22-01-2012 (19:36)
Mit predestynacji jest potrzebny jako jeden z atrybutów prymitywnej (w sensie pierwotnej) władzy, przyczynkiem i usprawiedliwieniem, którego szuka jednostka, żeby wystąpić przeciwko swej odrębności popadając w konwencjonalizm relacji, czyniący z niej w istocie narzędzie. Frustracja jaką ten mechanizm buduje (rozbieżność kierunków), władza, która miała urzeczywistniać, a rujnuje i zaciera granicę tego co własne. Może w tej frustracji należałoby upatrywać źródeł krępującej wręcz ordynarności i grubiaństwa, którymi posługuje się cześć lokalnych dziennikarzy i społeczników różnej maści podczas wygłaszania swoich osądów.
Tak głębokie przeświadczenie o własnej racji szuka prostych makiawelicznych wzorców. Ponowoczesność, która wydaje się z wolna docierać na granice powiatu, a może już nawet
do miasta reorganizuje przestrzeń dialogu czyniąc ją niejednoznaczną, wolną od uzurpatorów prawa do absolutyzmu (to takie popkulturowe zeświecczenie, które nakazuje rezygnację
z etnocentrycznego sposobu wartościowania). Jest to rodzaj wolności, porzucenia hegemoni
i małości jaką buduje własny strach przed utratą – jakby substytut, namiastka upragnionej utopii. Próbuję mówić o symptomach choroby, która przenosi się przez kontakty w tzw. przestrzeni publicznej aktywności, jej nosicielami są zarówno byli esbecy, drobni ciułacze swego jak
i najzagorzalsi działacze opozycyjni.
Mit predestynacji jest jakby powidokiem romantycznej wizji heglowskiego świata, pokolenia, które zostało skażone posłannictwem i podąża falą swojego koniecznego wówczas zdeterminowania - nadal niczym w amoku. To przeświadczenie, że wie się więcej i trzeba
za wszelką cenę dochować wierności spuściźnie Gilgamesza, Hektora, „grona zimnych czaszek”. Dla tego pokolenia, które pozostawia świat innym niż oczekiwało, co kieruje ich na ścieżkę bez powrotu, w stronę starczej i dziecięcej wiary jaką jest naiwność – dla nich to jak zemsta, jak chichot losu, bo wtedy z tych wszystkich ideałów zostaje niewiele, za to na wierzch wypływa niezaspokojenie pod postacią żądzy władzy, przeliczania pieniędzy. Taka jest biologia rzeczy. Powtarzanie konwencji jako jedyny gwarant bezpieczeństwa pogodnej starości – kultura, wszystkie multiplikacje, które stają się na powrót (może z przywiązania do systemu) reżimem fałszowania i mnożenia określeń (paradoksalnie ten mechanizm jest właśnie epicentrum problemu, to tu dokonuje się zwrot przeciwko samemu sobie – zapalczywe zjadanie siebie
od ogona ku głowie). Dochodzi do czegoś na kształt odcięcia od żywej relacji – przypomina
to upartą próbę wetknięcia trójkątnego klocka w otworek kwadratowy przez osobę, która jest autorem tej zmyślnej zabaweczki. Mit predestynacji jest konsekwencją krnąbrności, której dopuściliśmy się, jest kpiną, która zawiera się w innym pokrewnym micie jakim jest mit o Wieży Babel.
Dzisiejszy świat zmusza do zaakceptowania stanu rzeczy, w którym systemy wartości przenikają się i z konieczności pozostają ze sobą w ścisłej relacji – robi się ciasny, mniejszy.
Narzędzie uzurpacji, owszem pozwala projektować cenne przeświadczenie o wyjątkowej zdolności do orzekania, ale jest wygodnictwem w dodatku nieadekwatnym, niekompatybilnym
z obrazem świata, który wyłonił się z ponowoczesności.
Koncepcja predestynacji w świecie porewolucyjnym zdaje się być w dużej mierze też snobistycznym atawizmem. Naiwne próby rekonstrukcji dawnego porządku muszą być świadectwem braku świadomości. Zakrawają o kwestionowanie faktów, zaszłości politycznych
i historycznych. To poczucie sprawczości powoduje, że odchodzącym pokoleniom „Solidarności” wydaje się, że mogą dokonać jakiegoś odwrócenia, skorzystać w tym celu
z powtarzanego wzorca swoich dziadów centralnego planowania. Ta kuriozalna konstrukcja
to postawa arogancji intelektualnej, nieszczerość i fałsz, które otwierają nowy obszar usprawiedliwień dla machinalnego traktowania ludzi, dla manipulacji.
Predestynacja usprawiedliwia ten brak wewnętrznego przyzwolenia na demokrację, niezgodę
na przeniesienie jej w przestrzeń indywiduum.
Dojrzałość społeczna zdaje się być w tym kontekście tylko ekwiwalentem, który ma zrekompensować minioną świetność czasów rozrodu. Te wszystkie wymiany spojrzeń, nadzieje przetworzone zostają w zgryźliwości, na nowo powtórzone i zupełnie przeinaczone. Owocuje to postępującą atomizacją, konfliktami personalnymi, zupełną bezradnością – przenosi się na nowe pokolenia.
11-01-2012 (22:22)
Po wieczornym wydaniu wiadomości nadają ostatnio „Kronikę Rajdu Dakar”. W jednym z odcinków kierowca rozbił się o stojącą na środku drogi krowę. Realizator pokazał jak grupa ludzi za nogi ściąga to martwe zwierzę z kamienistej nawierzchni, a motocyklista leży zupełnie nieprzytomny. Kiedyś śmierć zwierząt, była większym tabu – w łódzkiej filmówce podobno przekazuje się niepisane, święte prawo, które wyraźnie zabrania pokazywania śmierci na ekranie. Kronika jednak to nie film. Ze śmiercią ludzką jest nieco łatwiej, to tabu zostało już dawno przełamane. Stosuje się w tym przypadku jakieś wybiegi np.: pokazuje tylko nogi, czy coś w tym rodzaju (zabieg ten jest trochę podobny do realizacji scen erotycznych w filmach, kiedy kamera każe nam patrzeć na falującą na wietrze firankę). Jednak od czasu pamiętnego zamachu na Filipinach, gdzie świeże trupy wisiały w oknach porwanego autobusu, coraz częściej pokazuje się wszystko. Są jeszcze zwłoki ekshumowane, ofiary drugiej wojny światowej, te z kolei pokazywane są już prawie bez żadnej krępacji – zdaje się obowiązywać zasada im starsze tym bardziej oswojone.
Nie o tym wprawdzie planowałem pisać. Poruszony śmiercią tego zwierzęcia, konkretnie tej krowy zacząłem zastanawiać się nad paranoją jaką jest Dakar – oczywiście można by powiedzieć, że to takie ludzkie - eksploracja za wszelką cenę. Przymiotnikiem „ludzki” określa się jednak również ten rodzaj refleksji, która następuje - rodzaj otrzeźwienia, który wstrzymuje rękę i popycha ją ku miłosiernym gestom. Jednak nawet Małysz powtarza słowa za innymi kierowcami, które brzmią mniej więcej tak: „ta krowa stała na środku drogi, mało w nią nie uderzyłem”. Jakież to byłoby piękne, gdyby właśnie On – Adam Małysz, syn narodu polskiego wysiadł z samochodu i przegonił to biedne zwierzę na pobocze narażając się na śmierć pod kołami motocykli. Przecież i tak walczy o miejsce w pięćdziesiątce, a tak miałby szanse na nagrodę Fair Play, czy coś takiego.
Jednak znowu nie zupełnie o tym chciałem napisać. Burmistrz miasta został postawiony przez autorów manifestu w niezręcznej sytuacji. Powaga jego urzędu została wystawiona na próbę. Zdecydowanie łatwiej byłoby mu „nachylić ucha” do prośby, niźli do groźby. Autorzy manifestu, też są w kropce. Rozpętywać awanturę na ogromną skalę, czy zostać z tym na własnym podwórku. Wydaje się, że póki co, obydwu stronom zależy na lokalnym rozegraniu sytuacji. Burmistrz jeśli zrealizuje przynajmniej część ze swoich założeń (tzn. deptak na krakowskiej, dworzec autobusowy i halę sportową) może być prawie spokojny o poparcie społeczne w następnych wyborach. Można oczywiście dyskutować po wszystkim, czy można było zrobić to ładniej, „gustowniej”, czy trzeba było wyciąć tyle drzew w okolicach nowego dworca zamiast uwzględnić ich istnienie w projekcie (na marginesie: Pszczyna jest miasteczkiem bogatym
w starodrzew, miasta opustoszone z wiekowego drzewostanu pozostawiają wrażenie tymczasowości, jakiegoś takiego braku powagi, małości. Nie należy protestować jeśli wycinane są chore okazy, ale dosłownie kilka dni temu zniknął trzydziestoletni, rozłożysty dąb ze skweru na ulicy Okrzei – mój ojciec bardzo ten fakt przeżył. Muszę też w tym miejscu wspomnieć o zakazie karmienia gołębi na tarnogórskim rynku, przepis ten ingeruje zbyt głęboko w bardzo osobistą strefę wyborów, w której to właśnie mieści się akt rzucania okruchów chleba. Przekracza granice tego co powinno być doświadczeniem indywidualnym, a nie nakazywane, bądź zakazywane odgórną dyrektywą. Możliwe, iż rzeczywiście nie zdaję sobie sprawy z zagrożenia epidemiologicznego jakie niosą ze sobą te ptaki, które towarzyszą od wieków życiu miast na całym świecie. Intuicja każe mi podejrzewać, że chęć zredukowania liczebności populacji w obrębie naszego rynku ma podłoże zupełnie gdzie indziej i boję się, że autentyczne powody tej decyzji mogą okazać się bardzo błahe, żeby nie powiedzieć prymitywne – (bo za takie trzeba by uznać argumenty związane z czystością miasta.). Wszelkie drobne akcenty sprzeciwu, będą to jednak tylko słowa, stawiane przeciwko czynom i faktom. Planowane remonty i inwestycje przyćmią niewielkie detale.
Autorzy manifestu jako ludzie młodzi boją się, żeby nie przyprawiono im łatki krnąbrnych i pacholęco- awanturniczych, negując tym samym ich zdolność do merytorycznego dialogu. To dyskredytowałoby ich ewentualną powagę polityczną. Przyparci do muru wini by podzielić się na dwa obozy, z których jeden („zły policjant”) będzie roznosił wici daleko poza granice powiatu, ściągając na rodzimy grunt przeróżnych ekspertów i ogólnie znanych panów autorytetów. Z lokalnego problemu uczyni się wtedy problem społeczny przez duże „S” i jeśli jakoś tam (może po znajomości) podchwyciłyby to duże media to tzw. „czarny piar” już gotowy. Skoro już sobie tak fantazjuję, to niech w tym czasie na przykład Rząd podejmuje akurat jakieś niepopularne decyzje i będzie potrzebował tzw. „tematów zastępczych”, a któraś z lokalnych, wschodzących gwiazd sejmu bieżącej kadencji upatrzy w tym swoją szansę na „niezły lans”. Sojuszników znajdzie na pewno w ludziach związanych z kulturą w Bydgoszczy, tam podobna batalia zakończyła się sukcesem – tam też zaczęli od walki o parę groszy, a skończyli na zamknięciu wydziału kultury w Urzędzie Miejskim i przekazaniu jego obowiązków „inicjatywie oddolnej” (patrz Gazeta Wyborcza – poniedziałkowe wydanie 9. stycznia). Mówią też o tym w TVP Kultura.
Niestety znowu odszedłem od tematu. Trzeba lepiej dofinansować organizacje pozarządowe skoro jest taka potrzeba. To z tego środowiska wyrosną osoby odpowiedzialne za przyszłą wizję miasta. Ograniczanie rozwoju tego obszaru zaowocuje nepotyzmem i niejasnymi układami w doborze i „rozmnażaniu” lokalnej administracji. Trzeba po prostu w naturalny sposób podnosić poprzeczkę. Apeluję także by nie zasłaniać się kryzysem, a powtarzam ten apel za prof. Balcerowiczem, który to twierdzi, że słowo „kryzys” niedługo straci swoje pierwotne znaczenie, bo ostatnio wstawia się je bez ograniczeń, żeby wytłumaczyć wszystko i uciec przed odpowiedzialnością. I nie chciałbym być źle zrozumiany – niczego nikomu nie sugeruję i nie zarzucam. Staram się stać naprzeciwko wszystkiego, ale nie przeciw wszystkim. To postawa, która nie pozwala pozostać kołchoźnikiem jakiegokolwiek układu, a z pewnością nie jest to już postawa, która się bardzo opłaca. Chodzi mi o to, żeby wykorzystywać potencjały, które drzemią w poszczególnych środowiskach. Tym samym zamykając nieco usta przeróżnym„manifestom”, realnie wytrącając im argumenty. Oczywiście ci, którzy chcą na „manifeście” bić własny kapitał polityczny szybko znajdą sobie temat zastępczy, ale narażą się tym na śmieszność i zostaną zdemaskowani. Trzeba się z tym spieszyć póki krowa cała.
02-01-2012 (19:19)
Po przebudzeniu przypominam sobie śnieg z przed czterech lat. Pewnie niedługo pojawi się tegoroczny. Ten z przed czterech sezonów trzymał, aż do marca. Zaczynało się podobnie jak w tym roku. Do świąt nie spadł ani płatek, a media „trąbiły”, że to ocieplenie klimatu. Po miesiącu jak nawaliło tyle „śniega”, że biegówki ubierałem zaraz po wyjściu z bloku i swobodnie biegłem do lasu – media powtarzały, że to zima stulecia i nowa epoka lodowcowa. To kreowanie dwubiegunowej rzeczywistości, zidiocania , na które „lecą” wszyscy drobni pieniacze i powtarzacze zasłyszanych sensacji – ale nie o tym.
Mnie wówczas było wolno, krążyć wraz z psem po okolicznych polach i lasach, i uczyć się rozpoznawania kolejnych rodzajów śniegu, a zima jak to zima - przeciągała się, aż w końcu zaczęły pojawiać się kolejne „zimowe zwyczaje”. Wraz z biegiem zimy zwyczaje te urosły do rangi rytuałów. Najistotniejszy ze wszystkich i ten, o którym właśnie chcę mówić to rytuał oddawania moczu. Zapewne wpływ na jego powstanie miały długie godziny spędzane jedynie z psem i lasem, lub polem. Sprzyjało to wymyślaniu rozmaitych wspólnych zabaw (mój znajomy poeta z Chorzowa Zenon Dytko nazwałby to „zdradą swojego gatunku”). Jedną z tych zabaw były: protopolowania, kiedy psisko zaganiało na mnie zwierzynę płochą, pokładając we mnie bezgraniczne zaufanie, że pewnie ja pan to muszę być zdolny powalić ją jednym ciosem. Zabawa ta powtarzała się do momentu, kiedy udało nam się oddzielić od rudla młodą, najsłabszą sztukę, a rozpaczliwe nawoływanie jej matki przypomniało mi, że w lecie przecież przenoszę ślimaki przez drogę, a pająki wyrzucam za okno. Pozostało więc oddawanie moczu – sikanie w śnieg. Pies sikał gdzie sikał, a ja znalazłem sobie dwa miejsca, które szybko stały się ulubionymi miejscami do sikania. Miejsca te związane były z tzw. „widokiem”, szersza perspektywą. Zabieg ten powtarzał się i powtarzał, a jego powtarzanie wzmacniane było endorfinami jakie pojawiają się we krwi podczas biegu i niewątpliwą ulgą, która pojawia się przy sikaniu. Po pewnym czasie dostrzegłem w tym szaleństwie metodę. Widoczek i szersza perspektywa (zachęta do eksploracji) pojawia się w miejscach w których zawracałem. Te dwa miejsca znaczone słomkowym kolorem okazały się najdalej wysuniętymi punktami na północ i południe.
Rytuały zdają się być wzmocnieniem, powtórzeniem instynktu, mogą być drogą do odkrycia istniejących atawizmów. Kultura formułuje się w rytuale, w tych multiplikacjach, ma zdolność kodowania, stwarzania naddanego porządku, powtarzanego obyczaju, który ulega kolejnym transformacjom poprzez doświadczenie procesu, przebiegu, ale w którym mieszczą się ślady poprzednich wcieleń. Dlatego rytuały stają się niejednorodne, przechodzą w różne koncepcje postrzegania. Powtarzanie, dokonywanie rytuału staje się fizjologiczną prowokacją dla wskrzeszenia tego co już nie istnieje (w tym sensie rytuały są puste, taka jest ich funkcja – pustka jest rodzajem ich potencji). To uruchomienie jakiejś genetycznej pamięci – stanu w którym, sikanie pod drzewem staje się rodzajem apokryfu, zapisu dziejów.
23-12-2011 (20:45)
Przed kilkoma tygodniami zdecydowałem się poprzeć tę petycję jaką wystosowali do władz miasta autorzy akcji, którą określa się „Manifestem Animatorów Kultury”. Moje teksty, które pojawiły się na „facebooku” i „blogu gwarka”, jak również późniejsze fragmenty, cytaty z nich, krążyły po stronach regionalnych portali informacyjnych uczyniły mnie na swój sposób zakładnikiem tego problemu, obarczając niejako częścią odpowiedzialności. Skłonił mnie do podjęcia próby jeszcze bliższego przyjrzenia się temu wszystkiemu, a przede wszystkim próby odpowiedzi na podstawowe pytanie: „czy istnieją szanse odnalezienia kompromisu, jakiegoś wyjścia z tej patowej sytuacji?”. Podszedłem do tego z wiarą i naiwnością, która w moim odczuciu jest nieodzowna do poznawania czegokolwiek. Wprawność, zręczność jest nader potrzebna w wielu dziedzinach życia. W poszukiwaniu odpowiedzi, a w niej sprawiedliwości dominanta podejmowanych działań, motywów winna znajdować się bliżej autentycznej chęci poznania. Właśnie ta chęć poznania leżąc tak blisko naiwności i wiary stwarza wyraźną opozycję do tego co jest gotowcem zwykłego „wiem”. Nie chcę wyręczać jednak kaznodziejów, choć mają pełne ręce roboty przy okazji świąt. Próbuję po prostu ufać koncepcji mądrości nieograniczanej wyłącznie do intelektualnego potencjału, mądrość, której szukam ma zdecydowanie wymiar moralny – to bardziej postawa niż umiejętność. Dla wielu to jest prawda ze wszech miar oczywistą i ci mogą poczuć się znużeni moim wywodem. Obserwując medialne debaty polityków można dostrzec, że oni mają bardzo mało czasu na odpowiedź – to smutne. Media premiują tą łatwość orzekania i rozmaite kurioza w roli podmiotów orzekających. Roztropność w ich systemie wartości nie szuka odpowiedzi na polu etyki, tylko na polu osiągania i utrzymywania władzy, są tylko jej narzędziem – to kolejny komunał, którego dopuszczam się z prostoty serca.
Mówię o tym jednak nie bez przyczyny, bo ma to, jak można się domyślić, przełożenie na nasz rodzimy „szczebel lokalny”. W istocie zawirowanie wokół „manifestu” dotyka tej koniecznej niezręczności jaką jest demokracja. Słówko to pojawia się dla mnie (dla mojego pokolenia) w ustach i za pośrednictwem Wałęsy. Jest skojarzone z tym drobnym gmeraniem jego paluszków, kiedy je stale powtarza i obraca. Cóż my możemy zrobić wobec tego słówka, prócz tego, żeby z naiwnością i wiarą starać się poszerzyć świadomość tego na co się decydujemy - mnożyć nasze próżne wysiłki. Z reguły wybieramy między jednym a drugim i naprawdę rzadko można wartościować, decydować o tym, że jedno jest złe lub gorsze. Każda rewolucja konsekwentnie zjada swoje dzieci, jeśli doszukiwać by się w tym głębszej prawdy, sensu i personifikować tę rewolucję, to można by podejrzewać, że czyni to właśnie dlatego by nie można było wyróżnić, który z wyborów był lepszym. Taka demokracja to napięcie między dyktaturami.
Młodzi, którzy ukrywają się za manifestem (to ukrycie jest bardzo symptomatyczne), chcą zmiany, a to oznacza, że dialog nie jest możliwy. Władza wykonuje swoją powinność a naczelną powinnością władzy jest utrzymanie jej samej, utrzymanie mocy decyzyjnej – i proszę mnie źle nie zrozumieć, to nic zdrożnego, to jest zupełnie naturalne, wręcz konieczne. Nowe zaś musi domagać się urzeczywistnienia we władzy – nowe bez tego urzeczywistnienia pozostaje bezimienne, niepoliczalne. Imię otwiera nowy obszar tego co podlega ocenie, jest wymierne, przynosi nowe dyskursy.
Jedynym wyjściem z tej okrutnej sytuacji zapewnia: „godność”- jako pokora wobec zachodzących procesów – im większa, tym ofiara będzie mniej krwawa (a to już istotna różnica). Znamiennym dla demokracji, jest plucie w twarz odchodzącym. „Dziękuję” przychodzi dużo później, i nie przestaje budzić kontrowersji wśród tych, którzy pragną urzeczywistnienia.
W tym kontekście, w ramach konkluzji i trochę z przekorą, ale nie przeciwko miastu i światu – pragnąc określić własne stanowisko i chcę posłużyć się w tym miejscu cytatem z przyzywanego już powyżej klasyka: „jestem za a nawet przeciw” (i trwożę się, że ta sentencja zdaje mi się coraz bardziej logiczną i spójną).
Dziś po południu zadzwoniła do mnie moja kuzynka, której wysłałem swoją (nie jest już taka moja) książkę (kuzynka jest jednym z dzieci na okładce tejże publikacji). Dziękowała.
„Tak bardzo się od siebie oddaliliśmy, te wiersze przypomniały mi, że jeszcze jest tyle poza gonitwą – pracą”.
My z tego zdjęcia – nasze pokolenie mieliśmy to szczęście urodzić się w innym ustroju mentalności (bynajmniej nie próbuję popaść w klimat resentymentów za epoką Gierka).
Chodzi mi o to co miało szanse tam istnieć – o solidarność.
17-11-2011 (12:33)
Zawsze dobrze jest koncentrować się na faktach, które z zasady nie są poddawane dyskusji. To ogranicza możliwość projektowania swoich poglądów w oparciu o emocje, i pozamerytoryczne interesy, zmniejsza także ryzyko zagrożenia polaryzacji posiadanego oglądu. Dochowanie wierności tym zasadom ułatwia prowadzenie dialogu wedle przyjętych standardów życia publicznego, po prostu nie pozwala schodzić poniżej pewnej klasy.
To będzie postawa najuczciwsza wobec młodych ludzi, którzy chcą działać, a w dodatku mają świetne pomysły, czego chyba namacalnym dowodem jest powołanie do istnienia Dni Kultury Ulicznej. To, że ta impreza zniknęła z zeszłorocznego kalendarza w skutek niedofinansowania, jest właśnie tego rodzaju faktem. Przyglądałem się twórcom DKU i widziałem, że zapału im nie zabrakło – nasuwa się jednak pytanie czy w przyszłym roku starczy im sił, kiedy za swoje starania i aktywność otrzymali taką gratyfikację. Ktoś mógłby powiedzieć, że to lekcja życia – tylko taka lekcja niewiele zmienia na lepsze. Trzeba uświadomić sobie, że status quo jest nie do utrzymania – właśnie dzięki głosowi tych ludzi, których skupia Manifest. Chyba nie ma już sensu udawać, że jest inaczej. Jaki miałby być w tym interes?
Wracając do Dni Kultury Ulicznej, do ich fenomenu, który polega właśnie na tym, że prowokuje do aktywności twórczej, intelektualnej. Wymaga od swego odbiorcy dużego zaangażowania.
Ten sposób relacji charakteryzuje nowoczesny typ przekazu.
Będę powtarzał z uporem – silny i prawidłowo funkcjonujący mecenat pozwoli stworzyć szersze spektrum, a przy tym to jedyna możliwość dla zaistnienia naprawdę wyrafinowanych form rozrywki i stworzy pole dla zaistnienia sztuki wysokiej. Myślenie wolnorynkowe przeżywa niewątpliwy kryzys, potwierdzają to autorytety w dziedzinie ekonomi (patrz prof. Grzegorz Kołodko). Ten styl myślenia prawie zupełnie ruguje zjawiska niszowe, w swej prawie behawioralnej pragmatyce dokonuje nie lada spustoszeń.
15-11-2011 (20:12)
Chciałbym nie spychać tej akcji na tor dwubiegunowy. Choć tego typu zabiegi są najbardziej spektakularne. Wydaje mi się, że postrzeganie manifestu jako oskarżenia wprowadza właśnie taki rodzaj optyki. Manifest raczej dąży do ukazania dysproporcji, które odczuwalne są dla szeregu organizacji pozarządowych. Ma spełniać funkcje bodźca do poddania istniejącej sytuacji pod refleksję społeczną i z tej roli się wywiązuje należycie. Z koli zaś, jeśli chodzi o mój artykuł, to zależało mi na wyświetleniu jeszcze jednej płaszczyzny problemu, której autorzy manifestu nie zaakcentowali dostatecznie. To, że finansowanie wpływa realnie na kształtowanie dyskursu społecznego należy uznać, chyba za stan faktyczny. Chyba najbardziej dotkliwym dowodem tego są telewizyjne ramówki.
Bynajmniej nie chodzi o to by krytykować prospołeczną działalność i nie współweselić się z dziećmi i ich rodzicami zadowolonymi z możności uczęszczania do rozmaitych „kółek” – nikt o zdrowych zmysłach nie będzie próbował tego podważyć.
Chodzi jednak o subtelną, acz istotną różnice jaką są proporcje – w istocie chodzi o poszerzenie zakresu różnorodności.
14-11-2011 (22:53)
Czekając na autobus linii 820 dowiaduję się z plakatu, że członkowie tarnogórskich organizacji pozarządowych domagają się od decydentów, żeby z funduszy przeznaczonych „na kulturę” przynajmniej piętnaście procent trafiło właśnie na realizację tzw. „inicjatyw oddolnych” .
Zastanawiam się nad terminem „inicjatywa oddolna” – jest w nim coś niefortunnego, co wydaje się z gruntu, każdą inicjatywę obarczoną przymiotnikiem „oddolny”, stawiać w niezręcznym położeniu. To określenie wyraźnie obarczone jest znamionami wartościującego stylu myślenia
o świecie – wyznacza porządek, hierarchię podchodzenia do stołu. Problem, który pragną poruszyć autorzy plakatu, zwanego „manifestem”, jakoby potwierdza moje podejrzenia. Tarnogórskie Centrum Kultury, którego twór wyrósł na zgliszczach byłego Domu Kultury „Kolejarz” pochłania lwią cześć z całej puli. Według danych zamieszczonych w „manifeście” jest to blisko sześćdziesiąt procent z całości dostępnych środków. Dla porównania organizacje pozarządowe otrzymują obecnie niespełna półtora procenta, a nadmiar złego muszą rwać między siebie ten rąbek sukna, przeprawiając się przez skrajnie zbiurokratyzowane procedury w konkursach o granty. Warto chyba też nadmienić, że menadżerowie projektów zmagają się z tym wszystkim często pro publico bono, gdyż nie sposób wygenerować jeszcze jakichkolwiek środków na ten przywilej. To powoduje, że w organizacjach działają autentyczni pasjonaci. Termin pasjonat, z kolei onegdaj, kojarzony był raczej z człowiekiem szalonym niźli z zapalonym społecznikiem. Obecna sytuacja może doprowadzić jednak do scalenia się tych dwóch sposobów pojmowania „pasjonata”.
Istnieje jeszcze jeden poważny problem, którego nie poruszają autorzy „manifestu”, a nad którym należałoby się pochylić. Instytucja taka jak „Tarnogórskie Centrum Kultury” prócz działalności warsztatowej (kółka ceramiczne, próby chóru) ma zdolność kreowania zjawisk
w sferze światopoglądowej. To powoduje, że ta lwia część ze środków przeznaczonych
na kulturę, dofinansowuje pewną grupę poglądów, zupełnie bez konsultacji i poza formalnym przyzwoleniem społecznym. Kadra w tego typu ośrodkach jest stała, etatowa więc naturalnie ograniczona jest jej zdolność do tworzenia przestrzeni umożliwiającej polemikę – tak zawsze dzieje się kiedy instytucja usytuowana jest centralnie (w tym przypadku wręcz nominalnie określana jest jako „centrum”). W sposób nie do zaakceptowania zawęża to polifoniczność dyskursu publicznego.
Chyba nie jest tajemnicą, że w Tarnogórskim Centrum Kultury promowane są poglądy
o wyraźnie lewicowym charakterze. Nie chciałbym być źle zrozumiany. To dobrze, że co roku odbywa się festiwal Femina, podczas którego młodzi mogą zetknąć się na przykład z pojęciem genderu, z innym sposobem rozumienia płciowości niż stereotyp ustalony przez tradycję kulturową, i że w roli autorytetu zapraszana jest prof. Magdalena Środa. Nie mam nic przeciwko temu – to jest potrzebne. Uważam nawet, że instytucja kultury powinna być nacechowana światopoglądowo, w innym razie zostanie skazane na jałowość, sztucznie przymuszona
do zachowywania pozorów bezstronności i obiektywizmu. Upominam się jednak o weryfikację niedostatków systemu, który powoduje nierównomierne finansowanie i tym samym w sposób wyraźny ogranicza wolny przepływ poglądów – ich ścieranie. Ponawiam więc pytanie, czy istnieje przyzwolenie społeczne na taką dysproporcję i apeluję o pochylenie się nad głosem „z dołu”, bo ten głos jest autentycznym odruchem, tkanką rzeczywistości.
Krzysztof Tomanek, Tarnowskie Góry listopad 2011
11-11-2011 (17:12)
Chorzowski Port Poetycki jest na wyspie, ale wyspie zamocowanej w konstelacji pokrewnych sobie zjawisk. Dzięki facebookowi ta relacja może być wręcz nieprzerwanie utrzymywana i stale pobudzana nowymi bodźcami. Port, jako impreza ma oczywiście swoich organizatorów (Barbara Janas-Dudek, Jacek Dudek, Włodzimierz Szymczewski), których roli w żadnym stopniu nie należy umniejszać, jednak wydaje się, że gdyby nie oni to miejsce zmaterializowałoby się wręcz samorzutnie. Niszę wypełnia się zawsze w ten sposób, zupełnie naturalnie jakby w konsekwencji odruchu – z dala od centralnego planowania.
Chorzowski Port Poetycki pozostając w odniesieniu, w ścisłym związku z poetami z całej Polski, wydaje się być jednym z ognisk, zarzewi czegoś na kształt drugiego obiegu. Obszaru, który w znacznie mniejszym stopniu uwikłany jest w rozmaite układy i zależności. To jest różnica jakościowa, różnica proporcji. Potężne ośrodki opiniotwórcze zainstalowane bezpiecznie przy organach wykonawczych jakimi są czasopisma tzw. „dużego obiegu” poprzez swe ukąszenia światopoglądowe zdają się tracić na mocy opiniotwórczej. Przecież każdemu, kto wymościł się wygodnie w gronie laureatów rozlicznych konkursów poetyckich jest doskonale wiadome do czego maja słabość krytycy i jurorzy (oczywiście nie chcę uogólniać). I nic w tym nie ma specjalnie zdrożnego, bo przecież ktoś mógłby powiedzieć, że taka jest funkcja tego mechanizmu. Jednak śledząc rozliczne perypetie życia literackiego, czy też kulturalnego śmiało można poczynić spostrzeżenie, iż w obrębie tego systemu nadbudowują się pewne stereotypy relacji - sytuacje patowe, które bynajmniej nie sprzyjają swobodzie myślenia.
W odpowiedzi na potrzeby, wręcz oczekiwania środowisk wyrastają jak grzyby po deszczu publikacje multiplikujące pewien styl orzekania, który w sposób, w moim odczuciu niezasłużony, często określa się mianem krytycyzmu. Schemat, który odnajdujemy przy okazji świeżutkiej pracy na temat ks. Twardowskiego, czy już trochę starszej o Wałęsie przedstawiającej go jako tajnego współpracownika bezpieki (abstrahuję oczywiście od faktów i ich autentyczności, bo to w danym momencie nie jest przedmiotem moich zainteresowań) służy do dekonstruowania mitów wedle pewnego rytuału. To co ma przełamywać konwencje jest w istocie jej antagonizmem, jakby antykonwencją, a przez to nie przestaje być jej przedłużeniem, powtórzeniem. Pozwala to postawić pytanie dlaczego spostrzeżenia czynione przy pomocy takiego narzędzia mają wychodzić poza machinalne ujecie prawdy o człowieku. To tylko jeden z wielu zauważalnych przejawów wynikający (oczywiście tylko po części) z istnienia tegoż systemu zależności. Takie multiplikacje może potrzebne są w kreowaniu zjawisk kulturotwórczych, ale sztuka powinna wymykać się z pod reżimu powtórzeń i gotowych już wzorców.
W telewizji powstaje swego rodzaju moda na opakowywanie kultury i sztuki (wpisanych pod jeden wspólny mianownik) w dizajnerską obwolutę, nieznośnie bezpieczną w swej programowej nibyniebezpieczności. To taka prowokacja, której się spodziewamy, gdzie między słowem „kurwa” a wizerunkiem Myszki Miki można postawić znak równości (proszę mnie źle nie zrozumieć broń Boże nie próbuję ubliżać Myszce).
Może to naiwna wiara ale mam nadzieję, że środowisko, które zaczyna formować się wokół „portu” i innych ośrodków tego kłącza przez jakiś czas będzie mogło tworzyć alternatywę, pozostając niejako w większym dystansie do tego dyktatu, a przez to pozostając tym samym bliżej tkanki, a nie jej intelektualnej, planowej wizji. To bez wątpienia wymaga determinacji i odwagi. Tym bardziej, że nie należy zapominać, iż w perspektywę takich nisz, równie naturalnie wpisane jest dogasanie (choć dogasanie to nie jest dobre słowo, bo zbyt łagodne). Ten koniec często związany jest ze sprzeniewierzeniem i upadkiem, ale bez takich zjawisk nie ma autentycznego procesu przemian. Choćby i tylko chwilowego wyjścia poza skostnienie, doświadczenie czegoś zewnętrznego.
Krzysztof Tomanek, Tarnowskie Góry listopad 2011
04-03-2011 (19:20)
Stowarzyszenie Inicjatyw Społecznych KLON pragnie zachęcić wszystkich do zbierania podpisów w ramach akcji „Koalicja Dla Zwierząt”.
Jestem przekonany, że wśród Tarnogórzan ta prośba nie pozostanie bez odzewu,
a w szczególności liczę na tych, którzy na co dzień przebywają pod jednym dachem
z czworonogami. Stosunek do zwierząt jest w moim odczuciu chyba najlepszą miarą ucywilizowania.
Wiele organizacji pozarządowych pragnie włączyć się w inicjatywę ustawodawczą,
która miejmy nadzieję ukróci bestialskie traktowanie psów, kotów i innych zwierząt.
Ustawa ta ma również regulować kwestie schronisk dla zwierząt. Zachęcam aby odwiedzić internetową stronę http://www.koalicja.org.pl .
W każdy piątek w biurze radnej Sejmiku Śląskiego Pani Barbary Dziuk (rynek - podsienia) między godzinami 10 a 14 można składać podpisy. Listy z podpisami dostępne są również na powyższej stronie.
Ładowanie...