07-01-2012 (14:58)
BOŻONARODZENIOWY SPEKTAKL MUZYKI I ŚWIATŁA zatytułowany: WSTAWAJ, WIGILIA JEST.
Przedstawienie jest uwspółcześnioną wersją Misterium Bożonarodzeniowego, opartego m. in. na muzyce Pink Floyd. Mocną stroną przedstawienia jest niewiarygodne wręcz nagłośnienie i oświetlenie widowiska - choć treść i przesłanie nie pozostają w tyle. Współorganizatorem jest Urząd Miasta Tarnowskie Góry.
Tyle można przeczytać na internetowej stronie parafii św. apostołów Piotra i Pawła w Tarnowskich Górach.
Spektakl na podstawie scenariusza i w reżyserii ks. Piotra Kalki proboszcza parafii rozpoczyna się przebudzeniem bezdomnego (łachudry) przy akompaniamencie muzyki Pink Floyd. Bohater znika nam ze sceny, do głosu dochodzi pełna pretensji barmanka, zmienia się też podkład muzyczny. Z głośników słyszymy amerykańską sieczkę bożonarodzeniową. Pojawia się policjant, który po chwili zostaje wezwany do działań interwencyjnych. W rytmie utworu Money do baru wkracza prowadząca telefoniczne negocjacje bizneswoman. Po kilku bezsensownych słowach zamienionych z barmanką niosąc kawę schodzi na dalszy plan.
Kiedy w 2004 roku Mel Gibson Pasją zszokował świat, nie przypuszczałem, że w naszym kościele ktoś tak otwarcie pokaże prawdę. Do baru przybył podchmielony, bełkocący ksiądz. Zastanawiam się czy to początek otwartego mówienia prawdy? Jaka będzie reakcja kurii? Część starszych parafianek opuściła spektakl, może ze względu na muzykę, a może obraziły się na proboszcza, czas pokaże. W spektaklu powraca policjant, przynosi przysmaki wigilijne, towarzystwo wspólnie zasiada do stołu. Bełkocący ksiądz wyciąga opłatek, przemawia. Zachwycona barmanka rozczula się nad jego słowami, z głośników słyszymy Cichą noc w języku polskim.
Biesiadujące towarzystwo traci kontakt z otoczeniem, z głośników ponownie słyszymy muzykę Pink Floyd, nadchodzi kulminacja przedstawienia. Na scenę powraca (łachudra) zaczyna się rozbierać. Przez chwilę w mojej głowie zaświtała myśl: czyżby miało się powtórzyć to co niedawno zrobił Rainstick Cowbell. Nic z tych rzeczy, po zdjęciu czapki, kurtki ukazała się alba i przed nami stanął dorosły Jezus. Jakby będąc pod wpływem narkotyków wygina się w dźwiękach muzyki. Do towarzyszenia Zbawicielowi wkraczają cztery anielice. Po dłuższej chwili wkracza jeszcze jedna postać, która oddaje należną część Bogu.
Za podjęcie ciekawego tematu wszystkim składam podziękowania, rozumiem tremę, brak doświadczenia scenicznego. Mam pretensje do dialogów, ich poziom pozostawia bardzo wiele do życzenia. Brak płynności akcji, dłużyzny też obniżają ocenę spektaklu. Parafrazując piosenkę Jerzego Stuhra „Śpiewać każdy może” z 1977 roku dodam. Teatr robić każdy może, niekoniecznie przy współpracy Urzędu Miasta Tarnowskie Góry. Ileż to ciekawszych pomysłów takowej nie dostało. .
06-05-2011 (14:52)
Tylko garstka widzów uczestniczyła wczoraj w koncercie rozpoczynającym tegoroczne Makaty.Ci, którzy przybyli, wyszli z koncertu zachwyceni, nieobecni mogą tylko żałować.
Do uczestnictwa w jakiejkolwiek formie kultury nie możemy nikogo zmuszać. Transkapela to grupa muzyków zafascynowana kulturą Karpat. Ich muzyka wzbogacona została wspaniałymi opowieściami Roberta Wasilewskiego. Po koncercie wiele osób prowadziło sympatyczne rozmowy z artystami.
Współczuję organizatorom tak małej frekwencji. Mam nadzieję, iż na innych imprezach będzie lepiej.
29-04-2011 (18:29)
Niech mnie pozywają do sądu o zniesławienie, mam to wszystko w życi, mogę posiedzieć nawet kilka lat. Na pewno nie zapłacę. Panowie i panie medycy, to co wyprawiacie zakrawa o pomstę. Tylko gdzie? Gdybym był wierzącym, powiedziałbym do nieba. To jak traktujecie pacjentów, jak podchodzicie do zawodu działa przeciw wam. Zapewne jesteście tym, kim jesteście, nie z zamiłowania, pasji tylko dla kasy. Wypisanie recepty, bez wcześniejszej konsultacji traktujecie jak normalną wizytę, nie zapominacie o pobraniu odpowiedniej kaski. Godzi się na to wiele naprawdę chorych osób. Dlaczego ich nie szanujecie? Tłumaczenie że pan/pani lekarz byli zmęczeni nic mi nie mówi. Jeśli cierpicie na nadmiar zajęć, przemęczenie nie bierzcie dodatkowych etatów. Przypominam tylko, iż każdy z was składał przysięgę. Tak się składa, że moje młodsze dziecię ukończyło medycynę, pracuje w jednym z warszawskich szpitali, robi specjalizację. Mam pojęcie o tym, jak wiele wymaga to wysiłku, jednak pozostaje ludzki szacunek. Nie tylko forsa się liczy. Do czasu kiedy nie zmienicie swego postępowania z pełną odpowiedzialnością będę wami gardził. To samo powiedziałem swojemu dziecku i tego nie zmienię.
29-04-2011 (18:27)
Niech mnie pozywają do sądu o zniesławienie, mam to wszystko w życi, mogę posiedzieć nawet kilka lat. Na pewno nie zapłacę. Panowie i panie medycy, to co wyprawiacie zakrawa o pomstę. Tylko gdzie? Gdybym był wierzącym, powiedziałbym do nieba. To jak traktujecie pacjentów, jak podchodzicie do zawodu działa przeciw wam. Zapewne jesteście tym, kim jesteście, nie z zamiłowania, pasji tylko dla kasy. Wypisanie recepty, bez wcześniejszej konsultacji traktujecie jak normalną wizytę, nie zapominacie o pobraniu odpowiedniej kaski. Godzi się na to wiele naprawdę chorych osób. Dlaczego ich nie szanujecie? Tłumaczenie że pan/pani lekarz byli zmęczeni nic mi nie mówi. Jeśli cierpicie na nadmiar zajęć, przemęczenie nie bierzcie dodatkowych etatów. Przypominam tylko, iż każdy z was składał przysięgę. Tak się składa, że moje młodsze dziecię ukończyło medycynę, pracuje w jednym z warszawskich szpitali, robi specjalizację. Mam pojęcie o tym, jak wiele wymaga to wysiłku, jednak pozostaje ludzki szacunek. Nie tylko forsa się liczy. Do czasu kiedy nie zmienicie swego postępowania z pełną odpowiedzialnością będę wami gardził. To samo powiedziałem swojemu dziecku i tego nie zmienię.
27-04-2011 (19:06)
Ostatnie dni były mało ciekawe. Ucieszyło mnie zaproszenie od pana Krzysztofa Tomanka na promocję jego debiutanckiej książki poetyckiej. Czekałem na tą chwilę z niecierpliwością. Śladowa znajomość jego twórczości, miejsce promocji, jak też informacja o prowadzącym całą imprezę (Maciej Szczawiński) napawa tylko optymizmem, iż wieczór będzie ciekawy.
Sobota 21 maja 2011 roku o godzinie osiemnastej w Galerii Sztuki Inny Śląsk.
Wierzę, iż warto przyjść.
07-04-2011 (13:51)
Wiosną tego roku mija sto dwadzieścia lat od urodzin (18.04.1891) oraz trzydzieści pięć lat od śmierci (09.05.1976) Jerzego Hejdy. Działacz plebiscytowy, nauczyciel, historyk, organista, dyrygent chórów, etnograf, publicysta, malarz amator. Farbką i kredką utrwalał zakątki Ziemi Tarnogórskiej. Tak w skrócie można przedstawić jego działalność. W Słowniku biograficznym regionu tarnogórskiego tom I Marek Wroński dokładnie opisał jego dokonania. Również w Kurierze Tarnogórskim (Nr25/60 z 20 grudnia 2001) Teresa Nogaj przypomniała jego działalność. Chciałbym zwrócić uwagę na pominięte dwie sprawy z jego życia. Ojciec Jerzego- Karol nosił nazwisko Heda, matka Laura z domu Trzeciak po ślubie przyjęła to nazwisko. Rodzeństwo Łucja, Olga, Wilhelm, Cecylia i ich potomstwo zostali przy nazwisku Heda. Z przekazu ustnego jego dzieci dowiedziałem się, iż litera J w nazwisku to element polskości. Jerzemu nie podobało się holenderskie pochodzenie nazwiska. Tyle rodzinna legenda. Z badanych dokumentów ustaliłem, iż do 1920 roku wystawiane były na nazwisko Heda. Pierwszy raz z nazwiskiem Hejda spotkałem się w dokumentach ślubu z Reginą Wisławską w dniu 20.07.1921. Zmiana nazwiska nie została zaakceptowana przez ojca. W zachowanym rękopisie błogosławieństwa ślubnego nadal występuje nazwisko Heda. Inny istotny ślad dotyczący chęci zmiany nazwiska to działalność plebiscytowa. Został powiadomiony o fakcie wpisania go na listę osób do aresztowania. Obawiając się restrykcji wyjechał do Praszki koło Wielunia, gdzie przebywał od 01.09.1920 do 31.08.1922. W tym czasie nastąpiła zmiana nazwiska. Druga niewyjaśniona sprawa to zwolnienie z obozu koncentracyjnego w Dachau (przebywał tam 05.05.-10.09.1940 Gef.Nr.12928). Komendantem obozu w tym czasie był SS-Sturmbannfuhrer Alex Piorkowski po wojnie skazany na śmierć. Nie podejrzewam pana Jerzego o kolaborację, o zdradę. Jego wcześniejsze i późniejsze życie daje dowody na to, że tak nie było. Z rozmów przeprowadzonych z jego dziećmi dowiedziałem się, iż po powrocie z obozu długo milczał, temat obozu do końca był tematem tabu. Logicznym śladem w tej sprawie może być wcześniejsza znajomość z niemiecką rodziną Sornik. Prowadzili sklep oraz restaurację na ulicy Górniczej w Tarnowskich Górach.
26-03-2011 (13:54)
Ciepły lipiec 1982 roku. W kraju łagodnieją restrykcje stanu wojennego, nasi piłkarze dowodzeni przez Piechniczka walczą na mistrzostwach świata. W pracy nerwówka, za kilka dni otwieramy wielką wystawę dorobku braterskiej republiki białoruskiej. Z całości zamieszania do dziś pamiętam tylko wielkiego kaca. Z przybyłymi piliśmy równo i sprawiedliwie.
Równie ciepły lipiec tylko trzy lata później, wielki kac przeminął, o medalu piłkarzy powoli zapominamy. W pracy jak kilka lat wcześniej ponowna nerwówka. Teraz my z naszą wystawą jedziemy na gościnną ziemię białoruską. Zaopatrzony w kilka butelek eksportowego Żytka z kłosem (dla młodszych czytelników powiem, że kiedyś był to najlepszy polski alkohol), służbową Nyską ruszam do przyjaciół. Zanim przybędzie transport kolejowy z eksponatami mam wiele spraw do załatwienia tam na miejscu. Hotel (dla grzeczności tak go nazwę) krótki odpoczynek i czas działać. Na początek wizyta u miejscowego pierwszego sekretarza, rozmowy, ustalenia zakrapiane tym co przywiozłem. Borys Kozlowski (miał polskie korzenie) przyjął nas bardzo serdecznie, bez problemów dał wszelkie konieczne zezwolenia, czerwone do przesady od wielkich pieczęci. Kiedy dowiedział się gdzie mieszkamy natychmiast dał nam do dyspozycji służbową willę z pełną obsługą. Następne dni były bardzo ciężkie, ciągłe rewizyty Borysa poprzedzane kanistrami bimbru przywożonymi przez jego kierowcę. Wielkim przysmakiem na zakąskę był chleb ze słoniną. Chleb oczywiście wąchany w odpowiedni sposób.
Nasz pobyt zbliża się powoli do końca, wystawa następnego dnia ma być likwidowana. Wieczorem ponowna wizyta przyjaciół, tak silnie zakrapiana, że w chwili kiedy zegary wybijały północ przebrani w polskie mundury z 1939 roku opuściliśmy gościnny dom. Pijani pojechaliśmy do pobliskiego Grodna. Z kabur zamiast pistoletów wystawały butelki wcześniej napełnione bimbrem. Maszerując ulicami miasta śpiewaliśmy (wrzeszczeliśmy) Rotę. Na jednym ze skwerów wkopaliśmy słup graniczny krzycząc, że przywracamy miasto do macierzy. Milicja nie wiedziała co z nami zrobić, raczej nas pilnowała, by ktoś nam nie przeszkodził. Już świtało kiedy pożegnaliśmy Borysa.
Obudziło nas pukanie do drzwi, to nasz gospodarz przybył z propozycją leczenia kaca. Załamałem się, jak długo można tak pić? Prośby, tłumaczenia nie skutkowały. Uratował nas mój szalony pomysł zapisania Borysa i jego ludzi do Solidarności. Kiedy to usłyszeli uciekli jakby goniła ich wygłodniała wataha wilków. Było to ostanie nasze spotkanie. Podziękowania za gościnę złożyłem na ręce sekretarki, Borys podobno wyjechał do Moskwy, w co wątpię.
W dniu wyjazdu czekała mnie jeszcze jedna niespodzianka. Przed przybyciem celników poszedłem sprawdzić sprzęt. Omal nie dostałem zawału, w jednym z wagonów ukryło się pięć Białorusinek z zamiarem wyjazdu do Polski.
Na Białorusi nie byłem od tamtych pamiętnych dni, nie znam dalszych losów naszych pijackich kompanów. Solidarność zniszczyła naszą znajomość.
24-03-2011 (17:08)
Otstrzekójem wszystko co wymyśliła moja głowa, wypowiedział jenzyk, palce pżeniosły na klawisze kąpótera. Wielokrotnie wypominałem lódzią błendy ortograficzne, satyrycznie podhodziłem do tekstuf za co strzeże przepraszam. Posypójem głowem popiołem z postanowieniem pżenigdy wiencej. Mam pretensje do moih naóczycieli języka za to, rze wymószali na mnie zasady ortografji a nie wytłómaczyli irz artystą i lódzią władzy wolno. Rzyłem w nieświadomości przez ponad puł wieku. Poniewasz zjadłem dziś obiat mogę spokojnie połonczyć się w bulu z głodnymi. Wrrrr, do jasnej cholery co ja piszę? Zaledwie kilka słów a zmęczyło mnie to niesamowicie, to zbyt trudne by robić tyle błędów. Pozostanę sobą, z wyuczonymi zasadami. Wiem nie zostanę już politykiem, artystą, więc mogę pisać normalnie i niech tak pozostanie.
28-02-2011 (21:34)
Tym prześmiewczym tytułem pragnę wyrazić swoją opinię. Wrodzoną wyobraźnią słyszę głosy sprzeciwu, ten facet znowu wymyśla, krytykuje a sam co? Czym się wykaże? Nie gram publicznie, moja skromność tego wymaga. Dla wiadomości oponentów napiszę tylko iż w latach 1979 – 2003 byłem członkiem PSJ (Polskie Stowarzyszenie Jazowe). Na temat jazzu mam jakieś tam pojęcie. Na temat sobotniego wybryku rozmawiałem z wieloma osobami, po to by nie być subiektywnym. Jazz to muzyka serca, duszy, wielka ciągła improwizacja, luz i zabawa. Tego niestety brakło tym młodym ludziom. Granie na zasadzie czym głośniej, mocniej w bębny tym lepiej. Młodemu perkusiście radzę skontaktować się z Witoldem Kieszkowskim z krakowskiej grupy Old Metropolotan Band. To jeden z najlepszych perkusistów jazowych w kraju. Kontakt z zespołem to Klub Plastyków Kraków ul. Łobzowska 2. W każdy piątek dają tam darmowe koncerty, jest to też oficjalne miejsce ich siedziby. Już na wstępie należy powiedzieć iż jest się z Tarnowskich Gór, to 99% sukcesu w negocjacjach. Żona skrzypka zespołu to tarnogórzanka pani Bożena Grzyb. To naprawdę pomaga. Zespołowi życzę wytrwałości w pogłębianiu wiedzy jak też umiejętności jazzowych.
09-02-2011 (19:47)
Tym prowokacyjnym tytułem filmu Zbigniewa Chmielowskiego z 1967 roku rozpocznę swój wpis na temat tego , co widziałem kilka dni temu w Galerii Inny Śląsk. Tu przyznam uczciwie na malarstwie się nie znam, dlatego o wystawie powiem tylko nie odstraszała, wręcz przeciwnie, inspirowała do myślenia. Pragnę napisać kilka słów o promocji antologii „ Czy w tym mieście mieszka poeta”. Pomysł ciekawy, wart propagowania, boli tylko brak profesjonalizmu w wydaniu takiej pozycji. Błędy ortograficzne rażą. Wstyd dla autorów wierszy, autora całej publikacji , jak też dla korekty. Jest jedno ale, i z tym mogę się zgodzić. Jeśli to jest nowy trend w sztuce to przepraszam. Myślę jednak , że to niechlujstwo. Dobrym pomysłem było uczestnictwo w promocji większości autorów prezentowanej poezji. Ludzie, na Boga , skąd w was tyle pesymizmu, braku radości życia? Czy poezja to tylko smutek, zagmatwanie życia? Większość z was to ludzie młodzi , a nawet bardzo młodzi. Czy nie widzicie piękna, radości? Wielka poezja nie musi być dołująca. Z kilkoma osobami udało mi się osobiście porozmawiać, wymienić uwagi. Brakło mi jednak całościowej dyskusji. Nie wiem , czy był to celowy zamysł głównego autora , czy też tylko przypadek. Po przemyśleniach powstał w mojej głowie pomysł zorganizowania wieczoru poezji radosnej. Dlatego poetki i poeci szykujcie swoje utwory. Na ten jeden wieczór ponurakom powiemy NIE. O szczegółach i terminie powiadomię. Najprawdopodobniej będzie to dopiero jesienią.
27-01-2011 (18:42)
W dzisiejszym wpisie cofnę się w lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku. W czwartym roku mojej edukacji pojawił się pan Wilk. Średniego wzrostu, szczupły, z bujną brodą i włosami dłuższymi niż ówczesna moda, stanął przed nami. Od dziś będę was uczył śpiewu, to wersja oficjalna. Tak naprawdę pragnę wam pokazać piękno muzyki. Nie będę na siłę robił z was wirtuozów, artystów. Moim celem jest zarażenie was tym co ciekawe. Nie każdy ma słuch, głos by zostać artystą, każdy może w świecie muzyki odszukać coś dla siebie. Lekcje z nim były pełne wspaniałych wrażeń, wielkich emocji. To od niego dowiedziałem się o jazzie, bluesie, z nim pierwszy raz byłem w filharmonii, operze, na wielu ciekawych koncertach. Zawsze wcześniej dokładnie nas do tego przygotowywał, opowiadał, czytał, z przyniesionych płyt robił mini koncerty. Dopiero po takim przygotowaniu mogliśmy wyjść na koncert. Nie zostałem artystą. Epizodem muzycznym jest fakt, że przez kilka lat byłem członkiem wspierającym PSJ. Po reaktywowaniu (1983) już nie wstąpiłem. Nie był to bunt, raczej brak zrozumienia ze strony byłej żony. Jak to mówią dla świętego spokoju Cygan pozwolił się powiesić. Muzyki nie zdradziłem, w miarę możliwości nadal uczestniczę w koncertach, dużo słucham. Dlaczego piszę o tym akurat w dniu dzisiejszym? Przypadek sprawił , iż byłem dziś świadkiem czegoś wartościowego. Wykorzystując chwile wolnego czasu wpadłem na małe piwo do Galerii Sztuki Inny Śląsk. Tu muszę przyznać bez robienia nadmiernej reklamy, iż jest to dla mnie najlepsze miejsce w mieście. Proszę się nie obrażać, każdy ma prawo do własnego wyboru, mój jest taki. Czas powrócić do głównej myśli. Byłem świadkiem przybycia tam grupy młodych ludzi (dzieci) wraz z opiekunkami. Pan Krzysztof przejął dowodzenie. Bardzo ciekawie opowiadał o malarstwie, obrazach. Prowokował młodych do własnych odkryć. Gratulacje! Wierzę, że choć część z nich zapamięta ten dzień tak jak ja zapamiętałem nauczyciela śpiewu.
13-01-2011 (21:49)
Zoja, każdy może pisać i komentować wszystko anonimowo, nie ponosząc odpowiedzialności za swoje słowa. To takie trendy. Zastanawiam się czy uczciwe? Nie zawsze muszę się zgadzać z innymi, lecz zawsze robię to jawnie. Przypuszczam że pod Nickiem ukrywa się kobieta która…… Pominę, nie jestem zawistnym facetem. Zatem szanowna Pani proszę nie pisać anonimowo, że zawsze jestem na nie. To bzdura. Czytanie ze zrozumieniem znane jest w szkole podstawowej, najpóźniej w gimnazjum. Chyba, że jest Pani kobietą ( tak przypuszczam z Nicka i wcześniejszych wpisów) bez ambicji i własnego zdania. W dniu dzisiejszym nie będę na nie, lecz nie za Pani sugestią. Dostałem tomik Pana Ireneusza Barona, zauroczył mnie. Martwi mnie tylko sugestia A. Kanclerza, iż nie jest on uczestnikiem żadnej grupy wzajemnej adoracji. Czyżby…..? Panie Ireneuszu tak dalej. Kolejna sprawa na tak, to dzisiejsze spotkanie z Panią Ewą Wójciak w TCK. Problemem była frekwencja, samo spotkanie ciekawe, dające wiele do przemyśleń. Wstyd, że w spotkaniu większością byli przylepieńcy, choć niektórzy osiedli w tym mieście dawno, bardzo dawno temu. A gdzie ci, którzy przywłaszczają sobie….. No dobrze nie będę taki wredny. Pozdrawiam.
10-01-2011 (20:57)
Szanowni państwo, ewentualni czytelnicy tego co piszę. Proszę was, wręcz błagam o obiektywizm. Nie podważam zasług pana Wiesława Kuci w dziedzinie rozwoju PTTK, organizacji nie do końca czystej. Piszę to z pełną świadomością. Biorąc pod uwagę historię, uwarunkowania w jakich przyszło działać, a także i sytuację obecną, uważam , że gloryfikacja to absurd. Organizacja od wielu lat upada, sztucznie utrzymywana. Kluby Taternictwa Jaskiniowego, obłuda pozostała po poprzednim systemie. Ktoś może krzyczeć, o czym ten facet mówi. Przylepieniec, a miesza. Darem Boga, niebios, tak się stało , że zanim zostałem studentem muzealnictwa zostałem absolwentem technikum geologicznego. W końcówce lat sześćdziesiątych i początku siedemdziesiątych ubiegłego stulecia czynnie badałem (eksplorowałem) jaskinie. Do dnia dzisiejszego systematycznie dostaję wszelkie informacje na temat jakiejkolwiek działalności jaskiniowej. Owszem czytałem o… no właśnie o czym? Lecz czy to zasługuje na członkowstwo honorowe? Nie, i jeszcze raz nie. Panie Andrzeju , zanim pan cokolwiek napisze niech się pan zastanowi, pomyśli. Chyba , że jako naczelny klakier Tarnowskich Gór oczekuje pan odwzajemnienia w stosunku do własnej osoby. Jeśli by tak miało być, to przykre, bardzo przykre. Już na sam koniec, piszę o tym na czym się znam, kiedy mam argumenty trudne do obalenia. Jeśli ucieknie pan w politykę, ekonomię zapewne ucichnę. Panu Kuci życzę zaś samozadowolenia z… no właśnie z czego?
04-01-2011 (13:03)
Jestem stałym uważnym czytelnikiem wpisów na blogu Gwarka. Często nie zgadzam się z autorami, polemizuję (bez odzewu). Zaciekawił mnie wpis pana Andrzeja Kanclerza: 03-01-2011 (15:00) „Nigdy nie robię żadnych postanowień noworocznych. W tym roku też niczego nie będę postanawiał. Mogę napisać o tym co planuję: -Zorganizuję „Festiwal Christiana Skrzyposzka” połączony z odsłonięciem tablicy pamiątkowej na jego domu”. Pomysł oceniłem jako ciekawy, wart realizacji. Nie wolno zapominać o tym co dobre, ciekawe, ważne w historii naszego miasta. Jakież było moje zdziwienie, rozczarowanie kiedy kilka godzin później czytam. „04-01-2011 (08:42) Proponowałem, by tablica stanęła w posesji, przykręcona do rurki jak znak drogowy (i na to właściciele wyrazili zgodę), Otrzymałem list od Pana Burmistrza Arkadiusza Czecha, w którym informuje mnie, że w związku z problemami związanymi z umiejscowieniem tablicy pamiątkowej na terenie prywatnej posesji przy Wyszyńskiego 35 podjął decyzję o przekazaniu nazwiska Skrzyposzka do Komisji ds. nazewnictwa, tworzącej listę sławnych lub zasłużonych tarnogórzan, których nazwiska warte są upamiętnienia. Szkoda, że tak się skończyła moja inicjatywa, bo nie wierzę, by któraś z tarnogórskich ulic została nazwana jego imieniem”. Panie Andrzeju zawiódł mnie pan. Jak można się poddać po kilku godzinach? Celowo ten wpis zatytułowałem „Argument siły – siła argumentu”. Burmistrz Czech w liście do pana użył argumentu siły, władza wie lepiej, dlatego decyzja taka , a nie inna. Pan teraz powinien użyć siły argumentu, walczyć, by zrealizować ciekawy plan. Jak to zrobić? Rozmowy z właścicielami posesji, z ludźmi dla których kultura w mieście nie jest przeszkodą. Są tacy. Szukanie sponsorów. W mieście i okolicach działa wiele firm, wierzę , że można coś zdziałać. Chyba że chce pan być tylko jedynym właścicielem sukcesu, nie wystarczy , że jest pan pomysłodawcą. Wtedy niech pan zrezygnuje, na władzę nie można liczyć w tym względzie. Przypuszczam , że głównym argumentem przeciw była przeszłość Skrzyposzka. Choroba, narkotyki, samobójcza śmierć, to takie nie na dzisiejsze czasy. Sam pan pisze że gdyby był… Argumenty, które można wykorzystać. Bliskie z ziemi śląskiej Ryszard Riedel (narkoman), dalsze Zdzisław Beksiński (samobójca). Jego rodzinne miasto Sanok potrafi wykorzystać ten fakt. Na koniec najstarsze Witkacy ( narkoman, samobójca). Wymienieni nawet po śmierci promują swoje miasta. Podobnie może być w Tarnowskich Górach, niech pan walczy. Samymi powyborczymi gratulacjami nic pan nie osiągnie. Zatem do walki, do sukcesu.
02-01-2011 (21:15)
Ubiegły rok zaowocował wydaniem dramatu „dwunasty dwunasty”. Tak jak się tego spodziewałem nie wszystkie opinie, recenzje były przychylne. Nie zrażam się, to co piszę jest literaturą faktu. Pokazuję sprawy tak jak przebiegały, bez ubarwień, autentycznie. Na bieżący rok przygotowałem do druku powieść” Pęknięta opoka”. Oparta na faktach historia ludzi mocno związanych z kościołem. Temat bardzo trudny, drażliwy, dlatego mogę mieć sporą grupę przeciwników, wręcz wrogów. Nie odstąpię od faktów, nic w niej nie zmienię. Oto jej pierwszy fragment.
HIC EST ENIM CALIX SANGUINIS MEI, NOVI ET AETERNI TESTAMENTI:
MYSTERIUM FIDEI:
QUI PRO VOBIS ET PRO MULTIS EFFUNDETUR IN REMISSIONEM PECCATORUM.
HAEC QUOTIESCUMQUE FECERITI, IN MEI MEMORIAM FECIETIS.
Wypowiedzenie tych słów sprawiło mu ogromny problem, nie był w stanie nic więcej powiedzieć, milczał. Serce rozrywane wątpliwościami, chęcią sprzeciwu, agresją. Po co? Dlaczego nadal w to brnie? Wiele lat studiów, upokorzenia, ślepego posłuszeństwa w imię czego? Nawet jeśli On istnieje, to nie tak sobie wyobrażał to co ma po nim pozostać. Koniec, to nie ma sensu, ktoś powinien z tym skończyć. Będzie ciężko może nawet tragicznie, lecz nie wolno żyć w takim zakłamaniu. Nie dla kariery, majątku, wielkiej obłudy prawie dwadzieścia lat temu podejmował swoją decyzję. Odłożył kielich, zamknął mszał, zdjął ornat, stułą zasłonił oczy Chrystusa wiszącego na krzyżu. Wierni, w większości popularnie zwane Mohery przeżywali szok. Wypowiedział jeszcze:
BENEDICAT VOS OMNIPOTENS DEUS, PATER, ET FILIUS (+), ET SPIRITUS SANKTUS.
Powoli wyszedł z kościoła. Wiosenne słońce odbijało promienie od świeżo krochmalonej alby, zdjął ją. Ruszył dalej. Nie miał planu, nie myślał dokąd ma się udać. Jedno było pewne, wszędzie tylko nie tu. Pełen zamyślenia nie widział coraz większego tłumu żądnego sensacji jaki za nim podążał. Skręcił w stronę rynku. Czarna sutanna pozbawiona szeregu guzików przeszkadzała, koloratka zwisała bezładnie. Ostatni materialny element łączący go z przeszłością, drażnił. Zobaczywszy pojemnik na śmieci bez chwili zastanowienia, bez żadnej wątpliwości umieścił w nim to co pozostało. Został wolnym, wreszcie wolnym człowiekiem. Przechodząc obok sklepu spożywczego kupił butelkę alkoholu, paczkę papierosów. Wiedział że nie potrzebował wielkiego wysiłku by dobrać kompanów do uczty. Bezdomnych, wolnych ludzi można spotkać co kilka kroków. Podszedł do jednej z ławek na której siedzieli, zaprosił. Opanowało go wielkie zdziwienie kiedy usłyszał odmowę, niedoszli współbiesiadnicy w pośpiechu opuścili wybrane przez niego miejsce. Dopiero teraz zauważył tłumy które za nim podążały. Teraz usłyszał, to co pod jego adresem krzyczano. Nie wiadomo skąd pojawili się żądni sensacji dziennikarze. Jeden przez drugiego zadawali pytania, krzyczeli. Podstawiali natrętne mikrofony. Obiektywy kamer podstawiali prawie pod nos. Powstała jedna wielka kakofonia. Na oczach wszystkich opróżnił zawartość butelki, zapalił papierosa, wstał i ruszył w dalszą drogę. Część żądnych sensacji gapiów zrezygnowała, pozostali ci najbardziej wytrwali, szli za nim. Uciec, jak najdalej uciec od tego wszystkiego. Tylko jak? Nagła myśl, olśnienie. Jedyna szansa to wykorzystanie świateł na skrzyżowaniu. Przebiegnie na czerwonym, kiedy pojazdy którym to wolno ruszą. Tak też zrobił. Wystartował tak szybko i z tak wielką wolą ucieczki że nawet nie słyszał pisków nagłego hamowania kilkunastu samochodów. Trwało to kilka dobrych minut, kiedy wreszcie oglądnął się za siebie, był wolny, Nikt za nim nie biegł. Mógł zwolnić jednak tego nie zrobił. Jakiś instynkt samozachowawczy kazał mu nadal uciekać, byle dalej od tego miejsca, od tych ludzi gotowych na wszystko. Ślepo ufających w czystość i wielkość swego kościoła. Wsiadł do pierwszego tramwaju jaki podjechał. Kilka chwil później wyszedł z niego i udał się w kierunku dworca głównego. Tak, to najlepsze wyjście, wyjechać jak najdalej. Zacząć nowe życie. Trudniejsze, bez wyniosłości, bez wydzierania ostatniej złotówki podległym wiernym. Nowe lepsze uczciwsze życie. Tylko czy potrafi? Przyzwyczajony do wygód, do ciągłej adoracji, do …… no właściwie do czego?
30-12-2010 (21:23)
Należę do grupy ludzi ,którzy nie twierdzą, że piszą , bo nie mają co robić, by po tym stwierdzeniu kończyć, bo nie mają o czym pisać. Przerażają mnie wpisy w stylu „ Młodość się musi wyszumieć, a starość wypierdzieć”. Nie straszę też mocą Armagedona ,który podobno jest blisko. Głupkowate poczucie humoru dotyczące pary prezydenckiej i przyjaciela ,jak też wychwalanie się dokonaniami kulinarnymi , to po prostu żenada w wykonaniu kogoś ,kto pretenduje do miana guru miejscowej literatury. Moje osobiste sukcesy kulinarne to ,że dotąd nikogo nie otrułem. Wpisy innych pseudo literatów też nie odbiegają od drętwego poziomu. Idąc ich stylem mógłbym pisać o dziurawej skarpetce kupionej w markecie, zbyt wielkiej ilości soli sypanej przez firmy odśnieżające. Uważam to za bezsens. Panowie zawiedliście mnie, naiwnie wierzyłem ,że chcecie zrobić coś dla naszego miasta, dla jego kultury. Potraficie tylko trwać w bezsensownym kole wzajemnej adoracji. Pomijam fakt przymilania się wybranemu burmistrzowi. Widocznie tak powinni postępować wszyscy ,by istnieć w zakłamanym świecie. Kończąc ,pragnę życzyć sobie i wszystkim tym ,dla których istnieją jakieś wartości ,by nadchodzący rok zmienił cokolwiek w tym zakresie. By powstał wspólny cel , jak też zrozumienie w jego realizacji. „Ciach, ciach” już na sam koniec pragnę by diabelski flakonik ze spermą nie został wykorzystany. Zatem apeluję do wszystkich bojących się wyjdźcie ze swoich nor, mówcie, wołajcie, krzyczcie o tym co wam przeszkadza. Tylko tak można coś zmienić.
17-12-2010 (14:22)
Mój pierwszy kontakt z Tarnowskimi Górami to lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku. W tamtych czasach często podróżowałem na trasie Kraków - Wrocław – Kraków. Zasobność studenckiego portfela nie zawsze pozwalała na przejazd pociągiem ekspresowym. Często była to jazda kombinowana z postojem w różnych miejscach. Teraz kiedy już prawie dwa lata moje życie na stałe związane jest z tym miastem staram się poznawać jego historię, kulturę, nieśmiało wkraczam w jego życie (promocja książki, wypowiedzi na blogu). W miarę możliwości, wolnego czasu uczestniczę w życiu kulturalnym. Nie chciałbym by moje słowa zabrzmiały jak krytyka, bezsensowne wypociny, wolałbym by były przyczynkiem do zastanowienia się, może szerszej dyskusji. Wielu ludzi w tym mieście stara się by miasto żyło, tętniło kulturą, za to ich bardzo cenię. Martwi mnie tylko fakt ,że w tych poczynaniach brak spójności, współdziałania, profesjonalnego podejścia do sprawy. Wygląda to często, każdy sobie rzepkę skrobie. O nikłym zainteresowaniu, wręcz lekceważeniu pewnych imprez przez lokalną prasę i miejscowe elity rządzące wspominałem już w poprzednich wypowiedziach. Przejdę teraz do konkretnych uwag dotyczących całego 2010 roku. Park Miejski, Muszla Koncertowa, przez cały sezon wiele lepszych lub gorszych imprez promujących miejscowych artystów, wykonawców. Pomysł bardzo dobry, ciekawy, jednak prowadzenie, oprawa pozostawia wiele do życzenia. Najgorzej było podczas imprez dla dzieci. Kiedy w ofercie dla dorosłych można wybaczyć pewne niedociągnięcia i usterki tak podczas imprez dla najmłodszych jest to niedopuszczalne. Dzieci są najlepszym odbiorcą a zarazem najsurowszym krytykiem, nie wolno ich zrażać do siebie. Bardzo ciekawa inicjatywa to Dzień Kultury Ulicznej, szansa do pokazania dokonań w różnych dziedzinach. Było tego sporo, rynek z przyległościami żył, tylko dlaczego nikt nie pomyślał ,że jedni zagłuszają innych. Panowie akustycy dołożyli wszelkich starań by tak się stało. Może to nie ich wina tylko ludzi z ratusza? Wszak władza powinna być słyszana, tylko czy w ten sposób? Gwarki impreza z kilkudziesięcioletnią tradycją, dla mnie szok. Zamiast promować to co miejscowe pozwala się na sprzedaż kiczu, w miejsce tradycyjnych potraw choćby rolady, serwowano oscypki. Przed imprezą wydaje się zarządzenie dotyczące piwa, efekt -tuż przy ratuszu dystrybutor. Osobiście lubię piwo, nie jestem przeciwnikiem tylko po chusteczkę buńczuczne zapowiedzi? Pochód Historyczny, kolejny dowód na próżność władzy. Nie tędy droga, gdzie dzieciaki, młodzież? Czyżby ta znikoma reprezentacja to wszystko na co stać miasto? W mieście działa wiele szkół, odpowiedzialni za oświatę powinni mobilizować do działania. Uczestnictwo w pochodzie to reklama dla tych placówek. Nieco na uboczu odbył się VII bieg Sedlaczka. Brawo, jestem za popularyzowaniem sportu, aktywności ruchowej, jest tylko ale. Zastanawiam się komu zależało by dosłownie spieprzyć imprezę. Odsunięcie jej na ubocze do Parku Miejskiego nie przynosi chluby organizatorom. Beznadziejna organizacja (byle się tylko odbył i po kłopocie) nie zachęci do uczestnictwa w przyszłości. Pierwszy Światowy Zjazd Tarnogórzan, pozostanę przy odnotowaniu tego faktu, widziałem tylko to co odbyło się przy Muszli Koncertowej. Kilka słów o działalności pałacu w Rybnej. Dziękuję wszystkim ,którzy przyczynili się do tego, by Pan Szczerba nie sprzedał tej perełki. Mam nadzieję ,że poziom działalności jaki został osiągnięty nie będzie obniżony, widoczna będzie tendencja wzrostowa. By tak się stało wskazana współpraca ze szkołami. Już na sam koniec wspomnę o Stowarzyszeniu Gory Kultury. Wystartowali ambitnie, teraz jakby nieco odpuścili. Mam nadzieję, wierzę w to, że porażka wyborcza nie będzie początkiem końca. W nadchodzącym roku życzę wszystkim dla których kultura jest ważna osiągnięcia sukcesów, zrealizowania planów. Przylepieniec to ktoś kto przylepił, przykleił się do tego miejsca, ktoś komu zależy na jego rozwoju, a że pomarudzi, ponarzeka, ma prawo.
15-12-2010 (20:02)
….co postanowisz niech się ziści niechaj się wola Twoja stanie zbaw mnie od nienawiści ocal mnie od pogardy Panie…
/Jacek Kaczmarski, Przemysław Gintrowski/
Do dnia dzisiejszego starałem się być obiektywny, unikałem pewnych tematów. Nie było to spowodowane obawą o siebie, o bliskich. To szacunek dla ludzi mających inne poglądy. Jesteśmy obywatelami wolnego kraju, nikt nikogo nie powinien zmuszać do niczego. Jan Drechsler wpisem na swoim blogu zniszczył moje opory, przerwał tamę milczenia. To nie kościół tylko jego przywódcy są powodem całego zła. Jaką winą można obarczyć skromnych niewykształconych ludzi , dla których jedynym autorytetem jest proboszcz, jedyna i nieomylna wyrocznia. Hierarchowie bezwzględnie wykorzystują ten fakt, na siłę starają się udowodnić własne racje. Żadna ,nawet oparta na prawie kanoniczym dyskusja nie gwarantuje choćby wysłuchania. Tak było i jest w moim rodzinnym mieście, jak i tu w miejscu ,które polubiłem. To co zrobił pewien ksiądz podczas tradycyjnej wizyty duszpasterskiej woła o pomstę do nieba. Tylko z szacunku dla starszej Pani nie został wyprowadzony z domu za uszy. Nie obawiam się ekskomuniki, klątwy, wymagam tylko szacunku dla siebie i innych. Dla informacji wszelkich nawiedzonych, nie jestem synem szatana, nie walczę z religią, wymagam tylko szacunku. Czy to za wiele? Myślę, że nie. Panowie i Panie w sutannach, habitach miejcie wzgląd na innych. Wasze zacietrzewienie, bezwzględność do niczego dobrego nie doprowadzi. Nie na takiej opoce Jezus budował swój kościół.
13-12-2010 (21:10)
Moja wrodzona wyobraźnia już widzi jutrzejsze wpisy o…. O tym, że spadł kolejny śnieg, który zakłócił rytm miasta, o bezsensie dnia dzisiejszego, oczywiście o Victorii podopiecznych naczelnego w konkursie. To wszystko ważne, ciekawe, zastanawiam się tylko jak długo można chwalić swoje gniazdo. Bo to ja zrobiłem. Nie ważne co inni robią, liczę się ja i tylko ja. Wyczytałem na jednym z blogów jak to uniemożliwiono kontynuowanie kariery w wyścigu po generalskie epolety. Los tak chciał, że jako muzealnik badacz historii wojskowości znam temat dokładnie. Wiem z relacji bezpośrednich świadków, jak też przebadanych dokumentów, że prawda jest, była nieco inna. Upadający komunizm chwytał każdego chętnego. Przykład do sprawdzenia dla niewiernych: Dwunasty grudzień 1981 godziny przedpołudniowe, pchr. WSO zmech. stacjonującej we Wrocławiu, dziewczyna w ciąży, przełożeni nie wyrazili zgody na legalną przepustkę. Stanisław, bo takie imię ma bohater, by skrócić czas pomiędzy Wrocławiem a Warszawą postanawia skorzystać z usług LOT. Pech chciał, że samolot zamiast wylądować na Okęciu ląduje na lotnisku Tempelhof. Chwila zastanowienia, azyl czy powrót? Decyzja, jedyna w zaistniałej sytuacji- powrót. Tu powstaje problem ,który władze LWP rozwiązały w sposób klasyczny dla tamtych czasów. Nim nasz bohater zdołał powrócić do garnizonu spreparowano telegram o chorobie matki, wypisano legalne dokumenty. Stanisław za wzorową obywatelską postawę zostaje odznaczony Medalem Za Zasługi Dla Obronności Kraju (zagłucha), awansowany na wyższy stopień wojskowy. Kariery wielkiej w armii nie zrobił. Teraz powrócę do głównej myśli, w dniu wczorajszym odbyła się ostatnia impreza Kolażu Kultur. Wycieczka poznawcza do miejscowości Żarki oraz Lelowa. Pomysłodawcom, jak też organizatorom chwała. Gorzej z miejscowymi przewodnikami, żałosna żenada. Antysemityzm, wręcz wrogość nieco przyćmiła dobre wrażenie. Widocznie jeszcze długo poczekamy na właściwe relacje.
07-12-2010 (19:04)
Wspaniale wydany biuletyn informacyjny o tym, co ma się wydarzyć, wielkie zaangażowanie organizatorów, twórców i wielka medialna cisza. Mroźny, śnieżny wieczór nie nastrajał pozytywnie, by wyjść z ciepłego przytulnego domu. Muzycy The Johny Freelance Experience wynagrodzili trudy przybycia jak też powrotu. Zaczęli spokojnie, z każdym następnym utworem temperatura rosła. Słuchacze w wypełnionej po brzegi Galerii Inny Śląsk entuzjastycznie przyjmowali koncert. Radość z zabawy muzyką udzieliła się wszystkim, nikt się nie oszczędzał. Jak w każdej beczce miodu znajdzie się łyżka goryczy. Nie dopisał świat kandydatów na…. Jedni zapewne w innym miejscu świętowali zwycięstwo, inni w samotności przeżywali gorycz porażki, zaś ci, którzy szykowali się do dogrywki zbagatelizowali to co aktualnie dzieje się w mieście, którym chcą rządzić. Panowie, szkoda, wielka szkoda. Mogliście zobaczyć jaką radość można czerpać z tego co się robi. Jest jeden warunek, róbmy to z sercem. Muzycy doskonale to pokazali. Gnany naiwnością w piątek raniutko pobiegłem do kiosku po Dziennik Zachodni, z drżeniem rąk (mróz) wydobyłem Tarnogórski dodatek i…. cisza, nic. Pomyślałem, spokojnie to tylko dodatek, poczekam do wtorku. Ponownie poranny spacer do kiosku, efekt….. O całej imprezie kilka słów Pani Alicji Jurasz, która napisała o spotkaniu z Marcinem Kowalskim opowiadającym kulisy powstania książki Apte. Niedokończona powieść. By było ciekawie w jej tekst wklejono zdjęcie wykonane w Galerii „Pod Nad” z innego spotkania Kolażu Kultur. By niczego nie pominąć Andrzej Kanclerz na swym blogu opublikował wpis o spotkaniu z autorem Apte. Niedokończona opowieść. Jestem mieszkańcem Tarnowskich Gór niespełna dwa lata, dlatego może tak do tego podchodzę. Wszystkim, którzy przyczynili się do wspaniałej imprezy serdecznie dziękuję, jednocześnie proszę, nie zrażajcie się. Zorganizujcie ponownie.
01-12-2010 (10:34)
Na wstępie pragnę podziękować ludziom ,którzy powiadomili mnie co tak bardzo dziwi pana Tarskiego w Gwarku z 30 listopada 2010. Przyznam szczerze, tekst tego pana rozbawił mnie do łez. Nie wnikam po której stronie był pan w tych dniach, nie dociekam też dalszych pana losów. Już wcześniej przewidziałem takie i inne reakcje na mój tekst. Są ludzie dla których istnieje tylko jedna prawda, ich prawda. 13 grudnia nie byłem w Armii Zbawienia jak pan to sugeruje. Zastanawia mnie, czy potrafi pan czytać tekst ze zrozumieniem (wierzę ,że tak), czy też nie przeczytał pan tego co napisałem (pański tekst powstał na zasadach koleżeńskiej przysługi). Nie będę wnikał ,mija się to z celem. Drobny ,lecz istotny szczególik, ppor rezerwy to nie oficer zawodowy, nie można też mylić służby w jednostce liniowej rozwiniętej z jednostkami np. budowlanymi. W tekście celowo umieściłem pułapki możliwe do wychwycenia przez czytelnika, pan ich nie wychwycił ,więc wniosek jest tylko jeden. Mały Maciuś przemilczy. Nie chcę i nie będę przekonywał, nie pokażę też przebitego boku ,jak i dłoni ,by udowodnić. (Na ten temat można poczytać w Piśmie Świętym). Dziwi mnie też bardzo ,że redakcja Gwarka w tym samym numerze publikuje dwa teksty związane z moją osobą. Skoro zostałem uznany za kłamcę, fantastę to dlaczego na stronie 21 cytuje się fragment mojego wpisu na blogu. Też dotyczy wojska, też są to moje osobiste wspomnienia.
Maciej Wicher
Mam nadzieję, że redakcja dbając o dobro Gwarka wydrukuje moje sprostowanie w następnym numerze.
27-11-2010 (21:02)
Na wstępie pragnę zaznaczyć, że jako zbuntowany syn nie poddałem się matce, nie poszedłem do renomowanego liceum, nie podjąłem studiów polonistycznych. Wybrałem własną drogę, muzealnictwo. Dlatego może nie powinienem się wypowiadać, oceniać innych, wszak nie jestem specjalistą, fachowcem. Szlag mnie trafia, gdy ktoś kto uważa się za guru, za przywódcę nie szanuje naszego języka, udaje wyrocznię, popełniając masę karygodnych błędów. Konkrety, „no i pojechaliśmy”. Uczono mnie , bym nigdy nie zaczynał nowej myśli w ten sposób. W wpisach na blogu autora , o którym myślę jest wiele takich błędów. Kolejną sprawą , która mnie denerwuje jest paskudny materializm w podejściu do literatury, poezji. Nagrody, kasa to najważniejsze , pytam gdzie piękno, satysfakcja z dokonanego dzieła? Słowa „Tyle tylko, że wtedy zwycięzcy otrzymywali wieńce laurowe i stawali się laureatami. Dzisiaj prozaiczne: pierwszą nagrodę w postaci statuetki Bytomskiego pióra” wykonaną przez artystę plastyka Jacka Wichrowskiego oraz nagrodę w wysokości 400 zł.” odstraszają. Nie , nigdy nie zaistnieję w świecie towarzystwa wzajemnych adoracji, po prostu nie chcę tego. Mogę być krytykowany, oceniany negatywnie, lecz na normalnych zasadach. Kumoterstwo i uniżenie nie dla mnie. Jestem zawsze gotowy na konkretną, rzeczową dyskusję pod warunkiem ,że szanujemy partnera. Dla ścisłości faktów, byłem w Bytomiu , widziałem jak to wygląda. Jako istota myśląca mam swoje zdanie na ten temat, a to co tu napisałem nie jest podszywaniem się pod innych. To w pełni moje i tylko moje słowa. Być może po przeczytaniu ktoś się z nimi zgodzi.
24-11-2010 (20:10)
Oj ,narozrabiałem, narozrabiałem. Pobudziłem do wspomnień, do opowieści o czasach w kamaszach. To dobrze, dlaczego mamy żyć tylko polityką. Zachęcony wspomnieniami pana Andrzeja Kanclerza sięgnąłem do starej szuflady, odszukałem tekst ,który powstał w czasach, kiedy jeszcze nie myślałem o napisaniu dramatu „Dwunasty, dwunasty . Oto krótki fragment moich wspomnień.
SOR - Szkoła Oficerów Rezerwy – Stracony Okrągły Rok – Syn Oderwany Rodzinie, to od ciebie czytelniku zależy ,które rozwinięcie skrótu przyjmiesz za właściwe. Wszystkie są prawdziwe i stosowane w tamtych czasach. Zanim przed nazwiskiem dodano mi literki mgr pobierałem nauki, te przydatne oraz te zbyteczne, wręcz śmieszne. W edukacji nie zabrakło elementów wojska, wszak ojczyzna dbała o właściwe wychowanie swej nadziei.O tym co na zajęciach, o wykładowcach można napisać tylko „… ale o tym ci, ale o tym sza…” Zatem pominę te dni, godziny, przechodząc do czasu ,kiedy z żółtodzioba usiłowano zrobić żołnierza, wojownika, oddanego słusznej sprawie. Po przekroczeniu bramy koszar, maszynki fryzjerów amatorów rozgrzewały się do czerwoności, parząc i zacinając karki powołanych do zaszczytu, do wypełnienia świętego obowiązku. Łaźnia i wreszcie to najważniejsze: mundur, zielony, sprany z widocznymi oznakami wielkich działań i bohaterskich czynów. Tylko o zgrozo ,na ramiona w miejsce generalskich epoletów nałożono naramienniki obszyte biało czerwonym sznurkiem, a w miejsce dystynkcji wpięto aluminiowe blaszki pchr. Jak to tłumaczyć? Podchorąży rezerwy lub przyrząd chemicznego rozpoznania. Zapewne tu pojawia się pytanie co to takiego? Jak sama nazwa wskazuje, coś co ma rozpoznawać skażenie powietrza, co w warunkach koszarowych w pomieszczeniu, gdzie przebywało i żyło nawet trzydziestu chłopa było normą. Kiedy nosy, najważniejszy czujnik ,nie pozwalały normalnie egzystować uruchamiano naraz trzydzieści pechaerów. Należało przewietrzyć pomieszczenie ,w którym to ,co do tego służy było zepsute i zabite gwoździami. Więc na komendę, bo tylko tak się działa, wbiegaliśmy do pomieszczenia , wciągaliśmy zepsute powietrze w płuca i wybiegaliśmy na podwórko ,gdzie na komendę opróżnialiśmy płuca z toksycznej zawartości. Wietrzenie regulaminowe trwało trzydzieści minut ,zatem biegu było sporo. Pierwsza noc ,ciekawość , obawa co i jak będzie, minęła spokojnie, nasi opiekunowie przyjaciele zbierali siły na dni następne. Nie będę opisywał codzienności ,szarości, skoncentruję się na tym , co ciekawe , warte wspomnień. Sobotni poranek, dzień zwany gospodarczym, umundurowani w tzw. oenzetki (granatowe drelichy, czarne bereciki) uzbrojeni WSW (wiadro, szmata, woda) przystępujemy do walki z wrogiem na południowozachodnim teatrze działań bojowych. Podchorąży Nowak wasze zadanie: Pójdziecie do sztabu do adiutanta komendanta i tam zameldujecie się do wykonania dalszych zadań. Rozkaz obywatelu plutonowy. Pochyliłem się regulaminowo ,wybiegłem z prędkością światła na wysokości lamperii. Po przybyciu do sztabu zameldowałem się adiutantowi: Obywatelu sierżancie szeregowy pchr. Nowak melduje swoje przybiegnięcie. Przybiegnięcie zameldujecie jak narobicie w gacie , teraz to meldujecie się do bohaterskich czynów. Tak jest obywatelu sierżancie, melduję się do bohaterskich czynów. Pomieszczenie 32 ma być zrobione na błysk. Tak jest obywatelu sierżancie. Wybiegłem, szybko pokonałem kilkanaście schodów. Mały ,pomalowany na szaro niby gabinet umeblowany w biurko, krzesło i starą metalową szafę. Na biurku leży komplet regulaminów. Fajnie ,nikt mi nie będzie przeszkadzał ,więc spokojnie zrobię swoje. Do działania! Po kilkudziesięciu minutach kiedy to dobiegała końca potyczka z oknem otwierają się drzwi ,wchodzi pułkownik. Obywatelu pułkowniku szeregowy pchr. Nowak ………. Przybyły nie zwraca na mnie uwagi ,regulaminowo zdejmuje czapkę ,staje trzy kroki przed biurkiem i głośno melduje: Obywatelu pułkowniku, podpułkownik Łysak melduje się do raportu służbowego za niewykonanie zadania i obowiązków służbowych. Przechodzi na drugą stronę biurka , siada za nim i pyta: Dlaczego nie wykonaliście? Wstaje, wraca przed biurko ,głośno melduje: Wczoraj zostałem ranny rozbrajając trzy haubice oraz dwanaście granatów. Ponownie siada za biurkiem, wstaje i głośno mówi: Za niewykonanie zadań karzę was naganą z wpisaniem do akt personalnych. Siada ,by po chwili powrócić przed biurko, gdzie wyprostowany jak struna odpowiada : Kara. Wyszedł. Udał się do kancelarii personalnej ,gdzie w aktach dokonał stosownego wpisu samo ukarania. Był to jedyny znany taki wpis w historii światowej wojskowości. Kiedy kilkanaście minut później po wykonaniu zadania wychodziłem z pomieszczenia zderzyłem się z pułkownikiem. Co wy tu robicie? Kto wam pozwolił? Obywatelu pułkowniku melduję, chciałem zaprosić szmatę do tańca, lecz to dzika baba. Ona tylko kurze, kurze i kurze, więc posprzątałem pułkownikowi gabinet. Żartowniś z podchorążego ,tańcować się chce. Tańcowanie mam we krwi ,a matka o przodkach opowiadała. Jakich przodkach, kim był wasz dziad? Dziad.. pułkownik Jan Onufry ,a jam jego kopia. Hm .. pułkownik ? Jana to znam nieraz walczyliśmy, ale Onufry… tego to nie znam. Gdzie służył ? U Jana Kazimierza obywatelu pułkowniku, o Czarnieckim nie wspomnę. Kazimierz? To tam koło Puław? No tak tam są jednostki.Odmeldowuje się obywatelu pułkowniku. Odmaszerować, odmaszerować. Wykonałem zwrot w tył. Wychodząc głośno wyrecytowałem swoją myśl , która powstała w zaistniałej sytuacji : Nie- kształcony ni też zdrowy, ale ważny, bo frontowy. Pobiegłem do pododdziału, gdzie szykowano się do obiadu.
22-11-2010 (14:32)
„Otrzyjcie już łzy, płaczący, żale z serca wyzujcie.”
Cytatem zaczerpniętym z pieśni wielkanocnej pragnę pokonanym podpowiedzieć co i jak dalej czynić. Zrezygnujcie z jadu, podżegania, bezsensownych domysłów. Uczestniczcie czynnie w życiu społecznym, na bieżąco obserwujcie poczynania, rozliczajcie, podpowiadajcie. Waszą osobistą porażkę skwitujcie słowami Michała Wołodyjowskiego „nic to”. Nie myślcie o wielkiej polityce, o zaszczytach, splendorze. Swoją oddaną, efektywną pracą, poświęceniem dla dobra innych zyskacie poparcie, które zaowocuje w przyszłych wyborach. Bo co nie zabije zapewne was wzmocni. Już teraz życzę wam powodzenia, lepszych wyników w przyszłości. Zadań, jak też pracy do wykonania jest dużo, zatem do dzieła. Czas ucieka bezpowrotnie.
19-11-2010 (12:25)
Szanowni kandydaci.
Dobiega końca kampania ,w której prześcigaliście się w obietnicach realnych do zrealizowania, jak też takich mających przyciągnąć wyborców. Nie chcę i nie będę was za to rozliczał w tej chwili. Martwi mnie fakt , że nikt podczas wielu spotkań nie złożył prostej do zrealizowania a konkretnej obietnicy. Nikt z was nie wspomniał o tym ,że pierwszą sprawą będzie zmobilizowanie waszych komitetów, sztabów do posprzątania naszego miasta. Już swoją wyobraźnią słyszę wasz krzyk ,że przepisy, że... Prawda jest taka , po każdych wyborach przez wiele miesięcy pozostają sterty śmieci. Nie wierzycie? Wystarczy przejechać się mało uczęszczanymi ulicami , a spotkamy jeszcze pozostałości kampanii na prezydenta kraju. Zatem już na koniec , przyszłym wygranym gratuluję, pokonanym życzę powodzenia w przyszłości. Proszę tylko,weźcie sobie do serca moje słowa. To będzie pierwszy punkt waszej wiarygodności w przyszłej kampanii.
04-11-2010 (12:37)
Nigdy wcześniej nie planowałem, że kiedykolwiek zamieszkam w Tarnowskich Górach. Życiem rządzi jednak przypadek. Przyjechałem, poznałem ciekawych ludzi, zagłębiłem się w ich zagmatwaną historię. Stopniowo poznawałem okolicę, gwarę. Ileż razy dochodziło do komicznych sytuacji. To dzięki ich wsparciu zdecydowałem się napisać wspomnienia z pierwszych godzin stanu wojennego. W chwili kiedy wydawnictwo podpisało ze mną umowę, pierwsza myśl o promocji - to tu w tym miejscu, wśród tych ludzi. Decyzja gdzie nie była trudna, rozmowa z właścicielem, ustalenie terminu i teraz już oficjalnie pragnę zaprosić. 13 listopada 2010 o godzinie 19 w Galerii Sztuki Inny Śląsk odbędzie się promocja książki Dwunasty, dwunasty. Nie ma w niej polityki, poświęcona jest żołnierzom , którzy w tych dniach odbywali służbę wojskową. Zapraszam Maciej Wicher.
Ładowanie...