05-10-2010 (14:56)
Właściwie nie chciałem pisać bloga, bo mam niewyparzony język, zwykle mówię to co myślę, potem żałuję, że nie przemilczałem. A tu jak się napisze, to ludzie się poobrażają i wszystkim będzie przykro. Myśliwski mnie zachęcał, Drechsler namówił. Zobaczymy co z tego wyjdzie.
Na początek chciałem się podzielić wrażeniami z wakacji.
Jak to jest gdy w trzy tygodnie przejeżdża się samochodem 8350 kilometrów, aby odpocząć? Są ludzie, którzy nie ruszają się ze swego domu z ogródkiem, bo twierdzą, że mają tak fajnie, iż nie muszą nigdzie jeździć. Inni co roku podążają w te same dobrze znane im miejsca. Są też i tacy, którzy mają naturę nomadów, dla nich wakacyjny wypoczynek polega na ciągłym przemieszczaniu się do coraz to innych, nowych, nie znanych jeszcze miejsc. Statystycznie, aby pokonać 8350 kilometrów w 21 dni trzeba przejechać tylko 397 kilometrów dziennie.
W tym roku postanowiłem zobaczyć południową Francję, Hiszpanię, Gibraltar i Portugalię. Nie planowałem podróży, jedyny hotel jaki zarezerwowałem znajdował się w Barcelonie, bo chciałem mieszkać w centrum miasta. Spakowałem mały namiot, niezbędny sprzęt turystyczny, prowiant i ruszyłem. Pierwszy etap wiódł do Salzburga. To ładne miasto w północno-zachodniej Austrii, w pobliżu granicy z Niemcami w Alpach, nad rzeką Salzach, jest jedną z najczęściej odwiedzanych przez turystów miejscowości w Austrii. Przyciąga ich pewnie postać Mozarta, który pracował tutaj dla arcybiskupa w latach 1769-1781, zanim został przez niego wyrzucony i wyjechał do Wiednia. Rodzina Mozarta jest pochowana na małym cmentarzu w centrum miasta. Na starym mieście wpisanym w 1996 na Listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO można wypić kawę w najstarszej kawiarni Europy Zachodniej – „Cafe Tomaselli”, w której bywali Mozart, Haydn, von Karajan, Doppler i wielu innych sławnych ludzi.
Z Salzburga pojechałem do Genui. Etap dosyć długi, bo liczący 710 km pokonałem w 9 godzin. Znalazłem camping nad morzem z czarną plażą i wypoczywałem w promieniach zachodzącego słońca. Genua jest starym portowym miastem, z którego pochodzili m.in. Kolumb, Paganini i Garibaldi. Potowe miasta mają swój specyficzny klimat. Odczuwalne jest w nich tchnienie dalekiego świata. Tak było w Genui i kolejnym mieście, do którego pojechałem – Marsylii. To miasto piękne i straszne zarazem. Biblijny Babilon, Sodoma i Gomora razem wzięte. Pomieszane języki z całego świata znalazły się w tym drugim co do wielkości mieście Francji, zamieszkałym przez ponad półtora miliona mieszkańców o wszystkich możliwych odcieniach skóry. Wędrowałem ulicami, którymi nie powinienem był chodzić po zmroku, gdzie czai się nędza, zło, przemoc i narkotyki. Czułem bijące serce „babilonu”.
W drodze do Marsylii zwiedziłem Vence. Piękne miasteczko otoczone górami z zabytkowym średniowiecznym starym miastem. To tutaj ostatnie lata swojego życia spędził Witold Gombrowicz. Od 1964 do 1969 zażywał owoców sławy, która kulminowała w maju 1967 Międzynarodową Nagrodą Wydawców Prix Formentor. Niedaleko Vence znajduje się miejscowość Grasse słynąca od XVIII w. na cały świat ze swego przemysłu perfumeryjnego. To tam dzieje się akcja „Pachnidła” – powieści niemieckiego pisarza Patricka Süskinda, wydanej w 1985 roku, a przeniesionej na ekran w 2006 roku w reżyserii Toma Tykwera.
W Grasse działają po dziś dzień najsłynniejsze i najstarsze wytwórnie perfum: utworzona w 1747 roku Galimard Parfumeur, powstała w 1849 Molinard Parfumeur oraz Fragonard Parfumeur. Ta ostatnia, której tradycje sięgają XVIII wieku prowadzi produkcję nieprzerwanie od roku 1926. W każdej z tych wytwórni znajduje się muzeum oraz salon sprzedaży, gdzie można kupić produkowane tradycyjnymi metodami wyroby perfumeryjne. Zwiedziłem Galimarda. Wąchałem różnorakie ekstrakty zapachowe, z których można było samemu tworzyć kompozycje zapachowe, ale aromatu schabowego, ziemniakami i kapustą nie znalazłem.
Z Marsylii pojechałem do Cadaques, rybackiej wioski w Hiszpanii. To tutaj spędzali wakacje: Salvador Dalí, Pablo Picasso, Joan Miró, Marcel Duchami i wielu innych artystów. 30 km od morza znajduje się Figueres, miejsce urodzenia Salvadora Dali, w którym kupił od miasta teatr i przemienił w swoje muzeum. Wstęp do tej świątyni surrealistycznego kiczu kosztuje 11euro, ale można zaobserwować drogę twórczą artysty, od pierwszych nieporadnych poszukiwań, aż do świadomej kreacji nastawionej na szokowanie. W drodze do Figueres wstąpiłem jeszcze do Arles. To miasto prawie się nie zmieniło od 1888 roku, kiedy przyjechał do niego Vincent van Gogh. Można się o tym przekonać oglądając reprodukcje jego obrazów wiszące na każdym kroku – most zwodzony, kawiarnie, szpital w którym przebywał czy łodzie na Rodanie.
Barcelona to przede wszystkim Gaudi i jego największe dzieło bazylika Sagrada Familia, która jest nieprzerwanie budowana od 1882 roku. Po godzinie czekania w kolejce po bilet i zapłaceniu 12 euro wszedłem do wnętrza, czyli na plac budowy, gdzie tłum robotników w kaskach, w strasznym huku, tworzy najpiękniejszą, najbardziej niezwykłą świątynię na świecie. Dom w parku Gaudiego, z projektowanymi przez niego meblami skojarzył mi się z Wyspiańskim. Jest coś podobnego w ich kreowaniu rzeczywistości – natura, sztuka, absolut.
Po Barcelonie przyszedł czas na odpoczynek. Trzy dni w nadmorskiej miejscowości Javea. Pranie, plaża, książka i w drogę do Grenady z Mickiewiczem na ustach: „Już w gruzach leżą Maurów posady, / Naród ich dźwiga żelaza, / Bronią się jeszcze twierdze Grenady,/ Ale w Grenadzie zaraza./ Broni się jeszcze z wież Alpuhary / Almanzor z garstką rycerzy, / Hiszpan pod miastem zatknął sztandary, / Jutro do szturmu uderzy”. Bilety do Alhambry (13 euro) warto zarezerwować wcześniej, można to zrobić na recepcji campingu, bo kolejka po bilety jest długa (ok. 2 godzin czekania). Rezerwację odbiera się w specjalnych automatach. Należy mieć kartę kredytową i pamiętać jej pin. Alhambra została zbudowana w XIII w przez mauretańskich kalifów, jej ogrody i fontanny są prawdziwym cudem architektury. Chodząc po dziedzińcach i komnatach pałacu nie czuje się upału, a o godz. 22.00 termometr wskazywał 36 stopni.
Z Granady już nie daleko do Gibraltaru. Przekraczam granicę i jestem w Wielkiej Brytanii. Przypominają mi o tym również budki telefoniczne, policjanci i ceny w funtach. Samochody jeżdżą po prawej stronie, wszędzie słyszy się język hiszpański. Kolejka linowa na skałę (jeden z dwóch słupów Heraklesa, bo drugi jest w Maroku) kosztuje 12,50 euro. Na szczycie witają nas małpy. Widok jest wspaniały, wart swej ceny. Patrząc na Maroko czuję, że od tej chwili zaczynam wracać. Ten powrót jest umowny, bo jadę do Portugalii. Po drodze zwiedzam Sewillę. Ogromną katedrę (jedną z największych na świecie) zbudowano na miejscy meczetu w XV w. Obok stoi wieża La giralda, będąca kiedyś minaretem. Jej kształt stał się inspiracją dla wieżowców w stylu socrealistycznym, tak jak nasz pałac kultury w Warszawie. Olśniewa bogactwo katedry (wstęp 8 euro), niesamowity przepych, złoty ołtarz, grobowiec Kolumba. Po drodze do Porto odwiedzam Fatimę i Batalhę, miejsce pochówku królów portugalskich i jestem oczarowany. Ale najpiękniejszym miastem w czasie mojej wyprawy okazało się Porto. Urzekła mnie nadgryziona zębem czasu starówka, gdzie w wąskich uliczkach mieszkają kolorowi, dzieci się kąpią w starych fontannach, a kobiety piorą pranie przy wodociągu na ulicy. Gdzie stalowy, dwupoziomowy most nad rzeką Douro, zaprojektowany przez belgijskiego inżyniera Teofila Seyriga, ucznia Gustave'a Eiffla prowadzi do magazynów Sandemana z winem porto. Sam Gustave Eiffel zaprojektował pobliski jednopoziomowy most kolejowy, który służył Seyringowi jako przykład. Siedzę na nabrzeżu portowym rzeki Douro, piję miejscowe wino i znów czuję ten powiew dalekiego świata i bijące serce „babilonu”.
Z Porto to już naprawdę wracam do domu. Jadę przez kraj Basków słynny z zamachów bombowych i beretów do San Sebastian słynnego z festiwalu filmowego, potem do Bordo słynnego z wina, następnie do Limoges słynnego z porcelany, dalej do Besancon słynnego miejsca urodzenia Victora Hugo oraz braci Lumière i na koniec do Monachium słynnego z nazistów, produkcji BMW i Oktoberfest. To była wspaniała wyprawa. Podróżowanie indywidualne jest na pewno znacznie droższe niż w grupie zorganizowanej, znacznie bardziej męczące i niebezpieczne, bo jest się zdanym wyłącznie na siebie, ale ma posmak prawdziwej odkrywczej podróży, gdzie pot, krew i kurz mieszają się ze smakiem owoców, sera, chleba i wina oraz zapachami rajskich kwiatów i przypraw.
Ładowanie...