07-10-2010 (07:51)
Kiedy jest się nie bardzo znanym artystą lub literatem człowiek nie ma pojęcia o recepcji swojej twórczości. Mała grupa znajomych sympatyków, krytyków i szyderców nie jest reprezentatywna, ponieważ jedni chwalą, bo lubią autora, drudzy ganią, bo go nie lubią, a ci trzeci zazdroszczą mu talentu, albo czegoś innego. Dlatego najbardziej cieszą reakcje obcych ludzi.
Niedawno dostałem e-maila następującej treści: „Chciałbym kupić płytę Zielonej Bawełny, proszę o jakąś informację”. Kto jeszcze dzisiaj pamięta Zieloną Bawełnę? – Chciałoby się zapytać. Kto chce kupować jej stare nagrania? Okazuje się, że każda potwora znajdzie swego amatora. Ten amator był z Krakowa i Bawełny słuchał dawno temu w radiowej Trójce. Nawet nie wiedziałem, że nas tam puszczali. A potem przysłała e-maila pani z Czarnkowa, że chce płytę Tarniny itd.
Kiedyś okazało się, że jakiś mój tomik zawędrował w Kieleckie i tak zadomowił się w pewnym liceum, że uczniowie sami od siebie, nie zmuszani przez nikogo, uczyli się wierszy na pamięć i na gazetkach je wywieszali, żeby wszyscy mogli sobie poczytać, nauczyciele też. Kiedy o tym usłyszałem od historyka uczącego w tej szkole, nie mogłem uwierzyć.
Nie piszę o tym, żeby się chwalić, bo tak naprawdę nie ma czym. Chcę tylko powiedzieć tym, którzy się zastanawiają, czy to co robią, ma jakiś sens, że pewnie jakiś sens ma, a przekonają się o tym wtedy, gdy niczego nie będą się spodziewali. Janek Drechsler już wie.
Ładowanie...