24-11-2010 (14:49)
Z satysfakcją usłyszałem w wiadomościach, że w wyborach w większości zwyciężyły nie partie, lecz komitety wyborcze zakładane przez mieszkańców. Głosujemy na konkretnych ludzi, a nie na ugrupowania. Nigdy nie należałem do żadnej partii. Jeśli już to do kompanii wesołych druhów takich jak „Tarnina” lub kompanii wesołych żołnierzy. A propos żołnierzy. Gdy odbywałem służbę wojskową w szkółce młodszych specjalistów w Ełku dałem się poznać jako kreatywny młody człowiek. Któregoś dnia przybiega dyżurny i wrzeszczy:
- Kanclerz do dowódcy batalionu!
Czego stary ode mnie może chcieć? – zastanawiałem się, zbiegając po schodach na parter. Próbowałem zgłębić przyczynę tego wezwania, ale bezskutecznie. Z tym większym niepokojem zameldowałem się u majora Bańczyka.
- Obywatelu majorze, szeregowy Kanclerz melduje się na rozkaz!
- Spocznij. Siadajcie Kanclerz.
Spokojny, niemal przyjacielski ton jeszcze bardziej mnie zdezorientował. Byłem ciekaw, czego trepicho będzie ode mnie chciało? A że będzie chciało, to było pewne. Nauczyłem się już rozpoznawać odcienie barwy ich głosów w zależności od sprawy.
- Kanclerz, ja wam się przyglądam już od dłuższego czasu i zauważyłem, że jesteście gość w porządku. Chciałem wam zaproponować, żebyście się zapisali do partii. Wiecie, partia potrzebuje takich ludzi jak wy: prężnych, inteligentnych, z inicjatywą. Jeżeli coś się ma zmienić, to przede wszystkim zmienić muszą się ludzie. No, co wy na to?
Najpierw myślałem, że uszom własnym nie wierzę, potem że szlag mnie trafi, a na koniec zacząłem ściemniać.
- Obywatelu majorze, to dla mnie ogromny zaszczyt, że obywatel major tak o mnie myśli, ale ja się nad tym nigdy nie zastanawiałem, zresztą nie czuję się jeszcze dojrzały do podjęcia takiej decyzji.
- Rozumiem, rozumiem, chcielibyście naradzić się z żoną. Daję wam pięć dni dodatkowego urlopu, jedźcie do domu i zastanówcie się. Zresztą pamiętajcie, zawsze lepiej działać w odpowiednim towarzystwie. Na przykład, kiedy będę przydzielał żołnierzy do jednostek w całym kraju po zakończeniu kursu, będziecie mieli pierwszeństwo, bo będziemy towarzyszami w jednej partii.
Pojechałem do domu miotany sprzecznymi uczuciami. Z jednej strony nie miałem zamiaru zapisywać się do PZPR-u, a z drugiej obawiałem się zemsty Bańczyka. Mogłem wylądować na Helu, w Suwałkach lub trójkącie bermudzkim: Gubinie, Żaganiu lub Żarach i pojawiać się w domu raz na kwartał, a przecież miałem półroczną córeczkę. Ale stanowcze słowa żony – Nie waż się zapisywać do żadnej partii…- utwierdziły mnie w moim wyborze.
Po pięciu miłych dniach spędzonych w cywilnych pieleszach wróciłem do zaśnieżonego Ełku. Od razu wezwano mnie do majora Bańczyka.
- I co, Kanclerz? Odpoczęliście? Naradziliście się z żoną?
- Tak, obywatelu majorze.
- No, to mówcie.
- No więc…to znaczy…chciałem powiedzieć…
- Co wy mi tu pieprzycie? Gadajcie po męsku: tak czy nie?
- Nie.
- Tylko tyle chciałem wiedzieć. Odmaszerować do zajęć.
Był listopad 1987 roku, a 29 stycznia 1990 roku rozwiązano Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą.
Ładowanie...