu „Perły i wiersze” jest parafrazą biblijnych słów „Nie rzucajcie swych pereł przed wieprze (Mt 7,6). Autor skomponował swą książkę na zasadzie ekwiwalencji. Posłużył się malarstwem europejskim o tematyce religijnej jako pretekstem do własnych, krótkich, syntetycznych, rozważań teologicznych. Znajdziemy tu zapisy monologów wewnętrznych i prób autorefleksji. W publikowanych wierszach brakuje często jakiegokolwiek opisu rzeczywistego dzieła artystycznego, przywoływanego w tytule wiersza. Wynika stąd, że tytułowe dzieło plastyczne jest tylko inspiracją do własnych konstrukcji poetyckich autora. Krakowski poeta i dr n. hum. Marek Mariusz Tytko z Uniwersytetu Jagiellońskiego twierdzi, że konkretne sytuacje liryczne – tworzone przez Przebieracza - czasem pełne paradoksów, mają na celu, uwypuklić przesłanie moralne lub religijne konkretnego wiersza. Dla przykładu można wskazać, że w jednym z utworów pojawia się wątek „pięciu dróg”, tj. pięciu tzw. dowodów na istnienie Boga, autorstwa nieprzywołanego z imienia Doktora Kościoła - św. Tomasza z Akwinu (1225-1274), skojarzonych z pięciu ranami Chrystusa (koncept poetycki): „rany / pięć dowodów / na istnienie Boga / (...) od życia do śmierci / od śmierci do życia / droga krótka / i jej kierunek trzeba wybrać sobie / trzy dni / czy na zawsze / Chrystus pozostanie w grobie” („Martwy Chrystus” Andrei Mantegni).
Autor ukazuje człowieka, dokonując licznych reinterpretacji. Podlegają jej mity greckie i ewangelia, pojawiają się wątki antropologiczne, poetyckie opisy Chrystusa, Maryi, świętych, papieża, aniołów itp. W nowoczesnej formie wiersza wolnego, „Różewiczowskiego” zawarte są najważniejsze przesłania religijne i filozoficzne. Tytko zwraca uwagę, iż fakt podejmowania przez chrześcijańskiego autora ważnej tematyki chrystologicznej i eschatologicznej (śmierć, zmartwychwstanie) w nowoczesnej formie, skłania do mówienia o „nowej metafizyczności” poezji Edwarda Przebieracza i jej „eschatologizmie”, w rozumieniu teoretyczno-literackim. Cechą wyróżniającą jego twórczość w omawianym tomie jest syntetyczność i skrótowość, pragnienie, aby poprzez skrót ukazać niewypowiedzianą pełnię Boga i niepełność człowieka, przygodność oraz fragmentaryczność ludzkich ujęć Tajemnicy Stwórcy.
Edward Przebieracz w tomiku „Perły i wiersze” niejednokrotnie odwołuje się do motywów i postaci mitologicznych: Odysa, Dedala, Ikara, Ariadnę, Achillesa etc., ale reinterpretuje je i chrystianizuje. Niektóre wiersze przypominają utwory Zbigniewa Herberta (1924-1998), ponieważ występują w nich wątki greckie, ale tarnogórski poeta nadaje im chrześcijański charakter, czego nie ma w „mitologizującej” poezji Herberta. Ciekawy jest wątek Maryi wpisany w postać Ariadny: „uklęknę przed Tobą / Moja Ariadno- / Maryjo / złożę dłonie / ocaleję” („W labiryncie”). Ariadna-Maryja podaje człowiekowi nić prowadzącą do Boga, nić mającą wyprowadzić człowieka z labiryntu grzechu.
W nowy sposób odczytał Edward Przybieracz idę pustelnictwa reprezentowaną przez Szymona Słupnika, mieszkającego na wysokiej kolumnie (słupie), będącego autorytetem dla wiernych. Rolę „słupa” pełnią dziś przedmioty konsumcyjne, ale zasada ucieczki od społeczności w samotnictwo pozostaje niezmienna, zmieniają się tylko rekwizyty.
Bardzo wazny jest współczesny język i metaforyka, którą autor wprowadza czytelnika w klimaty Herberta, Różewicza, Szymborskiej, Grochowiak lub Nowaka, wplata wątki chrześcijańskie i przetwarza, reinterpretując. Dr Marek Mariusz Tytko podkreśla, że przetworzenie to nie ma charakteru postmodernistycznego.
Szczególnie mi bliskim jest wiersz, będący poetyckim opisem ostatniej wspólnej podróży pociągiem poety Przebieracza i jego zmarłego przyjaciela, tarnogórskiego poety Jana Tytki (1946-1996) z turnieju poetyckiego, odbywającego się w domu Edyty Stein w Lublińcu. Janowi Tytce, przedwcześnie zmarłemu, autorowi zbiorów wierszy: „Krzyż w obłokach” (1990), „Witraż” (1990), „Mikołajki” (1990), „Obietnice” (1991), „...i jeszcze najdalej...: (wiersze)” (1991) poświęcił Przebieracz bogaty w odniesienia kulturowe wiersz bez tytułu, w którym znalazły się motywy również ze słynnego obrazu pt. „Wstąpienie do raju niebiańskiego” Hieronima Boscha, (ok. 1450-1516).
Nie jestem człowiekiem religijnym, ale wiersze z tomiku „Perły i wiersze” przeczytałem z przyjemnością, tym bardziej, że jest ładnie wydany ze świetnymi kolorowymi reprodukcjami malarstwa europejskiego. Zachęcam do lektury tej ksiązki.
29-11-2011 (14:15)
W niedzielne południe idę sobie ulicą Szpaków, a tam płonie kontener na śmieci żywym ogniem wysokości dwóch metrów. Podchodzę do furtki i naciskam na dzwonek. Wiatr wieje. Ogień przenosi się na stojącą obok choinkę, która w mgnieniu oka zamienia się pięciometrową pochodnię. Dzwonię dalej, bo nikt nie otwiera, a choinka już spalona i ogień przenosi się na kolejną choinkę. Wiatr wieje. Nie zdejmuję palca z dzwonka, bo wiem, że ktoś musi być w środku. Przed domem stoi samochód. Gdy dopala się drugie drzewko, mężczyzna otwiera drzwi i patrzy bezradnie jak ogień zaraz zacznie trawić dorobek jego życia. Bierz pan gaśnicę lub szlauch z wodą…
Wczoraj ktoś zapytał mnie, czy to wszystko ma sens i jaki on, ten sens, jest i na czym polega? Odpowiedziałem, że moim zdaniem nasze życie, ma taki sam sens jak życie pająka, jaszczurki, krowy lub kota. Problem polega na tym, że jesteśmy zbyt zarozumiali, aby to zaakceptować.
Tak się złożyło, że w tym samym czasie na sąsiednim blogu Zoja zastanawiała się, co w życiu ma tak naprawdę sens, co ma wpływ na to jak się zachowujemy, co myślimy, mówimy, robimy itp. Czy lepiej żyć złudzeniami, czy realnie, twardo i obiektywnie traktować rzeczywistość. Myślę, że powinniśmy postępować tak, żeby mieć dobre samopoczucie, a jeżeli wymaga to czasami poddania się złudzeniom to trudno. Rozczarowanie przychodzi prędzej czy później, więc jeżeli można je choć trochę odwlec, to trzeba to zrobić. W końcu lekarze przepisują ludziom antydepresanty.
26-11-2011 (19:26)
Z przyjemnością informuję, że wczoraj wieczorem Grzegorz Kielar otrzymał II nagrodę w XV Turnieju Jednego Wiersza im. Stanisława Horaka w Bytomiu. Czuję się ojcem chrzestnym tego sukcesu, ponieważ namówiłem go do przeczytania tego właśnie wiersza. To piękny głęboko humanistyczny utwór o kondycji ludzkiej. Kielar jest świetnym poetą, co do tego nie ma wątpliwości.
A oto nagrodzony wiersz:
IRUŚ
przywieźli go którejś nocy cichaczem
jakby nieco wstydliwie
rano okazało się że Iruś ma 64 lata
odleżyny na kości ogonowej i pampersy
na zmianę
z pewnością mapę sufitu poznał lepiej
niż własną kieszeń
jego dłonie są małe i papierowe
Iruś jest kruchy ciut zmięty
i zdecydowanie małomówny
ożywia się jedynie w godzinach
wieczornych podczas oklepywania
przez siostrę Małgorzatę
ewentualnie wczesnym rankiem
witając dzień cichym w imię Ojca i Syna
sąsiednie łóżko robi wtedy dyskretnie
znak krzyża
Iruś jest nieskomplikowany
raczej łatwy w obsłudze
i przewidywalny
od czasu do czasu wysyła proste
komunikaty kupa okno ptaki
podawane w różnej kolejności
dzisiaj rano siostra Małgorzata
otworzyła okno
na parapet sfrunęły dwa gołębie
te ptaki ci się należą
Iruś
24-11-2011 (09:19)
Jutro, w piątek 25.11.2011 r. o 20.00, premierowy spektakl andrzejkowy „Wróżba albo fałsz”.
Chodźcie ludzie ze wsi z miasta,
bo tarnina wam wyrasta,
tu pod bokiem pomalutku
kiedy się topicie w smutku.
Jutro program w Kurnej Chacie,
załóż więc odświętne gacie
lub sukienkę od Gucci`ego
no i pospiesz się kolego – koleżanko
Zapiąć pasy, bo ruszamy!
Opowiemy, zaśpiewamy,
o miłości i o śmierci,
który się tam z tyłu wierci.
Komu ciepło, duszno komu,
niechaj idzie spać do domu.
A my bawmy się do rana!
Niech ubija się śmietana (piana, pijana)!
23-11-2011 (13:57)
Wczoraj dostałem nową książkę Janka Drechslera, tomik z wierszami i piosenkami pt. „Krakowska do nieba”. Wszyscy, którzy zetknęli się z kabaretem literackim „Tarnina”, wiedzą jak pisze Janek. Dla pozostałych powiem, że są to utwory tradycyjne w formie, rymowane, satyryczne lub liryczne. Wiele z nich poświęconych jest Tarnowskim Górom, tak jak tytułowy wiersz „Krakowską do nieba”. Wydanie tego tomiku było bardzo cenną inicjatywą, ponieważ wzbogaciło zasób wierszy o naszym mieście. Nie od rzeczy byłoby teraz umieszczenie na stronie Urzędu Miasta zakładki zatytułowanej np. POECI O TARNOWSKICH GÓRACH, gdzie ludzie mogliby się zapoznać z utworami o naszym mieście. Myślę, że byłaby to niecodzienna i interesująca reklama. Pomijając Drechslera, wspaniałe wiersze o TG napisał Michał Baczyński, Bolesław Lubosz, Krystian Krzemiński i ja też jakieś popełniłem. Umieszczenie takiej zakładki informowałoby odwiedzających tę stronę, że TG są miastem, w którym dba się nie tylko kanalizację, oczyszczalnię ścieków lub drogi, ale potrafimy w codzienność wnieść odrobinę liryki.
Wracając do ksiązki Drechslera, zachwyca mnie szata graficzna, w jaką przyoblekła ją Ania Krztoń. Ta młoda graficzka robi fantastyczne rzeczy i jeszcze raz udowodniła, że w pełni zasłużyła na Nagrodę Burmistrza jaką otrzymała w bieżącym roku. Wiem, iż nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa i kolejne jej realizacje, będą jeszcze lepsze.
22-11-2011 (14:32)
„Nagrywam ostatnio audiobooki. W tej chwili jest 7, a docelowo będzie chyba 12. Bierz Andrzeju przykład ze starszego kolegi” – napisał do mnie Jerzy Piątkowski. Ten urodzony w 1943 roku poeta krakowski, zaliczany do współtwórców Nowej Fali wraz z Julianem Kornhauserem, Adamem Zagajewskim, Stanisławem Stabro i Witem Jaworskim, tworzył grupę poetycką „Teraz”. To bardzo ważna grupa w historii polskiej literatury i wspaniali poeci. W czasie mojej obecności w Krakowie w latach 1983 – 87 Piątkowski był sekretarzem redakcji tygodnika „Za i przeciw” mieszczącym się przy ulicy Podwale 3/5. Udostępniał pomieszczenia redakcji na poniedziałkowe spotkania młodych poetów, wśród których oprócz mnie znaleźli się Danuta Brodzik, Krzysztof Mikołajek, Lucyna R. Malina, Marek Mariusz Tytko i Jerzy „Walerek” Welter. Założyliśmy w listopadzie 1986 roku efemeryczną grupę poetycką FIX. Grupa nie odegrała żadnego znaczenia, ale przyjaźń z Jerzym przetrwała. To wspaniały, prawdziwie humanistyczny poeta. Zachęcam do zapoznania się z jego twórczością na przykład poprzez stronę http://virtualo.pl/jerzypiątkowski/, a do audiobooka się przymierzam już od paru miesięcy.
21-11-2011 (15:13)
W tym tygodniu odbywa się V BYTOMSKA JESIEŃ LITERACKA pod patronatem Prezydenta Bytomia Piotra Koja. Przez cały tydzień możemy uczestniczyć w imprezach literackich. Imprezy rozpoczynają się dzisiaj o 19:00 w klubie „Brama” przy ul. Chrobrego 1, gdzie odbędzie się koncert działającej w BCK grupy poetyckiej „Obok Sceny”.
We wtorek o 16:00 XXX Bytomska Scena Recytatora w MDK nr 1 przy Powstańców Warszawskich 12.
W środę o 19:00 koncert jubileuszowy Wiesława Ciecieręgi na głosy i orkiestrę symfoniczną z okazji 25-lecia działalności twórczej.
W czwartek w BCK odbędzie się wieczór promujący nową powieść Wieśka Ciecieręgi „Żelazne dekoracje” oraz książkę Marcina Hałasia „Lwowskie adresy”. Powieść Ciecieręgi przeczytałem. Jest bardzo poruszająca i odwołuje się do elementarnych ludzkich (męskich) odruchów (uczuć).
V Bytomską Jesień Literacką zakończy XV Turniej Jednego Wiersza im. Stanisława Horaka, który będzie miał miejsce w Biurze Promocji Bytomia na Rynku 7 o godz. 17.00. Myślę, że tarnogórscy poeci zdobędą tam większość nagród.
Bardzo cieszy mnie to, że Bytomiowi udaje się to co nie udało się w TG. Mam na myśli cykliczność w organizowaniu pewnych zdarzeń literackich. Pozdrawiam Wieśka Ciecieręgę z okazji jego jubileuszu.
20-11-2011 (18:31)
Oddano kolejne nowe centrum handlowe obok Kauflanda. Byłem tam dzisiaj i po zawartości tych sklepów wnioskuję, że oceniono tarnogórzan jako zapyziałą małomiasteczkową biedotę. Od Chińskiego Centrum Handlowego począwszy, poprzez Deichmana, w którym niemal wszystkie buty wykonano ze skaju lub dermy, jak mawiano onegdaj, co gwarantuje przepocone, śmierdzące stopy, a skończywszy na Empiku, w którym jest mniej książek niż w Matrasie przy Krakowskiej. Pozostałe dwa sklepy prezentują towar z gatunku „wszystko po 4 złote”. Nie chcę przez to powiedzieć, że tarnogórzanie są tak bogaci, iż zasługują na markowe butiki z towarami sygnowanymi przez Karla Lagerfelda, Paco Rabanie lub Versace, ale już od dawna wiadomo, że biednych nie stać na tanie rzeczy.
19-11-2011 (12:29)
Ulica Doniecka na osiedlu „Przyjaźń” jest jednokierunkowa, ale przez pierwsze 300 m. jest szeroka i ma normalne dwa pasy ruchu. Mieszkający na tym odcinku lokatorzy 5 domków jednorodzinnych (ok.10 samochodów + klienci do warsztatu naprawy urządzeń hydraulicznych) powinni objeżdżać cały kwartał bloków, żeby wyjechać na ul. Janasa obok warsztatu samochodowego „Autodoktor”. Niestety tak się nie dzieje i trudno się dziwić, że ktoś jedzie pod prąd, mając do przejechania 50 lub 100 m. zamiast zrobić 800 lub więcej w zależności od kierunku, w którym chce jechać. Piszę o tym, bo nic złego nie stałoby się, gdyby znak jednokierunkowości znajdował się te 300 m. dalej przy pierwszym skrzyżowaniu. Nikt wtedy nie musiałby łamać przepisów ruchu drogowego. W tej sytuacji jaka jest teraz, zagrożenie jest znacznie większe, ponieważ wjeżdżamy w Doniecką z Janasa, nie spodziewając się samochodu z przeciwnej strony, a to może doprowadzić do czołowego zderzenia. Może dałoby się to zmienić urzędowo albo niewidzialna ręka przestawi znak we właściwe miejsce.
17-11-2011 (14:12)
W poniedziałkowych „Rozmowach” prowadzonych w TV Kultura padły słowa, że niedofinansowaniu kultury winni są nauczyciele, którzy jak wiadomo nic nie robią, a ciągle dostają podwyżki i rewaloryzacje. Fakt, że nieszczęsna „Karta Nauczyciela” daje im takie przywileje, odbija się bezpośrednio na kulturze, ponieważ gminy zamiast inwestować w kulturę, muszą płacić tym obibokom m.in. za urlopy zdrowotne. We wtorek „Gwarek” informował, że w tym roku miasto wyda na urlopy zdrowotne nauczycieli - o ile mnie pamięć nie myli -1,4 mln. zł. W pierwszej chwili pomyślałem, że w TV Kultura uczeni w piśmie mieli rację, bo wyżej wymieniona kwota pozwoliłaby na działalność kulturalną wielu organizacji pozarządowych i ja też mógłbym zorganizować jakiś mityng literacki, ale zaraz potem przypomniałem sobie słowa: „Andrzej, jak przestaniesz palić, to będziesz miał pieniądze na inne przyjemności". Przestałem, niestety, żadna przyjemność nie stała się moim udziałem. Kiedy po paru miesiącach zdałem sobie z tego sprawę, poszedłem najkrótszą drogą do sklepu po papierosy. Po takich doświadczeniach nie jestem już tak naiwny, żeby wierzyć, iż likwidacja płatnych urlopów zdrowotnych nauczycieli poprawi sytuację materialną kultury tarnogórskiej, bo zawsze znajdzie się jakaś dziura, którą będzie trzeba załatać w pierwszej kolejności.
PS.
Od 10 lat nie byłem na L4. 11 września 2001 - kiedy dwa spośród porwanych samolotów rozbiły się o bliźniacze wieże World Trade Center w Nowym Jorku, trzeci zniszczył część Pentagonu, ostatni (opóźniony) samolot United Airlines 93 nie dotarł do celu, bo rozbił się na polach Pensylwanii ok. 15 min. lotu od Waszyngtonu, a przypuszcza się, że miał uderzyć w Biały Dom lub Kapitol, choć nie jest to pewne - wycinano mi migdałki w Szpitalu nr 3 w TG. Na urlop zdrowotny też się nie wybieram.
15-11-2011 (14:37)
Tak się utarło, że na TCK trzeba wieszać psy, bo nic się nie dzieje, bo ma przerost zatrudnienia, bo przejada fundusz przeznaczony na kulturę itd. Ci, którzy odwiedzają często tę placówkę wiedzą, że jest inaczej i nie zamierzam rozpisywać się w tym miejscu w jego obronie. TCK jest miastu potrzebne, wręcz niezbędne. Musi być dobrze wyposażone: scena duża i kameralna, oświetlenie, nagłośnienie, kino, sprzęt do eksponowania prac, rzutniki multimedialne i mityczne ogrzewanie, żeby ludziom było w zimie ciepło.
Animatorzy kultury, jak sama nazwa wskazuje, muszą ją ożywiać, czyli robić coś czego jeszcze nie było. Mogą to robić wspólnie z TCK lub odrębnie, zdobywając fundusze od mecenasów. Pieniędzy zawsze będzie zbyt mało. Przez ponad 20 lat zajmowałem się animowaniem kultury w TG i wiem co mówię. Sztuka rozwija się najlepiej w niedostatku. Jest kryzys, więc najpierw obcina się pieniądze na kulturę, bo jak mówi mój przyjaciel Jacek Tarski, wszyscy wiedzą, że ta sztuka tak naprawdę nie jest nikomu do niczego potrzebna. Skoro tak, postanowiłem uczynić z niej produkt naprawdę elitarny, pożądany. Jeżeli na spotkania autorskie przychodzi średnio 20 osób, to nie trzeba tego robić w TCK lub galerii, tylko można zorganizować takie spotkanie w domu jedynie dla wtajemniczonych. Podobnie z innymi imprezami. Róbmy je dla siebie i ludzi, którzy chcą w nich uczestniczyć, a nie dla społeczeństwa, miasta, regionu lub Polski. Twórzmy salony literackie, muzyczne, artystyczne. Mickiewicz i Szopen też występowali w ten sposób. 40 tys. na kulturę, a 100 tyś. na sport dla organizacji pozarządowych wskazuje jednoznacznie czym się powinniśmy zająć, żeby nie skakało nam ciśnienie, brzuchy nie rosły od siedzenia i picia piwa i żebyśmy wreszcie rzucili to okropne palenie, od którego mamy ziemistą cerę i nieświeży oddech. 40 tys. na kulturę to akurat jest kwota, za którą można zorganizować jedna ciekawą imprezę. Trzeba się umówić kto napisze wniosek w imieniu wszystkich organizacji pozarządowych i zrobić jedną wielką kilkudniową kulturalną domówkę.
14-11-2011 (14:20)
Wracając z Zakopanego postanowiłem wstąpić do Muzeum Narodowego w Krakowie, które po raz pierwszy w Polsce prezentuje wystawę obrazów Williama Turnera, największego malarza angielskiego romantyzmu, prekursora impresjonizmu i symbolizmu. Artysty, który w swoich widokach wody i chmur zbliżył się do malarstwa abstrakcji. Wystawę przygotowało Bucerius Kunst Forum w Hamburgu. W Gmachu Głównym można oglądać osiemdziesiąt cztery prace Turnera przedstawiające żywioły: ziemi, wody, powietrza i ognia, pochodzące z Galerii Tate oraz kilku kolekcji angielskich i amerykańskich.
Ziemia to przede wszystkim akwarele przedstawiające pejzaże górskie Wielkiej Brytanii, Italii i Austrii. Ich klimat najbardziej jest zbliżony do malarstwa romantycznego przepojonego grozą. W tym stylu mieści się również żywioł wody, chociaż tutaj można znaleźć wiele prac dotykających abstrakcji. Wydaje mi się, że duże olejne obrazy są bardziej tradycyjne w formie, bo prawdopodobnie przeznaczone były na sprzedaż. W małych akwarelach pozwalał sobie na więcej eksperymentów. Powietrze to przede wszystkim przedstawienia chmur, a ogień to pożary i wybuchy wulkanów. Najsłabiej wychodziło Turnerowi malowanie postaci ludzkich. Uważam, że gdyby ich nie było na prezentowanych obrazach, zyskałyby na wartości artystycznej.
Oglądając krakowską wystawę, ciągle miałem przed oczyma akwarele mojego krewnego, nieżyjącego już Augustyna Widery. Wujek August był nauczycielem, muzykiem i plastykiem, pasjonatem gór, szczególnie Tatr. Miał ponad 60 lat, gdy przeszedł ze mną -siedemnastolatkiem Orlą Perć, od Kasprowego do zejścia Żlebem Kulczyńskiego i powrotem z Murowańca przez Skupinów Upłaz do Kuźnic. O Tatrach wiedział wszystko. Znał każdy kamień, każdy załom. Gdy zatrzymywaliśmy się na jakimś szczycie i zaczynał opowiadać, niemal jak Sabała, zaraz wokół gromadziło się mnóstwo ludzi. Słuchali, zadawali pytania, dziwili się niepospolitej wiedzy. Niejednokrotnie musiałem przerywać te konferencje, bo droga była daleka, a czasu mało. I chodziliśmy tak po Tatrach cały tydzień - na Granaty, na Czerwone Wierchy, na Kominiarski Wierch, na Rysy. A potem dostałem na pamiątkę akwarelkę przedstawiającą widok z Orlej Perci całkiem w stylu Turnera. Oprócz Tatr wujek August malował konie (w stylu Kossaka), martwe natury (do zawieszenia w stołowym pokoju) i święte rodziny (do zawieszenia nad małżeńskim łóżkiem w sypialni). Myślę, że gdzieś we mnie ciągle mieszka cząstka wujka Augusta, ta od szkoły, Tatr, akwareli i muzyki.
13-11-2011 (18:32)
Pojechałem w Tatry, by spróbować odzyskać równowagę psychiczną. Pogoda była jak piękna i zimna kobieta, taka którą się kocha bez wzajemności. Rankiem dygotałem z zimna, około południa wylewałem z siebie hektolitry potu, podchodząc pod kolejne szczyty, bo trzeba się było zmęczyć tak bardzo, by przestało się myśleć, póki jeszcze można się ruszać. Wieczorem znowu mróz i przepocone łachy przymarzające do pleców.
Czy kiedy góral pisze „świerzy ser”, rzeźbiąc misternie literki w desce, a potem przybija ją do drąga, tak by wszyscy widzieli, to jako niedouczony baca nie wie, że popełnił błąd ortograficzny? A może jego ser jest świerzy, a nie świeży i w ten sposób daje ceprom dyskretny sygnał co do jakości swego towaru. Jakby co, zawsze może powiedzieć, co wom się panocku nie podobo, przeca było napisane, że syr jes świerzy.
Górale nie potrafią także zdecydować się, jaka powinna być pisownia rzeczownika nazywającego biały owczy ser: bundz czy bunc. Prawdę mówiąc, ja też nie wiedziałem i obstawiałem pisownię bunc, ze względu na znany mi rzeczownik bunclok, czyli w gwarze śląskiej kamionkowy garnek do kiszenia kapusty, ogórków lub do kwaśnego mleka. Niestety pomyliłem się. Po sprawdzeniu w słowniku poprawnej polszczyzny okazało się, że pisze się bundz.
W Zakopanym zawsze mieli problemy z ortografią. Pamiętam, że przez całe lata osiemdziesiąte kwiaciarnia znajdująca się 100 m. od wabiła klientów pięknym rzeźbionym i przypalanym szyldem KWIECIARNIA. Nie kupowałem tam nigdy kwietów, ale dzisiaj chętnie bym to zrobił.
09-11-2011 (08:31)
W miasteczku niewielkim
jak główka od szpilki
na tycim ryneczku
niewielkie budynki
pośród wzgórz nisokich
pagórków jak baby
rzeczułka się wije
jakby dla zabawy
W jej nurt się zanurzam
z jej wirem wiruję
do drzew
do ludzi
do koni
do koni
do ludzi
do drzew
i dalej w koło
do ludzi
do drzew
do koni
do koni
do drzew
do ludzi
woda studzi czoło
gdy mi się zdaje
że wszystko w około
topielice wiedźmy
strzygi dziwożony
co rzucają na mnie
swoje długie cienie
i czuję jakby mnie
ubywało jakby
było mnie coraz mniej
aż przerażony krzyczę
o Zbrosławice ty bramo raju
przez którą kobiety nas wpuszczają
do piekła
07-11-2011 (11:51)
Na stronie Ambasady Rzeczpospolitej Polskiej w Budapeszcie (http://www.budapeszt.polemb.net/) znalazła się następująca informacja:
OBCHODY ŚWIĘTA NIEPODLEGŁOŚCI - DZIEŃ POLSKI W BÉKÉSCSABA
5 listopada 2011 r. Samorząd Mniejszości Polskiej w Békéscsaba oraz tamtejsze Stowarzyszenie Kulturalne Przyjaźni Polsko-Węgierskiej już po raz jedenasty zorganizowały Dzień Polski. Na uroczystość przybyła delegacja z Tarnowskich Gór, miasta partnerskiego Békéscsaba. W części artystycznej wystąpili artyści z Tarnowskich Gór; w programie znalazły się: wieczór poetycki Andrzeja Kanclerza, program muzyczno-literacki zespołu kabaretowego „Tarnina”, otwarcie wystawy graficznej Anny Krztoń. Na spotkanie przybyła miejscowa Polonia oraz węgierscy goście. Uroczystość miała miejsce w Domu Kultury na Osiedlu Lencsési, którego dyrektor, Péter Takács jest jednocześnie radnym miasta. Gościem spotkania była też konsul Anna Derbin.
Spotkaliśmy się ze znakomitym i ciepłym przyjęciem Węgrów i Polonii. Pani konsul Anna Derbin nie szczędziła nam ciepłych słów. Może zresztą nie skończy się na słowach, ale nie zapeszajmy. Swoje wiersze recytowałem razem z panią Nurą. Była doskonale przygotowana i interpretowała je w ten sam sposób co ja. Koncert zagraliśmy żywiołowo. Ludzie bawili się razem z nami. Grafiki Ani Krztoń doskonale prezentowały się na ceglanych ścianach domu kultury. Trudno było oderwać od nich wzrok. Ania usłyszała tego wieczora wiele ciepłych słów. Była TV i prasa, więc zaczynamy międzynarodową karierę. W Budapeszcie już podobno zaczyna się spekulować o zaproszeniu nas do węgierskiej edycji tańca z gwiazdami.
03-11-2011 (12:42)
Dziękuję wszystkim, którzy wraz ze mną odwiedzili groby tarnogórskich poetów i prozaików. Dziękuję tym goręcej, że było nas tak niewiele. Zapaliliśmy znicze na grobach Jana Tytki, Mariana Wilka, Ani Kiełbusiewicz, Jasia Adamczyka, Bolesława Lubosza, Józefa Piernikarczyka, Jana Nowaka i pod krzyżem za Christiana Skrzyposzka, Marka Zagórskiego, Jadwigi Dragon-Kulczyńskiej. Nie zapomnieliśmy też o Andrzeju Wanothcie, leżącym na cmentarzu w Starych Tarnowicach. Potem jeszcze w Kurnej Chacie odprawiliśmy dziady.
Dzisiaj o 18.00 w TCK czeka mnie jeszcze spotkanie autorskie z Piotrem Macierzyńskim. Bardzo się cieszę, że osobiście go poznam, bo to świetny poeta. A w nocy wraz z przyjaciółmi z „Tarniny” wyjeżdżamy na Węgry, aby wystąpić na obchodach Dnia Polskiego w Bekescsabie. „Tarnina” zagra koncert, Ania Krztoń otworzy wernisaż swych dyplomowych grafik, a ja będę miał spotkanie autorskie. Już ponad 20 moich wierszy zostało przetłumaczonych na węgierski. Część z nich można przeczytać na mojej stronie www.andrzejkanclerz.pl w zakładce tłumaczenia.
24-10-2011 (14:37)
Serdecznie zapraszam 2. listopada na tradycyjne zaduszki literackie. Odwiedzimy groby poetów i artystów tarnogórskich na starym i nowym cmentarzu. Zbiórka o godz. 17.00 przed kościołem św. Józefa w Tarnowskich Górach.
3. listopada 2011 o godz. 18.00 w Tarnogórskim Centrum Kultury, (sala Czarna Obca), zapraszam na wydarzenie literackie tego roku, spotkanie autorskie z Piotrem Macierzyńskim (ur. 1971); jednym z najciekawszych poetów tworzących obecnie w Polsce, laureatem ponad 200 konkursów poetyckich, który swoje wiersze publikował m.in. w „Studium”, „Kwartalniku Artystycznym”, „Lampie”, „Akcencie”, „Ha!arcie”. Wydał tomiki „Danse macabre i inne sposoby spędzania wolnego czasu” (Kraków 2001), „tfu, tfu” (Kraków 2004), „Odrzuty” (Kraków 2007), „Zbiór zadań z chemii i metafizyki”(Kraków 2009). http://www.piotrmacierzynski.republika.pl.
Wstęp wolny.
20-10-2011 (14:18)
Wczoraj na Warsztatach Literackich w Tarnogórskim Centrum Kultury (zapraszam wszystkich w środy o 18.00) wywiązała się dyskusja na temat języka kościoła, który moim zdaniem jest archaiczny i nie przystający do naszych czasów. Kiedy Jezus w swoich przypowieściach używał metafor i porównań, to odnosiły się one do świata doskonale znanego ludziom, do których mówił. Mówił do pasterzy, właścicieli kóz i owiec, dlatego tak często pojawia się motyw baranka, trzody, zagubionej owcy itp. A ilu pasterzy jest dzisiaj w Polsce? Dowiedziałem się, że w Nowej Gwinei od wielu lat trwają prace translatorskie nad dostosowaniem Biblii do miejscowych warunków, gdzie nie znane są ani owce, ani barany, za to miejscowi ludożercy hodują świnie. Ponoć w tym tłumaczeniu Baranek Boży to Świń Boży i nikomu się to nie kojarzy negatywnie. Powtarzam to co usłyszałem, więc proszę nie krzyczeć, że bluźnię. Przecież w krajach, które stosunkowo niedawno przyjęły chrześcijaństwo, wiele pogańskich obyczajów zostało włączonych do obrządku. Krzysiu Tomanek opowiadał o wsi Łany Wielkie, gdzie w czasach pogańskich na miejscu dzisiejszej świątyni istniało miejsce kultu Świętowida, ale nawet teraz figury świętych ustawione wokół kościoła przypominają tego pogańskiego boga, bo ich twarze skierowane są na cztery strony świata.
Z innej beczki. Dowiedziałem się, że Czeszki są pragmatyczne do bólu i twardo stąpają po ziemi, co widać nawet po butach które noszą. Gdy Czech umawia się z dziewczyną na piwo, to można iść, lecz gdy na kawę to wiadomo, że chodzi o konsumpcję znajomości . Poza tym to czeski luz i maniana.
18-10-2011 (14:33)
Dzisiaj przeżyłem fantastyczne chwile za sprawą Oli Kowalskiej, która udostępniła mi studziesięcioletni egzemplarz czasopisma „Chimera”, chyba jeden z pierwszych, o ile nie pierwszy, nie wiem, bo brakuje mu części okładki. „Chimera” była najbardziej profesjonalnym pismem modernistycznym, wydawanym nieregularnie przez Miriama (Zenona Przesmyckiego). Posiadała własny, specjalnie wytwarzany papier, wysoki poziom druku oraz oryginalną czcionkę. Było to pismo elitarne, skupiające się głównie na literaturze i sztuce, i może właśnie dlatego drukowano jedynie 600 egzemplarzy. Miriam realizował w piśmie własną filozofię. Uważał, że sztuka powinna być ambitna i sprzeciwiał się kulturze masowej. Teraz, kiedy trzymam w dłoniach ten gruby egzemplarz formatu B5 uświadamiam sobie jak niewiele ucierpiał przez te 110 lat. Pomijając brak pierwszej okładki, papier jest w świetnym stanie, numer jest zszyty, ilustrowany wspaniałymi secesyjnymi grafikami Wyspiańskiego i Bileka. To wyjątkowe czasopismo, które bardziej jest książką jak np. współczesna „Literatura na świecie”. Wielką przyjemnością jest obcowanie z takim przedmiotem. Rodzajem literackiej podróży w przeszłość. Kogo tam spotkałem? Słowackiego, Nietzschego, Kasprowicza, Brzozowskiego, Staffa, Wyrzykowskiego, Berenta, Przybyszewskiego, Rimbauda, Keatsa i kilku innych pomniejszych.
U Nietzschego znalazłem fragment, z którym się identyfikuję:
„Ludzie bardzo smutni zdradzają się, gdy są szczęśliwi: mają właściwy sobie sposób przyjmowania szczęścia, jakby je chcieli z zazdrości zadławić i zdusić, - ah, wiedzą aż nadto dobrze, że ono ich odbiegnie!”
17-10-2011 (17:42)
Dzień Nauczyciela to nie Dzień Górnika. Zawsze zazdrościłem górnikom ich święta. Mundury, pióra, karczmy piwne, wesoła zabawa. I nikt im nie mówił o misji, wizji i powołaniu. W tym roku obchodzę jubileusz 25-lecia pracy zawodowej. Obliczyłem, że moi najstarsi uczniowie mają 37 lat. Pal licho uczniowie, ale dotyczy to również uczennic. Oczywiście, że mam powołanie, misję i wizję swojej pracy, ale nie chce mi się o tym gadać, a szczególnie nie lubię, gdy ktoś, kto nie ma pojęcia o pracy w szkole, wyciera sobie usta tymi sloganami tylko dlatego, żeby usprawiedliwić liche zarobki. Nie jestem księdzem, nie ślubowałem ubóstwa. Jestem wysoko kwalifikowanym fachowcem i za moją pracę trzeba mi godziwie zapłacić.
Sobotę i niedzielę byłem w Poznaniu. Co raz bardziej podoba mi się to miasto. Wokół Malty ludzie spacerują, biegają, jeżdżą na rolkach i rowerach. Dystans wokół jeziora to ok. 5 km. Zakochane pary obściskują się na ławkach. Inni siedzą i piją wodę, soki, piwo itp. Kilometr dalej w katedrze na Ostrowiu Tumskim pochowani są nasi najstarsi władcy, między innymi Mieszko I. Na balustradzie stalowego mostu, który prowadzi do katedry zakochani przypinają kłódki ze swoimi imionami. Zastanawiałem się dla ilu tych par, kłódka, którą wspólnie przypięli jest tylko smutnym wspomnieniem minionego czasu. Niestety nie można jej odpiąć, bo klucze zostały wyrzucone do rzeki.
Pierwszą połowę sobotniej nocy spędziłem na koncercie grupy reggowej RAJACH, w której mój syn Błażej gra na gitarze i śpiewa. Koncert odbywał się w jednej z knajpek na Rynku. Sala nie była zbyt duża, ale za to pełna. Przyszło ok. 100 osób, z czego ponad 80 pięknych młodych dziewcząt, które tańczyły w takt gorących jamajskich rytmów. O północy Stare Miasto w Poznaniu wre. Setki rozbawionych ludzi na ulicach, muzyka i luz.
Niedzielę spędziłem w palmiarni. To dobre miejsce na przeczekanie zimy. Niestety wygonili mnie przed zamknięciem. Poszedłem więc do galerii PESTKA, gdzie Olga Pokrywka fashion designer eksponowała i sprzedawała egzemplarze swojej kolekcji ubrań i biżuterii. Olga jest twórcą marki DEMODE i robi świetne rzeczy, niestety na razie tylko dla pań.
11-10-2011 (14:20)
Tarnogórski oddział Polskiego Towarzystwa Krajoznawczo-Turystycznego obchodzi w tym roku sześćdziesięciolecie istnienia. W sobotę 8. października odbyły się uroczyste obchody tego jubileuszu. Niestety nie mogłem w nich wziąć udziału ze względu na zajęcia związane z wyborami. W ubiegłym roku Wiesław Kucia, były wieloletni prezes tarnogórskiego oddziału PTTK, zwrócił się do mnie z prośbą o pomoc w napisaniu monumentalnego dzieła, monografii naszego oddziału PTTK. Wiesiek zgromadził i przekopał się przez mnóstwo materiałów. Odszukał archiwalne notatki prasowe, fotografie i stare legitymacje PTT. Do mnie należało nadać temu właściwą formę literacką i złożyć to wszystko do kupy. Pracowałem nad monografią Z DZIEJÓW POLSKIEGO TOWARZYSTWA TURYSTYCZNO-KRAJOZNAWCZEGO W TARNOWSKICH GÓRACH (1951 – 2010) przez kilka miesięcy prawie za darmo, bo wiedziałem, że jeżeli teraz nie wyda się tej książki, to nigdy nie ujrzy światła dziennego, a zgromadzone materiały zaginą, rozpierzchną się. Udało się i chociaż wiem, że publikacja ta nie jest doskonała, cieszę się z jej istnienia. Składa się z części historycznej, opisu działalności różnych sekcji i kół oraz aneksu z tabelami zestawieniami i innymi statystykami. Całość rzuca promień światła na sześćdziesięcioletnią działalność tarnogórskiego PTTK. Gratuluję wszystkim członkom PTTK jubileuszu.
09-10-2011 (09:48)
Dzisiaj swoje dziewięćdziesiąte urodziny obchodzi poeta z Gliwic - Tadeusz Różewicz.. Nie wiem jak on to robi, że w tym wieku jest nadal aktywny twórczo i taki nowoczesny, ale jest. Do niedawna jego numer telefonu zupełnie zwyczajnie można było znaleźć w książce telefonicznej. To tak jakby numer do Pana Boga można było znaleźć w książce. Większość normalnych ludzi nie zadzwoni, bo czuje respekt, ale dziennikarze albo egoiści bez skrupułów zwani „ludożercami” nie dadzą staremu poecie spokoju. Podziwiam Tadeusza Różewicza od zawsze i chciałbym, żeby był z nami zawsze. Wystarczy, że już bez Miłosza czuję się nieswojo. Życzę zdrowia panie Tadeuszu i ciągle młodego pióra.
06-10-2011 (13:56)
Wczoraj na warsztaty literackie do TCK przyszedł młody, wysportowany mężczyzna, mówiący prawie wyłącznie nienaganną śląską gwarą. Przyniósł swoje rymowane, bardzo rytmiczne wiersze. Najpierw pomyślałem, że jest raperem, ale zaprzeczył i powiedział, że cukiernikiem. Edward Stachura powiedziałby, że być poetą, to pokazać cukiernikowi, że być cukiernikiem, to być poetą. Od czasu mojego pobytu w wojsku fascynuje mnie to, że każdy człowiek w określonej czasoprzestrzeni odczuwa potrzebę ekspresji artystycznej – literackiej, plastycznej lub dramatycznej. I nic się nie zmieniło od czasów człowieka jaskiniowego, który rysował węglem na ścianach jaskini sceny ze swojego życia. Tyle tylko, że dzisiaj używamy do tego farby w spreju. Niezmiennie wzruszam się, widząc w najdziwniejszych miejscach nabazgrane te odwieczne najkrótsze formy liryczne – Kocham Jolkę! Nie obrażam się również na pojawiające się od czasu do czasu symbole falliczne. Niech przypominają nam to, co zatraciliśmy w czasie budowania naszej zaawansowanej cywilizacji hiperpoprawności.
03-10-2011 (13:58)
„Autopromocja” – słowo to dzisiaj robi zawrotną karierę, ponieważ „autoreklama” ma ciut negatywne zabarwienie emocjonalne. Niedawno w TV pojawiło się jeszcze określenie „lokowanie produktu”. Najczęściej odbywa się ono w różnego rodzaju serialach, gdzie piją jedyną słuszną kawę lub robią zakupy w jedynie słusznym sklepie. Postanowiłem dokonać autopromocji oraz lokowania produktu i poinformować czytelników mojego bloga, że we wrześniowym numerze miesięcznika „Śląsk” została opublikowana bardzo pozytywna recenzja mojego produktu tzn. tomiku wierszy „Pchacze wózków” autorstwa Edyty Antoniak-Kiedos pt. „Pamflet (anty)konsumpcyjny”. Jeżeli kogoś nie stać, aby wydać 5 zł na zakup miesięcznika „Śląsk” zapraszam na moją stronę. Dokładny link: http://www.andrzejkanclerz.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=237:edyta-antoniak-kiedos-pamflet-antykonsumpcyjny&catid=63:recenzje&Itemid=91
01-10-2011 (14:40)
X.
CZATYRDACH
Czatyrdah przypomina wielki namiot i jak namiot jest w środku pusty. Na szczyt prowadzi utwardzona droga. Po ostrym podjeździe oczom ukazuje się rozległy płaskowyż. Zastanawia to miejsce tak rozległe i równe, pełne traw i łąk, na którym Tatarzy wypasali swoje trzody. A nie było to bezpieczne, podobnie jak dziś wędrówki po płaskowyżu, ponieważ Czatyrdah jest pocięty licznymi, a niewidocznymi w roślinnym gąszczu szczelinami i jaskiniami.
Mirza
Drżąc muślemin całuje stopy twej opoki,
Maszcie krymskiego statku, wieki Czatyrdachu!
O minarecie świata! o gór padyszachu!
Ty, nad skały poziomu uciekłszy w obłoki,
Siedzisz sobie pod bramą niebios, jak wysoki
Gabryjel pilnujący edeńskiego gmachu;
Ciemny las twoim płaszczem, a janczary strachu
Twój turban z chmur haftują błyskawic potoki.
Nam czy slońce dopieka, czyli mgła ocienia,
Czy sarańcza plon zetnie, czy giaur pali domy -
Czatyrdachu, ty zawsze głuchy, nieruchomy,
Między światem i niebem jak drogman stworzenia,
Podesławszy pod nogi ziemie, ludzi, gromy,
Słuchasz tylko, co mówi Bóg do przyrodzenia.
Wchodzę do Jaskini Marmurowej, jednej z pięciu najbardziej znanych jaskiń Europy. Leży w północnej części płaskowyżu na wysokości 918 m n.p.m. Jaskinia jest urzekająco piękna. Stalagmity, stalaktyty i stalagnaty tworzą niezwykłe kompozycje. Co zobaczyłem w tych kształtach, czego się nauczyłem? Nauczyłem się tego jak należy kamienieć. Nietzsche mówi: „trzeba z wolna na podobieństwo drogiego kamienia, aż przyjdzie pora spocząć w ciszy i radować sobą wieczność”, a ja myślę że:
Skamieniała kość parzystokopytnego trawożercy
odkopana w jaskini
może być przyczyną szczęścia
więc może lepiej zacząć kamienieć
w jurajskim krajobrazie
zamiast gotować makaron
Makaron jest smukły i twardy
lecz wystarczy trochę słonej wody
kilka gorących łez
by zamienił się w rozgotowaną papkę
którą można jedynie wyrzucić do klozetu
nie chcesz tego oglądać ani słuchać o tym
Jest we mnie nietknięta jaskinia
pełna skamieniałości prehistorycznych zwierząt
które mogą być przyczyną szczęścia
jeżeli zechcesz wejść i podnieść jedną z nich
29-09-2011 (14:46)
RUINY ZAMKU W BAŁAKŁAWIE
Kiedy Mickiewicz przyjechał do Bałakławy, ruiny zamku były największą atrakcją. I jeszcze sama zatoka tak atrakcyjna bo niemal nie widoczna od strony morza. Wspomina o niej już Homer. W XX wieku nikt nie wspominał o Bałakławie, bo w latach 50-tych rozpoczęto budowę bazy atomowych okrętów podwodnych. Była umieszczona w wydrążonym wzgórzu i tak tajna, że oficjalnie miasto nie istniało. Wszyscy jej mieszkańcy pracowali w bazie i nie było możliwości przyjazdu do tego miasta bez specjalnej przepustki. Po rozpadzie ZSRR baza do 1993 roku była używana przez rosyjską Flotę Czarnomorską. Po opuszczeniu jej w 1996 roku przez ostatnie okręty rosyjskie, zorganizowano tam muzeum, ale tylko w części obiektów tj. w stoczni i głównej bazie. Reszta pozostawionych budynków m.in. resztki baterii nadbrzeżnej, niszczeje pozostawiona sama sobie. Podzieliły losy zamku.
Te zamki, połamane zwaliska bez ładu,
Zdobiły cię i strzegły, o niewdzięczny Krymie!
Dzisiaj sterczą na górach jak czaszki olbrzymie,
W nich gad mieszka lub człowiek podlejszy od gadu.
Szczeblujmy na wieżycę! Szukam herbów śladu;
Jest i napis, tu może bohatera imię,
Co było wojsk postrachem, w zapomnieniu drzymie,
Obwinione jak robak liściem winogradu.
Tu Grek dłutował w murach ateńskie ozdoby,
Stąd Italczyk Mongołom narzucał żelaza
I mekkański przybylec nucił pieśń namaza.
Dziś sępy czarnym skrzydłem oblatują groby;
Jak w mieście, które całkiem wybije zaraza,
Wiecznie z baszt powiewają chorągwie żałoby.
Płynę łodzią do ujścia zatoki, by spojrzeć w gardziel potwora, w otchłań sztolni, z której wypływały na cały świat czarne jak skrzydła sępów atomowe okręty podwodne. Przed oczami mam Bosfor, Dardanele i Gibraltar, cieśniny które musiały pokonać, nim wypłynęły na Atlantyk. Fala jest wysoka, łódź kołysze się niebezpiecznie, przypominam sobie sonet „Żegluga” – „Lekko mi! rzeźwo! lubo! wiem, co to być ptakiem”.
28-09-2011 (14:32)
DROGA NAD PRZEPAŚCIĄ W CZUFUT-KALE
Górską ścieżką wspinam się do skalnego miasta Czufut-kale. Leży na wzgórzach niedaleko Bakczysaraju. Między VI–XI wiekiem żyli tu Alanowie, potężne plemię pochodzenia irańskiego, które przeniknęło na Krym w II wieku po Chrystusie. W XIII wieku miasto nosiło nazwę Kirk-or (Czterdzieści Umocnień). Ale w 1299 roku orda tatarska najechała na nie i miasto stało się twierdzą tatarską i stolicą Chanatu Krymskiego. W symbiozie z Tatarami żyli tu Żydzi, Ormianie i Karaimowie.
Mirza i Pielgrzym
Mirza
Zmów pacierz, opuść wodze, odwróć na bok lica,
Tu jeździec końskim nogom swój rozum powierza;
Dzielny koń! patrz, jak staje, głąb okiem rozmierza,
Uklęka, brzeg wiszaru kopytem pochwyca,
I zawisnął. - Tam nie patrz! tam spadła źrenica,
Jak w studni Al-Kahiru, o dno nie uderza.
I ręką tam nie wskazuj - nie masz u rąk pierza;
I myśli tam nie puszczaj, bo myśl jak kotwica,
Z łodzi drobnej ciśniona w niezmierność głębiny,
Piorunem spadnie, morza do dna nie przewierci,
I łódż z sobą przechyli w otchłanie chaosu.
Pielgrzym
Mirzo, a ja spójrzałem! Przez świata szczeliny
Tam widziałem - com widział, opowiem - po śmierci,
Bo w żyjących języku nie ma na to głosu.
Im dalej od Południowej Bramy, wejścia do nieistniejącej już cywilizacji, tym ciszej. Dawne drogi z wydrążonymi w kamieniu koleinami wozów łączą labirynty skalnych pieczar, prowadzą do domu Abrahama Firkowicza, największego uczonego karaimskiego i do diurbe Dżanike-chanym, mauzoleum córki chana Tochtamysza, która rzuciła się w przepaść, po tym jak przyłapano ją z kochankiem. Kamienną ścieżką idę nad przepaść. Tu znajduję kazamaty, dwa pomieszczenia na dwóch poziomach, z oknem na trzystumetrową przepaść. Dwa lata spędzili w nich hetmani koronni wzięci do niewoli pod Korsuniem w 1648 r.: wielki Mikołaj Potocki i polny Marcin Kalinowski, a gdy w końcu odzyskali wolność po opłaceniu haraczu, zakładnikami zostali ich synowie. Stoję na krawędzi przepaści, w dole jak biała kreska amfetaminy na zielonym stoliku do kart biegnie jedwabny szlak. Jest pusty.
27-09-2011 (14:10)
MOGIŁY HAREMU
To tylko resztki dawnego haremu. Jeszcze w 1818 roku miał on 73 komnaty. Dzisiaj tylko 3, zamienione jak i reszta w muzeum, taras i altankę. Ale zachowały się ośmiometrowej wysokości mury haremu, a także Sokola Baszta - Togan–Kulesz, w której na dole trzymano chańskie sokoły myśliwskie, zaś na górze był taras widokowy, z którego eunuchowie obserwowali harem, a jego mieszkanki, przez drewnianą kratę, życie pałacu. Obok Wielkiego Meczetu i w pobliżu haremu jest cmentarz z grobowcami i grobami (najstarszy z 1532 r.), na którym pochowano ponad 320 osób: chanów, ich żony i dzieci, braci, wyższych urzędników dworu.
Mirza do Pielgrzyma
Tu z winnicy miłości niedojrzałe grona
Wzięto na stół Allacha; tu perełki Wschodu,
Z morza uciech i szczęścia, porwała za młodu
Truna, koncha wieczności, do mrocznego łona.
Skryła je niepamięci i czasu zasłona,
Nad nimi turban zimny błyszczy śród ogrodu,
Jak buńczuk wojska cieniów, i ledwie u spodu
Zostały dłonią giaura wyryte imiona.
O wy, róże edeńskie! u czystości stoku
Odkwitnęły dni wasze pod wstydu liściami,
Na wieki zatajone niewiernemu oku.
Teraz grób wasz spójrzenie cudzoziemca plami,
Pozwalam mu, - darujesz, o wielki Proroku!
On jeden z czudzoziemców poglądał ze łzami.
Nie płaczę jak Mickiewicz nad niedolą tych dawno zmarłych kobiet, bo mogę płakać nad tymi co jeszcze żyją i muszą podporządkowywać się prawu Allacha, który tak jak każdy chan jest mężczyzną.
26-09-2011 (15:21)
GRÓB POTOCKIEJ
Niedaleko pałacu chanów wznosi się mogiła, we wschodnim stylu z okrągłą kopułą. Legenda głosi, że ten pomnik wystawiony był przez Kerim Giraja dla niewolnicy, którą nadzwyczajnie kochał. Przebywający w Bachczysaraju blisko pięć lat po Puszkinie Adam Mickiewicz, też przejął się legendą o pięknej brance, Polce Marii Potockiej.
W kraju wiosny, pomiędzy rozkosznemi sady,
Uwiędłaś, młoda różo! bo przeszłości chwile,
Ulatując od ciebie jak złote motyle,
Rzuciły w głębi serca pamiątek owady.
Tam na północ, ku Polsce, świecą gwiazd gromady...
Dlaczegoż na tej drodze błyszczy się ich tyle?
Czy wzrok twój ognia pełen, nim zgasnął w mogile,
Tam wiecznie lecąc, jasne powypalał ślady?
Polko! i ja dni skończę w samotnej żałobie;
Tu niech mi garstkę ziemi dłoń przyjazna rzuci!
Podróżni często przy twym rozmawiają grobie;
I mnie wtenczas dźwięk mowy rodzinnej ocuci,
I wieszcz samotną piosnkę dumając o tobie,
Ujrzy blizką mogiłę, i dla mnie zanóci...
Chodzę po tych samych kamieniach co Mickiewicz i Puszkin. Myślę o tych wszystkich różach, których więdniecie obserwuję rok po roku. To jedna z najsmutniejszych czynności, w których muszę uczestniczyć. Myślę o tych wszystkich cudownych chwilach, które odeszły w przeszłość, lecz zostawiły w nas trwały ślad. I nie opuszcza mnie pewność, że w ostatniej chwili zawsze pozostajemy sami.
25-09-2011 (09:15)
BAKCZYSARAJ
W zapyziałej, brudnej potatarskiej mieścinie zobaczyłem zaniedbaną, prowincjonalną budowlę z resztkami minionej sławy. Do chańskiego Pałacu Girejów w niespełna trzydziestotysięcznym dziś Bachczysaraju wchodzę przez mostek na rzeczce Czuruk – Su, co tłumaczy się jako Zgniła Woda, gdyż niegdyś na jej brzegach znajdowały się warsztaty garbarskie. Gdy przekraczam bramę pałacu jestem rozczarowany. Czy dlatego, że widziałem Topkapi, czy dlatego, że pałac miał burzliwe dzieje, że był spalony przez wojska rosyjskie i w cztery lata odbudowany, że był wielokrotnie przebudowywany dla carycy Katarzyny II, aby mogła tu spędzić... jedną noc z 14 na 15 maja 1787 roku. Idę w tłumie turystów, tej współczesnej szarańczy, co cieszy oczy stolicą chanów krymskich: dziedzińcem i salami pałacu, salonem o dwudziestu czterech oknach na trzy strony świata z alabastrowym kominkiem, gabinetami chana, komnatami żon i nałożnic..
Jeszcze wielka, już pusta Girajów dziedzina!
Zmiatane czołem baszów ganki i przedsienia,
Sofy, trony potęgi, miłości schronienia
Przeskakuje szarańcza, obwija gadzina.
Skróś okien różnofarbnych powoju roślina,
Wdzierając się na głuche ściany i sklepienia,
Zajmuje dzieło ludzi w imię przyrodzenia
I pisze Balsazara głoskami "RUINA".
W środku sali wycięte z marmuru naczynie;
To fontanna haremu, dotąd stoi cało
I perłowe łzy sącząc woła przez pustynie:
"Gdzież jesteś, o miłości, potęgo i chwało?
Wy macie trwać na wieki, Źródło szybko płynie,
O hańbo! wyście przeszły, a źródło zostało".
Fontanna Łez jest wykuta z białego marmuru, płaska, przypomina nieco szafę przysuniętą do ściany. W centrum ma otwór w kształcie oka, z którego powoli sączą się jak łzy krople wody. Spadają na umieszczone poniżej kropielnice, trzy większe i sześć mniejszych.
Zofia Kisielowa, de domo Potocka opowiedziała zakochanemu w niej Aleksandrowi Puszkinowi, rzekomą historię jednej z kobiet jej rodu – Marii Potockiej wziętej w jasyr, później ukochanej żonie chana, który po śmierci kazał zbudować jej mauzoleum, a przy nim marmurową fontannę. Opowiadająca nazwała ją fontaine des larms – Fontanną Łez. Na przyjazd Katarzyny II fontannę tę przeniesiono z cmentarza na Dziedziniec Fontann, na którym można oglądać ją po dziś dzień. 21-letniego, zakochanego Aleksandra Puszkina, który fontannę tę zobaczył 7 września 1820 roku, po usłyszeniu wcześniej romantycznej opowieści Zofii Potockiej, zachwyciła tak bardzo, że napisał wiersz „Fontanna Pałacu Bachczysarajskiego”, a Mickiewicz nawiązał do tego poematu. Mnie, ani fontanna, ani pałac aż tak nie zachwyciły. Może dlatego, że widziałem fontanny Alhambry.
23-09-2011 (13:31)
AJUDAH
Jadę wybrzeżem Wielkiej Jałty drogą wijącą się serpentynami. Przewodnik, którego Mickiewicz nazywa Mirzą mówi: - Patrz na tę skałę. To Niedźwiadek - Ajudach. Przyjrzyj się, wygląda tak, jakby leżał na przednich łapach i pił wodę. Morze jest spokojne, ja również, bo jeszcze jest zbyt wcześnie, żeby wiedzieć, żeby napisać nieśmiertelne wiersze, żeby tak zapomnieć, by móc pamiętać.
Lubię poglądać wsparty na Judahu skale,
Jak spienione bałwany to w czarne szeregi
Scisnąwszy się buchają, to jak srebrne śniegi
W milijonowych tęczach kołują wspaniale.
Trącą się o mieliznę, rozbiją na fale,
Jak wojsko wielorybów zalegając brzegi,
Zdobędą ląd w tryumfie i na powrót, zbiegi,
Miecą za sobą muszle, perły i korale.
Podobnie na twe serce, o poeto młody!
Namiętność często groźne wzburza niepogody,
Lecz gdy podniesiesz bardon, ona bez twej szkody
Ucieka w zapomnienia pogrążyć się toni
I nieśmiertelne pieśni za sobą uroni,
Z których wieki uplotą ozdobę twych skroni.
22-09-2011 (14:43)
AŁUSZTA W NOCY
Wieczorem wychodzę na dach, który pełni funkcję tarasu. Dźwigam po zewnętrznych schodach krzesło, wino i szklankę. W kieszeni mam harmonijkę. Siadam plecami do morza, twarzą do Czatyrdahu. Wiatr chłodzi rozpalone powietrze. Noc zapada powoli. Przyglądam się zmieniającemu oświetleniu góry. Czytam przyjaciołom sonet Mickiewicza:
Rzeźwią się wiatry, dzienna wolnieje posucha,
Na barki Czatyrdachu spada lampa światów,
Rozbija się, rozlewa strumienie szkarłatów
I gaśnie. Błędny pielgrzym ogląda się, słucha:
Już góry poczerniały, w dolinach noc głucha,
Źródła szemrzą jak przez sen na łożu z bławatów;
Powietrze tchnące wonią, tą muzyką kwiatów,
Mówi do serca głosem tajemnym dla ucha.
Usypiam pod skrzydłami ciszy i ciemnoty;
Wtem budzą mię rażące meteoru błyski,
Niebo, ziemię i góry oblał potop złoty!
Nocy wschodnia! ty na kształt wschodniej odaliski
Pieszczotami usypiasz, a kiedym snu bliski,
Ty iskrą oka znowu budzisz do pieszczoty.
Z dołu dochodzą mnie odgłosy ulicy. Właściwie jest coraz głośniej. Ludzie podążają na Nadbrzeżną, gdzie działa już wesołe miasteczko, banji i karaoke. Zapełniają się kawiarnie, restauracje i bary. Czarna muzyka, czarne samochody, czarne rzęsy dziewczyn, które teraz są jeszcze bardzie wieczorowe, niż były w południe, chociaż mogłoby się to wydawać niewykonalne. Jest w tych współczesnych odaliskach jakiś pierwotny, zwierzęcy magnetyzm, który zaciera znaczenie słowa moralność tak bardzo, że z daleka nie możesz dokładnie odczytać czy to seksualność, namiętność, zmysłowość czy samotność. Gram czarnego bluesa na czarnej harmonijce.
21-09-2011 (14:25)
AŁUSZTA W DZIEŃ
Dni w Ałuszcie są słoneczne, upalne. Z trzech stron zielone szczyty przesłonięte szarymi, betonowymi blokami. Budują się kolejne, coraz wyższe wieżowce. Ulica kipi ruchem ludzi i samochodów. Czerwone trolejbusy dojeżdżają tu aż z Symferopola i jadą jeszcze dalej do Jałty. W sumie około 90 kilometrów. Niektóre wozy są bardzo stare, rozpadające się, aż zadziwiają człowieka swoją ponadczasowością. Inne zupełnie nowe, futurystyczne ciągną swe owadzie czułki po przewodach elektrycznych. W mieście jest niewiele zieleni, skwerów. Nie ma parków. Wędruję wyboistymi chodnikami, aż do zaśmieconych przedmieść, gdzie resztka jakiegoś muru obronnego, jakiejś baszty lub chlewika. Szukam łąk w kwiatach, motyli różnobarwnych, lecz nie znajduję. Kolorowy jest bazar, owoce, ryby, mięso, białe i czerwone wino.
Już góra z piersi mgliste otrząsa chylaty,
Rannym szumi namazem niwa złotokłosa,
Kłania się las i sypie z majowego włosa,
Jak z różańca chalifów, rubin i granaty.
Łąka w kwiatach, nad łąką latające kwiaty,
Motyle różnofarbne, niby tęczy kosa,
Baldakimem z brylantów okryły niebiosa;
Dalej sarańcza ciągnie swój całun skrzydlaty.
A kędy w wodach skała przegląda się łysa,
Wre morze i odparte z nowym szumem pędzi;
W jego szumach gra światło jak w oczach tygrysa,
Sroższą zwiastując burzę dla ziemskiej krawędzi;
A na głębinie fala lekko się kołysa
I kąpią się w niej floty i stada łabędzi.
Betonowe bloki kontrastują z małymi tatarskimi domkami. Przed wieloma, całymi dniami siedzą właściciele. Czekają cierpliwie na turystów, chcących wynająć pokój. Nie proponują niczego sami, nie nagabują przechodniów, są wycofani, defensywni jakby nieobecni. Idę nad morze. Ulica Nadbrzeżna jest deptakiem w dzień nieco sennym. Wszędzie budy z alkoholem, napojami i kwasem, smażalnie czeburków, strzelnice sportowe, gry komputerowe i zręcznościowe, i nieczynne wesołe miasteczko. Plaży tyle co w kociej kuwecie. Chłopcy z małpą, szynszylami i gołębiami przekonują spacerowiczów, by sfotografowali się z ich zwierzętami. Siedzę na ławce pod palmą, piję wino, palę ukraińskie tanie papierosy i przyglądam się dziewczynom, które już w południe wyglądają tak jak gdyby szły na nocną imprezę. Morze jest dosyć spokojne. Kobieta nawołuje przez megafon, że za chwilę statek wycieczkowy odpływa. Druga kobieta również nawołuje. Zachęca, by popłynąć jej motorówką. Na falochronie dziesięciolatek sprzedaje gotowaną kukurydzę. Są tacy, którzy ją kupują. Zastanawiam się, czy robią to z litości. Rozglądam się za łabędziami, o których pisał Mickiewicz. Nadaremnie.
20-09-2011 (14:45)
Wybrałem się na Krym, żeby sprawdzić co zostało z orientu opiewanego przez Mickiewicza w sonetach. Jaka jest dzisiaj ojczyzna opisanych przez Homera Kimmeryjczyków z XII wieku p.n.e., Taurów, Scytów, Sarmatów, Greków, Alanów, Gotów, Hunów, Awarów, Bułgarów, Onogurów, Chazarów, Bizantyjczyków, Słowian, Połowców, Mongołów Złotej Ordy, Genueńczyków, Tatarów, Turków, Ormian, Rosjan, Ukraińców, nie mówiąc o pomniejszych szczepach i nacjach. Być może także ojczyzna któregoś z mych przodków, biorąc pod uwagę rysy mojej twarzy.
Samolot Ukraińskich Linii Lotniczych 3 lipca na Okęciu miał dwie godziny spóźnienia, co oznaczało, że w czasie kiedy miał lądować, dopiero startował z Symferopola. Leciałem pierwszy raz samolotem i było mi dokładnie wszystko jedno czy się rozbije, czy nie. W plecaku miałem tomik „Sonetów krymskich” Mickiewicza, a w sercu chandrę podobną do tej jaka nosił w sobie Adam.
PIELGRZYM
U stóp moich kraina dostatków i krasy,
Nad głową niebo jasne, obok piękne lice;
Dlaczegoż stąd ucieka serce w okolice
Dalekie, i - niestety! jeszcze dalsze czasy?
Litwo! piały mi wdzięczniej twe szumiące lasy
Niż słowiki Bajdaru, Salhiry dziewice;
I weselszy deptałem twoje trzęsawice
Niż rubinowe morwy, złote ananasy.
Tak daleki! tak różna wabi mię ponęta!
Dlaczegoż roztargniony wzdycham bez ustanku
Do tej, którą kochałem w dni moich poranku?
Ona w lubej dziedzinie, która mi odjęta,
Gdzie jej wszystko o wiernym powiada kochanku;
Depcąc świeże me ślady czyż o mnie pamięta?
Nocny lot do Symferopola i jazda autokarem przez uśpiony Krym do Ałuszty. Oczy się zamykają. Na przełęczy kierowca zatrzymuje autokar przy posterunku policji. Musi wejść do pomieszczenia, żeby funkcjonariusze pouczyli go jak należy jeździć po niebezpiecznych serpentynach przed Ałusztą. Hotel jest niewielki, czysty i sympatyczny. Kładę się do łóżka, by złapać chociaż trochę snu.
19-09-2011 (17:21)
Kolega, fan komedii romantycznych, postanowił zrobić żonie niespodziankę, w stylu tych najbardziej romantycznych, o których marzy każda kobieta. Gdy jego żona wróciła z pracy i weszła do mieszkania w nozdrza uderzył ją intensywny, słodki zapach tlącej się trociczki. Trochę ją zemdliło. Postawiła siatki z zakupami. Przedpokój zatopiony był w świetle dziesiątek świeczek, które prowadziły ją w kierunku łazienki. Podłoga wysypana była płatkami róż. Kto to będzie sprzątał? – pomyślała. Na stole stała butelka szampana i dwa kieliszki. Weszła do łazienki. Było ciepło i parno. Wanna czekała napełniona gorącą wodą, pływały w niej płatki czerwonych róż. I tu paliły się świeczki, a woda pachniała olejkiem różanym.
- Szkoda tylu litów gorącej wody – pomyślała. Zrezygnowana rozebrała się i weszła do wanny. Intensywny zapach róż sprawił, że po chwili zaczęła ją boleć głowa. Gdy wyszła z łazienki, kolega stał z butelką szampana w ręce, zdzierając złotko. Przy nalewaniu trochę się rozlało na podłogę. Jej oczy rzuciły w stronę męża dwa potężne pioruny, ale nie odezwała się ani słowem. Pociągnął ją za sobą do sypialni. Drogę do samego łóżka znaczyły płatki róż, ale żona pośliznęła się na rozlanym szampanie i wyrznęła jak długa. Pomógł jaj wstać. Odchylił delikatnie kołdrę i ujrzała prześcieradło zasypane różanym kwieciem, a spod poduszki wystające pąki czerwonych róż. Tego kobieta już nie wytrzymała i krzyknęła: - Kretynie, te cholerne róże zafarbowały moją nową pościel! Syp sobie kwiatki na procesji Bożego Ciała!
Potem okazało się, że trzeba wezwać hydraulika, bo płatki róż zatkały odpływ w wannie i wymienić wykładzinę dywanową sypialni, w którą wsiąknął wosk ze stopionych świec.
Aha, ten okopcony fragment ściany pomalował sam, bo miał jeszcze resztkę farby po niedawnym remoncie.
18-09-2011 (10:43)
Wczoraj Zabytkowa Kopalnia Srebra obchodziła 35 urodziny. Z tej okazji członkowie Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Tarnogórskiej przygotowali małą uroczystość. Rozpoczęła się ona w Komorze Srebrnej, gdzie wszystkich przybyłych gości przywitał prezes Marek Kandzia. Potem przeszliśmy do Komory Zawałowej. Tu odbyła się inscenizacja, której pomysłodawcą był prof. Werner Lubos. Na tle utworu fortepianowego pt. „Dzwony” skomponowanego przez Andrzeja Dziadka pojawili się gwarkowie, którzy swoją rzetelną i rozumną pracą wynosili kruszec srebra ku światłu.
Jubileusz kopalni był także okazją do przypomnienia jej historii i wręczenia najbardziej zasłużonym pracownikom i działaczom pamiątkowych dyplomów. Zaś w galerii „Pod kopułą” nastąpiło otwarcie wystawy II pleneru interdyscyplinarnego „Srebrem pisane”. Oprawę muzyczną stanowił występ chóru „Słowiczek” z Rept Śl. Odsłonięta została również ponownie tablica pamiątkowa poświęcona Alfonsowi Kopii. Pierwszą tablicę ukradziono, co uważam za wielki skandal. Taki czyn ma podobny wymiar do tego opisanego przez Żeromskiego w opowiadaniu „Rozdziobią nas kruki, wrony”, gdzie chłop okrada zwłoki powstańca. Chodząc po Tarnowskich Górach można dostrzec jak wiele szkód wyrządzili miastu i jego mieszkańcom złomiarze-złodzieje. Ostatnio zauważałem, że została skradziona tabliczka na zabytkowym krzyżu stojącym przed kościołem św. Piotra i Pawła, odkuto cztery medaliony znajdujące się przy Źródełku Młodości, skradziono wiele elementów maszyn w skansenie maszyn parowych. Z jednej strony mamy złodziei, a z drugiej takich ludzi jak Zbyszek Pawlak i jego koledzy z sekcji penetracji podziemi, którzy remontują zgromadzone w skansenie eksponaty. Ostatnim jest zabytkowa lokomotywka, której renowację ukończyli w zeszłym tygodniu.
Urodzinową imprezę kopalni zakończyło ognisko. Jedliśmy wyłącznie zdrowe śląskie jedzenie: kiełbasę z rusztu, chleb z tustym i ogórkiem kiszonym, salceson i pasztet. Tak pokrzepiony ziemskim i duchowym pokarmem pojechałem z Michałem Malickim i Piotrem Lewickim do Rudy Śl. Halemby grać bluesa. Publiczność była trudna, bo stanowili ją niemal sami muzycy, ale zagraliśmy energetycznie. Wiele uśmiechów, poklepywania po plecach i miłych słów upewniło mnie w tym, że nasz występ się podobał. Wszystko wskazuje na to, że niebawem Zielona Bawełna powróci.
16-09-2011 (18:08)
Jeżeli ktoś z Państwa chciałby profesjonalnie zająć się poezją, a do tej pory jeszcze nie tworzył poezji postaram się w kilku przystępnych słowach wyjaśnić jak się do tego zabrać.
Jeśli chcemy sformułować prosty, jednozdaniowy komunikat językowy o tym, że za oknem wieje wiatr, to musimy wykonać dwie operacje językowe: wybrać odpowiednie znaki językowe i dokonać ich kombinacji.
W naszym przykładzie na osi wyboru mamy do dyspozycji dwa paradygmaty znaków. Pierwszy, rzeczownikowy, odnoszący się do desygnatu wiatr (np. wiatr, wietrzyk, zefirek, wichura, wietrzysko, wicher), drugi - czasownikowy, odnoszący się do czynności, którą chcemy nazwać (wieje, dmucha, dmie, zawiewa, tchnie, duje). Wybór w obu paradygmatach dokonuje się na zasadzie ekwiwalencji, a więc stosownej reprezentacji znaku wobec desygnatu. Natomiast, aby zbudować wypowiedź, czyli dokonać kombinacji, posługujemy się zasadą przyległości. Można ją rozumieć jako zastosowanie reguł składniowych (wiatr wieje a nie wiatr wieją), jak również - reguł stylistycznych, czego efektem jest „dopasowanie” stylistyczne wyrazów („zefirek tchnie”, ale nie „wichura tchnie”).
W wypowiedzi poetyckiej jest to zasadnicza reguła konstrukcji komunikatu i praktycznie przyległość może być unieważniona. Ekwiwalencję uzyskujemy przede wszystkim. wprowadzając na oś kombinacji dodatkowe uporządkowanie w postaci reguł wierszowych. Dlatego też komunikat: „wietrzyk wieje” jest na swój sposób bardziej „poetycki” niż „wiatr wieje”, albowiem oba wyrazy są dwusylabowe i w obu występuje akcent paroksytoniczny, co daje ekwiwalencję w postaci: sylaba akcentowana - sylaba nieakcentowana, sylaba akcentowana - sylaba nieakcentowana.
Przeniesienie ekwiwalencji z osi wyboru na oś kombinacji jest formalnym wyznacznikiem funkcji poetyckiej, ale ma także aspekt semantyczny. W ujęciu Jakobsona funkcja poetycka jest również znaczeniotwórcza. Sprawia, że znaczenie komunikatu jest budowane w obrębie jego budowy i na bazie struktury formalnej. Chwyt formalny jest więc jednocześnie chwytem semantycznym. Komunikat poetycki nabiera w ten sposób cech wieloznaczności i pewnej nieokreśloności znaczeniowej.
Teraz kiedy już państwo wiecie jak się robi poezję to do roboty.
14-09-2011 (16:30)
Raz w tygodniu przeglądam sobie blog pana Burmistrza. Podoba mi się że go pisze, bo ma stały kontakt z ludźmi, nie boi się poddawać krytyce (najczęściej anonimowej i częściej bardziej napastliwej niż konstruktywnej), no i ma dystans do siebie. Nie traci zimnej krwi i kulturalnie, cierpliwie odpowiada na zarzuty. Ale dosyć już tego kadzenia, bo o czym innym chciałem pisać. W wojsku mówili: „Dzień bez punktu, dzień stracony”. Bardzo dużo komentarzy na blogu Burmistrza pojawia się w kategorii kultura. Wiadomo, każdy się zna na kulturze (bo ma telewizor), literaturze (bo potrafi czytać) i sztuce (bo Matejko wielkim malarzem był).
Skończyły się „Gwarki”, największa popkulturowa impreza w mieście. Niewiele osób pamięta, jak bardzo musieli się natrudzić członkowie Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Tarnogórskiej i ile przeszkód pokonać, aby zorganizować w 1957 roku pierwsze Dni Gwarków. Otwarcie się na kulturę masową po grudniu 1970 stanowiło składnik tzw. propagandy sukcesu. Pamiętamy reklamy tarnogórskich zakładów pracy wiezione w pochodzie na ciężarówkach. Przyzwolenie na kulturę masową przedstawiano jako awans kulturalny społeczeństwa. Ekspansja kultury popularnej w latach siedemdziesiątych była imponująca (zespoły rockowe, kluby fantastyki, festiwale, wczasy zagraniczne, nowe pisma kobiece i młodzieżowe, początki reklamy), ale nie odbywała się w sposób spontaniczny, dlatego że w tamtych warunkach państwo było głównym promotorem kultury masowej. Tak jak wszystko i kultura była reglamentowana. Osoba, która oglądała w tamtych latach filmy o Jamesie Bondzie, mogła sobie przypisywać większe kompetencje kulturowe aniżeli czytelnik wierszy Tadeusza Różewicza. I tak też była traktowana przez otoczenie. Sztuka dla mas (a nie elitarna) tworzyła mechanizm wyłaniania się elit. Nastąpiło odwrócenie mechanizmów budowy autorytetu w kulturze polskiej. Dlatego teraz słuchamy „gwiazd”, chociaż nie mają nic do powiedzenia. Pragniemy je oglądać i choć na chwilę zbliżyć się do nich, jak na koncercie Budki Suflera, a gdy coś nam się nie podoba zawsze możemy strzyknąć jadem w anonimowym komentarzu pod blogiem Burmistrza.
12-09-2011 (15:17)
W niedzielne południe, w czasie, kiedy udałem się na Rynek, aby wystąpić z „Tarniną”, ktoś chciał puścić z dymem mój blok. W tym celu wylał dwie butelki denaturatu na suchą trawę i podpalił. Niewiele brakowało i ogień przeniósłby się na krzewy i drzewa rosnące pod blokiem, potem firanki powiewające na wietrze i całą resztę. Na szczęście mój syn Kuba i kolega Sławek zauważyli pożar, wykazali się patriotyczna postawą i ugasili pożar. To straszne, że ludzie są tacy zawistni i małostkowi. Nie potrafią się cieszyć powodzeniem i szczęściem swoich bliźnich, tylko od razu muszą podpalać dom.
Koncert „Tarniny” chyba się podobał zebranej na Rynku publiczności. Dwie twarze „Tarniny”, ta bardziej rockowa i balladowa dopełniały się sympatycznie. Tyko akustycy jak zwykle nie popisali się, ale tak to zwykle bywa na imprezach plenerowych. Śpiewaliśmy przede wszystkim piosenki o Tarnowskich Górach. Jakby policzyć wszystkie piosenki jakie napisaliśmy z Jankiem Drechslerem dla TG, to zebrałoby się ponad dwadzieścia. A swoją drogą chciałbym wiedzieć, czy istnieje w Polsce miasto – oprócz Warszawy – dla którego poeci i muzycy napisali w ciągu ostatnich dwudziestu lat więcej piosenek niż my w „Tarninie”. Czekam na doniesienia. I pomyśleć, że jak napisał autor Rasiu w komentarzu pod blogiem Burmistrza na tg.necie 26 sierpnia 2011, są to wypociny totalnej subkultury. Cieszę się, że wraz z Drechslerem, Krzemińskim, Tomankiem, Baronem, Loskotem i paroma innymi ludźmi należę do tarnogórskiej elitarnej subkultury poetów tarnogórskich. A może to sfrustrowany Rasiu podpalił wczoraj mój dom?
08-09-2011 (19:16)
Jutro (9 września o 20:00) „Tarnina” występuje w Kurnej Chacie z programem „M jak Tarnowskie Góry”. Będzie trochę o miłości i o serialach, i o Tarnowskich Górach. W niedzielę 11 września o 14.30 będziemy grali piosenki na Rynku głównie tarnogórskie piosenki. Przez pięć lat istnienia kabaretu przewinęło się przez niego wiele osób, właściwie powinienem powiedzieć wiele indywidualności. Rotacja składu jest czymś naturalnym. Czasami ludzie w małżeństwie nie wytrzymują pięciu lat, więc dlaczego mieliby wytrzymać w kabarecie, gdzie trzeba współistnieć nie z jedną, a z dziesięcioma osobami. Niedzielny występ „Tarniny” stał się okazja do zaprezentowania wielu różnych muzyków i wokalistów identyfikujących się z ideami kabaretu literackiego. Mam nadzieję, że będzie to ciekawy koncert. Zapraszam wszystkich. Do zobaczenia w Kurnej Chacie i na Rynku.
05-09-2011 (15:26)
Jak to jest, że ofiary katastrofy Titanica umierały w zimnej wodzie w kilkanaście minut, a członkowie sekcji penetracji tarnogórskich podziemi potrafią wytrzymać w wodzie o podobnej temperaturze osiem, a nawet dziesięć godzin?
Oglądałem wczoraj wieczorem w TV koncert pt. „Projekt Grechuta” firmowany przez zespół „Plateau”, który zaprosił do pomocy znane postaci polskiej sceny. Trudno wyobrazić sobie większą wpadkę. Muniek Staszczyk rzężący niewiadomo co, nie pamiętający tekstu, robiący wrażenie jakby nie mógł się doczekać, aż się skończy utwór. Martyna Jakubowicz, bezbarwna, bucząca coś pod nosem, bo zaczęła śpiewać za nisko. Adam Nowak odwalił kolejną „sztukę” w sposób pozbawiony jakichkolwiek emocji. Panowie Jackowski i Ostaszewski, z dawnego składu zespołu „Anawa” byli na scenie raczej dla ozdoby. Jedynie Sonia Bohosiewicz próbowała coś dać z siebie, ale całość wraz z wokalistą zespołu „Plateau” była jednym wielkim nieporozumieniem kompromitacją. Można powiedzieć, że utonęli w zimnej wodzie, bo nie potrafili jej zagrzać swoimi emocjami.
Byłem wczoraj w Szczyrku. Niespełna trzygodzinna wędrówka szlakiem upewniła mnie, że ludzie chodzą i jeżdżą na rowerach dla własnej przyjemności, kondycji, kontaktu z naturą, zmagania się ze słabościami. Wkładają w to wiele serca i zaangażowania, dlatego potrafią wytrzymać w wodzie o temperaturze sześciu stopni Celsjusza osiem lub nawet dziesięć godzin.
31-08-2011 (17:18)
Dzisiaj koniec wakacji. Koniec wakacyjnych miłości. Jutro do szkoły. Nie smucę się z tego powodu, bo już od tygodnia pracuję. W końcu ktoś musi to wszystko przygotować na przyjęcie dzieci. Szkoła jest dobra, a mogłaby być jeszcze lepsza, tylko politycy nam na to nie pozwalają. Lubię swoją pracę. Uczę dzieci słowa, tego pisanego i mówionego, kultury, wrażliwości i literatury, historii i mitologii. I to jest dobre. Ale jestem również bibliotekarzem. Czy wiesz, że Jakub Grimm - ten od bajek, które razem z bratem napisał ku uciesze dzieci i Disneya, pracował jako bibliotekarz w Kasel w Nadrenii-Palatynacie, gdzie wraz z bratem zbierał ludowe podania i gawędy z których powstały potem ich baśnie. A ponieważ napisałem, że koniec wakacji, to także koniec wakacyjnych miłości wspomnę jeszcze najbardziej znanego kochanka świata Giacomo Casanovę, który jako emeryturę wybrał sobie właśnie posadę bibliotekarza u hrabiego Waldstein na zamku Dux. Będąc bibliotekarzem stworzył większość swoich literackich dzieł.
30-08-2011 (14:03)
Wakacje są czasem, w którym dużo czytam. Jedną z ostatnich książek był „Trans” Manueli Gretkowskiej. Autorkę poznałem osobiście w 1983 roku w pokoju akademickim studenta geografii Roberta Tekieli, który był redaktorem naczelnym „Biuletynu” wydawanego przez Studencki Klub Literacki, działający pod egidą Uniwersytetu Jagiellońskiego. Manuela Gretkowska, rok młodsza ode mnie, studiowała wtedy filozofię na UJ i w tym samym numerze „Biuletynu” co ja, miała mieć opublikowany wiersz. Niestety cenzura go zdjęła, a ponieważ znajdował się już na matrycy przygotowany do druku, wykreślono poszczególne litery w następujący sposób: XXXXXXXX. Uważny czytelnik mógł się jednak domyślić, co znajduje się pod tymi iksami.
„Trans” to powieść oparta na wątkach autobiograficznych. Autorka opisuje swój toksyczny związek z reżyserem Andrzejem Żuławskim. W powieści tej nie znajdziemy wątków melodramatycznych ani romantycznych. Związek młodej bohaterki z Laskim nie ma w sobie nic z klasycznego romansu. To raczej prześmiewcza i karykaturalna wersja damsko-męskich fascynacji, portret antymęskości. Jej wymarzony, dużo starszy kochanek, nie jest ani przystojny, ani uprzejmy, ani zadbany. Mamy więc do czynienia z karykaturą męskości. Związek bohaterki z reżyserem staje się również zdyskredytowaniem relacji Mistrz-Uczennica. Zauroczenie jest silne. Reżyser imponuje dziewczynie w samczym magnetyzmem
i niezależną postawą życiową. Bohaterka szybko daje się porwać namiętności. Mimo tego, iż Laski jest związany z inną kobietą. Autorka opisuje swój związek przez pryzmat seksualnych doznań w kontekście fizjologicznych konkretów. Dlaczego Manuela Gretkowska napisała taka książkę? Sądzę, że zamiast wizyt u psychoanalityka wolała wyrzucić z siebie zalegającą od lat frustrację i przy okazji zarobić parę złotych. Tych, którzy szybko się bulwersują ta powieść oczywiście zniesmaczy. Ci, którzy nie bulwersują się szybko lub wcale, dojrzą w niej obraz człowieka, który tak łatwo potrafi oszukiwać sam siebie a na domiar złego zbyt często zawierza zmysłowym doznaniom.
28-08-2011 (09:49)
Właśnie napisałem świetny tekst o kazaniu młodego księdza na wczorajszej, wieczornej mszy, ale żona nie pozwoliła ni go zamieścić.
27-08-2011 (13:13)
Siedzę przed komputerem i próbuję coś napisać, ale nieustannie włącza mi się autocenzura. Nie, o tym nie mogę pisać, bo to byt osobiste. Gdybym napisał, co myślę o tamtej sprawie obraziłbym kilka osób, a nie chcę nikogo obrażać. Gdybym napisał o tej drugiej sprawie, mógłbym mieć kłopoty w pracy. Ujawnienie tego, co wiem o paru osobach wywołałoby w mieście straszny skandal, mordobicia i dostarczyłoby pracy prawnikom. Ten temat też odpada. Może zamieszczę jakiś wiersz? Poezja konfesyjna się nie sprawdza. Żaden znany mi noblista nie pisał tego typu wierszy. Potrzebna jest filozofia podana w gorzko-słodkim sosie ironicznego dystansu. Dlatego dzisiaj nie napiszę nic, a jeśli nawet to nie zamieszczę tego na blogu.
24-08-2011 (13:03)
Jestem przerażony ilością makulatury jaka codziennie trafia do mojej skrzynki pocztowej pod postacią różnej maści gazetek reklamowych, ulotek, zaproszeń itp. W ciągu miesiąca uzbierałoby się kilkanaście kilogramów. Nie czytam tego papierowego spamu, bo jestem złym klientem, który doskonale wie czego chce i nikt nie namówi mnie go kupna czegoś, tylko dlatego, że to jest tanie. Potrzeby mam niewielkie, zresztą jak przychodzi co do czego, to kapelusz i tak trzeba sprowadzać z Ekwadoru, bo w okolicznych hipermarketach takich nie mają. Opróżniam więc codziennie skrzynkę i cierpię na myśl, że nieświadomie przyczyniam się do wycinania lasów, bo ktoś w moim dobrze pojętym interesie klienta-konsumenta postanowił informować mnie, o tym co mi się opłaca. A może ja wcale tego nie chcę? Ale kogo to obchodzi. Postanowiłem przykleić na mojej skrzynce pocztowej informację: Proszę nie wrzucać ulotek! Zobaczymy czy poskutkuje.
Nie lubię też, gdy w mieście lub galerii handlowej piękna dziewczyna lub piękny chłopak (piękni, bo młodzi) wręczają mi uroczyście jakieś ulotki o kredytach, telefonach lub wyprzedażach. Gdy nie chciałem ich przyjąć, dzieci upomniały mnie, że przecież oni są w pracy i powinienem im pomóc, przecież nic mnie to nie kosztuje, wcale nie muszę tej kartki czytać i mogę ją na następnej ulicy wyrzucić do najbliższego kosza. Tak, więc nic lasów nie uratuje, bo ludzie muszą mieć pracę. Skończymy jak mieszkańcy Wyspy Wielkanocnej.
22-08-2011 (14:10)
W piątek spędziłem bardzo miły wieczór u pani Alicji Bednarz, poetki z Pniowca. Ile razy jestem w Pniowcu, zawsze wydaje mi się on innym światem, oczywiście w tym pozytywnym znaczeniu. Pani Alicja zaprosiła do swego małego, urokliwego, stuletniego domku przyjaciół z warsztatów literackich, które prowadzę w TCK. Był czas na to, żeby pogadać na różne tematy, przeczytać parę wierszy, zjeść ciasto upieczone przez panią Henię Kocot i wspaniały bigos oraz pieczonki przygotowane przez gospodynię. Nawet przelotny deszcz nie zepsuł nam humorów. To miłe, że są ludzie, wśród których nie istnieje konflikt pokoleń.
12-08-2011 (15:18)
Janek Lipka wrzucił na Facebook kilka filmików z happeningu, który zrobił na tarnogórskim Rynku wraz z innymi miejscowymi poetami. Bardzo mnie ucieszyła ta inicjatywa, ponieważ okazało się, że mam już godnych następców i mogę odejść w niebyt (przynajmniej na jakiś czas).
10-08-2011 (12:02)
Dzisiaj przypada 65 rocznica śmierci Józefa Piernikarczyka. Razem z kolegami i koleżanką ze Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Tarnogórskiej poszliśmy rano na cmentarz przy kościele św. Anny, aby złożyć kwiaty i zapalić znicz na grobie tego wybitnego tarnogórzanina. Prawdę mówiąc uwielbiam tego faceta i żałuję, że nie dane mi było poznać go osobiście. Był prawdziwym inteligentnym twardzielem o niepospolitej sile ducha, pracowitości, wytrwałości i prawości. Człowiekiem poszukującym, głodnym wiedzy i nowych wyzwań. Kilka tygodni temu „Gwarek” opublikował duży artykuł o Józefie Piernikarczyku, dlatego nie będę streszczał jego życiorysu, pragnę jednak zauważyć, że byłoby miło, gdyby radni tarnogórscy pamiętali o takich osobach jak: Józef Piernikarczyk, Jan Nowak (kronikarz Ziemi Tarnogórskiej, którego grób znajduje się tuż obok grobu Piernikarczyka), Bolesław Lubisz (poeta) i inni, których zresztą nie ma aż tak wielu. Wiązanka kwiatów lub znicz nie zrujnowałyby budżetu miasta. Józef Skrzek śpiewał tekst: „pamięć w kamień wrasta”, dlatego musimy pamiętać tak długo, jak długo będą stały kamienie tego miasta. Potem zostanie tylko mit o Srebrnym Mieście i jego Obywatelach zaklęty w poezji.
07-08-2011 (13:27)
W „Zbrodni i karze” Dostojewskiego jest taki fragment:
„– My czemuś zawsze przedstawiamy sobie wieczność jako coś ogromnego, ogromnego! A czemuż to ma być takie ogromne? Bo nagle, niech pan to sobie wyobrazi, zamiast tych ogromów będzie tam jedna izdebka, jakby w wiejskiej łaźni, zakopcona, w we wszystkich katach pająki, ot i cała wieczność.
- I nic, nic weselszego i sprawiedliwszego nie przychodzi panu do głowy!
- Sprawiedliwszego? A co my możemy wiedzieć, może tak właśnie jest sprawiedliwie?”
06-08-2011 (17:09)
Chodząc po kamieniach królestwa Zeta
mieście trzystu pięćdziesięciu świątyń
i świętej rzeki co ginie w ziemi jak człowiek
i rodzi się z niej jak człowiek
uczestniczę w scenie arkadyjsko-bukolicznej
W upalne południe pod rozłożystym platanem
śpi pasterz na starej sofie przytaszczonej z domu
i w cieniu drzewa drzemie jego trzoda
szesnaście owiec i baranów jak szesnastu satyrów
- świta Pana
Rogaty łeb podnosi się gdy przechodzę mimo
i kręcone rogi patrzą w moją stronę
nieopodal rośnie trzcina syrinks
lecz nie dostrzegam instrumentu przy śpiącym
ani jego futrzanych kompanach
Wchodzę na wzgórze gdzie ruiny świątyń
miasta biskupiego co nad szmaragdowym jeziorem
jest niemym wspomnieniem
ciernie ranią nogi wąż i jaszczurka przebiegają drogę
zamykam czas pod powiekami
05-08-2011 (16:47)
Arek Gębka ironicznie mówiąc o mnie „nasz tarnogórski wieszcz” mimowolnie ma trochę racji, ponieważ już od kilkunastu lat obserwuję u siebie zdolności profetyczne. Nazywam to byciem Sztukmistrzem spod Lublińca. Trochę mnie już to męczy, bo głupio tak ciągle powtarzać – A nie mówiłem? Pół biedy jeżeli to moje gadanie dotyczy innych, gorzej jeżeli mnie samego. Są tacy, którzy twierdzą – „Gdym wiedział, że się przewrócę, to bym się położył”, ale co powiedzieć o człowieku, który wchodzi na drabinę, chociaż wie, że spadnie?
Sierpień jest dla mnie jednym z najgorszych miesięcy. Wyprzedza go tylko grudzień. Oczywiście wszystko to traktuję bardzo subiektywnie. Każdy jest twórcą swojego własnego piekła. Czesław Miłosz przetłumaczył fragment Swedenborga, który brzmi: „Każde zło i każde dobro, jest nieskończenie różnorodne. Ze to jest prawdą, zupełnie nie mogą zrozumieć ci, którzy znają tylko proste pojęcia dotyczące zła, takie jak pogarda, wrogość, nienawiść, podstępność, itp. Otóż niech się dowiedzą, że każdy z tych rodzajów zła zawiera w sobie tak wiele odmian, a każda z tych odmian tak wiele szczególnych i odrębnych odmian, że aby je wyliczyć nie starczyłoby całego tomu. Piekła są tak wyraźnie ułożone wg porządku odpowiadającego różnicom pomiędzy odmianami zła, że nie dałoby się wymyślić nic bardziej uporządkowanego i dokładniej podzielonego. Oczywistą jest więc rzeczą, że piekła są niezliczone”. Każdy ma swą własną chimerę. Dla tych, co zapomnieli, przypominam, że mityczną Chimajrę zabił Bellerofont walczący na skrzydlatym koniu Pegazie. Pegaz stanowi symbol natchnienia poetyckiego, czyli zwycięża poezja.
04-08-2011 (11:59)
Wróciłem z wakacyjnych wojaży przejechawszy tym razem tylko 3500 km. Nie będę wszystkiego opisywał, muszę tylko zauważyć, że kraje, w których byłem: Chorwacja, Czarnogóra, Bośnia i Hercegowina oraz Albania rozwijają się bardzo dynamicznie. Wszędzie pełno nowych domów i innych inwestycji, drogi, którymi jeździłem były lepsze niż w Polsce. Wyobrażałem sobie Albanię jako gorszy wariant Rumunii, tmawą obdartą biedotę, żebrzącą na każdym rogu lub usiłującą myć szyby samochodów brudną cieczą, kiedy stoją na czerwonym świetle. Spotkałem białych normalnie ubranych ludzi o europejskich twarzach, którzy przewiezieni do TG niczym by się od nas nie odróżniali. Nie polecam słabym kierowcom podróży do Tirany, bo mogą to opłacić nie tylko rozbitym samochodem, ale i załamaniem psychicznym. Piszę to z pełną odpowiedzialnością, bo jeździłem po całej Europie łącznie z Turcją.
Myślałem, że siedząc nad Adriatykiem napiszę parę rzeczy, ale okazało się, że nie potrafię już pisać długopisem w brulionie, a komputera nie miałem. Dużo czytałem i rozmyślałem. Teraz muszę sobie spokojnie poukładać pewne sprawy, ale już teraz wiem, że wiele się zmieniło, chociaż konsekwencji tych zmian jeszcze nie jestem w stanie ocenić. Czas pokaże.
19-07-2011 (10:53)
Po burzowym pływaniu przez tydzień po Solinie i intensywnym zwiedzaniu Krymu wpadłem na chwilę do domu, by przygotować się do wyjazdu do Albanii. Niczego nie planuję, wiem tylko, że podaję w tamtym kierunku. Po drodze zatrzymam się w Trsteno pod Dubrownikiem, bo zacząłem pisać opowiadanie, którego akcja tam się dzieje i chcę sprawdzić parę szczegółów.
Dostałem ostatnio kilka urzędowych listów, z których wynika, że wszyscy mają w dupie to, co robię. Pewnie jak zwykle ma rację Sztukmistrz spod Lublińca Jacek Tarski, mówiąc że przydałaby mi się odrobina godności i stanowczości w kontaktach z pewnymi ludźmi. Pomyślę o tym w sierpniu.
20-06-2011 (14:08)
Zbliża się koniec roku szkolnego. Świadectwa się drukują, wypisują się dyplomy i sprawozdania, listy gratulacyjne i podziękowania. Oczywiście nie same się wypisują tylko pracowitymi rączkami pań i panów uczycieli. Ruskie słowo uczyciel jest moim zdaniem trafniejsze od polskiego nauczyciel, bo tak jak człowiek strzela, a Pan Bóg kule nosi, tak nauczyciel uczy, a czy uczeń się nauczy, to Bóg jeden wie.
W środę po akademii będącej uroczystym zakończeniem roku szkolnego pakuję graty do samochodu i jadę z przyjacielem żeglować po Solinie. Potem na jeden dzień w Beskidy z uczniami z „Piętnastki”, a potem na Krym. Gdy wrócę z tej krainy Kimeryjczyków, pojadę jeszcze na południe, gdzieś nad Morze Śródziemne lub Adriatyk, ale jeszcze nie wiem gdzie, pewnie tam gdzie oczy poniosą. Napiszę po powrocie, czyli gdzieś w połowie sierpnia.
Następna „Tarnina” 9 września o 20:00 w Kurnej Chacie i 11 września o 14.30 na Rynku. Do zobaczenia.
16-06-2011 (14:50)
W tarnogórskiej poezji nieustannie dzieje się coś dobrego. We wtorek otrzymałem od Zosi Lesiewicz antologię, w której znalazło się 12 wierszy jej autorstwa. „21 w skali Beauforta” to publikacja zawierająca wiersze 21 autorów portalu www.poeci.eu „Na łódce poezji”. Jak pisze Aldona Borowicz we wstępie: „odwołanie się do skali mierzącej siłę żywiołu ma sugerować, że poezja jest żywiołem, emocją, (…) a siła tych emocji, ich zakres tematyczny i sposoby artykulacji są tak różnorodne jak różnorodne są sylwetki psychiczne autorów, ich indywidualna wrażliwość, doświadczenie i umiejętności”. Zosię Lesiewicz znam od września. Spotykamy się na warsztatach literackich w TCK. Jej poezja rzeczywiście jest bardzo emocjonalna i osobista. Pierwszy sukces był niedawno na turnieju jednego wiesza w Piekarach Śląskich. Ostatnio na „Tarninie” przeczytała swój wiersz. Co będzie dalej czas pokarze, ale trzymam kciuki.
Jury I edycji katowickiego Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego "Sny Malarzy - Sny Poetów" postanowiło wyróżnić drukiem w antologii, pośród innych autorów, również Anię Krztoń. Gratuluję!
12-06-2011 (11:24)
Tak jak przypuszczałem, wczorajszy dzień był dla mnie bardzo męczący, ale i bardzo miły. Przez dwa miesiące, wraz z kolegami i koleżankami ze Stowarzyszenia Miłośników Tarnowskich Gór i Kulturapii, przygotowywaliśmy „Industriadę” – święto Szlaku Zabytków Techniki. Udało się świetnie. Stworzyliśmy ludziom okazję do niebanalnego spędzenia sobotniego popołudnia. Wielu z niej skorzystało. Około 700 osób zwiedziło podziemia Zabytkowej Kopalni Srebra, gdzie spotkali się ze Skarbnikiem i oglądali pokaz pracy gwarków. Na powierzchni nie było tak tłoczno, może dlatego, że teren wokół kopalni jest dosyć duży. Nie był to zwykły festyn, gdzie króluje kiełbasa, krupnioki i piwo. Staraliśmy się nawiązać do tradycji gwarkowskiej, dlatego zorganizowaliśmy konkursy poszukiwania srebra i płukania go w specjalnej płuczce. Można było malować, lepić z gliny, fotografować podziemia i otoczenie kopalni, poznać zasady działania camera obscura, zaprezentować swój talent piosenkarski, krasomówczy lub recytatorski itd.
Tarnogórscy poeci prezentowali swoje utwory. To się nie zdarza na zwykłym festynie, ale na „Industriadzie” wszystko co wartościowe może mieć miejsce. Po trzyletniej przerwie zagrała Zielona Bawełna. Skład trochę się zmienił, ale graliśmy nasze stare piosenki. Po koncercie pojechałem na program „Tarniny” do Kurnej Chaty. Publiczność przybyła tłumnie. Materiału mieliśmy na trzygodzinny program i trzeba było dokonać ostrej selekcji. Kurna Chata to wspaniałe miejsce, które tworzą cudowni ludzie Darek Czubaj, Karolinka Korosiewicz i wszystkie kelnerki i kucharze. Dziękuję im za przychylność, wyrozumiałość dla naszej czelotki tarninowej. Są częścią tego przedsięwzięcia, tak samo ważną jak poeci i muzycy. A poza tym dobrze karmią. Czy zgadniecie, gdzie stołowała się Magda Gessler, gdy przeprowadzała kuchenną rewolucję w Ani z Zielonego Wzgórza?
10-06-2011 (13:59)
Jutro będę miał pracowity dzień. Najpierw „Industriada” na terenie Kopalni Zabytkowej, potem „Tarnina” w Kurnej Chacie.
Zapraszam wszystkich chętnych do występu na "Industradzie". Pomiędzy 12.00 a 14.00 możemy czytać swoje wiersze, śpiewać piosenki, opowiadać dowcipy na scenie z profesjonalnym nagłośnieniem. Zachęcam do udziału.
O 17.30 zagram wraz z kolegami piosenki Zielonej Bawełny. Co pewien czas pytają mnie ludzie co z Bawełną. Niech to będzie niedoskonała odpowiedź na to pytanie. Muzyka Zielonej Bawełny ma się dobrze, bo wykonuje „Tarnina”, a i przy ognisku lub w innych okolicznościach młodzież śpiewa te piosenki. I to mnie cieszy.
O 20.00 w Kurnej Chacie jubileuszowy program TKL „Tarnina” pt. „Pięć lat jak pięć minut”. Ktoś może powiedzieć, cóż to taki jubileusz, pięciolecie? Ale spróbujcie sami napisać i wykonać prawie 200 piosenek i tyleż teksów. Oczywiście tekstów napisaliśmy dwa razy więcej, żeby było z czego wybierać. Do tego trzeba dodać plakaty wykonane przez Mirka Ogińskiego i Anię Krztoń, nagranie płyty, audycje radiowe, telewizyjne i występy na festiwalach i fortepianowy obrus wykonany również przez Anię. Około 20 osób przewinęło się przez kabaret i wszystkim dziękuję za pasję.
08-06-2011 (14:49)
Jeżeli ktoś chciałby sprawdzić jak występowaliśmy na festiwalu „Kwiaty na kamieniach” to podaję linki do dwóch piosenek. Jedna jest Oli Kowalskiej, druga moja. W sumie wykonaliśmy cztery utwory. Zamieścili na you tube tę słabszą połowę, ale może za kilka dni dodadzą resztę.
http://www.youtube.com/watch?v=-5sMW2v8BRs&NR=1
http://www.youtube.com/watch?v=McKMQ2EPi8U&feature=related
05-06-2011 (12:40)
Od dawna nie brałem udziału w konkursach muzycznych, ale wczoraj z marszu wszedłem w tę atmosferę. Było bardzo sympatycznie. Ładne dziewczyny śpiewały smętne piosenki, chłopcy pełni młodzieńczego uroku śpiewali również smętne piosenki. Zauważyłem, że są one bardzo długie, ponieważ śpiewałem jako 26 podmiot wykonawczy, a czekać na swoją kolej musiałem 5 godzin. Nie szkodzi, wszyscy byliśmy w Krainie Łagodności (Michał Malicki nawet położył się na kolanach siedzącej obok niego pani, a ona nie protestowała i leżał tak pół godziny). Nikt nie przeklinał. Większość piła wodę lub soki, symboliczne piwo tylko nieliczni. Zarówno mój występ jak i Oli Kowalskiej wypadł świetnie. Ludzie pierwszy raz od 5 godzin zaczęli się bawić. Klaskali w takt piosenki, śpiewali ze mną refreny i uśmiechali się. Tylko jury miało ponure miny (oprócz Mirki Żak). Ta ponurość przełożyła się na werdykt, ponieważ nie wygraliśmy. Zastanawia mnie tylko, dlaczego oczekując na werdykt jury, uczestnicy konkursu w zaimprowizowanym jammie grali bluesy, a nie „Majstra Biedę” lub „Bieszczadzkie anioły”.
03-06-2011 (07:52)
Witold Bereś (ur. 1960 r. w Bytomiu) - polski dziennikarz, autor książek oraz scenarzysta i producent filmowy. Twórca takich filmów jak m.in. „Historia filozofii po góralsku według ks. Józefa Tischnera”, „Anioł w Krakowie” „Zakochany Anioł”, „Marek Edelman: życie. Po prostu”, „Tischner. Życie w opowieściach” napisał do mnie list z prośbą o pomoc następującej treści:
Andrzeju!
Szukamy starszych ludzi (no, powiedzmy - od 60 roku życia) związanych z Tarnowskimi Górami, do dziś mieszkającymi w tym mieście, a mogącymi kandydować do miana bohatera, autorytetu i patrioty swego miasta lub regonu. Chodzi o osoby, które mogą być kimś na kształt lokalnego, na poły zapomnianego, prof. Władysława Bartoszewskiego…
Rzecz w tym, że chcemy poprowadzić ogólnopolski projekt „Polska pamięta o swoich bohaterach” – i tu właśnie, w postaci krótkich filmów dokumentalnych (po kilka minut), chcielibyśmy opisać regionalnych działaczy społecznych, pedagogów, historyków, inżynierów – ale takich, którym region zawsze był bliski, a przez ten region – Polska.
Gdybyście Państwo chcieli pomóc mojemu koledze i zaproponowali osoby tarnogórskich nestorów, o których należy pamiętać, moglibyśmy nie tylko uhonorować te osoby, ale jednocześnie promować dzięki nim nasze miasto.
Propozycje proszę umieszczać w komentarzu do bloga lub pisać na mojego e-maila, znajdującego się na stronie www.andrzejkanclerz.pl.
02-06-2011 (07:52)
Coś mnie podkusiło i postanowiłem, że w tym roku zespół muzyczny „Tarniny” wraz z trzema wokalistami weźmie udział w bytomskim XX Festiwalu Piosenki Poetyckiej „Kwiaty na kamieniach”. Konkurs odbywa się 4 czerwca. Wiele lat temu, na jednej z pierwszych edycji, grałem z Zieloną Bawełną w koncercie gwiazd tej imprezy. Nawet TV wyemitowała spory fragment naszego koncertu. Teraz będziemy się ścigać w konkursie. Ania Jurzyca twierdzi, że nie mamy szans, bo jesteśmy za mało „lyryczni”, ale uważam, że to co jest naszą słabością, w odpowiednich okolicznościach może być naszą zaletą. Wyobrażam sobie radość jury zmulonego wysłuchaniem 25 smęcących bukowiniarzy, gdy nagle na scenę wejdzie „Tarnina” i da czadu. Pożyjemy, zobaczymy. Napiszę w niedzielę jak było.
30-05-2011 (15:19)
O spotkaniu autorskim Krzysztofa Tomanka pisał nie będę, bo napisałem już tekst do papierowego „Gwarka”, jeżeli redaktor Myśliwski go opublikuje, to sobie Państwo przeczytacie. Chciałem natomiast dotknąć innego problemu, który się podskórnie gdzieś tam w „Innym Śląsku” przewijał. Jak trudno jest żyć z poetą-synem, z poetą-narzeczonym-mężem, z poetą-pracownikiem. Pani Tomankowa odetchnęła z ulgą, że tyle lat wychowywania syna nie poszło na marne, że znalazł wreszcie swoja drogę. Narzeczona Patrycja była dumna ze swojego mężczyzny, chociaż sama przyznała, że nie zawsze było z nim lekko.
Sam wiem, że nie jest lekko. Te huśtawki nastrojów, chandry i chimery. Nocne Polaków rozmowy. Życie z poetą nie jest poetyczne, lecz potwornie prozaiczne. Która z pań jeszcze tego nie wie, niech mi wierzy. Może pierwszych kilka godzin tego życia wydawać się cudownymi, a potem nuda. Poeta nie zarabia dostatecznie dużo, nie remontuje mieszkania, nie naprawia cieknącego kranu. Poeta zamyka się w swoim pudełku nicości i gapi się bezmyślnie na telewizor lub w najlepszym razie czyta książkę. Wieczorem wychodzi z domu i właściwie nie wiadomo co robi, ale gdy wraca wyczuwa się od niego zapach papierosów i alkoholu. Poeta nie mówi komplementów, lecz używa słów powszechnie uważanych za niegodziwe i gdyby nie te wiersze, które pisze niewiadomo kiedy i gdzie można by go nazwać pasożytem.
27-05-2011 (18:31)
Maj był miesiącem obfitującym w spotkania z pisarzami tworzącymi dla dzieci i młodzieży.
19. maja odbyło się spotkanie z Grzegorzem Kasdepke w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Tarnowskich Górach. Kasdepke jest bardzo poczytnym autorem. Dzieci uwielbiają jego książki. W bibliotece szkolnej, w której pracuję książki Kasdepkego należą do najczęściej wypożyczanych przez uczniów klas II-V.
20. maja przyjechał do SP 15 Jan Drechsler. Bardzo się ucieszył, kiedy spostrzegł ślady zniszczenia na bibliotecznych egzemplarzach swoich książek, bo oznacza to, że są czytane. Spotkanie miało wiele humorystycznych akcentów, ponieważ, jak powszechnie wiadomo, Jan Drechsler jest osobą o dużym poczuciu humoru. Autor z zainteresowaniem wysłuchał opowiadań nagrodzonych uczniów o ilustracjach, które namalowali do jego książki.
23. maja SP nr 5 w Lasowicach zaprosiła Marcina Pałasza, ponieważ jest ulubionym pisarzem uczniów tej szkoły. Marcin Pałasz jest pisarzem obdarzonym ogromnym poczuciem humoru. Nawet wtedy, gdy chciał napisać horror, wyszła mu komedia. Do tej pory napisał 17 książek, a jeszcze w tym roku ukarzą się dwie następne. Jedna z nich będzie opowiadała o przygodach jego psa. Na pamiątkę autor otrzymał pracę plastyczną jednego z uczniów – ilustrację do jednej ze swoich książek.
Wszystkie spotkania zakończyły się rozdawaniem autografów i podpisywaniem książek.
Jutro o 18:00 w Innym Śląsku wieczór promocyjny debiutanckiego tomiku Krzysia Tomanka. Ciekawe, czy zdążyli mu wydrukować książkę, bo w środę w DRUKPOLU jeszcze nie mieli na nią odpowiedniego papieru.
21-05-2011 (13:28)
Wszyscy wokoło trąbią o odchudzaniu, a ja nie chcę się odchudzać. Mówię moim bliskim: Jeżeli będę chudł, zacznijcie się martwić, ponieważ będzie to znaczyło, że mam raka. Osoby odchudzające się są drażliwe, mają wahania nastroju, tracą humor, często się izolują, bo trudno jest funkcjonować w towarzystwie, które zajada się golonką, szaszłykami, pierogami, schabowymi z kapustą, deserami i lodami, a wszystko to podlewa paroma litrami piwa. Odchudzanie jest kosztowne, pracochłonne i nigdy się nie kończy, bo gdy się przestanie pojawia się efekt jojo. Oczywiście odchudzamy się dla zdrowia, ładnego wyglądu i dobrego samopoczucia, a to musi kosztować. Wojciech Mann jest gruby i chyba nikt nie wyobraża sobie, żeby było inaczej. Więc czy warto się odchudzać? Na to pytanie każdy z nas musi odpowiedzieć sobie sam. Jeżeli schudniemy, to przynajmniej panowie z firmy pogrzebowej nie namęczą się tak bardzo, niosąc nas w trumnie na swych ramionach.
Mój przyjaciel Jacek Tarski jest super. Odchudza się z Naturhouse na łamach „Gwarka” z determinacją godną żołnierzy szturmujących Monte Ciasno. Jak zwykle tryska humorem i jest pełen optymizmu. Nie opuszcza go dobry nastrój, przygotowuje świetne teksty na „Tarninę”. Jest tak zmotywowany, że nie przeszkadza mu, kiedy my jemy te wszystkie niezdrowe, pyszne potrawy i pijemy piwo, a on w tym czasie łyka wodę. Jacek jest super i na pewno mu się uda zrealizować, to co zamierzył. Wtedy przyjdzie na próbę do Kurnej Chaty jak młody bóg i rzuci z uśmiechem w naszą stronę: „Cześć grubasy!”
19-05-2011 (15:01)
Plac zabaw jest podstawowym miejscem służącym dzieciom do zabawy na wolnym powietrzu, dlatego powinien być estetyczny, atrakcyjny, a przede wszystkim – bezpieczny.
Niestety nie wszyscy właściciele i zarządcy mają tego świadomość. Tak się dzieje w przypadku „placu zabaw” przy ulicy Janasa na osiedlu „Przyjaźń”. Całość sprzętów służących dzieciom do zabawy jak dotąd stanowiło kilka huśtawek i niewielkich rozmiarów piaskownica, przy czym stan tych urządzeń był wprost skandaliczny.
Zarząd Międzygminnego Towarzystwa Budownictwa Społecznego nie przeprowadzał żadnych oględzin i kontroli tego miejsca od wielu lat. Nikt się nie zainteresował faktem, że huśtawki są zardzewiałe, w siedziskach są potężne ubytki, deski pognite i pełne wystających drzazg.
Piaskownicę trudno było nazwać tym mianem – wystające pionowo w górę wielkie, pordzewiałe gwoździe, pourywane deski, drzazgi i ostre krawędzie stanowiły realne zagrożenie dla dzieci.
Całość nie spełniała wymogów żadnych norm, nie wspominając o atrakcyjności i estetyce.
Mieszkańcy wystosowali do Zarządu MTBS pismo z prośbą o renowację starych urządzeń, wymianę na nowe oraz dokupienie dodatkowych sprzętów, gdyż sama piaskownica i kilka huśtawek to za mało, by zapewnić dzieciom warunki do zabawy i odpoczynku na wolnym powietrzu. Zarząd na pismo nie odpowiedział, ale już następnego dnia wszystkie urządzenia z terenu mającego być placem zabaw przy ulicy Janasa zostały usunięte. Po miesiącu oczekiwania w miejsce starej piaskownicy przyjechała nowa i byłby to fakt zasługujący na zadowolenie mieszkańców, walczących o godne miejsce zabaw dla swoich dzieci, gdyby nie to, że otoczenie nowej piaskownicy nie zostało nawet posprzątane. Wokół wciąż walają się pety, potłuczone szkło i wszelkiego rodzaju śmieci, a sama piaskownica ma rozmiary 2 m x 2 m, co sprawia, że nie mieszczą się w niej dzieci, chcące się bawić w piasku. Teraz – jak mówią mieszkańcy – dzieci mogą się pozabijać nawzajem. Huśtawek i innych sprzętów w dalszym ciągu brak.
Nie ma ogrodzenia chroniącego dzieci przed nieczystościami pozostawianymi przez zwierzęta, a przede wszystkim przed wybiegnięciem na ruchliwą ulicę Jana Pawła II. Pismo wciąż pozostaje bez odpowiedzi, co mieszkańcy poczytują za kpinę i jawną ignorancję. Wielokrotne prośby o postawienie w tym miejscu kosza na śmieci były zbywane tłumaczeniem, że MTBS kosza nie wystawi, gdyż „ludzie wrzucają tam inne rzeczy niż należy i trzeba często opróżniać”. Jest to oburzające, zwłaszcza w obliczu wciąż podnoszonych opłat za czynsz.
17-05-2011 (14:22)
We wczorajszym XXV Turnieju Jednego Wiersza w Piekarach Śląskich bardzo dobrze wypadli tarnogórzanie. Ania Krztoń zajęła pierwsze miejsce. Krzysztof Tomanek – drugie, a Zosia Lesiewicz otrzymała wyróżnienie. Serdecznie gratuluję.
Chciałbym zaprosić do Tarnowskich Gór Piotra Macierzyńskiego - poetę, którego twórczość nie tylko mnie przypadła do gustu. Jeżeli ktoś ma ochotę poczytać, to załączam linki.
http://www.piotrmacierzynski.republika.pl/
http://www.literaturajestsexy.pl/zart-nie-wyklucza-powagi-rozmowa-z-piotrem-macierzynskim/
http://www.pbp.sieradz.pl/docs/mbp/konkurs2008-1-2nagroda.pdf
http://www.artpapier.com/pliki/archiwum_wrzesien_04/literatura/macierzynski%20poezja.html
15-05-2011 (18:02)
Przy takiej pogodzie nawet z pieskiem nie chce się wychodzić na dwór lub na pole, jak mówią w innych regionach Polski. Kilka znanych mi osób hoduje koty, które nigdy nie były ani na dworze, ani na polu. Nawet na balkon nie wychodzą, bo mogłyby wyskoczyć i się zabić lub połamać. Nie mam pieska ani kotka, ale mam kilka zwierząt zamkniętych w klatkach dystychów. Napisałem te wierszyki pod wpływem grafik Ani Krztoń i bardzo je lubię. Może Wam też się spodobają.
WSZYSTKOĆPAJ
Teraz w błogim pogrążył się śnie,
inaczej wygląda gdy wszystko je.
SZCZERZYZĄB
Wyszczerzać kły to on potrafi,
szczególnie pozując do fotografii.
HIPOKTOŚ
Nadwaga hipoktosiowi nie przeszkadza,
żadnych diet w życie nie wprowadza.
ŻABIENIEC
Lubi odpoczywać w pozycji embriona,
dlatego strzeż dziewczyno swego łona.
DUPACZ
Jest to jedyne ze znanych mi stworzeń,
co kopnąć w tyłek samo się może.
GARBŁĄD
Garbate plecy nie wyglądają ładnie,
lecz nie wspominaj o tym, bo w furię wpadnie.
WIELKOCZŁON
Wielki kapitał mu natura dała,
tylko brak samicy, która by go chciała.
NOSOROBRYKACZ
Kiedy się rozigra, trzęsie się ziemia,
w pobojowisko okolicę zmienia.
CIARACH
Ciarach to także stworzenie Boże,
chociaż inaczej wydawać się może.
URBANODON
Urbanodonie, czy cię nie gniecie
to miasto, które dźwigasz na grzbiecie?
11-05-2011 (16:29)
Zapraszam wszystkich piszących wiersze do wzięcia udziału w Turnieju Jednego wiersza, który odbędzie się w Miejskim Domu Kultury w Piekarach Śląskich w poniedziałek 16 maja 2011 o godzinie 17:00. Należy przynieść ze sobą 1 wiersz w 2 egzemplarzach wydruku komputerowego.
Przypomniał mi się turniej jednego wiersza, w którym jurorami byli znakomici poeci: Julian Kornhuser i Krzysztof Lisowski, a sekretarzem Jan Hahn. Odbył się w 1993 r. w stajni, która dzisiaj jest restauracją u Wrochema, w ramach Festiwalu Sztuki Prawdziwej „Skała Życia”, zorganizowanego przez Jacka Swobodę i Krzysztofa Wronę. Festiwal składał się z konkursu, który wygrała tarnogórzanka Ania Kiełbusiewicz, późniejsza wokalistka zespołów ORKIESTRA ŚWIĘTEGO MIKOŁAJA i ANIA Z ZIELONEGO WZGÓRZA (02.02.1974 – 19.12.2003), która zginęła w wypadku samochodowym, jadąc na koncert do „Wiśniowego Sadu”. Oprócz konkursu występowały gwiazdy: WOJCIECH WAGLEWSKI z zespołem WW, WOLNA GRUPA BUKOWINA, ORKIESTRA ŚWIĘTEGO MIKOŁAJA, ZABRZAŃSKA ORKIESTRA ROCKOWA Z NOWICY, MYSLOWIC (?), JACEK KLEJF i inni. Występom muzycznym towarzyszy imprezy towarzyszące: spektakl Nascenicznego Teatru Thecolt w reżyserii Piotra Badery (tytułu nie pamiętam) i turniej jednego wiersza. Druga edycja festiwalu odbyła się w 1994 r. Była to bardzo inspirująca impreza. Jeżeli coś przekręciłem lub ktoś pamięta inne szczegóły proszę o informację w komentarzu.
05-05-2011 (16:21)
Jeżeli w maju może być zima, to może też przyjść do człowieka „Dzieciątko”. Do mnie dzisiaj przyszło prawdziwe „Dzieciątko” z grudnia 2010. Dlaczego tak długo szło? Ponieważ przybyło do mnie aż Ekwadoru. Ów prezent, to oryginalny kapelusz panama. Chociaż nazywa się panama produkowany jest w Ekwadorze. Jego nazwa przyjęła się w czasie budowy Kanału Panamskiego, kiedy stał się popularny w USA za sprawą prezydenta Theodore`a Roosevelta, który wizytując kanał dał się sfotografować w takim kapeluszu. Teraz czekam na upalne dni.
01-05-2011 (09:55)
Wypełniłem dzisiaj przez Internet formularz Narodowego Spisu Powszechnego, spełniając w ten sposób swój obywatelski obowiązek. Ku mojemu zaskoczeniu ankieta okazała się bardzo krótka i nie zawierała pytań o rzeczy, których urzędy nie wiedziałyby już wcześniej. Pytali o PESEL, NIP, adres, stan cywilny, narodowość, obywatelstwo, czy odczuwam przynależność także do innego narodu lub wspólnoty etnicznej oraz czy w domu mówi się po polsku? Od razu przypomniały mi się słowa piosenki Andrzeja Rosiewicza „(…) bo jakbyś czuł się, gdyby w domu ktoś przy dziecku mówił po niemiecku” („Najwięcej witaminy mają polskie dziewczyny”). Nie mom tego problemu, godom po polsku, bo jes żech Polokiem.
26-04-2011 (09:22)
Co jakiś czas piszę, w tym miejscu, o sukcesach młodych tarnogórzan. Dzisiaj chciałbym przybliżyć postać Tomasza Rosoła rocznik 1989, którego karierę obserwuję od jakiegoś czasu. Na co dzień ćwiczy podnoszenie ciężarów w klubie Budowlani Opole, ponieważ w tym mieście studiuje. 13 kwietnia Tomek zajął w dwuboju dziewiąte miejsce w kategorii 69 kg w mistrzostwach Europy w podnoszeniu ciężarów w Kazaniu z wynikiem 295 kg. Zwyciężył Rosjanin Władysław Łukanin - 332 kg. Był to pechowy występ dla naszego ziomka, ponieważ tylko pierwszych 8 zawodników kwalifikowało się do stypendium sportowego w wysokości 1500 zł miesięcznie. Pech, chociaż Rosoł w grupie B był trzeci, w rwaniu zaliczył 135 kg, w podrzucie w pierwszej próbie 160 kg, ale dwa podejścia do 165 były spalone.
W ubiegłym roku Tomasz Rosoł zajął szóste miejsce w kategorii 69 kg w rozgrywanych w Mińsku mistrzostwach Europy w podnoszeniu ciężarów. Obserwowałem ten turniej w telewizji. Tarnogórzanin walczył dzielnie, ale zwyciężył Rumun Ninel Miculescu. W 2006 roku na XVI Mistrzostwach Europy Juniorów i XIII Juniorek do lat 17 w szwedzkiej Landskronie Rosoł zdobył brązowy medal, dlatego myślę, że nie powiedział jeszcze swojego ostatniego słowa.
A teraz wątek literacki mojego wpisu. Janek Drechsler też za młodu ćwiczył podnoszenie ciężarów, więc może za parę lat z Tomka Rosoła wyrośnie nowy tarnogórski poeta?
25-04-2011 (19:56)
W pierwszy dzień świąt, po południu zaczęło mi brakować powietrza, więc wybrałem się pojeździć na rowerze. Objechałem T. G. dookoła i trochę pomogło. Dzisiaj rano pojechaliśmy w Beskidy. Z Brennej zielonym szlakiem poszliśmy na Błatnią. Schronisko odnowione, ludzi dosyć dużo. Kilku rowerzystów, ale ja nie gustuję w jeżdżeniu na rowerze po górach, dlatego im nie zazdrościłem. Dalej poszliśmy w kierunku Klimczoka. Zaczął padać deszcz i Zeus się obudził, bo pioruny waliły jeden za drugim. Poszliśmy w kierunku Karkoszczonki i dalej w dół do Brennej. W sumie 4,5 godziny i jeszcze pół godziny szosą do samochodu. Bardzo przyjemnie. Lubię to zmęczenie po energicznie spędzonym dniu. W jarach jeszcze leży śnieg, ale na przydomowych skalniakach kwitną różnokolorowe kwiatki. Powrót do domu w tłoku samochodów, ale bez korków. Trzeba częściej się ruszać na Beskidzie szlaki. Minimum raz w miesiącu. Jutro już będzie normalnie, powszednie ruchome święto. Bardzo mnie to cieszy.
18-04-2011 (15:14)
W sobotę w ramach szkolnych zajęć kreatywnego wykorzystania wolnego czasu wybrałem się z uczniami na wycieczkę rowerową. Pierwszy etap wiódł do skansenu maszyn parowych przy Zabytkowej Kopalni Srebra. Po drodze zatrzymaliśmy się przy ładnie odnowionej, zabytkowej dziewiętnastowiecznej kapliczce, stojącej pod starym kasztanem przy ulicy Skrzypczyka. W skansenie uwagę zwracają odrestaurowane staraniem członków SMZT dwa pięknie eksponaty: silnik parowy i wąskotorowa lokomotywa LAS. Lokomotywa jest sprawna, może jeździć i pokaz jej pracy odbędzie się w czasie INDUSTRIADY 11 czerwca 2011 r..
Ze skansenu pojechaliśmy na hałdę popłuczkową usypywaną od 1838 do 1912 roku z odpadów górniczego urobku – dolomitu gliny resztek rud żelaza. Na szczycie hałdy ustawiono ławy i stoliki. To dobre miejsce do wypoczynku, bo rozpościera się z niego wspaniały widok na Tarnowskie Góry od Bobrownik po Rept z rezerwatem Segiet za plecami.
Dalej droga poprowadziła nas do wielkiej dziury po nieczynnej już kopalni dolomitu. Aby się z niej wydostać musieliśmy pchać rowery stromą, niedawno usypaną, pochylnią. Potem tylko chwila i byliśmy w Sportowej Dolinie. Nie zrobiła na nas dobrego wrażenia. Nawet nie można było kupić nic do picia, nie wspominając o lodach. Okolica była rozkopana jak plac budowy, jednym słowem - średnio. Stara karuzela i małe zoo trochę polepszyły humory.
Na koniec zostałem przegłosowany, bo jako jedyny nie chciałem jechać do Mac Donalda. Wiadomo, żadna wycieczka szkolna nie może się obyć bez wizyty w tym przybytku rozkoszy kulinarnych.
Piękna pogoda pozostawiła na mnie swoje ślady. Spalone na czerwono dłonie i pół twarzy, co sprawiło, że stałem się posiadaczem janusowego oblicza, a czerwono-biały ślad po czapce wyznacza poziom oleju w głowie – niewielki, ale lepsze to niż nic.
W niedzielę cała rodzina świętowała wraz moją mama jej 70 urodziny, które tak naprawdę przypadają dzisiaj. Kiedyś napisałem dla mamy wiersz, chciałbym go teraz przypomnieć z najlepszymi życzeniami.
TAJEMNICA KRZYKU PIERWSZEGO
Drzewo Sandałowca
nauczycielu proroku strażniku lampy
Ty znasz tajemnice studni
Ty Drzewo Święte
Ty Drzewo Siedzibo Bóstwa
Ty Drzewo Kosmiczne
Ty Drzewo Oś Świata
Ty Drzewo Żywota
Ty Drzewo Poznania
Ty Drzewo Odrodzenia
Ty Drzewo Płodności
Ty Drzewo Król i Królowa
Ty Drzewo Nieśmiertelności
opowiedz o chwili kiedy umarł stary świat
opowiedz o tej która nowemu światu
nadała moje imię
15-04-2011 (07:18)
W środę przygotowałem rower do sezonu. Zawsze mam problem z pompowaniem opon, dlatego i tym razem pojechałem na stację benzynową obok TESCO, bo mają tam kompresor. Podobno amerykańscy uczeni stwierdzili, że ilość rowerzystów wzrasta wprost proporcjonalnie do ilości ścieżek rowerowych. Dla mnie kolejną zmienną jest aura. Zimno i deszcz nie sprzyjają rowerzystom. Kiedy wracałem do domu grad walił już w „Przyjaźń”.
Nie boję się jeździć po ruchliwych ulicach, ale znam wiele takich osób, które się boją. Nie mam złudzeń, że kiedyś ścieżki rowerowe pojawią się w TG. Nie pojawią się, bo nie ma na nie miejsca.
Przeczytałem artykuł w „Gwarku” pt. „Martwy dokument za 80 tysięcy”. Chodzi o „Studium komunikacyjnego ruchu jednokierunkowego w centrum miasta Tarnowskie Góry…” i czy ja się bulwersuję, czy krzyczę o marnowaniu pieniędzy podatników – nie. Nie powiem nawet, że można by za te pieniądze wydać 20 tomików wierszy, albo zrobić dwie dobre imprezy kulturalne i to bez drugiego martwego dokumentu jakim jest „Strategia rozwoju kultury w Powiecie Tarnogórskim”.
Biurokracja wysysa z nas energię, oplata jak pajęczyna muchę, dlatego z przyjemnością wczoraj poszedłem na zebranie Zarządu Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Tarnogórskiej i spotkałem się z ludźmi, którzy nie mnożą papierowych bytów, lecz zajmują się konkretami.
08-04-2011 (18:31)
Tarnogórscy poeci wspomagani przez zespół muzyczny Kabaretu Literackiego „Tarnina” wystąpili wczoraj w Bytomskim Centrum Kultury. Na widowni nie było przypadkowych ludzi. Ci, którzy przyszli na spektakl wiedzieli czego mogą oczekiwać i chyba się nie zawiedli.
Promocja poezji jest trudna, bo niewiele osób chce i potrafi słuchać poezji. Szczególnie te autorskie recytacje bywają okropne, ale w jakiś sposób zbliżają do siebie twórcę i odbiorcę. Z tego powodu preferuję tradycyjną formę przekazu poezji, znaną od kilku tysięcy lat, czyli poezję śpiewaną. Homer śpiewał swoje wiersze, król Dawid swe psalmy, śpiewali średniowieczni wędrowni poeci i muzycy zwani minstrelami - popularyzatorzy i wykonawcy (śpiewacy, recytatorzy) poezji.
We Francji byli to trubadurzy - poeci i muzycy zarazem działający w XII i XIII wieku. Z nich wywodzą się późniejsi truwerzy, którzy do poezji lirycznej dołączyli jeszcze pieśni rycerskie, takie jak np. opowieść o Lancelocie lub „Pieśń o Rolandzie”.
W Niemczech średniowieczni, niemieccy, arystokratyczni poeci liryczni i muzycy nazywani byli minnesingerami lub minnesingerami.
My tarnogórzanie również mamy swoich minnesingerów (używam niemieckiej nazwy, bo jako Ślązak, czyli zakamuflowany Niemiec, bliższy jestem naszych zachodnich sąsiadów niż ich zachodnich sąsiadów) np. Janek Drechsler jak wszyscy wiedzą napisał pieśń o "Roladzie", a z poezji lirycznej "Siedzi Amor na drzewie" i śpiewał ten utwór z moim skromnym udziałem. Doskonałym przykładem minnesingera jest Łukasz Loskot, wykonujący z powodzeniem swe utwory liryczne z zespołem "Absynth". Ja minnesingeruję od 28 kwietnia 1989 roku, kiedy to odbył się w Tarnowskich Górach mój wieczór autorski w nowo otwartej herbaciarni „Tea Bar” przy ulicy Przesmyk. Śpiewałem wtedy swoje wiersze z akompaniamentem gitary Tomka Września.
Zapomniałbym, ze w Polsce wędrownych poetów nazywano sowizdrzałami. Byli biedni, mieli radykalne poglądy, szydzili z panów i kleru, a często musieli dorabiać jako nauczyciele. Coś mi to przypomina.
Ciekawe, że Walenty Roździeński, autor znanego w Tarnowskich Górach dzieła "Officina ferraria, abo huta i warstat z kuźniami szlachetnego dzieła żelaznego" był jednym z twórców literatury sowizdrzalskiej. Mamy więc pradawne tradycje.
06-04-2011 (15:56)
Od czerwca 2010 r. jestem w zarządzie Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Tarnogórskiej, dlatego namawiam i zapraszam tarnogórskich muzyków, wokalistów i zespoły do udziału w PRZEGLĄDZIE MUZYKI TARNOGÓRSKIEJ „INDUSTRIADA 2011”, który odbędzie się w sobotę 11.06.2011 r. na terenie Zabytkowej Kopalni Srebra.
Aby wziąć udział w tej imprezie, należy przesłać lub dostarczyć osobiście płytę CD z 2-3 swoimi utworami na adres: SMZT, ul. Gliwicka 2, 42-600 Tarnowskie Góry. Do płyty należy dołączyć informację o zespole i dane kontaktowe ( e-mail, nr telefonu ). Termin nadsyłania płyt : do 02.05.2011 r.
Ponawiam również zaproszenie, aby jutro w czwartek 7 kwietnia wybrać się na 18:00 do Bytomskiego Centrum Kultury, w którym tarnogórscy poeci będą promowali swoją antologię „Czy w tym mieście mieszka poeta”. Oprawę muzyczną zapewni zespół Kabaretu Literackiego „Tarnina”. Będzie możliwość otrzymania antologii z autografami przyszłych noblistów..
05-04-2011 (14:16)
Zapraszam wszystkich do Bytomskiego Centrum Kultury w czwartek 7 kwietnia o 18:00. Tarnogórscy poeci będą tam promowali swoją antologię „Czy w tym mieście mieszka poeta”. Wystąpi także zespół muzyczny Kabaretu Literackiego „Tarnina”. Będzie możliwość otrzymania antologii.
Wczoraj pisałem o porcie gliwickim. Dzisiaj publikuję wiersz powstały z tej inspiracji.
80 GLIWICE PORT
Autobus linii 80 kursuje do portu
z regularnością refrenu roboczej szanty
której od dawna nikt tutaj nie słyszał
Barki stojące w mule kotwicowiska
okryte na poły zarzuconą plandeką zimy
smaga lodowaty czas
Żółte dźwigi na nabrzeżach
jak posępne szkielety ptaków brodzących
pochylają się w świetle latarni portowych
Na parkingu pstra zbieranina samochodów
rdzawe węglarki na bocznicy
czekają jak podróżni na swój rejs
w Marsylii, Hamburgu, Rotterdamie lub Gdyni
skąd znacznie łatwiej wyruszyć i wrócić
bo do domu nie trzeba płynąć pod prąd
04-04-2011 (15:28)
W niedzielę pojechałem na wycieczkę do opactwa cysterskiego w Rudach Raciborskich. Obiekt w 80% jest odrestaurowany, wygląda bardzo ładnie. Zaskakuje surowe gotyckie wnętrze kościoła, ponieważ z zewnątrz jest barokowy. Trwają również prace przy regulacji rzeki Rudej, która przepływa przez angielski park, przy którym leży opactwo.
W drodze powrotnej zahaczyłem o port w Gliwicach i pierwszą śluzę Łabędach. Pojechałem tam, bo niedawno napisałem wiesz o tym poecie. Zainspirował mnie autobus z wyświetlanym napisem: 80 GLIWICE PORT. Zapachniało wielkim światem, bo uwielbiam poety, ich zapach i atmosferę. Niestety Port Gliwicki nie ma tej atmosfery ponieważ jest portem rzecznym, położonym w okolicach stanowiska szczytowego Kanału Gliwickiego i zaczyna prawie 41 kilometrową trasę, która łączy basen portowy z rzeką Odrą, jest również przykładem portu kanałowo-końcowego.
Obecnie Port Gliwice wraz ze stacją kolejową, terminalem celnym, wolnym obszarem celnym, bazą magazynową, parkingami i biurami jest jednym z elementów Śląskiego Centrum Logistyki. Uważany jest za najnowocześniejszy i najbardziej uniwersalny port śródlądowy w kraju, ale słyszałem, że obecnie maja problemy z żeglugą, bo kanał jest zamulony i bywa zbyt płytki.
Pierwszy gliwicki port znajdował się w centrum miasta (pomiędzy obecnymi ulicami Dworcową i Zwycięstwa) nad Kanałem Kłodnickim. Do portu doprowadzona była linia kolei wąskotorowej. Port zlikwidowano po wybudowaniu Kanału Gliwickiego. Już w 1939 roku działał tu port przeładunkowy wraz ze stacją kolejową. Port zawierał dwa baseny główne: północny i południowy oraz mniejszy basen pomocniczy. W 1940 roku ze względu na trwanie II wojny światowej i zmianę profilu niemieckiej gospodarki, podporządkowanej głównie produkcji zbrojeniowej, przerwano prace przy rozbudowie portu. Po zakończeniu wojny, w 1945 roku wiele urządzeń portu zostało zdewastowanych bądź zdemontowanych i wywiezionych. W latach późniejszych port był kilkakrotnie modernizowany i wyposażany w nowe urządzenia.
03-04-2011 (18:33)
W piątek byłem na kolejnym przedstawieniu XIII Ogólnopolskiego Festiwalu Sztuki Reżyserskiej Interpretacje – Katowice 2011. Tym razem był to „Sen nocy letniej” w reżyserii Moniki Pęcikiewicz z aktorami Teatru Polskiego we Wrocławiu. 140 minut bez przerwy. Swoją drogą zastanawiająca jest ta moda na wielogodzinne przedstawienia i to bez przerwy. Publiczność się męczy, nie mogąc skorzystać z toalety np. „Babel” trwał 180 minut bez przerwy.
Pedro Calderón de la Barka napisał komedię „Życie jest snem”. Tytuł „Sen nocy letniej” Monikia Pęcikiewicz mogłaby strawestować na „Film jest snem”, a od tego już tylko krok do tytułu „Film nocy letniej”, ponieważ wszystko, co fantastyczne w sztuce Szekspira tutaj dzieje się w filmie. Reżyserka bardzo daleko odeszła od koncepcji autora. Sztuka jest uwspółcześniona, niektóre dialogi dodano, a wszystko jest strasznie smutne. I pomyśleć, że nasze postmodernistyczne czasy potrafią zniszczyć nawet szekspirowską radość ze swobodnego uprawiania seksu z różnymi partnerami pod pozorem naturalnych czarów.
Wczoraj oglądałem pracę dyplomową Olgi Pokrywki. To wspaniała kolekcja damskich ubrań w stylu hot couture oceniona przez profesorów na bdb. Wszystkie wykonane są z jedwabiu i muślinu z wfilcowaną w odpowiednich miejscach wełną z merynosów. Efekt powalający (zdjęcia można zobaczyć na fejsbuku). Narodziła się nowa projektantka mody. Gratuluję. Panie, ustawiajcie się w kolejce po kreacje, póki was jeszcze na nie stać.
Spacerując w sobotnie południe, dotarłem na wysypisko śmieci im. hrabiego Redena. Kiedyś był tam park, pewnie starsi mieszkańcy T.G. pamiętają. Nie wiem, do kogo ta parcela należy, ale na pewno nie do Miasta, bo jakby się pan Burmistrz dowiedział, że zamieniono piękny park na wysypisko śmieci, to pewnie ktoś straciłby pracę. Z tego wszystkiego przestałem się dziwić, że ludzie na spacery jeżdżą do centrów handlowych – czysto, estetycznie, w psią kupę nie wdepniesz, na flaszce się nie przewrócisz, worek foliowy w nogi ci się nie zaplącze. Dobrze, że w naszym mieście będziemy mieli mową galerię handlową i to 50 m od wysypiska śmieci im. hrabiego Redena.
30-03-2011 (17:05)
Niejednokrotnie pisałem w tym miejscu, jak cieszą mnie sukcesy młodych tarnogórzan, dlatego trzymam kciuki za Kubę Nycza. Tym bardziej, że jest wokalistą zespołu O`reggano, który zakładał wraz z kolegami mój syn Błażej i to on jest autorem nazwy. Niestety ich drogi artystyczne rozeszły się. Błażej w Poznaniu założył grupę Rajach, w O`reggano zastąpił go Kuba i dobrze bo musi być ruch w sztuce.
Gdyby ktoś chciał wiedzieć, jaka jest etymologia nazwy O`reggano, to mogę zdradzić, że klika razy zbieraliśmy oregano w górach na granicy chorwacko – bośniackiej niemal pod lufami pilnujących jej ludzi. Nie było to przyjemne, ale żadne inne ziele nie ma tak intensywnego zapachu jak oregano z okolic Kiševa.
Nazwa oregano wywodzi się z greckich słów: „oros” – góra, „ganos” – radość, czyli „radość góry”. W państwach śródziemnomorskich jest uważane za symbol szczęścia. Kiedy Grecy widzieli zioło porastające grób, wierzyli, że zmarły jest szczęśliwy. Zarówno na greckich jak i na rzymskich weselach, młoda para zakładała wieńce z oregano na znak radosnego wydarzenia. Życzę Kubie i całej reszcie zespołu wiele szczęścia.
Drugą osobą, której przy okazji podaruję na szczęście gałązkę oregano, jest wspaniała młoda plastyczka, tegoroczna laureatka Nagrody Burmistrza w dziedzinie kultury - Ania Krztoń. Nie śpiewa tak ładnie jak Kuba Nycz, ale za swoją pracę licencjacką otrzymała wyróżnienie. Profesorowie nie mogli się jej nachwalić i powiedzieli, że jest na poziomie świetnej pracy magisterskiej. Gratuluję.
29-03-2011 (16:22)
Mówi się, że jeżeli czegoś nie ma w Internecie to nie istnieje. Jeżeli wpiszesz do wyszukiwarki hasło „kabaret literacki”, to okaże się, że w Polsce są dwa „Tarnina” i „Zielony Balonik”. „Tarnina” jak wiadomo gra regularnie raz na kwartał, a „Zielony Balonik” sporadycznie wystawiał przedstawienia do 1915 roku.
Andrzej Strzelecki 7 października 2007 roku wyreżyserował spektakl „Państewka na linie” wg tekstów Wojciecha Młynarskiego. Premiera odbyła się w warszawskim Teatrze Bajka. Strzelecki w przeprowadzonym z nim wywiadzie utrzymywał, że kabaret literacki ma wciąż swą widownię i nikt nie rozumie, że istnieje cała grupa odbiorców, dla których poezja, jaką tworzy Młynarski, jest czymś szalenie istotnym. Oni nie utożsamiają się z rozrywką sprowadzającą się tylko i wyłącznie do popowej piosenki czy wszechogarniającego nas tańca. No tak, ale kabaret Andrzeja Strzeleckiego odbył się okazjonalnie.
I jeszcze ciekawostka Tarnowie działa Kabaret Literacki „Litr”. Niesamowite, prawda? Wszak Tarnów i Tarnowskie Góry w rdzeniu swej nazwy mają cząstkę "tarn" pochodzącą od rzeczownika "tarnina". Niewiele udało mi się dowiedzieć o tarnowskim „Litrze”, ale chyba na razie nie występuje, bo zrozumiałem, że mają kłopoty lokalowe, tak jak kiedyś my z „Wiśniowym Sadem”.
Nie piszę tego wszystkiego dla pustej przechwałki, chciałbym tylko, żeby tarnogórzanie wiedzieli, że mają coś, czego nie ma nawet Kraków, bo przecież skoro "Piwnicy pod Baranami" nie ma w Internecie, to znaczy, że jej nie ma wcale. Zresztą kiedy Piotr Skrzynecki umarł to "Piwnica" wraz z nim, tak jak kiedyś umrze "Tarnina" razem z Drechslerem.
28-03-2011 (15:25)
Rozpoczął się XIII Ogólnopolski Festiwal Sztuki Reżyserskiej Interpretacje – Katowice 2011. Wczoraj, jak co roku, pojechałem na mistrzowski spektakl „Babel” w reżyserii Mai Kleczewskiej, stworzony na podstawie dramatu austriackiej pisarki - laureatki Nagrody Nobla - Elfride Jelinek. Nie mogę powiedzieć, że Jelinek należy do moich ulubionych pisarzy, ale znam jej twórczość, szanuję i doceniam. „Babel” to sztuka typowo jelinkowska, poruszająca kwestie śmierci, cierpienia, okrucieństwa i erotyki. A wszystko to wymieszane ze sobą jak w tatarze wołowina, jajko, cebula, ogórek, sól i pierz. Specjalnie dokonałem takiego porównania, bo u Kleczewskiej – Jelinek nie ma ludzkiego ciała, jest mięso – ludzina. Jest obalanie mitów, niszczenie godności, czystości uczuć i intencji. To nie był spektakl łatwy i przyjemny. Przez 3 godziny (bez przerwy) aktorzy Teatru Polskiego im. Hieronima Konieczki z Bydgoszczy dawali z siebie wszystko, doprowadzając publiczność do takiego stanu, że część osób wyszła końcem sztuki, a ci co pozostali nie byli pewni, czy mają klaskać czy nie. Kleczewska nie oszczędza ani aktorów, ani publiczności i dzięki temu robi świetny teatr.
Mam takie wrażenie, że całe życie upływa mi w kryzysie. Najpierw był to kryzys związany z komuną i gospodarką niedoboru, potem był kryzys związany z wychodzeniem z kryzysu, teraz jest kryzys światowy, a jutro będzie kryzys wieku średniego. To właśnie tak, jakby przez cały czas żyć w tarninie. Każdy ruch jest zagrożony pokłuciem i podrapaniem jej kolcami, a jest tak gęsta, że wyrwać się z niej niesposób. Ta alegoria była mi potrzebna, aby zatoczyć pewne koło, bo chociaż program „przygotowanie do życia w tarninie” przedstawiony przez Kabaret Literacki „Tarnina” był dosyć zabawny (świadczył o tym śmiech publiczności) to właściwie mówiliśmy o tych samych problemach co Elfride Jelinek ustami aktorów Mai Kleczewskiej, tylko innym językiem. Czy można się przygotować do takiego życia? Można . Przepis znajduje się na stronie http://www.andrzejkanclerz.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=231:przygotowanie-do-ycia-w-tarninie&catid=65:tarnina&Itemid=68
Acha, czy ktoś wie z jakiego krzewu była zrobiona korona cierniowa Chrystusa?
16-03-2011 (14:45)
W sobotę 26 marca o godz. 20:00 w restauracji „Kurna Chata” Tarnogórski Kabaret Literacki „Tarnina” przedstawi swój premierowy spektakl pt. „Przygotowanie do życia w tarninie”. Zapraszam wszystkich sympatyków i przeciwników. Będzie wesoło i lirycznie. Wystąpią z nami nowe osoby: Ola Kowalska – śpiew i Michał Malicki - gitara. Spektakl ten będzie ostatnim, w którym będzie można podziwiać Tego Niesamowitego Pawła Klicę. Będzie również ostatnim przed naszym programem jubileuszowym. V-lecie kabaretu będziemy obchodzili w czerwcu.
13-03-2011 (12:53)
Od piątkowego trzęsienia ziemi w Japonii, trochę się martwiłem o nasze dziewczyny z zespołu TESS, które właśnie w tym czasie, występowały w Tokio. Dzisiaj trochę uspokoił mnie Mirosław Błaszczak, dyrektor TCK, który na antenie programu „Dzień dobry TVN” telefonicznie zdał sprawozdanie z tego, czego doświadczyli tarnogórzanie w Tokio. Najważniejsze, że nikomu nic się nie stało, a jutro wracają do domu. Właściwie nie powinniśmy się dziwić, że pobyt śląskich dziewczyn w Kraju Kwitnącej Wiśni spowodował trzęsienie ziemi o sile, której nie pamiętają najstarsi japońscy górale. Nam tylko nadzieję, że TCK sprawujące opiekę nad zespołem TESS nie zostanie pociągnięte do odpowiedzialności finansowej za straty powstałe w wyniku tego trzęsienia ziemi.
07-03-2011 (19:04)
Jutro Dzień Kobiet, w wielu miastach odbywają się manify przeciwko dyskryminacji płci pięknej. Muszę przyznać, że ja też należę do tych mężczyzn, którzy dyskryminują kobiety. Najczęściej zdarza mi się dyskryminować moją żonę. Już od samego rana zaczynam są niecną działalność. Absolutnie nie pozwalam, aby zrobiła mi śniadanie. Specjalnie wstaję wcześniej, myję się i kiedy tylko żona wejdzie do łazienki, ja dyskryminując ją przyrządzam śniadanie. Żona jest wściekła, odgraża się, że takiej dyskryminacji nie zniesie i obiad zrobi sama, ale nie zwracam uwagi na jej gadanie. Zaraz po pracy szybko robię niezbędne zakupy i biegnę do domu ugotować dyskryminujący ją obiad. Widząc, że niewiele wskóra złością, próbuje po dobroci wynegocjować zmywanie naczyń. Niestety to jestem szybszy i sprawniejszy manualnie. Sprawnie zabieram jej z ręki pusty talerz i już stoję przy zlewie, niech mnie któraś wy… goni. Nie wzruszają mnie nawet łzy w jej oczach. Żeby pokazać, kto tu jest panem, a kto dyskryminowaną panią łapię za odkurzacz i pomykam nim jak Kubica na torze. Kiedy przychodzi czas na kolację dyskryminowana kobieta już wie gdzie jest jej miejsce i nawet nie próbuje zbliżać się do kuchni. Wiem, że zachowuję się nieładnie, ale jako prawdziwy mężczyzna nie mogę sobie pozwolić na to, by kobieta weszła mi głowę. I wam panowie radzę to samo.
06-03-2011 (10:26)
Jak poradzić sobie z bezrobociem, z korkami na drogach, z brakiem miejsc parkingowych i z brakiem żłobków? Rozwiązanie jest bardzo proste. Gdyby mężczyźni zarabiali dwa razy tyle co teraz, ich żony nie musiałyby pracować. Siedziałyby sobie w domu i opiekowały się dziećmi. Zwolniłyby się etaty dla bezrobotnych w tej chwili mężczyzn. Żłobków i przedszkoli starczyłoby dla niezamężnych lub rozwiedzionych matek, które musiały jednak pracować. Zmniejszyłyby się również korki na drogach i przybyło miejsc parkingowych, ponieważ 1/3 pojazdów nie byłaby używana.
Problem polega jednak na tym, że wiele kobiet ucieka w pracę, bo któż by wytrzymał siedzenie w domu z rozwrzeszczanymi bachorami. Lepiej je oddać do przedszkola i mieć spokój w pracy przynajmniej przez kilka godzin. A jak podrosną to na szczęście jest szkoła i świetlica czynna do 16:00. Dlaczego tylko do 16:00? – Oburzają się niektórzy rodzice. Gdyby była czynna do 20:00, to wystarczyłoby dać kolację i położyć do łóżeczka. Koloryzuję? – Oczywiście. Przejaskrawiam? – Jak najbardziej. Jestem męską szowinistyczna świnią? – Nie do końca, ponieważ mam w zanadrzu jeszcze jeden wariant.
Gdyby kobiety zarabiały dwa razy tyle co teraz, ich mężowie nie musieliby pracować. Siedzieliby sobie w domu i opiekowali się dziećmi. Zwolniłyby się etaty dla bezrobotnych w tej chwili kobiet. Żłobków i przedszkoli starczyłoby dla niezamężnych lub rozwiedzionych ojców, którzy musieliby jednak pracować. Zmniejszyłyby się również korki na drogach i przybyło miejsc parkingowych, ponieważ 1/3 pojazdów nie byłaby używana. Problem polega jednak na tym, że wielu mężczyzn ucieka w pracę, bo któż by wytrzymał siedzenie w domu z rozwrzeszczanymi bachorami …
28-02-2011 (19:13)
W sobotę byłem na urodzinowym jam session Dominiki Seger (saksofon) i Alberta Karcha (perkusja) w galerii „Inny Śląsk”. Towarzyszyło im jeszcze dwóch kolegów nieznanych mi z nazwiska gitarzysta i basista. To niesamowite jak ci młodzi ludzie grali jazz. Jestem pełen podziwu. Rosną nam muzycy wielkiego formatu, jeszcze wspomnicie moje słowa.
Na jam session przyszło przynajmniej kilku innych muzyków ze swoimi instrumentami, ale nikt nie zdecydował się wyciągnąć instrumentu z futerału. Już sam ten fakt chyba o czyś świadczy. Nikt też nie odważył się zaśpiewać, chociaż na sali były osoby potrafiące to robić.
Czuję się dziwnie, chyba cierpię na niedobór jakieś witaminy. Jutro zażyję tran z rekina.
26-02-2011 (13:29)
Tydzień obfitował w wiele wydarzeń. W czwartek o 17:00 tradycyjny „Czwartek Tarnogórski” nt witraży kościoła pw. Apostołów Piotra i Pawła. O 18:00 w TCK-u spotkanie animatorów i twórców kultury, na którym odbyło się wręczenie Nagród Burmistrza w Dziedzinie Kultury. Cieszę się, że to, co robi Ania Krztoń zostało dostrzeżone i uhonorowane.
W piątek byłem na wernisażu wystawy „Tarnogórzanie w karykaturach Mieczysława Muławskiego z komentarzem Jana Drechslera. 61 odsłon gości pod renesansowym stropem”. Artysta przedstawił mnie w otoczeniu wielu książek i roweru, Drechsler napisał, że jak zobaczę kartkę i pióro to aż świerzbią mnie ręce, żeby coś napisać. Prędzej spodziewałbym się alergii niż takiego pędu do pisana, bo nie jestem zbyt płodnym pisarzem, a na pewno nie tak jak Janek. No cóż licencja poetica.
Dzisiaj urodzinowy jam session Dominiki Seger i Alberta Karcha w galerii „Inny Śląsk”. Trzeba pójść zaśpiewać „100 lat”.
23-02-2011 (14:28)
Już dziś w Studenckim Radiu "Żak" Politechniki Łódzkiej, w audycji Marty Pokorskiej pt. "Patchwork tematyczny" (początek o godz. 20.00, a dokładniej pod jej koniec ok. godz. 20.45) w Studiu Piosenki Kabaretowej pojawi się "Tarninowy" akcent z niedalekiej przeszłości. Serdecznie zapraszam, bo to jedyna taka okazja, aby przypomnieć sobie archiwalne, nigdzie niepublikowane nagrania Kabaretu! SR "Żak" nadaje na 88,8 MHz dla mieszkańców Łodzi, a dla reszty narodu przez internet: http://www.zak.lodz.pl/index2.php?id=3. Dla tych, którzy nie zdążą dzisiaj - "Tarnina" pojawi się w tych samych okolicznościach za tydzień, jednak już w innym repertuarze. Kabaret Literacki "Tarnina" poleca Studenckie Radio Żak i odwrotnie!
Na najbliższy premierowy program „Tarniny” pt. PRZYGOTOWANIE DO ŻYCIA W TARNINIE zapraszam do Kurnej Chaty za miesiąc, w sobotę 26 marca 2011 r. o godz. 20:00. Wystąpi z nami Michał Malicki - gitarzysta, uczeń prof. Rusina w katowickiej P.S.M. (dyplom w 1980 roku). Michał działał w zespołach studenckich, zawodowych grupach pop - rockowych, w 1984 roku został zaangażowany do Big Bandu Jerzego Miliana (Polskie Radio Katowice), gdzie przez 10 lat pełnił funkcję muzyka studyjnego, aranżera, kompozytora i dyrygenta. Jest autorem kilkudziesięciu utworów na big band, piosenek dla wykonawców polskich oraz aranżacji dla potrzeb firm fonograficznych. Współpracował z kompozytorem Zbigniewem Preisnerem, dzięki czemu uczestniczył w tworzeniu muzyki do filmów m.in.: Agnieszki Holland i Krzysztofa Kieślowskiego.
20-02-2011 (10:39)
Niełatwo się żyje osobom, które nie wiedzą, czego chcą. Okazuje się jednak, że równie trudno albo jeszcze trudniej żyje się osobom, które wiedzą, co chcą. Pół biedy, jeżeli jest to jakiś odległy cel, trudny do osiągnięcia, jak zostanie profesorem nauk humanistycznych. Gorzej, gdy chodzi o zwykłe zakupy w galerii handlowej.
Osoba, która nie wie, czego chce ma szanse dać się zwieść kolorem lub ceną i kupić coś, co potem umrze na dnie szafy. Osoba, która idzie do sklepu po szare spodnie z grubego sztruksu o prostym fasonie, nie kupi zwężanych seansów. Podobnie jest z butami i wszystkimi innymi rzeczami. W efekcie osoba, która wie, czego chce wychodzi ze sklepu z pustymi rękoma.
Piękne galerie handlowe oferują nam towar z Chin, Wietnamu i Turcji. Kilometry półek z nowym towarem, który wygląda jak najgorsze śmiecie. Sklepach z używaną odzieżą można znaleźć lepsze rzeczy. Pewnie mam poglądy starego zgreda, ale dla mnie w latach osiemdziesiątych, przyjemnością było przyglądanie się jak nowe levisy z biegiem czasu stawały się, co raz jaśniejsze i bardziej wytarte w niektórych miejscach. A jeżeli przez przypadek pochlapane zostały farbą lub atramentem to trudno, nosiły na sobie ślady życia. Teraz ślady życia robi się mechanicznie w chińskiej fabryce. Wmawia się klientom, że tak szybko żyją, iż nie mają czasu na to, aby odzież starzała się wraz nimi. To tak jakby nastolatki robiły sobie operacje plastyczne, by wyglądać jak swoje matki. Ciągle ktoś za nas decyduje, co jest dobre. Ja chcę, żeby nowe wyglądało jak nowe, a stare jak stare. Po co mam kupować drogie buty z firmy Bata, które wyglądają tak jak te, które przed chwilą wyrzuciłem?
Otaczamy się przedmiotami, które oszczędzają nasz czas, ale nic z tego nie wynika, bo i tak mamy go coraz mniej. Wielki tarnogórzanin Józef Piernikarczyk po ukończeniu siedmioklasowej szkoły poszedł do pracy w kopalni. Codziennie wraz z ojcem przemierzał pieszo dwa razy po 8 kilometrów, bowiem o tyle oddalona była kopalnia „Ludwik” od wsi Wieszowa. Przez 10 godzin trwała ciężka praca, w niewyobrażalnych obecnie warunkach. Na głębokość 300 m schodzono po drabinach; w szybie kapała woda, górnicy zmęczeni po 10-godzinnej pracy, nie mając łaźni ani środków transportu, brudni i przemoczeni przemierzali pieszo kilkukilometrową odległość do domu. Józef Piernikarczyk jako młodociany zarabiał mało. Pieniądze oddawał matce, pozostawiając sobie nieco na zakup książek i nafty do lampy, przy której świetle mógł czytać i marzyć o zdobyciu wykształcenia... Ileż nocy spędził na strychu, gdzie czytał i czytał... Ileż trudu, hartu, zaparcia się wymagało od 29-letniego samouka, aby zdać eksternistyczną maturę w znanym z wysokiego poziomu gimnazjum św. Jacka w Krakowie! Był to rok 1914. Zaraz po maturze wyjechał do Fryburga (Szwajcaria), by tam studiować teologię, co przerwał wybuch wojny. Józef Piernikarczyk został powołany do wojska i skierowany na front we Francji. Tam przebywał do 1918 r. Po powrocie z wojny kontynuował studia teologiczne na Uniwersytecie Jagiellońskim. Wkrótce przeniósł się na Wydział Filozoficzno-Historyczny, lecz studia przerywał, kiedy w 1919 roku poczuł się potrzebny na Śląsku. Był to okres działań plebiscytowych i powstań śląskich. W 1923 roku uzyskał na Uniwersytecie im. A. Mickiewicza w Poznaniu dyplom nauczyciela szkół średnich z zakresu historii i geografii. Otrzymał pracę w Lublińcu. Wkrótce jednak przeniósł się do gimnazjum męskiego w Tarnowskich Górach oraz uczył w szkole górniczej. Wiele publikował. 31 X 1932 r. wojewoda śląski, dr M. Grażyński przyznał mu tytuł profesora.
Dlaczego tyle miejsca poświęciłem Józefowi Piernikarczykowi? Bo ten człowiek wiedział, czego chce. Nowe ubranie, które kupił wyglądało jak nowe, a w butach mógł chodzić przez kilka lat a gdy dbał o nie, długo wyglądały jak nowe.
16-02-2011 (14:55)
Nie ma ludzi niezastąpionych, pod warunkiem, że ktoś ich zechce zastąpić. Życie nie znosi próżni. Od września zespół muzyczny Tarnogórskiego Kabaretu Literackiego „Tarnina” boryka się z brakami kadrowymi. Są one spowodowane wyjazdem do szkół w Warszawie i Poznaniu gitarzysty, skrzypaczki i perkusisty. Gdyby ktoś chciał ich zastąpić i grać z nami na jednym z wymienionych wyżej instrumentów lub klawiszu, to proszę o kontakt kancer@interia.pl. Próby odbywają się we wtorki od 18.00 i tego terminu nie można niestety zmienić.
14-02-2011 (16:41)
Guillaume Apollinair, francuski poeta polskiego pochodzenia (Apolinary Kostrowicki) w 1916 roku wydał powieść pt. „Poeta zamordowany” (Le Poéte assassiné). Jest ona właściwie zbiorem opowiadań poruszających kwestię niemożliwej miłości oraz relacji poety wobec społeczeństwa. Tematem zbioru jest również bierna bądź czynna niechęć wobec sztuki, reprezentowana przez tłum. W końcu i dzisiaj wielu uważa i twierdzi, że ma na to dowody, iż na dobrą sprawę sztuka nie jest ludziom do niczego potrzebna. Ale wracając do „Poety zamordowanego”, w opowiadaniu „Król Księżyc” Apollinair opisuje przyrząd, który mógłby być przodkiem komputera, dzięki któremu można się znaleźć w wirtualnym świecie. Poeta używszy go, przenosi się do świata mitologicznej Ledy (i przyprawia rogi Łabędziowi – Zeusowi) Kleopatry, hrabiny de Pompadour i innych heroin, z którymi realizuje swoje najskrytsze fantazje. Piszę o tym, bo dzisiaj Walentynki i uświadomiłem sobie, że nie są mi znane erotyki tarnogórskich poetów. Czy to znaczy, że takie wiersze nie powstają, czy nie są prezentowane szerszej publiczności. Trzeba mieć wiele pewności siebie, bo tak łatwo narazić się na komentarz: świnia, erotoman, nimfomanka, zboczeniec.
Król Księżyc jest zmienny jak łaska pańska. Czasem pełny i okrąglutki, czasem cieniutki jak sierp. Siedzi na gałęzi i świergocze ptasio. Czasem w ogóle go nie ma, a żyć trzeba. Proszę zatem wrócić do wierszy starych rozpustników: Leśmiana lub Charlesa Bukowskiego.
11-02-2011 (18:51)
Dyplomacja nie zawsze znaczyła to, co teraz. Przykładem może być list podpisany przez atamana koszowego Iwana Sirkę wraz z „całą Siczą Zaporoską” w odpowiedzi na ultimatum sułtana osmańskiego Mehmeda IV.
„Zaporoscy Kozacy do sułtana tureckiego! Ty, sułtanie, diable turecki, przeklętego diabła bracie i towarzyszu, samego Lucyfera sekretarzu. Jaki z ciebie do diabła rycerz, jeśli nie umiesz gołą dupą jeża zabić. Twoje wojsko zjada czarcie gówno. Nie będziesz ty, sukin Ty synu, synów chrześcijańskiej ziemi pod sobą mieć, walczyć będziemy z tobą ziemią i wodą, k…a twoja mać. Kucharzu ty babiloński, kołodzieju macedoński, piwowarze jerozolimski, garbarzu aleksandryjski, świński pastuchu Wielkiego i Małego Egiptu, świnio armeńska, podolski złodziejaszku, kołczanie tatarski, kacie i błaźnie dla wszystkiego, co na ziemi i pod ziemią, szatańskiego węża potomku i ch..u zagięty. Świński ty ryju, kobyli zadzie, psie rzeźnika, niechrzczony łbie, k…a twoja mać.
O tak ci Kozacy zaporoscy odpowiadają, plugawcze. Nie będziesz ty nawet naszych świń wypasać. Teraz kończymy, daty nie znamy, bo kalendarza nie mamy, miesiąc na niebie, a rok w księgach zapisany, a dzień u nas taki jak i u was, za co możecie w dupę pocałować nas!” (Tłumaczenie z ukraińskiego: Jana i Bogdan Malinowscy)
Czasami mnie kusi, żeby w dyplomacji pójść w ślady atamana Sirki.
06-02-2011 (12:20)
Dziękuję wszystkim przybyłym w piątek do galerii „Inny Śląsk” na wieczór promocyjny antologii tarnogórskiej poezji współczesnej „Czy w tym mieście mieszka poeta?”. Byłem zaskoczony, że było nas tak wiele. Bardzo mnie to cieszy. Należy propagować wszystko to dobre, co dzieje się w naszym mieście.
Również w piątek w katowickim oddziale ZLP o godzinie 13.00 odbyło się walne zebranie członków. Zastanawiałem się, co sobie myślały osoby zwołujące to zebranie, że wszyscy literaci należący do katowickiego oddziału utrzymują się z pisania i w każdej chwili mogą odejść od komputera, by przyjechać do Katowic? A może to emeryci lub renciści? Jak się pracuje w szkole to nie można sobie brać wolnego kiedy się chce. Zresztą, organizatorzy nawet nie potrafili zdecydować się na jedną godzinę rozpoczęcia zebrania. Marcin Hałaś w swoim zaproszeniu miał 14.00, ale może ktoś zrobił to specjalnie, żeby nie bruździł.
Marcin w maju tego roku przekazał pismo prezesowi ZLP Markowi Wawrzkiewiczowi, który prosił o sprawozdanie z działalności katowickiego oddziału ZLP. Po zapoznaniu się z tym pismem ZG ZLP podjął decyzję o zawieszeniu katowickiego Oddziału ZLP. Hałaś sądzi, że prawdziwym powodem takiej decyzji były jego wypowiedzi prasowe, w których piętnował fakt "opanowania" ZG ZLP przez dawnych tajnych współpracowników Służby Bezpieczeństwa, który to fakt przedstawiła Joanna Siedlecka w książce "Kryptonim Liryka". Hałaś twierdzi, że marka Związku Literatów Polskich w wielu środowiskach nie budzi dziś dobrych skojarzeń. To następstwo ujawnionej przez Joannę Siedlecką agenturalnej przeszłości członków ZG ZLP, w tym wiceprezesa Wacława Sadkowskiego. W Katowicach jeden członków związku, skądinąd utalentowany poeta (jak pisze Hałaś), stał się jednym z bohaterów wystawy „Twarze katowickiej bezpieki”. Przy tego rodzaju faktach trudno się dziwić negatywnym opiniom na temat związku. Działalność katowickiego Oddziału ZLP zamarła. Nic się nie dzieje przynajmniej od 15 lat. Oddział ZLP w Katowicach nie otrzymuje żadnych dotacji, ponieważ nie posiada osobowości prawnej, a według obecnych przepisów dotacje celowe mogą być przyznawane tylko w drodze konkursu ofert podmiotom posiadającym osobowość prawną itd.
Kiedy w piątek Marcin Hałaś zjawił się o godzinie 14.00 w siedzibie ZLP, zdziwił się bardzo, że już jest po wszystkim. Prezesem została wybrana poetka Katarzyna Młynarczyk, zastępcą - Andrzej Żak. Krystian Krzemiński dał się wybrać do Komisji Rewizyjnej. Do Warszawy na kwietniowy zjazd sprawozdawczo-wyborczy pojedzie nowy zarząd. Zobaczymy, czy coś się zmieni.
04-02-2011 (11:55)
W tym roku mija 30 lat od czasu jak Krystian Krzemiński w 1981 roku wydał swój pierwszy tomik wierszy „Pora urodzaju staje się bliska” nakładem katowickiego oddziału ZLP. Krystian jest nestorem poetów tarnogórskich. Dzisiaj będziecie mogli posłuchać głębokiego, dźwięcznego głosu tego poety o 20.00 w galerii „Inny Śląsk”. Będziemy tam promowali antologię współczesnej poezji tarnogórskiej „Czy w tym mieście mieszka poeta?”. Publiczność otrzyma w prezencie egzemplarze ksiązki. Stronę muzyczną przygotowali: Paweł Matonia, Leszek Waligóra i Ola Kowalska. Będzie to wyjątkowe wydarzenie, bo w oprócz starych poetów takich jak Krzemiński lub ja wystąpią młode i piękne poetki i przystojni poeci. Będzie czego posłuchać i na co popatrzeć. Zapraszam wszystkich. Wstęp wolny.
03-02-2011 (13:51)
Podobno tak długo się żyje, jak długo trwa pamięć o człowieku. Dzisiaj dostałem maila następującej treści: „Moj dziadek szuka kolegi, a dokładnie Bronisława Kanclerza, kiedyś się poznali w szpitalu, mieli tę samą operację i jest ciekawy jak się czuje i co u niego słychać, chciałby się skontaktować z nim i porozmawiać. Pan ma to samo nazwisko i dlatego pytam, czy może mi Pan pomóc. Byłabym wdzięczna, nawet bardzo”.
Mój ojciec, Bronisław Kanclerz zmarł niespełna trzy lata temu. Poruszyła mnie wiadomość, że jego szpitalny kolega nadal o nim pamięta i chciałby go zobaczyć. Tak często odkładamy na później telefon do przyjaciela. Czasami bywa już za późno. Zadzwoniłem kiedyś do mojego przyjaciela z Krakowa - Damiana Wiśniewskiego, znakomitego muzyka i wokalisty. Słuchawkę podniosła córka:
- Czy mogę rozmawiać z Damianem – zapytałem.
- Nie – odpowiedziała.
- A kiedy będzie? – drążyłem temat.
- Nie będzie go.
- Dlaczego go nie będzie? – nie dawałem za wygraną.
- Bo nie żyje – powiedziała córka.
- Jak to nie żyje? – byłem w szoku.
- Zginął w Tatrach.
Ale póki my żyjemy, spotkajmy się i napijmy się za to. Możemy nawet jutro w galerii "Inny Śląsk" o 19.00.
02-02-2011 (13:43)
W piątek 4 lutego o 20.00 w galerii „Inny Śląsk” odbędzie się wieczór promujący antologię współczesnej poezji tarnogórskiej „Czy w tym mieście mieszka poeta?”. W ostatnich kilku audycjach „Poetyckiej poczty Radia Katowice” Maciej Szczawiński bardzo pozytywnie wyrażał się o tej publikacji. Recytował również wiersze Ani Krztoń, Justyny Kędzi, Krzysztofa Tomanka i moje w niej zamieszczone.
Publiczność przybyła na spotkanie będzie miała możliwość otrzymania w prezencie egzemplarza ksiązki. Stronę muzyczną przygotowali: Paweł Matonia, Leszek Waligóra i Ola Kowalska. Będzie to wyjątkowe wydarzenie, bo w jednym miejscu zbierze się tyle utalentowanych osób. Zapraszam wszystkich zainteresowanych. Wstęp wolny.
31-01-2011 (14:59)
Dobrze się zaczyna dla tarnogórskiej poezji ten rok. Nie minął jeszcze miesiąc, a już ujrzały światło dzienne dwa tomiki. O książce Irka Barona już wspominałem na blogu, odsyłam też do „Gwarka” z ubiegłego tygodnia lub na moją stronę www.andrzejkanclerz.pl, drugą jest zbiorek wierszy religijnych pani Alicji Bednarz zatytułowany „Na harfy strunach śpiewam dla ciebie”. Tomik wydało tarnogórskie Wydawnictwo św. Macieja Apostoła mieszczące się przy ul. Grabowej 30, którego szefem jest pan Edward Przebieracz. Proste i pełne uczucia wiersze, tradycyjne w formie zostały zilustrowane dziecięcymi rysunkami. Jest to późny debiut książkowy poetki z Pniowca (ur. 1941), która do tej pory swoje wiersze religijne publikowała w trzech antologiach, a w „Gwarku” opowiadanie „Ulica Cegielniana” - jeżeli dobrze pamiętam tytuł. Myślę, że utwory pani Alicji mogą się podobać, szczególnie starszemu pokoleniu ludzi wierzących.
30-01-2011 (19:06)
Kilkanaście dni minęło od mojego ostatniego wpisu, ale najpierw miałem remont mieszkania, i komputer był odłączony, a potem wyjechałem na ferie do Zakopanego. Lubię Tatry zimą, bo jest mniej ludzi w górach. Nie jeżdżę już na nartach, chodzę. Tylko ciągle straszą lawinami, żeby im się ludzie po górach nie szwendali. Pobyt w górach sprzyja ładowaniu akumulatorów, medytacji. Bóg lubi góry: Synaj, Ararat, Olimp itd.
Muzułmanie walczą, zabijając niewinnych ludzi w metrze, na lotnisku, w teatrze lub dyskotece, bo uważają, że w społeczeństwie demokratycznym nie ma niewinnych, każdy jest winny, bo spływa na niego cząstka odpowiedzialności za decyzje tych, których wybrał, a jeżeli nie poszedł do wyborów to jeszcze gorzej.
W piątek mój najmłodszy syn skończył 20 lat. Dzieci się starzeją, tylko my się jeszcze jakoś trzymamy.
14-01-2011 (11:15)
Wczoraj, jak co czwartek, byłem na zebraniu Zarządu Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Tarnogórskiej. Omawianych było wiele ważnych problemów, które stara się rozwiązać Stowarzyszenie. Wydaje się, że wreszcie znajdą się pieniądze na remont odcinka sztolni, w którym miała miejsce dwa lata temu katastrofa budowlana. Jest to część sztolni nie należąca już do Stowarzyszenia i trudno było ustalić, kto ma tę naprawę sfinansować, a jest to koszt niebagatelny, idący w setki tysięcy złotych. Specjalnie piszę ogólnie, nie podając żadnych szczegółów, bo nie chcę minąć się z prawdą. Drugą dobrą wiadomością jest ta, że w 11 czerwca na terenie Kopalni Zabytkowej i Skansenu Maszyn Parowych odbędzie się cykl imprez pod wspólną nazwą „Industriada”. W lipcu Stowarzyszenie będzie organizatorem międzynarodowego pleneru malarskiego, a we wrześniu Turnieju Jednego wiersza „O Łuskę Czarnego Pstrąga”. I jeszcze sprawa najważniejsza. W tym roku odbędzie się modernizacja nadziemnej części Kopalni Zabytkowej. Po rozstrzygnięciu konkursu, projekt zostanie zrealizowany i będziemy mieli wnętrze na miarę XXI wieku, tak jak nowoczesne muzea w Krakowie, Warszawie i innych miastach europejskich. Jest jeszcze kilka innych zamierzeń, które będziemy realizowali w tym roku, ale o tym napiszę innym razem.
12-01-2011 (17:46)
Spotkałem się wczoraj z poetą Irkiem Baronem, bo chciał mnie obdarować swoją nową książką. Po „Eaos – Księga Ciszy” (2005) i „Dziesięciu szyszkach” (2007) teraz wydał „Pieśni życia i śniegu”. Wszystkie te książki są wyrazem zainteresowań autora filozofiami Dalekiego Wschodu, dlatego rozmawialiśmy o „poezji chwili”, o medytowaniu, o godzeniu tego co „wschodnie” z tym co „europejskie”.
Baron jest poetą odrębnym, nie udziela się towarzysko, nie należy do żadnej z grup wzajemnej adoracji, po prostu robi swoje, tak jak mu w duszy gra. Ale żeby usłyszeć brzmienie baronowej duszy trzeba przeczytać jego wiersze. Dobrze się czyta, bo mają od dwóch do sześciu wersów, ale nie o czytanie tak naprawdę tu chodzi. Te wiersze są jak zapalniki, mające zainicjować Coś w czytelniku: wrażenie, myślenie, wzruszenie, zachwyt lub jeszcze coś innego.
Rozmawialiśmy też o pięknie, którego wokół nas jest jakby mniej, a przecież „piękno na to jest, by zachwycało. Do pracy, praca by się zmartwychwstało” jak pisał Norwid w „Promethidionie”. Tomik Barona od strony graficznej i edytorskiej jest bardzo elegancki, poezja również, dlatego uważam, że podnosi jakość życia tych osób, którym uda się go zdobyć.
10-01-2011 (15:09)
Dzisiaj o 17.00 w restauracji „Kałamarz” wieloletni prezes Tarnogórskiego Oddziału PTTK Wiesław Kucia zostanie uhonorowany tytułem Członka Honorowego PTTK. Dyplom wręczą przybyli z Warszawy przedstawiciele Zarządu Głównego PTTK.
Członek Honorowy PTTK jest najwyższym wyróżnieniem w PTTK. Godność ta nadawana jest członkom zwyczajnym Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego, szczególnie zasłużonym dla rozwoju turystyki i krajoznawstwa w Polsce. Nadawanie godności Członka Honorowego PTTK należy do kompetencji Walnego Zjazdu PTTK. Wniosek w tej sprawie składa Zarząd Główny Towarzystwa. W Polsce żyje tylko ok. 30 osób wyróżnionych tym tytułem.
Wiesław Kucia jest osobą niezwykłą. To on zorganizował struktury Tarnogórskiego Oddziału PTTK, powołał do życia Klub Taternictwa Jaskiniowego, projektował i wytyczał szlaki turystyczne w Powiecie Tarnogórskim. Dzięki jego inicjatywie zgromadzono fundusze, wykupiono i odrestaurowano dworek mieszczański przy ul. Górniczej 7, w którym obecnie funkcjonuje restauracja „Kałamarz”. To dzięki zaangażowaniu Wiesława Kuci wydano „Przewodnik po Tarnowskich Górach i okolicy”, 10 numerów „Zeszytów Tarnogórskich PTTK” i wiele innych publikacji wewnętrznych. Obecnie przygotowuje monografię „Z dziejów Polskiego Towarzystwa Turystyczno Krajoznawczego w Tarnowskich Górach (1951-2010)”. Ksiązka będzie pierwszym w historii Tarnowskich Gór przedstawieniem społeczności lokalnej historii, działalności Tarnogórskiego Oddziału PTTK od chwili powołania go do życia. Autor zebrał materiały dokumentujące pracę społeczną mieszkańców miasta na przestrzeni pięćdziesięciolecia. Działalność ta obejmuje nie tylko organizację imprez turystyczno - krajoznawczych, lecz także odnowę zabytków tarnogórskich, działalność wydawniczą. Kucia opisuje historię przewodnictwa i wypraw w góry polskie i europejskie, propaguje turystykę kolarską i prezentuje sylwetki wybitnych tarnogórskich działaczy PTTK. Serdecznie gratuluję wyróżnienia.
07-01-2011 (11:12)
W jaki sposób kanclerz może zostać królem? Musi pojechać do Zbrosławic, do Stodoły Artystycznej Państwa Lubosów. Wczoraj byłem i zostałem koronowany na króla, nie wiem niestety, czy byłem Kacprem, Melchiorem czy Baltazarem. Najbardziej skłaniam się do Baltazara z racji mojego zamiłowania do gotowania. Niejedną moją ucztę można wspominać jako ucztę Baltazara. Bliski jest mi również profesor Baltazar Gąbka, ale to zupełnie inna bajka.
04-01-2011 (08:42)
Wczoraj pisałem o planach i okazało się, że życie w ciągu paru godzin zweryfikowało jeden z wymienionych przeze mnie punktów. Chodzi o Festiwal Christiana Skrzyposzka. Impreza miała być ściśle powiązana z odsłonięciem tablicy pamiątkowej na domu rodzinnym Skrzyposzka przy ul. Wyszyńskiego 35. Chciałem też wyświetlić film „... Według Christiana Skrzyposzka” (realizacja i scenariusz i producent: Andrzej Titkow, zdjęcia: Tomasz Madejski, muzyka: Piotr Moss, wystąpili: Małgorzata Braunek, Andrzej Krajewski, Józef Maj, Jarosław Markiewicz, Piotr Matywiecki, Stefan Mitas, Wiesław Sadurski, Anna Schiller de Schildenfeld, Petra Skrzyposzek, Tadeusz Skrzyposzek, Michał Strąk, Michał Zaleś, Adam Dzienis, Paweł Królikowski, Marek Włodarczyk i Krzysztof Gosztyła, który czyta fragmenty prozy Christiana Skrzyposzka: „Wolna trybuna” i „Mojra”). Kolejnym elementem festiwalu miał być wykład i prezentacja fragmentów tekstów pisarza. Niestety wczoraj otrzymałem list od Pana Burmistrza Arkadiusza Czecha, w którym informuje mnie, że w związku z problemami związanymi z umiejscowieniem tablicy pamiątkowej na terenie prywatnej posesji przy Wyszyńskiego 35 podjął decyzję o przekazaniu nazwiska Skrzyposzka do Komisji ds. nazewnictwa, tworzącej listę sławnych lub zasłużonych tarnogórzan, których nazwiska warte są upamiętnienia. Bardzo mnie ten list zmartwił, bo oznacza, iż sprawa została odłożona na „Święty Nigdy”, a Komisja jeżeli w ogóle zajmie się sprawą Skrzyposzka, to pewnie dopatrzy się wielu nieprawidłowości w życiorysie pisarza i stwierdzi, że nie zasługuje na wyróżnienie, bo przecież jego prozy nikt nie będzie czytał.
Jeżeli zastanawiacie się Państwo o jakich problemach pisał do mnie Pan Burmistrz, to informuję, że właściciele posesji nie zgadzali się na przykręcenie tablicy do ściany domu, bo mają piękną, nową klinkierową fasadę. Do płotu też nie można było przykręcić tablicy, bo jest wykonany z kutych, giętych prętów. Proponowałem, by tablica stanęła w posesji, przykręcona do rurki jak znak drogowy (i na to właściciele wyrazili zgodę), ale widocznie stanowiło to jakiś problem. Szkoda, że tak się skończyła moja inicjatywa, bo nie wierzę, by któraś z tarnogórskich ulic została nazwana jego imieniem. Pewien radny zapytał mnie w ubiegłym roku: „Panie, a ten Skrzyposzek był księdzem?” Odpowiedziałem, że nie, że wręcz przeciwnie, a na to pan radny: „To nie ma szans. Wszystkie nazwy na najbliższe lata są zarezerwowane dla księży”. Nie wiem czy żartował, czy mówił poważnie.
03-01-2011 (15:00)
Nigdy nie robię żadnych postanowień noworocznych. W tym roku też niczego nie będę postanawiał. Mogę napisać o tym co planuję.
- Na początku lutego chcę zorganizować promocję antologii „Czy w tym mieście mieszka poeta” w „Innym Śląsku”, Instytucie Mikołowskim i Bibliotece Śląskiej.
- Wraz z Tarniną wystąpię w programach granych w lutym, czerwcu, wrześniu i grudniu.
- Zorganizuję „Festiwal Christiana Skrzyposzka” połączony z odsłonięciem tablicy pamiątkowej na jego domu.
- Wezmę aktywny udział w „Industriadzie” organizowanej przez Stowarzyszenie Miłośników Ziemi Tarnogórskiej w czerwcu.
- Pojadę na wyprawę do Kolchidy w lipcu.
- Będę żeglował na Solinie w sierpniu.
- Zorganizuję IV Tarnogórski Mityng Literacki, który odbędzie się jako kontynuacja Europejskiego Mityngu Literackiego we wrześniu.
- Wezmę udział w pochodzie gwarkowskim.
- Zorganizuję zaduszkowe odwiedziny na grobach literatów i artystów tarnogórskich.
To tyle, ale plany mają to do siebie, że podlegają weryfikacji, dlatego za rok o tej porze napiszę o tym, co faktycznie zrobiłem w 2011.
30-12-2010 (11:38)
Jam session, który odbył się w poniedziałek 27 grudnia w galerii „Inny Śląsk” przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Przyszło bardzo wielu muzyków – od tych najsłynniejszych jak Jacek Figura i Giena (część zespołu Mister Koala), Krzysztof Arcisz, Gilan i Paweł Matonia z Arsenau, klan Pokrywków reprezentujący Tarninę, TG Band i nie pomnę co jeszcze oraz prawie trzydziestu innych, wśród których rozpoznałem Alberta Karcha, Jacka Nawrata, Pawła Pitasa, Michała Gębkę – wszystkich nie jestem w stanie wymienić. Wielu było młodych, których pierwszy raz widziałem na oczy. Graliśmy głośno i wyraźnie, może zbyt głośno, ale takie są prawa natury, że młodość nie znosi cichego grania. Mój przyjacieł mówi, że młodość musi się wyszumieć, a starość wypierdzieć. Publiczność dopisała tłumnie i to mnie bardzo cieszy. Wspólne jamowanie dowiodło, że brakuje w TG takiego miejsca, gdzie byłby dostępny sprzęt, by różnym ludziom stworzyć okazję do wspólnego grania. Może, gdy kiedyś ktoś wygra w totka pomyśli o tym.
29-12-2010 (18:02)
- Co Prezydent Komorowski wraz z Małżonką robił, kiedy odpoczywał w Wiśle?
- Prezydent wraz z Małżonką zwiedzał Muzeum Beskidzkie.
- Co Prezydent Komorowski wraz z Małżonką oglądał w Muzeum Beskidzkim?
- Prezydent Komorowski wraz z Małżonką oglądał w Muzeum Beskidzkim sznurkowe szopki Jana Drechslera.
- Co wprawiło w zachwyt Prezydenta Komorowskiego wraz z Małżonką?
- Prezydenta Komorowskiego wraz z Małżonką wprawiła w zachwyt wyobraźnia i maestria z jaką artysta zaprojektował i wykonał swoje sznurkowe dzieła.
- Co chciałby mieć Prezydent Komorowski wraz z Małżonką w pałacu prezydenckim?
- Prezydent Komorowski wraz z Małżonką chciałby mieć w pałacu prezydenckim sznurkową szopkę Jana Drechslera.
- Dlaczego Prezydent Komorowski wraz z Małżonką nie będzie miał w tym roku sznurkowej szopki Jana Drechslera w pałacu prezydenckim?
- Prezydent Komorowski wraz z Małżonką nie będzie miał w tym roku sznurkowej szopki Jana Drechslera w pałacu prezydenckim, gdyż protokół dyplomatyczny nie pozwalał mu poprosić kierowniczkę, a szopki w Muzeum Beskidzkim nie były na sprzedaż.
- Dlaczego Jan Drechsler nie wyśle sznurkowej szopki Prezydentowi Komorowskiemu wraz z Małżonką?
- Jan Drechsler nie wyśle sznurkowej szopki Prezydentowi Komorowskiemu wraz z Małżonką, ponieważ się wstydzi i nie chce się napraszać.
27-12-2010 (12:56)
Zapraszam wszystkich grających i słuchających do galerii „Inny Śląsk”, gdzie dzisiaj odbędzie się jam session. Będziemy grali w stylu blues-rock-rege. Start o 19.00.
21-12-2010 (10:25)
Kapustę i bigos ugotowałem. Śledzie z pieprzem i musztardą również. Pierogi z kapustą i grzybami gotowe. Filet z morszczuka czeka w zamrażalniku. Makówki zrobi mi mama. To jeszcze tylko ugotować grzybową a przed samą wigilią kartofle. Prezenty kupione. Mogę powiedzieć, że do świąt jestem przygotowany. Zawsze czekam, aż moc będzie truchlała, ale na razie ma się dobrze i truchleć nie zamierza. Ja też nie. Dzisiaj będę na "wigilijce" w SMZT i w "Tarninie", a jutro na "Warsztatach Literackich". Niech moc będzie z nami, bo armagedon jest blisko.
17-12-2010 (12:21)
W poniedziałek 27 grudnia zapraszam wszystkich grających i słuchających do galerii „Inny Śląsk”, gdzie odbędzie się jam session. Będziemy grali w styli blues-rock-rege. Start o 20.00, a może trochę wcześniej.
16-12-2010 (14:24)
Wczoraj odebrałem z Drukpolu nakład antologii współczesnej poezji tarnogórskiej pt. „Czy w tym mieście mieszka poeta”. To niewielka 112 stronicowa, czarno-biała książeczka, w której próbuję pokazać, to co najciekawsze w tarnogórskiej poezji. 19 autorów, ponad 100 wierszy, fotografie poetów. Jest to pierwsza tego typu publikacja w Tarnowskich Górach, która ukazała się dzięki dofinansowaniu Urzędu Miejskiego w TG oraz Tarnogórskiego Centrum Kultury. Dziękuję mecenasom i mam nadzieję, że wspierają poezję nie po raz ostatni. W styczniu zrobimy promocję książki. Każdy, kto nie zna tarnogórskich poetów, będzie miał okazję ich poznać. O szczegółach napiszę.
14-12-2010 (10:52)
Dotarcie do Piekar Śląskich na XXIV TURNIEJ JEDNEGO WIERSZA nie było łatwe z powodu intensywnych opadów śniegu, ale około 30 zdeterminowanych poetów i poetek postanowiło zaprezentować swoje utwory. Z Tarnowskich Gór przyjechało 6 osób. Panie: Bednarz i Krztoń, oraz panowie: Kielar, Świszczorowski, Tomanek i ja. Niestety nie wygraliśmy głównych nagród. Krzysztof Tomanek dostał wyróżnienie. Ja również. Tym sposobem uratowaliśmy honor Tarnowskich Gór. Poziom był wyrównany. Podczas rozmów kuluarowych trudno było jednoznacznie wskazać zwycięzcę.
Kończy się czas turniejów, a zaczyna czas świątecznego „minimaksu”. Używam określenia wymyślonego przez Piotra Kaczkowskiego, ponieważ w okresie przedświąteczno-świąteczno-noworocznym, wszystkiego jest albo za dużo, albo za mało. Najpierw zbyt wiele pracy, by przygotować się do świąt – potem za dużo wolnego czasu i nuda, Najpierw post – potem nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu. Najpierw oszczędzanie lub kredyt – potem wydawanie pieniędzy bez opamiętania. Najpierw kłótnie i spory o wszystko – potem „świąteczna atmosfera”. O duchowym aspekcie świąt nie wspominam, bo tego ogóle nie widzę.
13-12-2010 (11:17)
Przeczytałem w wiadomościach "Gwarka", że 31 grudnia będzie ostatnim dniem istnienia Wojskowej Komendy Uzupełnień w Tarnowskich Górach i przypomniały mi się moje perypetie związane tą instytucją.
Był luty 1983 roku, roku mojej matury, obrony pracy dyplomowej i egzaminów na studia. Postanowiłem zostać oficerem Ludowego Wojska Polskiego i spróbować szczęścia we wrocławskiej Wyższej Szkole Wojsk Zmechanizowanych na kierunku – dowodzenie. Poszedłem do Wojskowej Komendy Uzupełnień dowiedzieć się, jakie dokumenty muszę złożyć. Żołnierz w recepcji skierował mnie do odpowiedniego biura. Pomieszczenie było przecięte wysokim kontuarem jak barem w knajpie, za którym tkwił schowany chorąży sztabowy z herbatką. Przywitałem się i przedstawiłem cel mojego przyjścia. Nie odpowiadając na moje pozdrowienie, ryknął:
- A masz krewnych w enerefie?
- Mam.
- Kogo?
- Ciotkę.
- Jaką ciotkę?
- Siostrę ojca.
- To nie dostaniesz się. Nie masz szans. Nawet nie próbuj.
- Ale nie utrzymujemy kontaktów.
- Każdy tak mówi. Nie masz szans. Nie przyjmą cię.
Najzabawniejsze było to, że naprawdę nie utrzymywaliśmy stosunków. Od jej wyjazdu nie zamieniliśmy słowa. Nie wysyłaliśmy sobie kartek z okazji świąt ani urodzin. Teraz ta niemal zupełnie obca mi osoba miała zaważyć na całej mojej przyszłości. Nie mogłem w to uwierzyć. Ojciec strasznie się wkurzył. Chodził po domu i wrzeszczał:
- Jak to? To dla syna porządnego człowieka, robotnika, członka partii nie ma już miejsca w polskiej szkole wojskowej? Ja tego tak nie zostawię. Do Jaruzelskiego napiszę!
I napisał. Siedział przez całą noc, pisał, zmieniał, przepisywał, ale napisał. Mój ojciec, dla którego nie było zadań niewykonalnych. Specjalność wojskowa nr 1 – zwiad. Najlepsi z najlepszych. Teraz, kiedy uderzono w jego honor, postanowił walczyć o syna i o siebie. Chcieliśmy z mamą przeczytać ten list, ale nie pozwolił. Zakleił kopertę i osobiście poszedł go wysłać na pocztę.
Minęło kilka dni i otrzymaliśmy zawiadomienie, że list dotarł, opatrzono go numerem takim to a takim i przekazano do odnośnej komisji celem zbadania sprawy.
Minęło kilka dni i otrzymaliśmy zawiadomienie, że pismo wpłynęło do odnośnej komisji i będzie rozpatrywane, a o wynikach zostaniemy powiadomieni. Potem już żadne pisma z Warszawy nie przychodziły.
Chciałem być jak Fredro albo Jesienin – żołnierze poeci – ale zanosiło się na to, że będę jak Przybyszewski. Im więcej mijało dni od mojej wizyty na WKU, tym bardziej byłem zdecydowany nie wiązać swego życia z wojskiem. Dużo pisałem, dlatego postanowiłem zdawać na polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim.
Nastała wiosna. Cały wolny czas spędzałem ze swoją dziewczyną. Któregoś dnia wróciłem do domu około dwudziestej drugiej. Mama czekała na mnie w oknie.
- Przez cały dzień, co godzinę, wojsko przyjeżdżało i pytali się o ciebie. Ostatni raz byli pół godziny temu. Powiedzieli, że niezależnie o której przyjdziesz, masz się zameldować na WKU.
Poszedłem więc, a tam dyżurny polecił mi zgłosić się jutro o dziewiątej, bo będę miał rozmowę z majorem z Wojskowej Służby Wewnętrznej. Nawet się ucieszyłem, bo wiedziałem, że dostanę usprawiedliwienie i nie będę musiał jechać do szkoły.
Punktualnie o dziewiątej zameldowałem się na WKU. Kazano mi czekać na majora z Gliwic, który będzie ze mną rozmawiał. Czekałem więc – godzinę, dwie, trzy – w końcu zlitowano się nade mną i pozwolono iść. Pojechałem do szkoły. Zabrałem moją dziewczynę z ostatnich lekcji i pojechaliśmy do niej. W domu byłem około dwudziestej drugiej. Miałem wrażenie, że przeżywam deja vu. Mama wygląda przez okno, bo wypatruje czy wracam. Mówi, że cały dzień jeździli i pytali o mnie, bo gdy wyszedłem z WKU, to przyjechał ten ważny major i była awantura, i mam przyjść na WKU, nie zależnie od pory. Dyżurny dał mi rozkaz wyjazdu do Gliwic, gdzie następnego dnia miałem się zgłosić w jednostce WSW.
Przyjęło mnie serdecznie dwóch oficerów: pułkownik i major.
- Na początku chcieliśmy bardzo pana przeprosić i oczywiście pańskiego ojca, który poczuł się obrażony tym, że jego synowi zamykamy drogę do kariery. To było nieporozumienie, spowodowane nadgorliwością naszego pracownika – powiedział pułkownik.
- Czyli wszystko dobrze się skończyło i może pisać pan podanie o przyjęcie. Tak szczęśliwie się składa, że dzisiaj mija termin składania podań, więc jeszcze pan zdąży – uzupełnił major. Zastanawiałem się, jak im powiedzieć, że już nie chcę być trepem.
– Oczywiście – kontynuował major – zdaje pan sobie sprawę, że studia w akademii wojskowej są normalnymi studiami, na które zdaje się egzaminy wstępne. Pan jest z pewnością świetnie przygotowany... Nie przeczę, ale każdemu może się zdarzyć gorszy dzień. Może pan nie zdać i do kogo będą pretensje?
- Panowie – zacząłem – pretensji nie będzie do nikogo, bo nie będę zdawał.
Trwało to wszystko zbyt długo. Nie wiedziałem, jak się ta sprawa skończy, dlatego zdecydowałem się zdawać na inne studia.
- Ach tak – wyraźnie ucieszył się pułkownik – w takim razie życzymy panu szczęścia. Proszę tylko napisać oświadczenie, że zmienił pan swe zamiary i nie ma żadnych pretensji do armii. – Podał mi papier, napisałem i oddaliłem się niezwłocznie do mojej dziewczyny, aby opowiedzieć, co zaszło, bo żołnierz dziewczynie nie skłamie.
10-12-2010 (12:00)
Tradycyjnie przed świętami, a w tym roku 13 grudnia o godz. 17:00, w sali kameralnej MDK w Piekarach Śląskich odbędzie się Turniej Jednego Wiersza. Po prezentacji tekstów przez uczestników konkursu, jury uda się na naradę, a poeci będą mieli możliwość wziąć udział w Wieczorze Monodramów. Zobaczymy: "Egzamin" w wykonaniu Adrianny Jendroszek i "Powrót" w wykonaniu Moniki Szomko. Scenariusz powstał na podstawie pomysłów i tekstów Mirosławy Żak i Moniki Szomko, reżyseria: Wiesław Ciecieręga. Ogłoszenie wyników planowane jest na godz. 19:30.
Oczywiście wybieram się do Piekar wraz z kolegami i koleżankami po piórze z Warsztatów Literackich, które prowadzę w TCK. Mam nadzieję, że po sukcesie na bytomskim turnieju im. Horaka w Piekarach również zaprezentujemy się dobrze.
07-12-2010 (07:57)
Warto było w piątek 3 grudnia czekać ponad godzinę na przyjazd Marcina Kowalskiego i Piotra Głuchowskiego z Bydgoszczy do galerii „Inny Śląsk”, gdzie w ramach festiwalu „Kolaż kultur” promowali swoją książkę „Apte. Niedokończona powieść”. Obydwaj panowie są reporterami śledczymi „Gazety Wyborczej”. Zazwyczaj drukują w „Dużym Formacie” i „Wysokich Obcasach”. Są laureatami nagrody Grand Press z 2009 roku w kategorii reportaż prasowy. Pasjonuje ich tematyka żydowska. Poruszali ją w książkach „Odwet”, „Nie trzeba mnie zabijać” oraz w wielu artykułach prasowych np. „Gorączka złota w Treblince.
Marcin Kowalski w pasjonujący sposób opowiadał o genezie książki „Apte. Niedokończona powieść”. Po jednym ze spotkań autorskich w Krakowie napisał do niego Gerard Piaseczki, mieszkaniec Wieliczki, informując, że posiada rysunki żydowskiego chłopca zamordowanego przez hitlerowców. Początkowo informacja ta nie zainteresowała specjalnie reporterów, ale spotkali się z Piaseckim. Kiedy zobaczyli rysunki, doznali szoku. Wiedzieli od razu, że mają do czynienia z twórcą wybitnym. Rozpoczęli śledztwo ze znikomymi wiadomościami. Wiedzieli, że chłopiec nazywał się Ryszard Apte, w czasie wojny mieszkał w Wieliczce i prawdopodobnie zginął.
W wyniku drobiazgowych poszukiwań odkryli, że ojciec Ryszarda był krakowskim adwokatem, bardzo zamożnym człowiekiem, posiadającym swoje kancelarie przy Brackiej i Gołębiej. Ale Henryk Apte nie zajmował się specjalnie prawem, od tego miał swoich ludzi. Prowadził dom otwarty, przyjmował literatów, artystów, muzyków. Uwielbiał rozmawiać o sztuce. W takiej atmosferze wychowywał się Ryszard. Uczył się w Gimnazjum Hebrajskim. Wyjątkowej, koedukacyjnej szkole, kształcącej przyszłych profesorów, filmowców i artystów. Ryszard Apte był prymusem, swego rodzaju złotym dzieckiem żydowskiego dwudziestolecia międzywojennego. Pisał wiersze i prozę, rysował, był muzykiem. Jako poeta i rysownik współpracował z pismami „Okienko na świat” i „Nowy Dziennik”. Gdy wybuchła wojna miał 16 lub 17 lat, dokładnego wieku nie dało się ustalić. Rodzina Apte uciekła do Lwowa, gdzie zamierzła przeczekać wojnę. Pan Henryk znów prowadził dom otwarty, nie zmieniał swoich przyzwyczajeń, tak jakby wojny nie było. Niestety Hitler wypowiedział wojnę ZSRR, więc rodzina Apte wróciła do Wieliczki, gdzie wynajęli połowę domu od Piaseckich.
Okres lwowski stał się kanwą powieści, napisanej przez Ryszarda, jednak jej rękopis zaginął i do tej pory nie został odnaleziony, pomimo, że istniał w sześciu kopiach. Pisał o tym w swoich wspomnieniach Henryk Vogler, przyjaciel Ryśka, późniejszy pisarz i krytyk, pierwszy redaktor naczelny „Wydawnictwa Literackiego” w Krakowie. W latach 1939–1942 Ryszard zrealizował również cykl rysunków pt. „Niepokój”, będący jedną z najciekawszych wizualizacji Holocaustu. To właśnie te rysunki zrobiły na Marcinie Kowalskim i Piotrze Głuchowskim tak wielkie wrażenie. Zaskakują w nich nawiązania formalne do niemieckiego ekspresjonizmu i odniesienia do symboliki chrześcijańskiej, szczególnie pasji. Przewodnim motywem rysunków Aptego jest św. Sebastian. Ciekawostką jest to, że rodzina Apte mieszkała w Krakowie przy ulicy św. Sebastiana 13, a w Wieliczce przy św. Sebastiana 15.
Wieliczka w 1941 roku była dziwnym gettem dla bogatych Żydów. Dziwnym, bo nie otoczonym murem, bez uzbrojonych strażników z psami. W zamian za gigantyczne okupy Hans Frank dawał spokój bogatym Żydom – do czasu. W 1942 matka Ryszarda została zastrzelona na podwórzu domu w Wieliczce. Ojca wywieziono do obozu w Bełżcu, gdzie zginął. Sonderkommando Belzec der Waffen-SS, Belzec - pod taką nazwą funkcjonował od marca do grudnia 1942 roku ten niemiecki obóz śmierci. Rysiek trafił do obozu Stalowej Woli. Ten obóz koncentracyjny powstał sierpniu 1942 roku na górze Kokoszej. Początkowo więził 70 Żydów, ale we wrześniu po likwidacji obozu w Wieliczce liczył już 1160 więźniów, pracujących dla Stahlwerke Werk Stalowa Wola (Zakłady Południowe, późniejsza Huta Stalowa Wola). Ryszard uciekł, ale złapano go i zastrzelono. Do obozu przywieziono jego ciało na taczce, gdzie zidentyfikował je Henryk Vogler, również więzień.
Teraz, po latach leżenia na strychu willi państwa Piaseckich w Wieliczce, cykl rysunków Ryszarda Apte „Niepokój” po raz pierwszy ujrzał światło dzienne, ponieważ został wydany razem z książką Marcina Kowalskiego i Piotra Głuchowskiego „Apte. Niedokończona powieść”. Opublikowano go na podobnym papierze jak oryginały i w takim samym formacie. Można się domyślać, że otwiera on drogę dla pośmiertnej sławy tego młodego artysty.
06-12-2010 (08:52)
Wybory wygrał Pan Burmistrz Arkadiusz Czech, czego mu serdecznie gratuluję, ale nie zazdroszczę. Moja Pani Dyrektor w ubiegłym roku wyremontowała w pięknie schody prowadzące do głównego wejścia do szkoły. Położono antypoślizgowe płytki z atestem. Potem naklejono jeszcze specjalne antypoślizgowe nakładki z materiału przypominającego drobny papier ścierny, żeby na śniegu i lodzie nikomu nic się nie stało. Czujne oko Pani Dyrektor patrzyło, patrzyło i wypatrzyło, że te piękne schody jakby coraz bardziej są zniszczone. Płytki na brzegach poobtłukiwane, gdzieniegdzie popękane. Co się dzieje zachodziła w głowę. Aż tu Pan Woźny przybiega z nowiną. Rodzice wciągają metalowe sanki po schodach do szkoły. Niektórzy wciągają je nawet z dziećmi. Bo wprawdzie samochodem do szkoły nie da się wjechać, ale na sankach można. Wiem, że św. Mikołaj też używa sanek, ale nie jeździ nimi po schodach, tylko uwiązuje renifery do komina i sam wchodzi do domu niczego nie niszcząc. No, ale to święty, a wielu dorosłych pociągowych widocznie świętymi nie jest. Dlatego właśnie nie zazdroszczę Panu Burmistrzowi.
05-12-2010 (23:03)
Pniowiec to już jest inny świat. Sanna na ulicach. Ludzie jeżdżą saniami, konie aż się rwą do biegu, radośnie dźwięczą dzwonki. I już bym się do końca zapamiętam w tej sielankowej atmosferze, gdybym nie był spojrzał na czarne, zgrubiałe, spracowane dłonie woźnicy. Przypomniały mi, że za tym wszystkim co widzę stoi ciężka praca mieszkających tam ludzi, którzy muszą kochać to co robią, bo są weseli, czerstwi i uśmiechnięci. I zaraz przypomniały mi się słowa Norwida: „(…) do tych co mają tak za tak, nie za nie, bez światłocienia”. Miło się przebywa z takimi ludźmi.
03-12-2010 (13:51)
Śnieg ciągle pada, a napisałem po stronie plusów zimy wpisałem punkt - kulig. Jak napisałem tak zrobiłem. Wraz z dwiema sympatycznymi koleżankami z pracy pojedziemy na romantyczny kulig do Pniowca. Ale, ale, zapomniałem jeszcze o czterdzieściorgu dzieci w wieku od 10 do 13 lat. Będą konie, sanie, sanki, ognisko, kiełbasa, gorąca herbata, śnieg itd. Tak jak w filmie „Potop”, gdy Andrzej Kmicic jedzie z Oleńką Bilewiczówną na białych saniach w kształcie łabędzia. A propos, przeczytałem kiedyś, że któryś z carów rosyjskich podarował królowi Portugalii takie właśnie sanie. Ciekawe czy Portugalczyk często z nich korzystał? Najmilej wspominam kulig w Zwardoniu. Jechaliśmy z pochodniami od jednej gospody do drugiej, ze śpiewem na ustach. Jutro też będzie fajnie. Taka praca.
02-12-2010 (10:24)
Kilka kilometrów przed Opolem w okolicach zajazdu „Niedźwiadek” obserwowałem obrazek, który stał się inspiracją do napisania lirycznego wiersza. Teraz, śnieg leżący za oknem, przypomniał mi tamten dzień.
DZIWKA I BAŁWANEK
Przemarznięta
ulepiła śniegowego bałwanka
na skraju szosy
Naturalnej wielkości
dorosłego mężczyzny
szczupłego i przystojnego
Ręce z patyków
wyciągał w jej stronę
w jednoznacznym geście
„chodź do mnie”
Oczy z gałązek jedliny
mrużył w figlarnym uśmiechu
trzepocząc zielonymi rzęsami
od czego robiło jej się cieplej
Tylko usta ze starej sznurówki
miał wąskie jakby złośliwie zaciśnięte
ale nauczyła się już
że nie ma mężczyzn doskonałych
Wiedziała że odejdzie
i pozostanie po nim
tak jak po wszystkich innych
tylko mokra plama
29-11-2010 (14:57)
Patrzę na śnieg sypiący bez umiaru i zastanawiam się nad plusami i minusami zimy.
Plusy:
- śnieg cholerną białą kołderką przykrywa brud,
- kulig – marzy mi się kulig w sylwestra z ogniskiem o północy, ale z końmi nie traktorem;
- narty – niestety od 25 lat nie jeżdżę,
- sanki – od kiedy dzieci podrosły nie jeżdżę, czyli od ok. 20 lat,
- łyżwy – dla paru chwil na lodowisku szkoda się męczyć z zimą przez 4 miesiące albo dłużej.
Minusy:
- zimno i mroźno,
- krótkie dni,
- mokre buty,
- choroby – grypa i podobne,
- zwiększone zagrożenia na drodze,
- zasypane parkingi,
- błoto pośniegowe na ulicach,
- skrobanie samochodu,
- osłabienie akumulatora,
- zamarzanie różnych elementów samochodu,
- dodatkowe wydatki na benzynę, opał, ubranie, buty,
- święta Bożego Narodzenia,
- wszędzie Mikołaje,
- wszędzie kolendy i pastorałki,
- „wigilijki” w pracy i innych miejscach,
- brak ogródków kawiarnianych,
- wychłodzone pomieszczenia w pracy,
- obowiązkowa zabawa sylwestrowa,
- karnawałowe bale przebierańców,
- a na wiosnę dziury w asfalcie.
27-11-2010 (19:17)
No i pojechaliśmy do Bytomia na XIV TURNIEJ JEDNEGO WIERSZA IM. STANISŁAWA HORAKA w składzie (wymieniam alfabetycznie): Grzegorz Kielar, Janek Lipka, Ola Kowalska, Ania Krztoń i Krzysztof Tomanek. Nie było łatwo dotrzeć, bo właśnie przyjechali kibice z Warszawy i trzydzieści radiowozów policyjnych zablokowało Bytom, aby goście bezpiecznie dojechali na stadion. Ale w końcu dotarliśmy i okazało się, że sala „Akwarium” Bytomskiego Centrum Kultury jest wypełniona po brzegi. Swoje wiersze przez prawie dwie godziny czytało 53 poetów. Poziom był wysoki. Jury obradowało przez 75 minut. Przyznano trzy nagrody i trzy wyróżnienia, z czego połowę zagarnęli tarnogórscy poeci. Grzegorz Kielar otrzymał trzecią nagrodę, a wyróżnienia Ola Kowalska i Ania Krztoń. To duży sukces tarnogórskiej poezji. Cieszy mnie tym bardziej, że nagrodzono poetów, z którymi spotykam się w każdą środę o 18.00 w Tarnogórskim Centrum Kultury. Spotkania są otwarte i zapraszam wszystkich, którzy piszą i chcieliby porozmawiać na temat swojej twórczości i w ogóle literatury i życia. Kochajcie poetów!
26-11-2010 (10:52)
Dzisiaj jedziemy na XIV TURNIEJ JEDNEGO WIERSZA IM. STANISŁAWA HORAKA, który odbędzie się o godz. 17.00. w sali „Akwarium” Bytomskiego Centrum Kultury przy ul. Żeromskiego 27. Nasze wiersze będzie oceniało jury w składzie: prof. dr hab. Marian Kisiel, Krzysztof Karwat, dr Grzegorz Olszański, Edward Szopa i Marcin Hałaś. To dobrzy poeci, więc z pełnym zaufaniem można oddać swoje teksty w ich ręce. Ktoś może się dziwić jak to możliwe, żeby się ścigać na wiersze, ale jest to zwyczaj, którego początki sięgają jeszcze starożytności. Tyle tylko, że wtedy zwycięzcy otrzymywali wieńce laurowe i stawali się laureatami. Dzisiaj prozaiczne:
• pierwszą nagrodę w postaci statuetki „Bytomskiego pióra” wykonaną przez artystę plastyka Jacka Wichrowskiego oraz nagrodę w wysokości 400 zł.
• drugą nagrodę w wysokości 300 zł.
• trzecią nagrodę w wysokości 200 zł.
• pięć wyróżnień w wysokości 100 zł.
• Ponadto zostanie przyznana Nagroda im. Marii Bieleckiej-Kasprowiczowej – aktorki i poetki, dla autora, który nie ukończył 20. roku życia w wysokości ustalonej przez fundatora.
Wczoraj na spotkaniu Zarządu Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Tarnogórskiej uzgodniliśmy, że w roku 2011 Stowarzyszenie ufunduje statuetkę „Łuski Czarnego Pstrąga” w IV TURNIEJU JEDNEGO WIERSZA, który organizuję co dwa lata. Mam nadzieję, że uda mi się zdobyć sponsorów, którzy ufundują atrakcyjne nagrody. Gdyby, ktoś z Państwa chciał zostać mecenasem poetów (otrzyma specjalny certyfikat, który bardzo ładnie prezentuje się w antyramie na ścianie gabinetu) to proszę o kontakt.
24-11-2010 (14:49)
Z satysfakcją usłyszałem w wiadomościach, że w wyborach w większości zwyciężyły nie partie, lecz komitety wyborcze zakładane przez mieszkańców. Głosujemy na konkretnych ludzi, a nie na ugrupowania. Nigdy nie należałem do żadnej partii. Jeśli już to do kompanii wesołych druhów takich jak „Tarnina” lub kompanii wesołych żołnierzy. A propos żołnierzy. Gdy odbywałem służbę wojskową w szkółce młodszych specjalistów w Ełku dałem się poznać jako kreatywny młody człowiek. Któregoś dnia przybiega dyżurny i wrzeszczy:
- Kanclerz do dowódcy batalionu!
Czego stary ode mnie może chcieć? – zastanawiałem się, zbiegając po schodach na parter. Próbowałem zgłębić przyczynę tego wezwania, ale bezskutecznie. Z tym większym niepokojem zameldowałem się u majora Bańczyka.
- Obywatelu majorze, szeregowy Kanclerz melduje się na rozkaz!
- Spocznij. Siadajcie Kanclerz.
Spokojny, niemal przyjacielski ton jeszcze bardziej mnie zdezorientował. Byłem ciekaw, czego trepicho będzie ode mnie chciało? A że będzie chciało, to było pewne. Nauczyłem się już rozpoznawać odcienie barwy ich głosów w zależności od sprawy.
- Kanclerz, ja wam się przyglądam już od dłuższego czasu i zauważyłem, że jesteście gość w porządku. Chciałem wam zaproponować, żebyście się zapisali do partii. Wiecie, partia potrzebuje takich ludzi jak wy: prężnych, inteligentnych, z inicjatywą. Jeżeli coś się ma zmienić, to przede wszystkim zmienić muszą się ludzie. No, co wy na to?
Najpierw myślałem, że uszom własnym nie wierzę, potem że szlag mnie trafi, a na koniec zacząłem ściemniać.
- Obywatelu majorze, to dla mnie ogromny zaszczyt, że obywatel major tak o mnie myśli, ale ja się nad tym nigdy nie zastanawiałem, zresztą nie czuję się jeszcze dojrzały do podjęcia takiej decyzji.
- Rozumiem, rozumiem, chcielibyście naradzić się z żoną. Daję wam pięć dni dodatkowego urlopu, jedźcie do domu i zastanówcie się. Zresztą pamiętajcie, zawsze lepiej działać w odpowiednim towarzystwie. Na przykład, kiedy będę przydzielał żołnierzy do jednostek w całym kraju po zakończeniu kursu, będziecie mieli pierwszeństwo, bo będziemy towarzyszami w jednej partii.
Pojechałem do domu miotany sprzecznymi uczuciami. Z jednej strony nie miałem zamiaru zapisywać się do PZPR-u, a z drugiej obawiałem się zemsty Bańczyka. Mogłem wylądować na Helu, w Suwałkach lub trójkącie bermudzkim: Gubinie, Żaganiu lub Żarach i pojawiać się w domu raz na kwartał, a przecież miałem półroczną córeczkę. Ale stanowcze słowa żony – Nie waż się zapisywać do żadnej partii…- utwierdziły mnie w moim wyborze.
Po pięciu miłych dniach spędzonych w cywilnych pieleszach wróciłem do zaśnieżonego Ełku. Od razu wezwano mnie do majora Bańczyka.
- I co, Kanclerz? Odpoczęliście? Naradziliście się z żoną?
- Tak, obywatelu majorze.
- No, to mówcie.
- No więc…to znaczy…chciałem powiedzieć…
- Co wy mi tu pieprzycie? Gadajcie po męsku: tak czy nie?
- Nie.
- Tylko tyle chciałem wiedzieć. Odmaszerować do zajęć.
Był listopad 1987 roku, a 29 stycznia 1990 roku rozwiązano Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą.
23-11-2010 (10:19)
Wczoraj zawiozłem do Drukpolu skład antologii współczesnej poezji tarnogórskiej „Czy w tym mieście mieszka poeta?”. Jest ona pierwszym tego typu dziełem literackim wydanym w Tarnowskich Górach. Na 112 stronach prezentowany jest wybór dorobku literackiego wszystkich poetów, tworzących aktualnie w naszym mieście, za wyjątkiem Ryszarda Bednarczyka, który nie wyraził zgody na zamieszczenie swoich utworów. Obok uznanych poetów takich jak Krzemiński lub Drechsler w antologii znaleźli się poeci i poetki po debiucie książkowym: Baron, Loskot, Kocot, Kędzia oraz osoby, które nie wydały jeszcze własnej książki, lecz były wielokrotnie antologizowane lub publikowały w prasie jak: Adwent, Albrecht, Baczyński, Juszczak, Kielar, Krztoń, Lipka, Oleś, Sowa, Tomanek, Waligóra i Wiśniewska. Stronę graficzną opracowała Anna Krztoń, wielokrotna laureatka konkursów na książkę artystyczną, autorka opracowań graficznych kilku książek m.in. „Rolady” Jana Drechslera, moich „Pchaczy wózków” i „Wierszyków ciotki Dominiki” Dominiki Bylicy.
Wydanie tej publikacji jest możliwe dzięki wsparciu finansowemu Urzędu Miejskiego w T.G. w osobie pana Burmistrza Arkadiusza Czecha i Tarnogórskiego Centrum Kultury w osobie jego dyrektora pana Mirosława Błaszczaka. Celem antologii jest:
- Propagowanie współczesnej literatury tarnogórskiej;
- Prezentowanie twórczości i sylwetek współczesnych poetów tarnogórskich;
- Dostarczenie czytelnikom wartościowych wierszy o Tarnowskich Górach;
- Tworzenie dobrej atmosfery dla dalszego rozwoju literatury w Tarnowskich Górach i na Śląsku;
- Stworzenie możliwości społeczności lokalnej uczestniczenia w życiu literackim na spotkaniach autorskich promujących nowowydaną książkę;
- Wpływanie na rozwój świadomości literackiej tarnogórzan i mieszkańców Śląska;
- Integracja różnych środowisk artystycznych miasta;
- Promowanie Śląska jako regionu aktywnego na literackiej mapie Polski.
Ważnym, wymiernym efektem wydania tej książki jest dokumentacja aktualnego poziomu tarnogórskiej poezji. Antologia jest namacalnym dowodem na istnienie środowiska literackiego w Tarnowskich Górach i może stanowić kolejny krok do stworzenia oddziału ZLP w naszym mieście. Do rąk czytelników książka trafi w połowie grudnia.
19-11-2010 (12:25)
Chciałem napisać o ZUSie, ale nie mam siły. Gdy zaczynam myśleć na ten temat odczuwam mdłości. Zalegalizowanie eutanazji powinno być na rękę rządowi i ZUSowi. Kiedy skończę pracę w wieku 65 lat zachowam się patriotycznie. Wezmę swoją pierwszą emeryturę w wysokości 600 zł spotkam się z rodziną i znajomymi na skromnej kolacji. Wzniesiemy toast za to co było i co będzie, a potem zejdę do Krainy Wiecznych Łowów. Jeżeli czujecie się patriotami powinniście postąpić tak samo. Japończycy już od dawna tak robią. Może „Olbrzym” zorganizuje projekcję filmu „Ballada o Narajamie”, to sami zobaczycie.
18-11-2010 (12:38)
Kiedy chodziłem do siódmej albo ósmej klasy, czyli w roku 1977 albo 78, spędzono kiedyś wszystkich uczniów SP nr 2 do sali gimnastycznej na spotkanie z posłem. Był to pan w średnim wieku, który mówił o wielu ciekawych rzeczach, ale mnie w pamięć zapadła jedna. Ta, kiedy z całym przekonaniem obwieszczał, że za 10 lat w Tarnowskich Górach będzie metro, które połączy nasze miasto z Katowicami. Poseł zapewniał, że prace zostały już rozpoczęte, a biorąc pod uwagę ilość kopalnianych chodników do wykorzystania, na pewno żadnych opóźnień nie będzie. Bardzo się cieszyłem i byłem dumny, że moje miasto dołączy do elitarnego klubu miast posiadaczy metra, a może nawet będzie je miało wcześniej niż Warszawa. Minęło kilka lat. Nieustannie bacznie obserwowałem, czy nie natknę się na trasie TG – K-ce na prowadzone roboty. Po dziesięciu latach wiedziałem już, iż zakpiono sobie z mojej dziecięcej naiwności, a może to kryzys lat dziewięćdziesiątych uniemożliwił zrealizowanie tego projektu. Traumatyczne przeżycia z dzieciństwa sprawiły, iż teraz nie jestem w stanie zaufać żadnemu politykowi, uwierzyć w żaden program wyborczy. Swoich kandydatów oczywiście wybiorę, dlatego że nie mam złudzeń.
17-11-2010 (10:23)
To nic, że musimy ciągle podejmować nowe wybory. Dobre czy złe, ale są. Stanowią gwarancję naszej wolności i z tego się cieszę. A jeżeli coś nie wychodzi, to zawsze można spróbować jeszcze raz, dokonać innego wyboru. O tym między innnymi jest ten wiersz.
PRÓBA ZAPISU
Pośrodku pól i łąk zielonych
z pieniącymi się w tle górskimi szczytami
gdzie starości drewnianego domu
strzegą sączące się wody rzeki
a topole wstrzymują słońce
przed zbyt wczesnym zachodem
i nikt tu nic nie wie o wierszu
Spróbuj powrócić do próby zapisu
na czystej stronie
Błękit od szarości oddziela rzeka
która rozlewając się coraz szerzej
zatapia równinę
i drzewa czereśniowe
na których ptaki
otrząsając się z marzeń sennych
niemo medytują
nad dezercją Noego
Spróbuj powrócić do próby zapisu
na czystej stronie
Kiedy wody opadły
zobaczyli pod stopami tęczę
muły iły lessy
i zanim jeszcze wypowiedziane zostało słowo
ziarno wypadło z kieszeni
razem z kruszynami tytoniu kurzu
i bibuły starych biletów
gdy wyciągał pióro - niewolnik alfabetu
Spróbuj powrócić do próby zapisu
na czystej stronie
Przywiązani do rzeczy istot i czasu
czuli podziw dla tych
którzy próbowali powrócić
do próby zapisu
na czystej stronie
lecz sami nieśli swą Księgę
umierając z wiarą
w to co zapamiętali
15-11-2010 (09:28)
Burmistrz Arkadiusz Czech wręczył statuetki "Srebrnego Skrzydła", prestiżową nagrodę, którą honoruje się osoby szczególnie zasłużone dla tarnogórskiej społeczności. W tym roku nagrody otrzymali: ksiądz kanonik dr Herbert Jeziorski, Krystian Krzemiński, prof. Werner Lubos, prof. dr hab. Jerzy Paszek oraz Stanisław Wyciszczak.
Osobiście znam wszystkich laureatów oprócz księdza kanonika, ale wszystkim serdecznie gratuluję. Szczególnie cieszę się, że nagrodę otrzymał mój serdeczny kolega po piórze Krystian Krzemiński. Myślę, że znane są jego wiersze niejednokrotnie drukowane na łamach „Gwarka” i recytowane w czasie występów „Tarniny”. Wiadomo Państu również o setkach przygotowanych i poprowadzonych spotkań „Pod renesansowym stropem” w muzeum tarnogórskim. To dobrze, że dostrzeżono Krystiana pośród innych wybitnych tarnogórzan.
Prof. Werner Lubos obchodzi w tym roku pięćdziesięciolecie pracy twórczej, dlatego myślę, że nagroda "Srebrnego Skrzydła" jest ukoronowaniem tego jubileuszu. Nie zawsze się zgadzamy z panem Lubosem, co nie zmienia faktu, że szanuję go jako człowieka i artystę. Od czerwca zasiadam przy jednym stole w czasie cotygodniowych spotkań zarządu Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Tarnogórskiej nie tylko z Wernerem Lubosem, ale również ze Stanisławem Wyciszczakiem. To człowiek-historia, o którym należałoby napisać książkę. Jego społeczne zaangażowanie w sprawy tego miasta jest ogromne.
Prof. dr hab. Jerzy Paszek był recenzentem mojej pierwszej książki „Wszyscy garną się do metafizyki” wydanej w 1989 roku. Jeżeli kogoś interesuje co napisał zapraszam do mojej biografii literackiej na stronie www.andrzejkanclerz.pl. Mam nadzieję, że nie zawiodłem pana Profesora tym co napisałem i co zrobiłem dla życia literackiego Tarnowskich Gór.
Jeszcze raz serdecznie gratuluję wszystkim laureatom.
14-11-2010 (16:08)
Wczoraj byłem w galerii „Inny Śląsk” na wieczorze promocyjnym nowej, debiutanckiej książki Macieja Wichra pt. „Dwunasty, dwunasty”. Tytuł znaczący, bo dotyczy nocy przed wprowadzeniem stanu wojennego. Akcja dzieje się w środowisku żołnierskim. Tematyka książki, która jest napisana jako dramat, z przeznaczeniem do wystawienia na scenie, wywołała wiele wspomnień. Autor przelał na papier własne uczucia i emocje, które towarzyszyły mu wtedy i nie opuszczają do dziś.
Napisałem wiele protest songów na temat wojska, zresztą pierwszy koncert Zielonej Bawełny odbył się w hali sportowej w JW 41-17 w czasie święta 22 lipca 1988 roku. Razem z Tomkiem Wrześniem graliśmy wtedy prawie wyłącznie moje pacyfistyczne piosenki dla pół tysiąca żołnierzy i oficera politycznego porucznika Motyla, któremu zresztą bardzo się nasze kompozycje podobały. Oto jedna z nich:
10 minut miał żołnierz, gdy odjeżdżał,
10 minut na jedzenie i ubranie.
10 minut na sprawy najważniejsze,
10 minut na życie i kochanie.
10 minut żołnierz, gdy odjeżdżał,
10 minut by popatrzeć w oczy żonie.
10 minut by jej powiedzieć nie płacz,
10 minut by obetrzeć łzy swoje.
10 minut miał żołnierz, gdy odjeżdżał,
10 minut na jedzenie i ubranie.
10 minut na sprawy najważniejsze,
10 minut na życie i przetrwanie.
12-11-2010 (19:31)
W Rosji obowiązuje hasło - Jeżeli jesteś patriotą to pij wódkę i pal papierosy. U nas coraz mniej ludzi pije wódkę i coraz mniej pali, więc jak to jest z tym naszym patriotyzmem? Uważam, że Polacy są mistrzami dekonstrukcji. Tworzymy nową jakość z dekonstruowania starej. Patriotyczne mity zaczynają inaczej funkcjonować w nowej rzeczywiści. Nie zdziwiłbym się, jeżeli za parę lat na polach Grunwaldu zwyciężą Zjednoczone Siły Europy Zachodniej. Wszyscy pijacy, których spotkałem byli patriotami, ale nie wszyscy niepijący. Na razie możemy nie pić i nie palić, w końcu nikt z nas nie jest uzależniony. Jeśli kiedyś staniemy z bronią w ręce w jakimś okopie, by bronić ojczyzny, to sobie zapalimy i napijemy się wódki.
09-11-2010 (16:33)
Jakiś czas temu na łamach „Gwarka” i w innych moich publikacjach ubolewałem, że twórczość poety tarnogórskiego Jana Tytki ulega zapomnieniu, ponieważ Zaduszkach bibliotece nie ma jego książek. A dzisiaj Zaduszkach listu pani Bogumiły Rostkowskiej dowiaduję się, że po naszych różnorakich akcjach, między innymi zaduszkowych, syn Jasia Tytki zaniósł tomiki ojca do biblioteki. To bardzo dobra wiadomość. Dziękuje wszystkim, którzy dokładają starań, aby życie literackie Zaduszkach naszym mieście kwitło. Chciałem również zaprosić wszystkich piszących wiersze na XIV TURNIEJ JEDNEGO WIERSZA IM. STANISŁAWA HORAKA, który odbędzie się w piątek 26 listopada 2010 r. o godz. 17.00. w sali „Akwarium” Bytomskiego Centrum Kultury przy ul. Żeromskiego 27.
Warunkiem udziału w imprezie jest wpisanie się w dniu Turnieju na listę uczestników (zapisy rozpoczną się o godz. 16.40) oraz odczytanie i przedstawienie jurorom w maszynopisie jednego oryginalnego utworu poetyckiego własnego autorstwa. Wiersze zgłaszane do konkursu nie mogą być wcześniej publikowane w książkach lub czasopismach, ani nagradzane na innych konkursach.
Po prezentacjach zgłoszonych do konkursu wierszy odbędą się obrady jury, po których nastąpi ogłoszenie wyników i wręczenie nagród. W skład jury wejdą: prof. dr hab. Marian Kisiel, Krzysztof Karwat, dr Grzegorz Olszański, Edward Szopa i Marcin Hałaś.
Jury przyzna:
• pierwszą nagrodę w postaci statuetki „Bytomskiego pióra” wykonaną przez artystę plastyka Jacka Wichrowskiego oraz nagrodę w wysokości 400 zł.
• drugą nagrodę w wysokości 300 zł.
• trzecią nagrodę w wysokości 200 zł.
• pięć wyróżnień w wysokości 100 zł.
• Ponadto zostanie przyznana Nagroda im. Marii Bieleckiej-Kasprowiczowej – aktorki i poetki, dla autora, który nie ukończył 20. roku życia w wysokości ustalonej przez fundatora,
07-11-2010 (12:41)
Dziękuję za wszystkie miłe słowa pod adresem Tarniny. Wiem, że poddasze w Kurnej Chacie to fantastyczne, wyjątkowe miejsce. Tu zawsze jest gorąca atmosfera. Tutaj zawsze publiczność rozgrzana jest do czerwoności. Tu po twarzy spłynęła już nie jedna łza ze śmiechu, ze wzruszenia, niejedna kropla potu. To wspaniałe, że tyle osób decyduje się cierpieć niewygody, aby razem z nami uczestniczyć w spektaklu, który przygotowaliśmy. Szanujemy swoją publiczność, dlatego robimy wszystko, co w naszej mocy, aby każdy spektakl był jedyny, niepowtarzalny i wyjątkowy. Bądźcie z nami i wybierajcie zawsze TKL Tarnina, nawet jak nie będzie wyborów.
06-11-2010 (09:03)
W pewne majowe popołudnie 2006 roku gitarzysta Jacek Swoboda zorganizował spotkanie grupy założycielskiej kabaretu w ogrodzie restauracji-galerii „Wiśniowy Sad”, którą wówczas prowadził. Przybyli na nie poeci, prozaicy, autorzy tekstów piosenek: Jan Drechsler i ja, oraz Mirosław Ogiński – plastyk.
Drechsler już od dawna nosił się z pomysłem założenia kabaretu literackiego, ale dopiero spotkanie ze mną, mającym przyjaciół wśród muzyków i poetów tarnogórskich doprowadziło do zawiązania się kabaretu. Pierwszy wspólny występ (zapisany w annałach jako zerowy, bo jeszcze nie pod szyldem „Tarniny”) odbył się w piątek 23 czerwca 2006 roku w „Wiśniowym Sadzie" pt. „Noc Świętojańska z Utopcami”. Szybko do „Tarniny” dołączyli dziennikarze Jacek Tarski, Zbyszek Markowski, Kasia Wiśniewska i poeci Edward i Michał Baczyńscy, Anna Krztoń, Krystian Krzemiński oraz wokaliści Alicja Czura, Magda Malarska i Olga Pokrywka. Na rok „Wiśniowy Sad” stał się siedzibą kabaretu. Sytuacja zmieniła się po występie 28. kwietnia 2007 roku w „Stodole Artystycznej w Zbrosławicach” w czasie którego uszkodzony został fortepian Henryka Wernera właściciela „Wiśniowego Sadu”. Wydarzenie to stało się pretekstem do wyrzucenia „Tarniny” z jego lokalu. Od tego momentu kabaret związał się z restauracją „Kurna Chata”, gdzie występuje średnio raz na kwartał, a każdy występ jest premierowy i niepowtarzalny. Wszystkie teksty prezentowane na scenie i piosenki są utworami autorskimi. Skład „Tarniny” jest płynny i ciągle ulega zmianom, co zapewnia świeżość i jest gwarancją wysokiej jakości artystycznej występów. Dzisiaj o 20.00 zapraszam na wieczór zaduszkowy pt. „Coś tu śmierci”. Wstęp jak zwykle wolny.
05-11-2010 (11:23)
6. października napisałem na blogu tekst pt. „Czekam na wypadek przed piętnastką”. Nie musiałem długo czekać. Minął miesiąc i dzisiaj rano samochód potrącił uczennicę na przejściu dla pieszych przed szkołą. Nie znam szczegółów, ale wiem, że przyjechała policja, a karetka odwiozła dziewczynkę do szpitala. W naszym kraju każda zmiana na lepsze musi być okupiona krwią i cierpieniem ludzi. Teraz cierpi niewinne dziecko, bo ktoś nie wyciągnął wniosków z armagedonu, który się codziennie odbywa pod szkołą. Niedawno cała Polska opłakiwała ofiary katastrofy pod Smoleńskiem, bo ktoś inny wsadził wszystkich vipów do jednego samolotu, który powinien wozić kozy za Uralem, a nie najważniejszych ludzi w państwie. Ale pewnie pamiętamy wszyscy dyskusję nad zakupem nowych samolotów dla rządu.
Mam nadzieję, że nasza uczennica wróci szybko do szkoły, a członkom naszego rządu wyrosną anielskie skrzydła, bo na nowe samoloty chyba liczyć na razie nie mogą. Zresztą anielskie skrzydła wyrastają tylko ludziom bez skazy, więc i nasza polityka na tym zyska.
04-11-2010 (14:26)
W sobotę o 20.00 w Kurnej Chacie kolejny występ „Tarniny”, dlatego denerwuję się, bo ciągle nie mogę wyleczyć gardła. Zgodnie z zaleceniem Doktora Dre żuję goździki i wizualizują zwycięstwo zdrowych komórek nad zainfekowanymi. Z tą wizualizacją nie do końca mi wychodzi, bo widzę również oczyma wyobraźni swój występ. Z mojego gardła wydobywają się dźwięki przypominające skrzypienie cmentarnej bramy. Właściwie to nie raz już tak bywało na koncertach. Moja żona mówi, że to klasyczna ucieczka w chorobę, spowodowana nieuświadomionym stresem. Pewnie ma rację, ale spróbuję się nie dać. Zaufałem goździkom i tranowi z rekina.
03-11-2010 (10:10)
Poeta-rymopis z Bobrownik pan Jerzy znany ze swego upodobania do grzeczności, dla którego słowa: pięknie dziękuję, kłaniam się uniżenie, życzę wspaniałego dnia i inne zwroty grzecznościowe brzmią jak muzyka dla uszu, zatankowawszy benzynę, wszedł do stojącej nieopodal restauracji Mac Donalds, by pokrzepić swe zdrożone ciało. Przywitała go uśmiechnięta, piękna, młoda ekspedientka słowami: - Witam pana serdecznie. Czym mogę służyć szanownemu panu. Poeta-rymopis zrealizował bony jakie otrzymał na stacji benzynowej i rozanielony wspaniałą obsługą spijał z ust obsługującej go dziewczyny słowa: - Dziękuję panu bardzo. Zapraszam ponownie. Życzę miłego dnia. Urzeczony grzecznością dziewczyny oraz jej duchowym i fizycznym pięknem, postanowił odwdzięczyć się na swój poetycko-rymotwórczy sposób. Napisał wiersz następującej treści i wręczył go dziewczynie:
"Serce moje tęskni, Dusza głośno płacze,
Myślę wciąż o Tobie, kiedy Cię zobaczę,
Tyś jest dla mnie muzą, Duszy ukojeniem,
Prześlicznym aniołem, najmilszym wspomnieniem.
Gdy Ciebie spotkałem, powiem Tobie skrycie,
Że ja kocham Ciebie, kocham Cię nad życie.
Oczka Twoje świecą jak gwiazdki na niebie,
Serce moje szepce, że ja kocham Ciebie.
Buzia Twoja do mnie cudnie się uśmiechała,
Za to Ci dziękuję, żeś jest tak wspaniała.
Bądź zawsze tak miła, cudnie uśmiechnięta,
Niech zamiast diamentów błyszczą Twe oczęta.
Za Twą uprzejmość i obsługę miłą,
Będę twoją tarczą, będę Twoją siłą".
Ale najwidoczniej dziewczyna nie chciała, by poeta-rymopis, emerytowany górnik w średnim wieku był „jej tarczą i siłą”. Poskarżyła się kierowniczce, na klienta, który molestuje ją swymi rymami. Kiedy po pewnym czasie poeta znów przekroczył gościnne progi Mac Donaldsa, dziewczynę wysłano do sprzątania zaplecza, a kierowniczka surowo napomniała zszokowanego i przestraszonego klienta, że nie uchodzi, aby dojrzały, rozsądny mężczyzna molestował młódkę swoimi wierszami. Teraz dziewczyna boi się wracać sama do domu i trudno ją zmusić, aby była uprzejma dla klientów. Tak to sprawdziły się słowa Sędziego z Pana Tadeusza Adama Mickiewicza, które brzmią: "Grzeczność każdemu należy, lecz każdemu inna".
01-11-2010 (10:16)
Co to jest święto? Święto to taki czas, w którym prawie wszyscy ludzie robią to samo. Idą w to samo miejsce, jedzą to samo, bawią się tak samo itd. Jest to uświęcone tradycją, religią lub szeroko rozumiana kulturą. Nie ma świąt dla indywidualistów. Nawet urodziny wszystkich imieniny wiążą się wszystkich udziałem większej grupy osób. Święta trzeba spędzać wszystkich wspólnie, dlatego jeszcze raz zapraszam wszystkich na zaduszkowe spotkanie przy grobach literatów tarnogórskich. W tym roku poprowadzi je Paweł Adwent. Zbiórka 2 listopada o 18.00 przed kościółkiem św. Józefa Robotnika.
30-10-2010 (21:55)
Zapraszam wszystkich na zaduszkowe spotkanie przy grobach literatów tarnogórskich. W tym roku poprowadzi je Paweł Adwent. Zbiórka 2 listopada o 18.00 przed kościółkiem św. Józefa Robotnika.
Kiedyś napisałem tekst o zmarłych literatach tarnogórskich. Pragnę go przypomnieć w tym miejscu.
IDĄC CMENTARNĄ ALEJĄ
Przechadzając się po cmentarzach w myślimy o tych, co odeszli, o tym co po sobie pozostawili. Jedni pozostawili po sobie dzieci, które wychowali na mądrych i wrażliwych ludzi, drudzy majątek i nieruchomości, trzeci owoce swych pasji gromadzone nieraz przez całe życie. Ale są i tacy, co pragną, by pozostała po nich ich myśl zawarta w książkach, które napisali. Po II wojnie światowej 22 tarnogórzan wydało 75 książek, na które składają się poezje, opowiadania, powieści, dramaty i felietony. Niestety 6 pisarzy już nie żyje.
Mieszkam na „Przyjaźni”, więc rozpoczynam odwiedziny grobów tarnogórskich poety i pisarzy od Starych Tarnowic. Tu na małym cmentarzyku przy ul. Janasa leży Andrzej Wanoth (30.09.1939 – 28.01.1999). Nigdy nie publikowany, ale wrażliwy i obdarzony dużą wyobraźnią poeta. Za życia jego brodatą twarz widywałem na ulicy Krakowskiej i na Rynku. Niejednokrotnie brał udział w konkursach poetyckich organizowanych przez galerię „Inny Śląsk”, a 20 września 1996 roku został nagrodzony w Konkursie Jednego Wiersza o Laur Jesieni. Niespełna dwa lata później 29 stycznia 1998 roku miał Wanoth swój wieczór autorski w „Innym Śląsku”, gdzie czytał poemat o komecie Hale – Bopp. W „Dzienniku Bytomskim” ukazała się nawet recenzja pt. „Wieczór z kometą”.
Napadnięty przez bandytów, został dotkliwie pobity. Ale nie fizyczny ból był dla niego najgorszy, lecz świadomość, że stało się to w jego ukochanym mieście, niemal na podwórku. Poeta stracił radość życia. Odszedł, jak sam pisał: „(…) Ku tęczy – łzom niebiańskim, / Pamiątce boskiego przymierza, / W natchnionym muz orszaku / - Dziękując za perły marzeń”!
Ze Starych Tarnowic idę na cmentarz przy kościele św. Józefa. Obok jednej z głównych alejek znajduje się grób z napisem POETA JAN TYTKO - urodził się 12 lutego 1946 roku w Sielcu, mieszkał i zmarł w Tarnowskich Górach 8 maja 1996 roku. Żona Janka zadbała o to, żeby pamięć o nim jako o poecie przetrwała zapisana w kamieniu. „Jasiu był Nikiforem tarnogórskiej poezji...” Tak Krystian Krzemiński scharakteryzował twórczość Jana Tytki w rozmowie ze mną. Powiedział: „Jasiu pisał czysto intuicyjnie, nie miał pojęcia o warsztacie, ale żył poezją”. Krzemiński chyba wiedział, co mówił, bo przyjaźnili się, byli niemal rówieśnikami. Krzemiński rekomendował Tytkę do Związku Literatów Polskich. To chyba charakterystyczne dla tego śląskiego miasta, że jego poeta był instruktorem praktycznej nauki zawodu w Zespole Szkół Mechaniczno - Elektrycznych w Tarnowskich Górach.
Janek wydał cztery zbiory wierszy: „Witraże” (1990), „Mikołajki” (1990), „Krzyż w obłokach” (1991), „Obietnice” (1991). Zmarł na zawał serca. Przygotowując materiały do tego artykułu, ze stwierdziłem, że w Bibliotece Miejskiej nie ma ani jednego zbiorku wierszy tego poety. Taka sytuacja nie wróży dobrze przetrwaniu pamięci o twórczości Jana Tytki.
Na tym samym cmentarzy leży inny nauczyciel – prozaik Marian Wilk, autor wydanej pośmiertnie powieści „Zostać panem”. Urodził się w Świerczynie (woj. Świętokrzyskie) w 1919 roku. Walczył w Batalionach Chłopskich, po wyzwoleniu przez Armię Czerwoną pracował jako leśnik na Dolnym Śląsku, potem studiował w krakowskiej Wyższej Szkole Rolnej, by wreszcie osiąść w Brynku i nauczać w Technikum Leśnym. Okazuje się, że edukacja, którą Marian Wilk rozpoczął latach dwudziestych ubiegłego wieku w Działoszycach a zakończył wraz ze swoją śmiercią w 2003 roku, zaowocowała znajomością kilku języków obcych, napisaniem podręcznika dla techników leśnych pt. „Ochrona lasu”, odznaczeniem Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski i świetną książką autobiograficzną.
Kierując się w stronę wyjścia przechodzę obok grobów dwojga wspaniałych, przedwcześnie zmarłych tarnogórzan: kontrabasisty Jana Adamczyka znanego z występów z Tarnogórzanami i Zieloną Bawełną oraz fenomenalnej Ani Kiełbusiewicz (02.02.1974 – 19.12.2003), która była wokalistką folkową i malarką. Uwielbiała poezję. Śpiewała solo i zespołami Orkiestra św. Mikołaja i Ania z Zielonego Wzgórza. Wielokrotnie była nagradzana za swą twórczość muzyczną i malarską. Zginęła w wypadku samochodowym, jadąc na koncert do „Wiśniowego Sadu”.
Aby odwiedzić grób najbardziej zasłużonego z tarnogórskich literatów idę przez park na „stary cmentarz” przy kościele św. Anny. Tam po lewej stronie od głównego wejścia pod betonowym murem cmentarza w rodzinnym grobie jest pochowany Bolesław Lubosz (11.01.1928 – 07.09.2001). Znakomity poeta i prozaik, przyjaciel wielu wybitnych Polaków: Jana Miodka, Ludwika Flaszena, Konstantego Puzyny, Jana Błońskiego, Tadeusz Nowaka, Tadeusza Śliwiaka, Leszeka Herdegena, Wisławy Szymborskiej, Sławomira Mrożka, Gustawa Morcinka, Wilhelma Szewczyka i innych. Lubosz był jedynym prawdziwym literatem spośród wszystkich wymienionych przeze mnie tzn. utrzymywał się z pisania. W dorobku tego pisarza znajduje się 12 tomików wierszy, 8 książek ze szkicami i esejami, 3 powieści, 3 zbiory nowel i opowiadań, zbiór felietonów. Ponadto liczne przekłady, teatralia, wstępy, posłowia i obecność w ponad 70 wydawnictwach zbiorowych.
Na cmentarzu w Kaletach spoczywa Jadwiga Dragon – Kulczyńska autorka wydanego w 2000 roku zbioru opowiadań „Przerwana Pieśń nad pieśniami. Opowiadania o Śląsku.” Urodziła się 14.10.1919 roku. Z wykształcenia chemik, całe życie amatorsko zajmowała się literaturą. Brała udział w regionalnych konkursach literackich, takich jak „Rybnickie Dni Literatury”, „Powstańcze losy” lub „Sosnowieckie pióro”. Podobnie jak ja pisarka należała do Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Tarnogórskiej. Niestety, nie miałem jednak okazji poznać osobiście pani Jadwigi, ale pamiętam miłe uczucie dumy, gdy na wystawie księgarni przy Rynku zobaczyłem nową książkę tarnogórzanki. Jadwiga Dragon-Kulczyńska zmarła w 2005 roku.
Pod krzyżem zapalam znicze za tych tarnogórskich pisarzy, których prochy nie leżą w śląskiej ziemi. Za Christiana Skrzyposzka (1943 – 1999) - autora „Wolnej Trybuny” i „Mojry” - tragicznie zmarłego, pochowanego w Berlinie prozaika, o którym niejednokrotnie pisałem już na łamach „Gwarka”.
Zapalam znicz za Marka Zagórskiego (1939 – 2005) - inżyniera elektronika, który pracował w Hucie Cynku i Ołowiu, w Zamecie i Nitronie, gdzie opatentował liczne wynalazki i pomysły racjonalizatorskie, a w 1978 roku opuścił kraj w poszukiwaniu Ziemi Obiecanej. Najpierw zamieszkał w Niemczech. Tak pisze o przyczynach swego wyjazdu: „Uciekłem z Polski, bo czułem się zniewolony, wykorzystywany i oszukiwany. Będąc czterdziestolatkiem, rozpocząłem od zera budować moją egzystencję, nałykałem się wiele potu i pyłu. Kiedy wreszcie już w Niemczech rozpocząłem pracę w swoim zawodzie i na stanowisku, wydawało mi się, że chwyciłem Pana Boga za pięty.
Po kilku latach doszedłem jednak do wniosku, że wpadłem z deszczu pod rynnę. Dorobiłem się co prawda szybko wysokiego standardu, ale dalej nie czułem się wolnym człowiekiem. Zniewolenie jest tam innego gatunku, niż było za komuny, w białych rękawiczkach i sprytnie zakamuflowane hasłami demokracji. Za to perfekcyjnie zorganizowane. Państwo trzyma obywatela za gardło, rękami urzędu finansowego i banku”.
Nie odnalazłszy raju w Europie, wyjechał do Azji. Spędził cztery lata w Malezji w Penang, następnie trzy lata w Tajlandii w Bangkoku. Pisał: „Obywatele żyją tam lepiej niż w Europie, są radośni, uśmiechnięci i zadowoleni, delektują się życiem. Nie kradną, nie oszukują, nie napadają, nie włamują do cudzych mieszkań, tam czułem, że żyję pełną piersią.
Ostatnią stacją jego podróży był Mumbaj (Bombaj) w Indiach. Tam zaczął pisać. Przeżycia z tego okresu opisał w autobiograficznej powieści „Przekroczyć wiele rzek”. Książka została wydana nakładem autora, przez Oficynę Literacką „ZNAK" w Krakowie w 1998 roku. 10 lipca tegoż roku odbył się w galerii „Inny Śląsk” wieczór promocyjny jego powieści. Zmarł 28 kwietnia 2005 roku w Bombaju, lecz pochowany został w Darmstadt, w miejscu zamieszkania jego syna Marka.
30-10-2010 (21:38)
Jeżeli dziecko zapyta: Tato jak na imię ma pan Czech? Proszę mu nie odpowiadać: Przeczytaj sobie gówniarzu, bo przed domem stoi laweta wyborcza. Biedny malec mógłby sobie pomyśleć, że przyszły kandydat na burmistrza ma na imię Burmistrz. Tak jak Major Major w „Paragrafie 22” lub gdybym ja został kanclerzem Niemiec, mówiliby o mnie kanclerz Kanclerz. No cóż, ktoś źle doradził panu Burmistrzowi. Ale inni mają jeszcze gorzej. Na skrzyżowaniu ul. Gliwickiej z Obwodnicą na przeciwko Lidla stoi laweta z reklamą pana Szczerby, a obok niej druga z napisem „Miejsce do wynajęcia”. Parząc pod odpowiednim kątem czytamy: „Kazimierz Szczerba do wynajęcia”. Tuż obok laweta pani Lucyny Ekkert, nad którą widnieje fragment innej reklamy, ze swojsko brzmiącym napisem „Beton”. Niby nic, ale coś w tym jest, że zakazano reklamy podprogowej, a takie zestawienia mogą odnieść przeciwny skutek od zamierzonego. Pozdrawiam wszystkich kandydatów, pewnie spotkamy się na cmentarzu.
29-10-2010 (08:34)
Co pewien czas nawiedza mnie myśl, żeby pojechać do Armenii, Gruzji, Kazachstanu albo do któregoś z bliżej położonych państw za naszą wschodnią granicą, żeby uczyć tam w polskiej szkole. Stale za granicą pracuje 150-160 nauczycieli. Kontrakt najdłużej może trwać cztery lata. Co roku jest więc kilkadziesiąt miejsc do obsadzenia. Jest duża rotacja, by ludzie nie oddalili się zbytnio od Polski. Nauczyciele, którzy zdecydują się na pracę na Wschodzie, otrzymują od Centralnego Ośrodka Doskonalenia Nauczycieli ryczałt (około 800-870 dolarów miesięcznie), z którego pokrywają koszty utrzymania, zakwaterowania i składki na ZUS; często też pensję od pracodawcy na miejscu, mają raz w roku pokrywane koszty podróży do kraju i z powrotem. W tym roku Zespół Szkół dla Dzieci Obywateli Polskich Czasowo Przebywających za Granicą, poszukiwał nauczycieli języka polskiego na rok szkolny 2010/2011 do pracy na Ukrainie – Kijów i Drohobycz oraz w Uzbekistanie – Taszkent.
Co roku zainteresowani mogą się zgłaszać do końca listopada. Aplikacje należy kierować pod warszawski adres: Centralny Ośrodek Doskonalenia Nauczycieli, Zespół ds. Polonii, Al. Ujazdowskie 28, 00-478 Warszawa. W kopercie powinno się znaleźć CV, list motywacyjny, odpis dyplomu, zdjęcie, rekomendacje (od dyrektora szkoły, dla absolwentów - od promotora, z praktyk). Należy pamiętać o podaniu adresu i numeru telefonu do siebie.
Ja, jeszcze w tym roku nie pojadę, ale gdyby któraś z młodych bezrobotnych siłaczek nie wiedziała co z sobą zrobić, to może warto spróbować.
28-10-2010 (09:09)
Poeta – rymopis z Miasteczka Śląskiego –emerytowany technik agronom zwierzył mi się dnia pewnego, że najbardziej dumny jest z tego, iż jego wiersz przyczynił się do krzewienia pokoju na świecie, a konkretnie w Europie. Widząc moją zdumioną minę oświadczył, że napisał kiedyś wiersz o wojnie na Bałkanach, bo bardzo go niepokoiła sytuacja w Jugosławii. Dobrze się złożyło, ponieważ spotkał profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego, slawistę, który miał kontakty w sferach dyplomatycznych. Poeta – rymopis zaproponował profesorowi, aby ten przetłumaczył jego wiersz i w stosownym momencie wręczył przedstawicielom zwaśnionych stron. I tak stać się musiało, bo w kilka miesięcy później rozpoczęły się rozmowy pokojowe.
Zapytałem czy ma ten utwór przy sobie, bo bardzo chciałbym go przeczytać. Wręczył mi nieco pożółkłą kartkę papieru z wierszem napisanym na maszynie.
* * *
Bijcie i mordujcie nawzajem swych braci
Gdy się osłabicie przyjdą inni kaci
Będziecie łatwiejszym łupem do zdobycia
Będzie wolna ziemia a w niej mniej życia
Nie będziecie zdolni wkrótce do obrony
Bowiem pozostaną tylko dzieci żony
Skorzysta ktoś inny z waszej bijatyki
Wasza krew przelana miesza polityki
Czym dłużej walczycie tym bardziej niszczycie
Swój kraj swoje zdrowie i życie
Do swych braci w Jugosławii
Których rozum stracił sławę
Którzy wzajem się mordują
Bez rozumu się marnują
Żal mi ich ohydnych czynów
Że z własnej głupoty giną
- Jest pan szczęśliwym człowiekiem – powiedziałem. – Udało się panu to czego nie dokonał ani Mickiewicz, ani Miłosz, ani Herbert, chociaż uczą o nich w szkole.
27-10-2010 (08:26)
Zawsze mnie cieszy kiedy ludzie, których znam i kibicuję im w ich karierze twórczej, osiągają sukcesy. Ostatnio dużo pisałem o poetach, więc czas na muzyków. Myślę o osobach związanych z kabaretem literackim „Tarnina”. Magda Milarska oraz Albert Karch dostali się do elitarnej warszawskiej średniej szkoły muzycznej. Magda na wokal, a Albert na perkusję. Biorąc pod uwagę dziesiątki kandydatów na jedno miejsce trzeba przyznać, że to jest duże osiągnięcie. Cieszy również sukces Bartka Pokrywki, który został laureatem Śląskiego Festiwalu Gitary Elektrycznej w Katowicach. Podczas sobotniego koncertu laureatów odebrał drugą nagrodę i 1,5 tys. zł. Trzydniową imprezę, oprócz konkursu, wypełniły warsztaty gitarowe i koncerty mistrzów tego instrumentu. W jury zasiadali Marek Raduli, Piotr Chłopaś, Grzegorz Kapołka, Przemysław Smyczek i Darek Ziółek. Młodzi muzycy oceniani byli za jednorazowy występ. Jury brało pod uwagę poziom wyszkolenia, dobre brzmienie, prezencję na scenie, fachowość i koncepcję zrealizowania dwóch projektów muzycznych - związanych z latami 60. i 80. ub. wieku. Pierwszy Śląski Festiwal Gitary Elektrycznej zorganizowało Śląskie Stowarzyszenie Artystów i Twórców SAT. Projekt wsparły samorządy Chorzowa i ubiegających się o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury w 2016 r. Katowic. Festiwal został dofinansowany z budżetu województwa śląskiego kwotą 60 tys. zł.
Wiem, że z niczego nie ma nic, dlatego chylę czoła przed ogromną pracowitością tych młodych ludzi i niezbędną odrobiną talentu.
25-10-2010 (14:55)
Mobilne reklamy kandydatów na burmistrzów to bardzo dobry pomysł. „Dzisiaj tu, jutro tam – Jak śpiewał poeta Leonard Cohen - Każda radość krótko trwa. Dobrze z sobą było nam, więc śpiewajmy: dzisiaj tu, a jutro tam”. A gdyby tak pomysł ten wykorzystać przy promocji poezji? Mobilnych ekranów poetyckich nie wymyślił nawet krakowski poeta Michał Zabłocki, który tworzy multipoezję, czyli pisze piosenki, wiersze na murach, wiersze chodnikowe, wiersze online w Onet.pl, wiersze licytowane, telepoematy, radiopoematy, wiersze prasowe, wiersze Pisane w Dobrym Towarzystwie i oczywiście publikuje książki. Mobilny ekran poetycki to dobry pomysł dla tych, co nie lubią poezji, bo mogliby go przesunąć na inną ulicę. I tak ludzie podrzucaliby sobie kukułcze jajo poezji, przeczytawszy wprzódy. No chyba, że by się reklamowany wiersz tak komuś spodobał, iż przykułby go łańcuchem do latarni.
22-10-2010 (10:10)
Dużo ostatnio pisałem o sukcesach literackich Krzysztofa Tomanka, trzeba więc wspomnieć również o Ani Krztoń, która tydzień temu została laureatką V OGÓLNOPOLSKIEGO KONKURSU LITERACKIEGO MŁODYCH „O wachlarz Wilhelminy”, zorganizowanego przez Sulechowski Dom Kultury im. F. Chopina. Patronką konkursu jest Wilhelmina Herzlieb - muza J.W. Goethego. Poznała go, gdy miała 18 lat (1807 r.). Poeta był nią zauroczony, co znalazło wyraz w licznych sonetach, na przykład „Lieb Kind!” lub „Mein artig Herz!” Niespełniona namiętność Goethego znalazła odzwierciedlenie w powieści „Powinowactwo z wyboru” („Die Wahlverwandtschaften” 1809), w której postać Otylii jest wzorowana na uwielbianej Minne. Ale pamięć o Goethem musiała długo być żywa w sercu dziewczyny, bo wyszła za mąż dopiero po trzydziestce. Jej mężem był prawnik, profesor uniwersytetu w Jenie Karl Wilhelm Walch. Pożycie małżeńskie nie było szczęśliwe. Ostatni rok życia spędziła w zakładzie psychiatrycznym w Zgorzelcu, gdzie zmarła w wieku 76 lat, pochowana na cmentarzu Städtischer Friedhof tamże.
Ciekawe, czy 4 września 1790 roku w Tarnowskich Górach Goethe też podbił serce jakieś Wilhelminy, czy „z dala od ludzi wykształconych, na końcu świata (…)” wszystkie panny były zbyt niedomyte i zachwyciła go tylko maszyna parowa zainstalowana 2 lata wcześniej do odwadniania szybów.
21-10-2010 (11:20)
I znów Tomanek. Jury XIX TYSKIEGO LATA POETYCKIEGO 2010 jednogłośnie postanowiło przyznać Krzysztofowi Tomankowi pierwszą nagrodę w wysokości 1500 zł. A już się chłopak zastanawiał skąd wytrzasnąć 350 zł, bo mu brakowało do czesnego. Zbieranie złomu nie idzie ostatnio najlepiej.
Fakt, że Krzysztof jest złomiarzem z wyboru, bo nie lubi mieć szefów nad sobą, przypomniał mi niezapomnianą „Historię Partii Umiarkowanego Postępu w Granicach Prawa” Jarosława Haszka, w której opowiada anegdotę o poecie Louisie Krzikavie. Otóż właściciel czasopisma „Świat Zwierząt” – pan Fuchs – zatrudnił poetę Louisa Krzikavę i polecił mu przełożyć z niemieckiego jakiś artykuł o małpach. Poeta pracował, a pan Fuchs chodził dookoła swojego nowego redaktora, żeby dać mu do zrozumienia, że to on go żywi.
Dusza poety była podzielona. Jedna połowa pisała o psiogłowych pawianach, podczas gdy druga, ta wznioślejsza część jego duszy, widziała dziewczę płowowłose i nurzała się w poetyckim nastroju. W tym oto chaosie dwóch przeciwieństw Louis Krzikava przełożył z oryginału zdanie „Die Affen sprangen vom Ast zum Ast” tak precyzyjnie na czeski: „Małpy skakały od przypadku do przypadku”.
- Niech mi pan to przeczyta, panie redaktorze – powiedział krwiopijczo pan Fuchs, a Krzikava przeczytał: „Małpy skakały od przypadku do przypadku”.
- Jezus Maria! – krzyknął pan Fusch – jakże małpy mogą skakać od przypadku do przypadku? Przecież w oryginale stoi, że skakały z gałęzi na gałąź.
I tu objawiał się niezłomny charakter poetycki Louisa Krzikavy.
- Panie – rzekł groźnie, wstając – myśli pan, że jeśli zapłacił mi pan dziś rano gażę za pół miesiąca z góry, to mam obowiązek pisać przez tych 14 dni głupoty o pawianach i małpach, i że małpy nie mogą skakać od przypadku do przypadku? Małpa robi to co jej się podoba, a jeżeli chodzi o mnie, tego co piszę, zawsze się trzymam i nie zmienię ani linijki.
- Ale ja panu rozkazuję – krzyknął pan Fuchs – żeby pan napisał: „Małpy skakały z gałęzi na gałąź.” Przecież nasze czasopismo ma charakter popularny i w naszym periodyku musimy wyłożyć naszym głupim czytelnikom kawę na ławę, więc gdyby przeczytali, że małpy skakały od przypadku do przypadku, to taki chłop się zastanowi i powie: „To jakiś szwindel, dłużej nie będę tego prenumerował!”
- A to dobre – zawołał Krzikawa. – Czy pan wie, co się stało temu zecerowi, który mi opuścił w pewnym wierszu jedną strofę? Wyciągnąłem mu uszy o cały metr. Zresztą szkoda słów, z panem postąpię tak samo.
W ten oto sposób Louis Krzikava odszedł z redakcji „Świata Zwierząt” wytrwawszy tam trzy i pół godziny. A dlaczego? Ponieważ Louis Krzikava prawdziwym poetą był, a poeci niechętnie piszą o pawianach z czerwonym zadkiem.
20-10-2010 (10:36)
Czwartkowe spotkanie literackie POECI NASZYCH CZASÓW zorganizowane przez Tarnogórską Fundację Kultury i Sztuki rękami Pawła Adwenta było ważne jako głos w dyskusji nad współczesną poezją i współczesnymi poetami. Krzysztof Siwczyk, znany poeta związany z Instytutem Mikołowskim i Łukasz Loskot poeta tarnogórski związany z zespołem Absynth byli bohaterami tego wydarzenia. Nie było wyścigów na wiersze, nie było kłótni, ani wylewania pomyj na siebie. Było miło i przyjemnie. Łagodniejemy na stare lata. Zrzuciliśmy punkowe skóry i zamieniamy się w parnasistów, klasyków. Promujemy młodych. No cóż każdy wiek ma swoje sporty.
Telewizja Gwarek nakręciła reportaż z tej imprezy. Zapraszam na http://www.gwarek.tv/?p=991
19-10-2010 (10:21)
Kiedy w 1998 roku Mirosław Błaszczak, dyrektor Tarnogórskiego Centrum Kultury zaproponował mi prowadzenie Warsztatów Literackich nie przypuszczałem, że staną się one wylęgarnią młodych talentów poetyckich i kuźnią animatorów kultury. Łukasz Loskot, Anna Krztoń, Michał Baczyński, Krzysztof Tomanek czy Leszek Waligóra to tylko kilka nazwisk spośród wielu uzdolnionych młodych ludzi, z którymi miałem lub mam nadal przyjemność spotykać się na warsztatach. Natalia Juszczak tworzy i działa w Miasteczku Śląskim, a Paweł Adwent dał się już poznać jako poeta i animator kultury, wystarczy, że wspomnę „Dzień kultury ulicznej” czy ostatnią imprezę „Poeci naszych czasów”.
Warsztaty Literackie mają formułę otwartą. Zawsze cieszymy się, gdy przychodzą nowi ludzie, bez względu na wiek, światopogląd i rodzaj twórczości. Chodzi o to, by skonfrontować swoje wypociny z wypocinami innych, podyskutować, poznać się nawzajem, polubić i robić wspólnie fajne rzeczy.
Zapraszam wszystkich piszących do szuflady w środy o 18.00 do TCK. Zabierzcie swoje teksty i przyjdźcie.
18-10-2010 (15:58)
Jestem chory. Mam kaszel i znosa mi kapie dlatego myślę o śmierci. Zastanawiałem się jak w naszym postmodernistycznym świecie ludzie wyobrażają sobie RAJ. Biblijny Eden „ogród rozkoszy” archeolodzy zlokalizowali w obecnym Iranie, w dolinie Tabris. W uporządkowanej przestrzeni, wszystkie stworzenia żyły w harmonii. Rosło tam wiele różnych drzew "miłych dla oka i smaczne owoce rodzące" (Rdz 2, 9). Do ogrodu wypływała rzeka, nawadniająca go i dzieląca się na cztery odnogi: Piszon, Gichon, Tygrys i Eufrat.
Starożytni Grecy lokalizowali swój raj w Elizjum lub na Wyspach Szczęśliwości. Jedna z nich nazywa się Leuke i leży na Morzu Czarnym, naprzeciw ujścia Dunaju. Na tej lesistej wyspie, obfitującej w dziką i oswojoną zwierzynę dusze zmarłych spędzały czas na rozrywkach i deklamowaniu wierszy.
Niestety półtoramilionowe, betonowe miasto wypełniło dolinę Tabris, a rozwijający się przemysł maszynowy, metalowy, włókienniczy, skórzany, chemiczny, drzewny, szklarski oraz spożywczy sprawił, że bardziej przypomina zdegradowane pustynne strefy industrialne niż biblijny ogród rozkoszy.
Zaś Leuke, niegdysiejsza urodzajna wyspa szczęśliwości dzisiaj jest jałowym pustkowiem, na którym znajduje się kolonia karna Rumunii.
Nie wiem jak wyobrażacie sobie państwo Raj w którym chcielibyście się znaleźć po śmierci szczególnie, że dźwięczą mi w uszach słowa Ralpha Waldo Emmersona: Religia jednego wieku staje się literacką rozrywką następnych. Posłuchajcie więc mojego głupawego wierszyka:
DUSZA POETY
Gdy poeta duszę zostawi
Na stronach swych tomików cienkich
Nie pójdzie po śmierci do nieba
Gdzie indziej będzie cierpiał męki
W czeluściach wielkich bibliotek
W piwnicach i magazynach
Stłoczono dusze poetów
Tam wieczność ich się zaczyna
Kurz drażni gardła i oczy
Alergia rządzi wszechwładna
Ktoś kicha inny się poci
Migrena duszę poetki dopadła
Poczuje dusza poety
wagę prawdziwego słowa
Gdy spadnie na nią niestety
Encyklopedia wielotomowa
Wciśnięty między almanachów tomy
Mały tomik tchu złapać nie może
A dusza poety cierpi za miliony
choć milion widziała w telewizorze
Nikt nie odwiedza przeklętych bibliotek
Żaden czart nie czyta poezji
Nawet promień światła nie pada
Na strony tych co żyli w herezji
Lecz czasem Bóg w swej mądrości
Przypomni sobie że jest Słowem
I ulituje się nad poetami
Co za słowa dali własną głowę
I znów na Wyspach Szczęśliwych
dusze poetów zaśpiewają dziewczynom
Z Petrarką Dantem Wojaczkiem
sącząc wyborne rajskie wino
15-10-2010 (19:34)
Bardzo się cieszę, bo w październikowym numerze miesięcznika „Śląsk” opublikowano sześć wspaniałych wierszy Krzysztofa Tomanka. Zespół redakcyjny może być dumny, że Tomanek chce u nich drukować. Ten urodzony w 1979 roku poeta do tej pory publikował w prasie i antologiach, ale z pewnością zasługuje na wydanie własnego tomiku. I nie jest to tylko moja opinia. Podziela ją krytyk literacki, poeta i dziennikarz Radia Katowice Maciej Szczawiński. Podzielają ją ci wszyscy jurorzy, którzy przyznają Krzysztofowi nagrody w konkursach poetyckich. Pewnie jeszcze niejednokrotnie usłyszymy o Krzysztofie Tomanku, bo to bardzo świadomy swej sztuki artysta słowa. Kochajcie poetów! Kochajcie Tomanka!
14-10-2010 (08:39)
Dzisiaj jest moje święto - Dzień Edukacji Narodowej. Nie cieszę się, bo nie lubię żadnych świąt: ani urodzin, ani imienin, ani Wielkanocy, ani Bożego Narodzenia, ani walentynek. Toleruję jedynie Wszystkich Świętych, ale bardziej jako Święto Zmarłych. Lubię przechodnie Święto Dnia Powszedniego. Ale miało być o edukacji. Od roku staram się o umieszczenie tablicy pamiątkowej na rodzinnym domu Christiana Skrzyposzka przy ul. Wyszyńskiego 35.
W TYM DOMU W LATACH 1943 – 1961 MIESZKAŁ CHRYSTIAN SKRZYPOSZEK, CENIONY PROZAIK I DRAMATURG, AUTOR POWIEŚCI: WOLNA TRYBUNA, MOJRA ORAZ DRAMATÓW: PAT I JAK ŁZA PRZY ŁZIE. OD 1969 R. PRZEBYWAŁ NA EMIGRACJI. ZMARŁ W BERLINIE W 1999 R.
Tablica taka miałaby walor kulturotwórczy i edukacyjny, więc byłaby zasadna. W ostatnich dniach pojawiła się możliwość zrealizowania mojego zamierzenia, za co jestem wdzięczny wszystkim ludziom przychylnym tej inicjatywie. Chciałbym, żeby podobne tablice w przyszłości zawisły na domach Bolesława Lubosza, Piotra Guzego, Donata Kirscha i Jana Tytki. Niech Tarnowskie Góry nie należą do tych miejsc, w których mówi się „cudze chwalicie, swojego nie znacie”.
Pozdrowienia dla wszystkich belfrów!
13-10-2010 (08:42)
Byłem w poniedziałek na spotkaniu przedwyborczym z pewnym Kandydatem na burmistrza. Był szczery i otwarty. Sprawiał wrażenie dobrego człowieka. To mnie rozczuliło, bo jak wiadomo dobrzy ludzie nie powinni zajmować się polityką. Kaczmarski w „Autoportrecie Witkacego” śpiewał „… że polityka dla mnie to pomyje w krysztale” i ja się z tym zgadzam. Przepytującym go obywatelom Kandydat na burmistrza mówił tylko prawdę, jak na spowiedzi. Niczego nie ściemniał, nie obiecywał gruszek na wierzbie, nie mamił wizjami świetlanego rozwoju miasta pod jego rządami. I właśnie dlatego myślę, że społeczeństwo mu nie zaufa. Zresztą na ostatniej „Tarninie” Janek Drechsler czytał na ten temat swój tekst o haczyku. A ja myślę tak jak podmiot lityczny wiersza Herberta „Potęga smaku”:
„Kto wie gdyby nas lepiej i piękniej kuszono
słano kobiety różowe płaskie jak opłatek
lub fantastyczne twory z obrazów Hieronima Boscha (…)”.
12-10-2010 (07:52)
W ostatnich latach ogromną karierę zrobiły słowa: projekt, procedura i strategia. Wszystko może być projektem (nawet zespół muzyczny), ale w celu jego zrealizowania potrzebne są określone procedury wyrażone w strategii i tak dalej, rośnie góra papierów, bo na papier to nas jeszcze stać i jak wiadomo jest cierpliwy i się nie irytuje jak większość tarnogórskich animatorów kultury.
Animator to osoba, która chce zrealizować jakiś projekt kulturalny (np. Europejski Mityng Literacki), ponieważ uważa, że przyniesie on korzyść miastu (wypromuje je za granicą i w kraju) i jego mieszkańcom (spotkają się z wybitnymi poetami i pisarzami polskimi z zagranicznymi, posłuchają dobrej muzyki). Aby zrealizować swój projekt animator kultury musi zebrać środki. Zaczyna więc chodzić ze swoim pomysłem od starostwa do urzędu miejskiego, od fundacji do stowarzyszenia, od centrum kultury do prywatnych sponsorów. Wszędzie dowiaduje się tego, co już wiedział od początku, gdy kupował rano chleb, że nie ma pieniędzy. Nie ma ich ani on, ani urzędy, fundacje, stowarzyszenia i ośrodki kultury. Z powodu kryzysu nie mają ich również sponsorzy prywatni. No cóż, gdyby animator miał pieniądze np. stał na czele banku i zarabiał 100 000 netto, to nie musiałby się nikogo prosić, lecz mógłby co miesiąc organizować imprezę kulturalną za 40 000 i jeszcze by mu zostało na godne życie. Tak się niestety dziwnie składa, że prezesi banków nie czują powołania do animowania kultury.
Życzliwy urzędnik podpowiada animatorowi, że raz w roku organizowany jest konkurs na dofinansowanie zadania kulturalnego. Wystarczy napisać kilkudziesięciostronicowy wniosek, zdobyć partnerów w postaci osób prawnych i za pośrednictwem fundacji lub stowarzyszenia złożyć go w urzędzie. Niestety w fundacjach, stowarzyszeniach i ośrodkach kultury dowiaduje się, że nie mogą mu pomóc, bo mają własne wnioski na głowie i nie będą wspierali konkurencji. Poza tym ile to kłopotu, gdyby nie daj Boże wniosek animatora otrzymał dofinansowanie. Umowy, sprawozdania, rachunki etc. Nie, nie, nie. A o co w ogóle tyle krzyku? O 75 000 złotych, które gmina przeznacza do podziału w konkursie, czyli około półtora imprezy.
Kultura nie znosi, wyznaczania jej określonego kierunku, strategii lub ram w jakich ma działać. Kultura jest jak woda, która zawsze znajdzie własne ujście, przeleje się poza koryto, wyłamie tamę. Radni miejscy i powiatowi muszą wreszcie zrozumieć, że Ziemia Tarnogórska może się wypromować tylko dzięki kulturze. Jeden przyjezdny daje pracę przynajmniej trzem mieszkańcom miasta. A co jest naszym największym skarbem? Kopalnia Zabytkowa, Sztolnia Czarnego Pstrąga, warpie i tereny pokopalniane wraz z rezerwatami. Czy Miasto troszczy się o swój największy skarb? Czy pomaga finansowo? Nie, bo od 50 lat o kopalnię troszczą się animatorzy, społecznicy, zapaleńcy, bez których nie byłoby w tym mieście niczego wartościowego. Jeżeli stowarzyszenie Miłośników Ziemi Tarnogórskiej ubiega się o jakieś dofinansowanie musi startować w konkursie, tak wszystkie inne podmioty.
Promowanie miasta może odbywać się również dzięki cyklicznie odbywającym się imprezom. Ale nie festynom lub dożynkom, lecz sztuce wysokiej. I żadne tłumaczenia, że wydarzenia takie nie będą miały odbiorców nie przekonują mnie. Bogusław Kaczyński od lat robi w Łańcucie festiwal muzyki klasycznej. Łańcut ma 18 000 mieszkańców, a nie 60 000 jak Tarnowskie Góry, ale festiwal wypromowano i przyjeżdżają na niego ludzie z całej Polski. Podobnie jest w Bogatyni, Lidzbarku Warmińskim, Międzyzdrojach, Łagowie i innych małych miastach. Niestety ludziom w Polsce ciągle wydaje się, że jesteśmy góralami z okolic Tarnowa. Staram się ten fakt zmienić promując kulturę literacką Tarnowskich Gór i samo miasto, gdzie się tylko da. Świadczą o tym zapisy na mojej stronie http://www.andrzejkanclerz.pl/index.php?option=com_content&view=category&id=52&Itemid=78. Ludzi, którym na sercu leży przyszłość tego miasta jest wielu, dlatego mam nadzieję, że nie wszystko stracone.
11-10-2010 (09:33)
Sobotni koncert zespołu RAJAH w poznańskim klubie Reset, był bardzo udany. Muzycy dali solidną porcję rege w najlepszym wydaniu dla pełnej sali, bawiących się ludzi. Zachwycił mnie fakt, że wszyscy czterej członkowie zespołu śpiewają. Przypomnę, że Błażej (mój syn) zaczynał w Zielonej Bawełnie. Potem założył Oregano (zresztą jest również autorem tej nazwy) i od początku grał i komponował w Tarninie, potem była nagroda na Japie z zespołem Bro (czyli Olga i Zbyszek Pokrywka, Błażej i jeszcze jakiś gitarzysta z Łodzi, którego nazwiska nie pamiętam). Bardzo lubię rege. Uważam, że jest siostrzaną formą bluesa, zresztą Dżem tego dowiódł. Napisałem zresztą kilka regowych kawałków: „Rege o podarkach”, „Duszno”, Drewniany model do składania”. Jeżeli chcecie je sobie przypomnieć wejdźcie na stronę http://www.andrzejkanclerz.pl/index.php?option=com_content&view=category&id=45&Itemid=67
09-10-2010 (07:06)
Byłem na spotkaniu z Wojciechem Kuczokiem w nakielskiej bibliotece. Facet robił wrażenie wycofanego i zamkniętego, nie patrzył na ludzi, ale to spostrzeżenie ma niewiele wspólnego z tym, co chcę napisać. Kuczok powiedział, że zaczynał jako jeden z tysięcy niszowych poetów, ale znudziło mu się pisać dla kilku znajomych, więc zabrał się za prozę. Gdy drukował w prasie pierwsze swoje opowiadania przyszła pani z wydawnictwa WAB i zaproponowała mu publikację. A potem to już był „Gnój”, powieść, za którą dostał w 2003 r. Paszport Polityki i Nagrodę Literacką Nike w 2004. Ci niszowi poeci, z którymi zaczynał w latach 90. to grupa poetycka Na Dziko, która odegrała znaczącą rolę w śląskim życiu literackim. Należeli do niej tacy poeci jak: Bartłomiej Majzel, Maciej Melecki, Krzysztof Siwczyk, Krzysztof Śliwka, Grzegorz Olszański i Radosław Kobierski. To przykre, że Kuczok ma taki stosunek do twórczości swoich kolegów. Chlubi się tym, że żyje wyłącznie z pisania, bo nie znosi mieć nad sobą szefów, dlatego pisze scenariusze, współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”, „Res Publiką”, „Nową” i miesięcznikiem „Kino”. Zgadzam się ze zdaniem T. S. Eliota, który pisał, że „poeta musi sobie znaleźć jakiś sposób zarobkowania i im mniej ma on wspólnego poezją, tym lepiej. Artysta powinien prowadzić normalne życie, jeśli ma wykonywać swą pracę.” Utrzymywanie się wyłącznie z pisania stwarza zagrożenie, że autor zacznie zbyt wiele pisać, a przez to obniży swój poziom. Tak jak to zrobił Pilch. Mam taki zwyczaj oceniania powieści i filmów, że uważam coś za dobre, jeżeli to pamiętam po roku lub dwóch. Przeczytałem „Gnój” i „Senność”. „Senności” nie pamiętam zupełnie tak jak większość powieści Pilcha. Przepraszam, stary ze mnie sklerotyk, ale nadal pamiętam powieści Masłowskiej.
A teraz jadę do Poznania na koncert mojego syna Błażeja, który gra rege ze zespołem RAJACH - ROOTS REGGAE MUSIC for YOU. Tylko nie mam rastafariańskiego beretu, a w kapeluszu chyba się nie wtopię w tło. Jakby ktoś chciał pojechać to do Poznania na Klasztorną 17.
08-10-2010 (07:49)
W środę 6 października Piotr Kaczkowski około 14:30 nadał na antenie radiowej Trójki piosenkę tarnogórskiego zespołu Absynth, którego wokalistą i autorem tekstów jest poeta Łukasz Loskot (ur. 1983). Jest on najoryginalniejszym młodym poetą, jakiego znam, a poetycki rozwój Loskota śledzę od 2001 roku, kiedy po raz pierwszy przyszedł na Warsztaty Literackie, które prowadzę w TCK w każdą środę o 18:00.
Poetycka droga zainicjowana w 2003 roku przez tomik „Poezja na kartki” kontynuowana była w drugim zbiorku wierszy Loskota wydanym w 2005 roku pt. „Modlitwa złodzieja”. W przygotowaniu jest trzecia ksiązka.
Oryginalność Łukasza widoczna jest nie tylko w podejściu do interesujących go tematów, ale również w warstwie językowej i rytmicznej utworów. Wiele wierszy jest sporadycznie, nieregularnie, daleko rymowanych, co w połączeniu z bardzo nieregularnym sylabowcem daje zamierzony efekt. Wiele tekstów jest kontrowersyjnych, ale to dobrze, bo nie pozostawia odbiorcy obojętnym na tę twórczość.
Loskot ma również inne atuty. Mając umiejętności showmana, swoje utwory potrafi wspaniale prezentować publiczności, recytując, performując lub śpiewając wraz z zespołami. Najpierw to była Farlandia, potem Arsenau, teraz od kilku lat Absynth. To co grają nie przypomina poezji śpiewanej, ale to co śpiewał Jim Morrison, też nie przypominało poezji śpiewanej rozumianej w tradycyjny sposób. Absynth nieustannie odnosi sukcesy na festiwalach, nic więc dziwnego, że jego muzyka zwróciła uwagę Piotra Kaczkowskiego. Gratuluję.
W czwartek 14 października Łukasz Loskot wraz z Krzysztofem Siwczykiem będzie bohaterem wieczoru literackiego pt. „Poeci naszych czasów”. Paweł Adwent i ja będziemy mieli przyjemność prowadzić to spotkanie. Serdecznie zapraszam wszystkich sympatyków poezji, filmu i muzyki do galerii „Inny Śląsk”, ul. Karola Miarki 2, Tarnowskie Góry.
PROGRAM WIECZORU POETYCKIEGO „POECI NASZYCH CZASÓW”
16.00 - projekcja filmu Lecha Majewskiego pt. „Wojaczek”,
17.30 - wieczór autorski Krzysztofa Siwczyka i Łukasza Loskota,
18.30 - prelekcja „Kondycja współczesnej poezji wobec wyzwań popkultury” z Krzysztofem Siwczykiem i Łukaszem Loskotem, prowadzenie: Andrzej Kanclerz oraz Paweł Adwent,
20.00 - koncert zespołu Absynth (www.absynth.pl)
07-10-2010 (07:51)
Kiedy jest się nie bardzo znanym artystą lub literatem człowiek nie ma pojęcia o recepcji swojej twórczości. Mała grupa znajomych sympatyków, krytyków i szyderców nie jest reprezentatywna, ponieważ jedni chwalą, bo lubią autora, drudzy ganią, bo go nie lubią, a ci trzeci zazdroszczą mu talentu, albo czegoś innego. Dlatego najbardziej cieszą reakcje obcych ludzi.
Niedawno dostałem e-maila następującej treści: „Chciałbym kupić płytę Zielonej Bawełny, proszę o jakąś informację”. Kto jeszcze dzisiaj pamięta Zieloną Bawełnę? – Chciałoby się zapytać. Kto chce kupować jej stare nagrania? Okazuje się, że każda potwora znajdzie swego amatora. Ten amator był z Krakowa i Bawełny słuchał dawno temu w radiowej Trójce. Nawet nie wiedziałem, że nas tam puszczali. A potem przysłała e-maila pani z Czarnkowa, że chce płytę Tarniny itd.
Kiedyś okazało się, że jakiś mój tomik zawędrował w Kieleckie i tak zadomowił się w pewnym liceum, że uczniowie sami od siebie, nie zmuszani przez nikogo, uczyli się wierszy na pamięć i na gazetkach je wywieszali, żeby wszyscy mogli sobie poczytać, nauczyciele też. Kiedy o tym usłyszałem od historyka uczącego w tej szkole, nie mogłem uwierzyć.
Nie piszę o tym, żeby się chwalić, bo tak naprawdę nie ma czym. Chcę tylko powiedzieć tym, którzy się zastanawiają, czy to co robią, ma jakiś sens, że pewnie jakiś sens ma, a przekonają się o tym wtedy, gdy niczego nie będą się spodziewali. Janek Drechsler już wie.
06-10-2010 (11:28)
Jestem starym zgredem i z przykrością zauważam, że zwykle mam rację, chociaż nikt na to nie zwraca uwagi. Dlatego teraz postanowiłem napisać o tym, iż niedługo dojdzie do wypadku przed Szkołą Podstawową nr 15 w Tarnowskich Górach i żeby nie było, że nie ostrzegałem.
Zmotoryzowani rodzice przywożą swoje dzieci do szkoły, łamiąc przy tym wszystkie znane mi zasady ruchu drogowego. Zatrzymują się na pasach, więc inne samochody wyprzedzają te, które się zatrzymały. Robią dziwne zwody, żeby zaparkować przy trawniku przed szkołą, a potem jeszcze dziwniejsze, żeby stamtąd odjechać. Cyrk na kółkach, Tylko nie śmieszny. A przecież można zatrzymywać się na parkingu pod bankiem PKO, tylko to tak daleko jakieś 50 metrów. Policję w tym roku widziałem przed szkołą raz, ale stali na tyle daleko, żeby nic nie widzieć i nie musieć interweniować.
Gdy zapada zmrok, szkoła nie zasypia. Pod zadaszonymi wejściami codziennie spotkają się w celach towarzyskich byli uczniowie. Piją alkohol, a potem wyrażają swoją ekspresję wrzeszcząc lub wypisując na ścianach szkoły, kto kogo kocha, nienawidzi lub jakiemu klubowi kibicuje. Wiem, że picie alkoholu w miejscach publicznych jest karane, podobnie jak zakłócanie ciszy nocnej i niszczenie mienia, ale policja nie interweniuje.
Około północy, zwykle w weekendy, z małego parkingu przed „Piętnastką” ruszają samochody do osiedlowego wyścigu. Pędzą do ronda, potem w dół aleją JP II, na jej końcu zawracają, najlepiej z poślizgiem i szpula z powrotem pod szkołę. Potem znów można sączyć piwko, słuchać głośnej muzyki z podrasowanych samochodowych głośników i bajerować dziewczyny. W tym roku byłem świadkiem już trzech takich wyścigów. Mnie to nie przeszkadza, widać policji też nie, ale wspominam o tym, ponieważ postanowiłem napisać o tym, iż niedługo dojdzie do wypadku przed Szkołą Podstawową nr 15 w Tarnowskich Górach i żeby nie było, że nie ostrzegałem.
05-10-2010 (14:56)
Właściwie nie chciałem pisać bloga, bo mam niewyparzony język, zwykle mówię to co myślę, potem żałuję, że nie przemilczałem. A tu jak się napisze, to ludzie się poobrażają i wszystkim będzie przykro. Myśliwski mnie zachęcał, Drechsler namówił. Zobaczymy co z tego wyjdzie.
Na początek chciałem się podzielić wrażeniami z wakacji.
Jak to jest gdy w trzy tygodnie przejeżdża się samochodem 8350 kilometrów, aby odpocząć? Są ludzie, którzy nie ruszają się ze swego domu z ogródkiem, bo twierdzą, że mają tak fajnie, iż nie muszą nigdzie jeździć. Inni co roku podążają w te same dobrze znane im miejsca. Są też i tacy, którzy mają naturę nomadów, dla nich wakacyjny wypoczynek polega na ciągłym przemieszczaniu się do coraz to innych, nowych, nie znanych jeszcze miejsc. Statystycznie, aby pokonać 8350 kilometrów w 21 dni trzeba przejechać tylko 397 kilometrów dziennie.
W tym roku postanowiłem zobaczyć południową Francję, Hiszpanię, Gibraltar i Portugalię. Nie planowałem podróży, jedyny hotel jaki zarezerwowałem znajdował się w Barcelonie, bo chciałem mieszkać w centrum miasta. Spakowałem mały namiot, niezbędny sprzęt turystyczny, prowiant i ruszyłem. Pierwszy etap wiódł do Salzburga. To ładne miasto w północno-zachodniej Austrii, w pobliżu granicy z Niemcami w Alpach, nad rzeką Salzach, jest jedną z najczęściej odwiedzanych przez turystów miejscowości w Austrii. Przyciąga ich pewnie postać Mozarta, który pracował tutaj dla arcybiskupa w latach 1769-1781, zanim został przez niego wyrzucony i wyjechał do Wiednia. Rodzina Mozarta jest pochowana na małym cmentarzu w centrum miasta. Na starym mieście wpisanym w 1996 na Listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO można wypić kawę w najstarszej kawiarni Europy Zachodniej – „Cafe Tomaselli”, w której bywali Mozart, Haydn, von Karajan, Doppler i wielu innych sławnych ludzi.
Z Salzburga pojechałem do Genui. Etap dosyć długi, bo liczący 710 km pokonałem w 9 godzin. Znalazłem camping nad morzem z czarną plażą i wypoczywałem w promieniach zachodzącego słońca. Genua jest starym portowym miastem, z którego pochodzili m.in. Kolumb, Paganini i Garibaldi. Potowe miasta mają swój specyficzny klimat. Odczuwalne jest w nich tchnienie dalekiego świata. Tak było w Genui i kolejnym mieście, do którego pojechałem – Marsylii. To miasto piękne i straszne zarazem. Biblijny Babilon, Sodoma i Gomora razem wzięte. Pomieszane języki z całego świata znalazły się w tym drugim co do wielkości mieście Francji, zamieszkałym przez ponad półtora miliona mieszkańców o wszystkich możliwych odcieniach skóry. Wędrowałem ulicami, którymi nie powinienem był chodzić po zmroku, gdzie czai się nędza, zło, przemoc i narkotyki. Czułem bijące serce „babilonu”.
W drodze do Marsylii zwiedziłem Vence. Piękne miasteczko otoczone górami z zabytkowym średniowiecznym starym miastem. To tutaj ostatnie lata swojego życia spędził Witold Gombrowicz. Od 1964 do 1969 zażywał owoców sławy, która kulminowała w maju 1967 Międzynarodową Nagrodą Wydawców Prix Formentor. Niedaleko Vence znajduje się miejscowość Grasse słynąca od XVIII w. na cały świat ze swego przemysłu perfumeryjnego. To tam dzieje się akcja „Pachnidła” – powieści niemieckiego pisarza Patricka Süskinda, wydanej w 1985 roku, a przeniesionej na ekran w 2006 roku w reżyserii Toma Tykwera.
W Grasse działają po dziś dzień najsłynniejsze i najstarsze wytwórnie perfum: utworzona w 1747 roku Galimard Parfumeur, powstała w 1849 Molinard Parfumeur oraz Fragonard Parfumeur. Ta ostatnia, której tradycje sięgają XVIII wieku prowadzi produkcję nieprzerwanie od roku 1926. W każdej z tych wytwórni znajduje się muzeum oraz salon sprzedaży, gdzie można kupić produkowane tradycyjnymi metodami wyroby perfumeryjne. Zwiedziłem Galimarda. Wąchałem różnorakie ekstrakty zapachowe, z których można było samemu tworzyć kompozycje zapachowe, ale aromatu schabowego, ziemniakami i kapustą nie znalazłem.
Z Marsylii pojechałem do Cadaques, rybackiej wioski w Hiszpanii. To tutaj spędzali wakacje: Salvador Dalí, Pablo Picasso, Joan Miró, Marcel Duchami i wielu innych artystów. 30 km od morza znajduje się Figueres, miejsce urodzenia Salvadora Dali, w którym kupił od miasta teatr i przemienił w swoje muzeum. Wstęp do tej świątyni surrealistycznego kiczu kosztuje 11euro, ale można zaobserwować drogę twórczą artysty, od pierwszych nieporadnych poszukiwań, aż do świadomej kreacji nastawionej na szokowanie. W drodze do Figueres wstąpiłem jeszcze do Arles. To miasto prawie się nie zmieniło od 1888 roku, kiedy przyjechał do niego Vincent van Gogh. Można się o tym przekonać oglądając reprodukcje jego obrazów wiszące na każdym kroku – most zwodzony, kawiarnie, szpital w którym przebywał czy łodzie na Rodanie.
Barcelona to przede wszystkim Gaudi i jego największe dzieło bazylika Sagrada Familia, która jest nieprzerwanie budowana od 1882 roku. Po godzinie czekania w kolejce po bilet i zapłaceniu 12 euro wszedłem do wnętrza, czyli na plac budowy, gdzie tłum robotników w kaskach, w strasznym huku, tworzy najpiękniejszą, najbardziej niezwykłą świątynię na świecie. Dom w parku Gaudiego, z projektowanymi przez niego meblami skojarzył mi się z Wyspiańskim. Jest coś podobnego w ich kreowaniu rzeczywistości – natura, sztuka, absolut.
Po Barcelonie przyszedł czas na odpoczynek. Trzy dni w nadmorskiej miejscowości Javea. Pranie, plaża, książka i w drogę do Grenady z Mickiewiczem na ustach: „Już w gruzach leżą Maurów posady, / Naród ich dźwiga żelaza, / Bronią się jeszcze twierdze Grenady,/ Ale w Grenadzie zaraza./ Broni się jeszcze z wież Alpuhary / Almanzor z garstką rycerzy, / Hiszpan pod miastem zatknął sztandary, / Jutro do szturmu uderzy”. Bilety do Alhambry (13 euro) warto zarezerwować wcześniej, można to zrobić na recepcji campingu, bo kolejka po bilety jest długa (ok. 2 godzin czekania). Rezerwację odbiera się w specjalnych automatach. Należy mieć kartę kredytową i pamiętać jej pin. Alhambra została zbudowana w XIII w przez mauretańskich kalifów, jej ogrody i fontanny są prawdziwym cudem architektury. Chodząc po dziedzińcach i komnatach pałacu nie czuje się upału, a o godz. 22.00 termometr wskazywał 36 stopni.
Z Granady już nie daleko do Gibraltaru. Przekraczam granicę i jestem w Wielkiej Brytanii. Przypominają mi o tym również budki telefoniczne, policjanci i ceny w funtach. Samochody jeżdżą po prawej stronie, wszędzie słyszy się język hiszpański. Kolejka linowa na skałę (jeden z dwóch słupów Heraklesa, bo drugi jest w Maroku) kosztuje 12,50 euro. Na szczycie witają nas małpy. Widok jest wspaniały, wart swej ceny. Patrząc na Maroko czuję, że od tej chwili zaczynam wracać. Ten powrót jest umowny, bo jadę do Portugalii. Po drodze zwiedzam Sewillę. Ogromną katedrę (jedną z największych na świecie) zbudowano na miejscy meczetu w XV w. Obok stoi wieża La giralda, będąca kiedyś minaretem. Jej kształt stał się inspiracją dla wieżowców w stylu socrealistycznym, tak jak nasz pałac kultury w Warszawie. Olśniewa bogactwo katedry (wstęp 8 euro), niesamowity przepych, złoty ołtarz, grobowiec Kolumba. Po drodze do Porto odwiedzam Fatimę i Batalhę, miejsce pochówku królów portugalskich i jestem oczarowany. Ale najpiękniejszym miastem w czasie mojej wyprawy okazało się Porto. Urzekła mnie nadgryziona zębem czasu starówka, gdzie w wąskich uliczkach mieszkają kolorowi, dzieci się kąpią w starych fontannach, a kobiety piorą pranie przy wodociągu na ulicy. Gdzie stalowy, dwupoziomowy most nad rzeką Douro, zaprojektowany przez belgijskiego inżyniera Teofila Seyriga, ucznia Gustave'a Eiffla prowadzi do magazynów Sandemana z winem porto. Sam Gustave Eiffel zaprojektował pobliski jednopoziomowy most kolejowy, który służył Seyringowi jako przykład. Siedzę na nabrzeżu portowym rzeki Douro, piję miejscowe wino i znów czuję ten powiew dalekiego świata i bijące serce „babilonu”.
Z Porto to już naprawdę wracam do domu. Jadę przez kraj Basków słynny z zamachów bombowych i beretów do San Sebastian słynnego z festiwalu filmowego, potem do Bordo słynnego z wina, następnie do Limoges słynnego z porcelany, dalej do Besancon słynnego miejsca urodzenia Victora Hugo oraz braci Lumière i na koniec do Monachium słynnego z nazistów, produkcji BMW i Oktoberfest. To była wspaniała wyprawa. Podróżowanie indywidualne jest na pewno znacznie droższe niż w grupie zorganizowanej, znacznie bardziej męczące i niebezpieczne, bo jest się zdanym wyłącznie na siebie, ale ma posmak prawdziwej odkrywczej podróży, gdzie pot, krew i kurz mieszają się ze smakiem owoców, sera, chleba i wina oraz zapachami rajskich kwiatów i przypraw.
Ładowanie...