12-10-2010 (07:52)
W ostatnich latach ogromną karierę zrobiły słowa: projekt, procedura i strategia. Wszystko może być projektem (nawet zespół muzyczny), ale w celu jego zrealizowania potrzebne są określone procedury wyrażone w strategii i tak dalej, rośnie góra papierów, bo na papier to nas jeszcze stać i jak wiadomo jest cierpliwy i się nie irytuje jak większość tarnogórskich animatorów kultury.
Animator to osoba, która chce zrealizować jakiś projekt kulturalny (np. Europejski Mityng Literacki), ponieważ uważa, że przyniesie on korzyść miastu (wypromuje je za granicą i w kraju) i jego mieszkańcom (spotkają się z wybitnymi poetami i pisarzami polskimi z zagranicznymi, posłuchają dobrej muzyki). Aby zrealizować swój projekt animator kultury musi zebrać środki. Zaczyna więc chodzić ze swoim pomysłem od starostwa do urzędu miejskiego, od fundacji do stowarzyszenia, od centrum kultury do prywatnych sponsorów. Wszędzie dowiaduje się tego, co już wiedział od początku, gdy kupował rano chleb, że nie ma pieniędzy. Nie ma ich ani on, ani urzędy, fundacje, stowarzyszenia i ośrodki kultury. Z powodu kryzysu nie mają ich również sponsorzy prywatni. No cóż, gdyby animator miał pieniądze np. stał na czele banku i zarabiał 100 000 netto, to nie musiałby się nikogo prosić, lecz mógłby co miesiąc organizować imprezę kulturalną za 40 000 i jeszcze by mu zostało na godne życie. Tak się niestety dziwnie składa, że prezesi banków nie czują powołania do animowania kultury.
Życzliwy urzędnik podpowiada animatorowi, że raz w roku organizowany jest konkurs na dofinansowanie zadania kulturalnego. Wystarczy napisać kilkudziesięciostronicowy wniosek, zdobyć partnerów w postaci osób prawnych i za pośrednictwem fundacji lub stowarzyszenia złożyć go w urzędzie. Niestety w fundacjach, stowarzyszeniach i ośrodkach kultury dowiaduje się, że nie mogą mu pomóc, bo mają własne wnioski na głowie i nie będą wspierali konkurencji. Poza tym ile to kłopotu, gdyby nie daj Boże wniosek animatora otrzymał dofinansowanie. Umowy, sprawozdania, rachunki etc. Nie, nie, nie. A o co w ogóle tyle krzyku? O 75 000 złotych, które gmina przeznacza do podziału w konkursie, czyli około półtora imprezy.
Kultura nie znosi, wyznaczania jej określonego kierunku, strategii lub ram w jakich ma działać. Kultura jest jak woda, która zawsze znajdzie własne ujście, przeleje się poza koryto, wyłamie tamę. Radni miejscy i powiatowi muszą wreszcie zrozumieć, że Ziemia Tarnogórska może się wypromować tylko dzięki kulturze. Jeden przyjezdny daje pracę przynajmniej trzem mieszkańcom miasta. A co jest naszym największym skarbem? Kopalnia Zabytkowa, Sztolnia Czarnego Pstrąga, warpie i tereny pokopalniane wraz z rezerwatami. Czy Miasto troszczy się o swój największy skarb? Czy pomaga finansowo? Nie, bo od 50 lat o kopalnię troszczą się animatorzy, społecznicy, zapaleńcy, bez których nie byłoby w tym mieście niczego wartościowego. Jeżeli stowarzyszenie Miłośników Ziemi Tarnogórskiej ubiega się o jakieś dofinansowanie musi startować w konkursie, tak wszystkie inne podmioty.
Promowanie miasta może odbywać się również dzięki cyklicznie odbywającym się imprezom. Ale nie festynom lub dożynkom, lecz sztuce wysokiej. I żadne tłumaczenia, że wydarzenia takie nie będą miały odbiorców nie przekonują mnie. Bogusław Kaczyński od lat robi w Łańcucie festiwal muzyki klasycznej. Łańcut ma 18 000 mieszkańców, a nie 60 000 jak Tarnowskie Góry, ale festiwal wypromowano i przyjeżdżają na niego ludzie z całej Polski. Podobnie jest w Bogatyni, Lidzbarku Warmińskim, Międzyzdrojach, Łagowie i innych małych miastach. Niestety ludziom w Polsce ciągle wydaje się, że jesteśmy góralami z okolic Tarnowa. Staram się ten fakt zmienić promując kulturę literacką Tarnowskich Gór i samo miasto, gdzie się tylko da. Świadczą o tym zapisy na mojej stronie http://www.andrzejkanclerz.pl/index.php?option=com_content&view=category&id=52&Itemid=78. Ludzi, którym na sercu leży przyszłość tego miasta jest wielu, dlatego mam nadzieję, że nie wszystko stracone.
Ładowanie...